środa, 31 sierpnia 2011

Lubię zwiedzać rzymskie kościoły- część 1 Santa Maria Sopra Minerwa

Wiem, że cześć osób obruszy się na takie stwierdzenie. Wielokroć słyszę, a cóż ciekawego jest w kościołach, jeden, dwa i wystarczy; przecież i tak nie zapamiętasz ich, za chwilę nie będziesz mogła sobie przypomnieć ich nazwy, nie mówiąc o tym, co znajdowało się wewnątrz. Może gdybym wchodziła po kolei do każdej napotkanej świątyni tak by było. Ja natomiast odwiedzam tylko wybrane przeze mnie, te o których czytałam, lub te które oglądałam na filmach. Idę uzbrojona w jakąś namiastkę wiedzy. Nie muszę wiedzieć, kto zbudował i na czyje zlecenie, jakie są wymiary i jak się nazywają kaplice, ile mają ołtarzy, ile naw, ale o każdym z odwiedzanych przybytków wiary wiem coś, co mnie do niego ciągnie. Podczas któregoś pobytu w jednym z muzeów a może kompleksów pałacowych pani przewodniczka dała nam dobrą radę; postarajcie się zapamiętać chociaż jedną rzecz; obraz, rzeźbę czy też inny eksponat, a wtedy taka wizyta nie zleje się wam (nie zamaże) w pamięci z inną.
Doskonale pamiętam nazwy odwiedzanych przeze mnie świątyń, wygląd ich wnętrz a także znajdujące się tam posągi czy obrazy, oczywiście nie wszystkie, ale te, które były dla danej wizyty pretekstem do odwiedzin.
Pisałam już raz, że rzymskie kościoły są jak galerie sztuki i to galerie bezpłatne. Bezcenne obrazy i rzeźby, dla których obejrzenia wielbiciele byliby gotowi słono zapłacić za bilet wstępu, tutaj są dostępne dla każdego, niemal bez ograniczeń.
Dodatkowym atutem oglądania dzieł sztuki w świątyniach jest fakt, iż (o tym także już kiedyś pisałam) znajdują się one (najczęściej) w miejscu, dla którego zostały stworzone, w otoczeniu dla którego je wkomponowano. Rzadko który artysta tworzył dzieło z myślą o wystawieniu go w salach muzeów, czy galerii, gdzie jest ono jednym z tysięcy eksponatów. Tym razem (marzec 2011 r.) udało mi się także odwiedzić moje ukochane świątynie. Nie będę pisać o tych najbardziej znanych; sztandarowych, odwiedzanych przez większość wycieczek i pielgrzymek, jak Bazyliki Świętego Piotra, Św. Pawła za Murami, Santa Maria Maggiore, czy Jana na Lateranie.
Santa Maria Sopra Minerwa
Znajdująca się jakby na zapleczu Panteonu Bazylika pod wezwaniem Świętej Marii pod Minerwą powstała na miejscu wcześniejszej świątyni jednej z bogiń starożytnych (wg niektórych bogini Minerwy - rzymskiej odpowiedniczki Bogini Ateny, wg innych bogini Izydy. Przed wejściem do kościoła znajduje się zaprojektowany przez mojego ulubieńca Gianlorenzo Berniniego pomnik słonia dźwigającego na grzbiecie obelisk.
Po raz pierwszy odwiedziłam świątynię ze względu na znajdujący się wewnątrz posąg Chrystusa autorstwa Michała Anioła. Marmurowa postać nieco ponad dwumetrowego Chrystusa znajduje się po lewej stronie ołtarza głównego. Syn Boży jest nagi (brązowa przepaska została dodana w okresie baroku), dźwiga krzyż i stanowi połączenie chrześcijańskiego zbawiciela z jednym z antycznych bogów.
Sklepienie świątyni przypomina mi sklepienie kościoła mariackiego w Krakowie (jest niebieskie i ozdobione złotymi gwiazdami). Podczas pierwsze wizyty zwróciłam uwagę na znajdujący się tu nagrobek Fra Angelico (Beato Angelico) dominikanina, malarza religijnego wczesnego renesansu, którego został beatyfikowany przez Jana Pawła II. Jest on patronem artystów i twórców kultury, a w Polsce historyków sztuki.
Wewnątrz świątyni znajdują się także grobowce dwóch papieży z dynastii Medyceuszy (Klemensa VII i Leona X) a także świętej Katarzyny ze Sieny (patronki Włoch).
Prawdziwy skarb jednak odkryłam dopiero w tym roku, kiedy przechodząc wzdłuż kaplic znajdujących się po prawej stronie kościoła natknęłam się na kaplicę ozdobioną pięknymi, kolorowymi freskami, od których nie mogłam oderwać wzroku. Autorem fresku był Filippino Lippi (syn mnicha Filippo Lippi i zakonnicy). Kaplica nosi nazwę Kaplicy Carafy. Centralną punktem obrazu są zwiastowanie oraz wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny, ale fresk jest tak bogaty w postacie, zdarzenia, elementy architektoniczne, że nie wiadomo na co patrzeć najpierw, jak zapamiętać, jak ogarnąć wzrokiem całość, czy choćby poszczególne detale. Poszłam więc za radą pani przewodniczki i zapamiętałam sobie jedną postać, stojącego profilem do widza eterycznego anioła z lilią w bladoniebieskiej, zwiewnej szacie znajdującego się po lewej stronie Matki Boskiej.
Zdjęcia; 1. Zwiastowanie Fra Angelico (w klasztorze Santo Dominico w Fiesole niedaleko Florencji), 2. Obelisk na słoniu Berniniego (przed wejściem do kościoła), 3 Chrystus dłuta M.Anioła, 4.5 Fragment oraz całość Kaplicy Caraffy Filippino Lippi

Nie każda książka Zoli jest arcydziełem (Nantas)

Idąc za ciosem wypożyczyłam z biblioteki audiobooka Emila Zoli pod tytułem "Nantas". Jest to krótkie opowiadanie przedstawiające historię młodego, energicznego, pełnego zapału człowieka na tle dysproporcji społecznych. Nantas przybywa do Paryża, gdzie zamierza pokazać światu, na co go stać. Wyznaje filozofię, zgodnie z którą wystarczy być silnym, aby przetrwać przeciwności losu i zdobyć upragnione stanowisko oraz odnaleźć swoje miejsce w świecie. Filozofia jednak przegrywa z rzeczywistością. Wyczerpawszy zarówno całe skromne oszczędności, jak i wszelkie możliwości znalezienia zajęcia, (które umożliwiłoby mu pokazanie całemu Paryżowi, ba całemu światu na co go stać) młody człowiek postanawia zakończyć swój żywot. W tym momencie do drzwi jego lichego pokoiku puka przeznaczenie w postaci starej panny proponującej mu małżeństwo z ciężarną wychowanicą. W zamian za zgodę na poślubienie panny w opresji Nantas zdobędzie spory posag i zapewnieni sobie dobrą pozycję społeczną. Obruszony początkowo Nantas godzi się, gdyż dzięki ożenkowi może nie tylko dalej żyć, ale i zyskuje szansę na zrobienie wymarzonej kariery. Okazuje się, iż jego przyszłą małżonką zostaje panna, która od dawna budziła zainteresowanie młodego człowieka. Panna, przyjmując handlową ofertę (zawarcia małżeństwa) wyraża Nantasowi swoją pogardę. Czy młodemu człowiekowi uda się zrobić karierę, czy zyska szacunek teścia oraz czy żona obdarzy go sympatią - tego dowiemy się z treści książki.
Zainteresowanym proponowałabym książkę, zamiast audiobooka. Pisałam już kiedyś, jak ważną rolę spełnia lektor przy czytaniu książki. Tym razem czytająca opowiadanie pani Joanna Lissner, robi to w sposób zbyt natarczywy i nienaturalny. Taka aktorska gra, pełna przejaskrawień i egzaltacji tam, gdzie nie znajduje to żadnego uzasadnienia w treści utworu jedynie utrudnia odbiór i czyni go wręcz śmiesznym.
Fabuła choć ciekawa, jest dość przewidywalna. Czyta się szybko, ale bez większych emocji i napięcia. Plus za ciekawe nakreślenie stosunków społecznych. Ot dobre czytadło, ale mało porywające. Przeczytałam z zainteresowaniem, ale bez uniesień. Polecam zwolennikom Zoli. Natomiast odradzam na książkę pierwszego kontaktu z jego twórczością.
Moja ocena 4-/6
Na zdjęciu Portret Zoli w wykonaniu E.Maneta

wtorek, 30 sierpnia 2011

Sztuka pisania listów

Jan Vermeer - Dziewczyna czytająca list

Przeczytałam kilka dni temu książkę "Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek". Recenzję postaram się zamieścić w najbliższym czasie. Niestety jak już pisałam (wiem, że się powtarzam, trudno) ostatnio szybciej czytam, niż piszę, jakoś trudno mi się skupić, odliczam dni i tęsknię do urlopu (jeszcze tylko osiem dni roboczych :). Przypomniałam sobie, że jakiś czas temu popełniłam tekst "Sztuka pisania listów", który wiąże się pośrednio z treścią przeczytanej książki.
Sprowokowało mnie wówczas stwierdzenie jednej z koleżanek, iż epoka pisania listów odeszła w zapomnienie wraz z naszymi babkami. Zaczęłam zastanawiać się, czy rzeczywiście ma ona rację. Czy są jeszcze osoby, które w dobie telefonii komórkowej, Internetu i całej masy innego rodzaju możliwości szybkiego komunikowania się piszą listy.
Jako dziecko, nastolatka, a nawet w wieku dojrzałym pisałam bardzo dużo listów. Sporo listów też otrzymywałam, choć na pewno dużo mniej niżbym sobie życzyła.
Pamiętam to radosne podniecenie, kiedy zaglądając do skrzynki widziałam zaadresowaną odręcznie, znanym mi pismem kopertę. Bywał to promyk radości po ciężkim dniu w szkole, na uczelni, w pracy, w domu. List oznaczał, że ktoś o mnie myśli, interesuje się, tym, co u mnie, chce się podzielić swoją radością, problemem, smutkiem, chce zasięgnąć mojej rady.
Kiedy człowiek łapał „doła” i myślał sobie, że nikomu na nim nie zależy, że jest osamotniony w swoich opiniach, czy odczuciach wtedy pisała; Terenia o wrednych chłopcach z 4 c, którzy przez rurki plują plasteliną i zaczepiają dziewczynki, Elżbieta, że przyjęła oświadczyny, ale nie wie, czy dobrze zrobiła, Madzia, że dostali swoje pierwsze mieszkanie służbowe, później Karolina opisywała stosunki na uczelni, a na końcu pisał Pan Kapitan - kolega mojego taty, który opisywał mi, co ostatnio czytał i co myśli o polityce rządu.
Uwielbiałam pisać, niezależenie od tego, czy były to listy, smsy, czy maile, jednak, co do tych pierwszych zawsze miałam jeden „mały problem”, a mianowicie napisany list nie chciał się sam wysłać. Napisać kilka, a nawet kilkanaście stron tekstu to fraszka, ale znaleźć kopertę, znaczek, włożyć toto do torebki i nie zapomnieć wrzucić do skrzynki pocztowej było nie lada wyzwaniem. Dlatego między innymi tak bardzo polubiłam Internet. Eliminował on wszystkie niedogodności związane z wysyłką; jedno kliknięcie myszki i list jest już u adresata.
Podobnie chyba odczuwali to moi korespondenci, dlatego z chwilą upowszechnienia się Internetu przeszliśmy na korespondencję elektroniczną.
Niestety koperta w skrzynce mailowej nie budzi już takich emocji, ponieważ ludzie w większości odwykli od wyrażania myśli słowem pisanym (tłumacząc się przy tym brakiem czasu). Maile najczęściej ograniczają się, zatem do dwóch – trzech zdań (więcej,jak się spotkamy).
Ostatnim moim korespondentem, piszącym piękne listy był Pan Kapitan. Liczył sobie około dziewięćdziesięciu wiosen, był bardzo schorowany, ale jego listy pełne były optymizmu i pasji. Kiedy zapytałam w którymś z listów o stan zdrowia odpisał krótko, że dolega to i owo (wzrok, słuch, kręgosłup, nerki, wątroba, serce, nogi….), ale, dodał, jest to mało pasjonujący temat, więc będzie lepiej, jak napisze, co ostatnio czytał. Wzrok miał kiepski, ale czytał bardzo dużo. Właściwie tylko to mu pozostało, kiedy poruszał się już z coraz większym trudem, kiedy nie mógł oglądać telewizji i słuchać radia z powodu problemów ze słuchem, wtedy (przy pomocy okularów o bardzo silnych soczewkach) czytał i pisywał listy. Nie wiem, czy korespondował z kimś jeszcze, ale do mnie pisywał zawsze regularnie. Każde nawet drobne opóźnienie w korespondencji przyjmowałam z niepokojem o jego stan zdrowia.
Był swego czasu podobnie jak mój tata Kapitanem jednego z naszych rodzimych okrętów podwodnych. Pisywał o swoich podróżach, książkach, no i oczywiście też o tym, co myśli na temat sytuacji w wojsku. Wymienialiśmy informacje na temat kondycji marynarki wojennej oraz spotkań Bractwa Okrętów Podwodnych. Pan Kapitan często przepraszał, że pisze nieładnie, bo wzrok już nie ten, co kiedyś. Mam jednak wrażenie, że pisał o wiele czytelniej niż ja. Wprowadzenie komputera spowodowało, że zupełnie odwykłam od odręcznego pisania.
Kapitan miał duże doświadczenie życiowe i sporą wiedzę. Ilekroć pisałam, iż wybieram się na wycieczkę, opisywał mi kraj, do którego lecę, różne ciekawostki związane z kulturą, a także polecał ciekawe przewodniki. To jemu zawdzięczam lekturę książki „Zjeść Kraków" Roberta Makłowicza i Stanisława Mancewicza.
Jego listy były pisane pięknym, trochę staroświeckim językiem. Pan Kapitan był niezwykle szarmancki, zawsze zwracał się do mnie Pani Małgorzato i zachęcał do pisania. W pewnym sensie to dzięki niemu zdecydowałam się na założenie blooga.
Kapitan odszedł na Wieczną Wachtę na początku tego roku i obawiam się, że wraz z nim odeszła też sztuka pisania listów.
I nie chodzi mi o sztukę pisania listów w „archaicznym” już dziś rozumieniu (listy pisane odręcznie i przesyłane Pocztą Polską), ale o sztukę wymiany myśli, a nie tylko przesyłania do siebie łańcuszków, które ja nazywam „łańcuszkami świętego Antoniego”.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

"Pachnidło" to powieść nie dla mnie

Pachnidło Patrick Suskind – historia mordercy (audiobook)

Książkę wysłuchałam już kilka dni temu, ale jakoś do dzisiaj nie mogłam zabrać się za napisanie paru słów. Kiedy zaczęłam słuchać nie mogłam wyjść z podziwu. Osiemnastowieczny Paryż jawił mi się jak żywy z całym bogactwem jego zapachów, a raczej całą gamą jego smrodów. 
Jan Baptysta Grenouille przychodzi na świat, jako czwarte, nieślubne dziecko handlarki ryb. Porzucone wśród rybich wnętrzności, zakrwawione jeszcze niemowlę wyrasta na osobę obdarzoną nieprzeciętnym geniuszem, geniuszem absolutnego węchu oraz umiejętności rozpoznawania i komponowania zapachów. Niechciany, niekochany, oddawany niczym zbędny przedmiot na przechowanie z instytucji do instytucji ma jedną obsesję; skomponowania zapachu, który umożliwiłby mu panowanie nad światem i który przyniósłby mu ludzką sympatię, a może nawet miłość. Jest jedno małe „ale”. Stworzenie takiej substancji miłosnej wymaga ciała dziewicy. Tylko ono bowiem wydziela tak subtelne, delikatne i zniewalające zarazem substancje zapachowe, jakie mogą dokonać cudów. Obsesja jest tak silna, iż łamie wszelkie normy moralne. Pachnidło to dla mnie trzy opowieści w jednej. 
Po pierwsze, to, co spodobało mi się najbardziej. Powieść wspaniale oddaje klimat miasta. Osiemnastowieczny Paryż niewiele ma wspólnego z wizerunkiem oświeconego, romantycznego miasta. Jest to miasto pełne brudu, nędzy i smrodu. Tłem akcji uczynił Suskind zabłocone i zaśmiecone ulice, stargany paryskiego rynku, niebezpieczne okolice Cmentarza Niewiniątek, pełne skór koźlich zakłady garbarskie oraz laboratoria perfumeryjne z całymi bateriami buteleczek i menzurek. Dzięki talentowi autora możemy nie tylko przenieść się w czasie i przestrzeni, ale możemy poczuć to miasto i to poczuć dosłownie.
I to druga opowieść; opowieść pisana zapachem. Pachnidło, jak żadna inna do tej pory powieść przenosi w świat zapachów. Czytając, nie tylko wyobrażamy sobie zapachy, towarzyszące bohaterowi, ale i czujemy je. Nasz zmysł węchu staje się wyostrzony i czuje całą tę mieszaninę odoru ulicy z rozkładającymi się resztkami jedzenia, fetorem psujących się ryb, nieświeżym zapachem z ust, potem niemytych ciał, wyziewami ropiejących ran. Zapachy te próbują zniwelować nasączone perfumami chusteczki zamożnych obywateli. Zapach rozchodzący się z kart książki otacza nas wokół.
No i wreszcie trzecia opowieść to historia mordercy. Psychologiczne studium Grenouilla, człowieka zamkniętego, nierozumianego, samotnego, pragnącego akceptacji miłości, szaleńca owładniętego obsesją doskonałego zapachu. Jan Baptysta jest od samego początku przedstawiony, jako odrażający potwór, człowiek nijaki, człowiek bez zapachu, człowiek, którego spotkanie wprowadza zamęt i budzi niepokój. Były chwile, kiedy ten potwornie samotny człowiek budził moją sympatię i odruch współczucia. Ale były to tylko chwile. W większości budzi on odrazę i przerażenie. 
Nie umiem ocenić tego typu powieści, gdyż potrafiąc docenić ich wyjątkowość, kunszt, nowatorstwo nie potrafię zachwycić się studium zła. Książka zawiera bowiem dość sugestywne opisy popełnianych przez bohatera morderstw. Jakkolwiek nie są one opisane drobiazgowo i dokładnie, to jednak są dość brutalne i budzę we mnie odrazę i wstręt. 
Nie podobają mi się książki, których tematem jest analiza psychiki mordercy. Nie lubię też opisów zbrodni zbyt dosłownych i zbyt doskonałych, takich, gdzie krew leje się gęsto, a opis męczarni ofiary jest szczegółową relacją agonii. I choć Pachnidło nie emanuje brutalnością opisów i ich dosłownością, to jest na tyle sugestywnie napisane, że obrazy te jawią się jak żywe. Mimo, iż książka zawiera jedynie opis przygotowania do popełnienia zbrodni i opis wyglądu ciała po popełnieniu zbrodni. 
Zapewne dla tego tak długo zabierałam się za napisanie tych paru słów.
Ten typ opowieści powinien mieć dla mnie etykietkę – Uwaga nie dla guciamal. Od mniej więcej połowy książki słuchałam ją z zamkniętymi uszami starając się nie dopuścić do siebie całej potworności zachowania bohatera. 
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że książka znalazła i pewnie znajduje nadal całą rzeszę wielbicieli zafascynowanych tego typu literaturą. Ja jednak nie zaliczam się do ich grona. 
Nie wystawię dziś oceny punktowej, bo gdyby oceniać stopień mojej sympatii dla książki to byłby on niezmiernie niski. Z drugiej strony potrafię dostrzec jej walory, choć mnie one nie zachwycają. Nie żałuję, że przeczytałam, bo odnalazłam tam Paryż, którego ostatnio w powieściach szukam, odnalazłam też wspaniałą książkę o zapachach. Niestety znalazłam tam też to, czego nie szukałam i czego znaleźć nie chciałam.
Mogłabym porównać tę książkę do filmu Hannibal. Osoby, które były zachwycone filmem na pewno będą zafascynowane książką. 
Ja film obejrzałam z głową pod kołdrą i do dziś wspominam, jako przerażające doświadczenie.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Dzwonnik z Notre Dame - moja najpiękniejsza książka o Paryżu

Po długim poszukiwaniu w księgarniach i bibliotekach udało mi się zdobyć książkę. Zafascynowana musicalem Notre Dame de Paris na youtube oraz widowiskiem muzycznym w Gdyni mogłam skonfrontować swoje wrażenia muzyczne z literackimi.
Czytając streszczenia książki (a czytałam je zanim wybrałam się na przedstawienie) odniosłam wrażenie, że Katedra Najświętszej Marii Panny jest historyczną powieścią z dramatycznym zakończeniem.
Książka jest jednak o wiele bardziej złożona. Jej lektura była dla mnie ogromną przyjemnością, a powieść weszła do katalogu tych najważniejszych dla mnie książek. Już przedmowa autora utwierdziła mnie, że mam do czynienia z pokrewną duszą.
Rzecz dzieje się w moim ulubionym okresie historycznym. Schyłek średniowiecza to okres wiary w potęgę ludzkiego umysłu, czas odkryć geograficznych i wynalezienia druku. Od momentu tego wynalazku myśl ludzka będzie mogła swobodnie rozprzestrzeniać się na cały świat. Swoją drogą ciekawa jestem jak zareagowali by nasi dalecy przodkowie, a także sam Hugo, poznając możliwości Internetu, który pozwala na niemal nieograniczony przepływ myśli ludzkiej.
Uwielbienie i podziw dla architektury przełomu średniowiecza i renesansu przebija z kart powieści. Autor ubolewa nad niszczycielskim wpływem historii na sztukę. Z jednej strony jest to ubolewanie spowodowane brakiem działania, które powoduje niszczenie i nieodwracalne dla przyszłych pokoleń straty w pomnikach architektury. Z drugiej strony jest gorsze jeszcze od zaniechania - działanie, które powoduje próby udoskonalenia tego, co jest już doskonałe i skończone i nie potrzebuje żadnych zmian. Działanie to powoduje, że przepiękna budowla staje się jakąś efemerydą, zlepkiem różnych stylów zupełnie do siebie nieprzystawalnych, będącym wypaczeniem idei jej pierwszego twórcy.
Należy też pamiętać, w jakim okresie powstawało dzieło. Hugo pisał swą powieść kilka lat po Wielkiej Rewolucji Francuskiej, będąc „świadkiem” niszczycielskiej siły gniewu ludu. Lud, który jest w stanie obalać trony przy okazji potrafi niszczyć też niemych świadków historii - pomniki przeszłości. Na swoje nieszczęście są one przez żądny krwi i żądny zemsty lud brane za sojuszników obalanego monarchy i starego porządku. Pali się książki, obrazy, niszczy rzeźby, ucina głowy kamiennym pomnikom i burzy świątynie. Tak też pozbawiona została głów Galeria Królów Paryskiej Katedry (przedstawiająca władców Izraela i Judei), którą rewolta w swej niewiedzy wzięła za francuskich monarchów. Tak to w okresie Rewolucji świątynia oraz jej skarbiec zostały splądrowane. Katedra została zamieniona w skład win. Tylko przypadkowi zawdzięczamy, że bezcenne dzieła Luwru nie spłonęły bezpowrotnie.
Hugo pisał swą powieść w roku 1830, kiedy mieszkańcy Paryża po raz kolejny powstali przeciwko surowym rządom. Budowano wówczas nowe barykady i niszczono kolejne dzieła sztuki.
Katedra Najświętszej Marii Panny jest nie tylko przedmiotem podziwu autora, jego inspiracją, ale także domem dwójki bohaterów powieści. Jest ona też jednym z wielu w tamtych okrutnych czasach miejsc chronionym prawem azylu dla skazanych. Miejscem, w którym nieszczęśnik może się schronić i dla którego staje się ona zarówno domem jak i więzieniem. Były to czasy, kiedy wymiar sprawiedliwości ze sprawiedliwością miał niewiele wspólnego.
Książka zawiera sporo opisów zarówno świątyni, jak i okolicznych ulic i budynków. Zdaję sobie sprawę, z tego, że to co mnie zachwyca w tej powieści może być dla wielu czytelników nużące. I jakkolwiek dla mnie opis ten jest niezbędny dla osadzenia akcji w miejscu i czasie to czytelnikom, których może znudzić proponuję go pominąć, gdyż historia opisana na kartach powieści warta jest poznania.
W miarę czytania dajemy się uwieść pięknej prozie Hugo i intrygującej historii.
Z niecierpliwością pochłaniamy kolejne rozdziały zaciekawieni, jak też los rozda swoje karty.
Inspiracją do powstania książki było odkrycie na murze świątyni greckiego słowa ANAΓKH oznaczającego „przeznaczenie”.
W historii tej nie ma postaci jednoznacznych. Każdego z bohaterów można w równym stopniu usprawiedliwić, jak i potępić. A tym, co ich zarówno usprawiedliwia, jak i potępia jest właśnie przeznaczenie.
Przeznaczenie, owo Fatum sprawia, że często działanie bohaterów przynosi skutki przeciwne do zamierzonych. Ono też sprawia, że człowiek często potyka się z powodu swoich przyjaciół, co stwierdza filozoficznie poeta. Człowiek staje się małym trybikiem w maszynie historii.
Tu także widzę odniesienie do historycznego tła, w którym powstawało dzieło. Czyż historia nie czyni nas pionkami na szachownicy zdarzeń. Czyż Hugo nie był świadkiem, jak piękne idee ulegały wypaczeniu. Czyż rewolucja nie pożerała swych dzieci. Czyż wreszcie i on nie musiał z powodu swoich przekonań emigrować do Anglii.
Katedra Najświętszej Marii Panny jest też nazywana „Dzwonnikiem z Notre Dame”.
Dzwonnik (Quasimodo) jest zły i nienawidzi ludzi, ale czyż nie ma do tego powodów ten wynaturzony twór natury. Potwór w ludzkim ciele; garbaty, kulawy, jednooki, głuchy, brzydki porzucony jako dziecko i wyszydzany przez ludzi. Czyż taki ktoś nie ma powodów do nienawiści, zgorzknienia, dziwactwa. Jedyne osoby, które okazują mu cień zainteresowania, nie potrafią okazać mu serca. Arcydiakon Frollo, który przygarnął porzuconą sierotę, małego potworka, wyuczył, wykarmił i dał zajęcie, który był jego opiekunem i niemal bóstwem staje się w końcu przyczyną jego tragedii. Piękna Cyganka, która zdobyła się na jeden litościwy gest i napoiła spragnionego, znajdującego się pod pręgierzem Quasimodo, odwraca z wstrętem głowę na jego widok. Nie może znieść jego brzydoty, mimo, że to on wyrwał ją z objęć śmierci i niczego od niej nie oczekuje poza możliwością służenia jej i bycia wiernym psem i obrońcą. Trudno się jednak jej dziwić, kiedy patrzy się choćby na dzisiejsze wyobrażenie Quasimodo, jest to widok przerażający.
Jest tam też poeta Piotr Gringoire, który w chwili próby zawodzi. Czy można się jednak dziwić, iż człowiek, który dwukrotnie uszedł szubienicy (na którą skazało go, jedynie to, iż miał nieszczęście być bezdomnym włóczęgą) nie jest zdolny do bohaterstwa.
Jest ksiądz, który całe życie poświęcił służbie Bogu i nauce, a który porażony urodą i niewinnością dziewczyny zostaje ogarnięty nie tyle namiętnością, co żądzą miłości cielesnej. Dla tej obsesji gotów jest popełnić każdą zbrodnię, dla niej gotów jest na wiekuiste potępienie.
Jest też niewinna dzieweczka przecudnej urody, która zabawia ludzi wdzięcznym tańcem i magicznymi sztuczkami. Dziewczyna żyje jak beztroski motyl, ratuje od śmierci poetę, lituje się nad Quasimodo. I spotyka na swoje nieszczęście pięknego i pozbawionego serca żołnierza. Miłość, która ostatecznie zaprowadzi ją ….
Ale nie będę zdradzać treści lektury. Są w niej naprawdę zaskakujące zwroty akcji.
Powieść mimo tragicznego zakończenia, niesie także optymistyczne przesłanie. Bo czyż nie napawa nas optymizmem, to, że człowiek choć jest istotą tak kruchą i słabą, jak trzcina miotana wichrami historii ma w sobie ogromną moc. Moc, która sprawia, że można go powalić na ziemię, ale nie można go złamać. Dobro i siła uczuć Esmeraldy czy też siła uczuć Quasimodo są tak wielkie, że nie jest ich w stanie pokonać nawet śmierć.
"...a gdy próbowali go odłączyć, rozsypał się w proch." - ostatnie słowa powieści.
Przewracając karty powieści wędruję ulicami piętnastowiecznego Paryża. Są to ulice jakże inne od tych, którymi dzisiaj spacerują jego mieszkańcy i liczni turyści. Uliczki wąskie, uliczki brudne i niebezpieczne. Plac Cudów (dzisiejsza dzielnica Halle) jest miejscem, do którego lepiej nie zapuszczać się po zmroku. Jest on królestwem złodziei, Cyganów i żebraków. Rynsztoki ulic pełne są nieczystości i stanowią legowisko bezdomnych. Nazwy uliczek (po części do dziś zachowane) są ich charakterystyką; jak np. ulica Poderżniętego gardziołka, czy ulica Zbitej mordy. Na placach miasta stoją pręgierze i szubienice, będące ich stałym elementem. Wymierzanie kar jest jedną z rozrywek ludu. Hugo wprowadza na karty powieści również króla Ludwika XI. Czytając o tym strasznym i bezdusznym władcy myślę, że sama gotowa byłabym wzniecić rewoltę i poprowadzić lud na barykady.
Jeśli jednak ktoś oczekuje od powieści romansu, szybkiego tempa akcji, sensacji to nie znajdzie w jej lekturze przyjemności. Wszystkim pozostałym polecam.


Zdjęcia; 1. Ilustracja do książki, 2. Gargulce z Katedry Notre Dame, jedyni towarzysze Quasimodo, 3. Wiktor Hugo za młodu, 4.Wiktor Hugo w 1883 roku

sobota, 27 sierpnia 2011

Podróże inspirowane literaturą, czyli dziesięć miejsc ...

Top 10, to akcja, która przewija się po blogach od jakiegoś czasu. Dziesięć ulubionych filmów, seriali, książek, autorów, itp. Nie biorę w niej udziału, bo po pierwsze nie przepadam za wyliczankami, po drugie dziesięć to w pewnych sytuacjach za mało, w innych za dużo. Dla przykładu ciężko byłoby mi wymienić dziesięć (jedynie) ulubionych książek, ale wymienić chociaż trzy ulubione seriale byłoby niemożliwym dla osoby, która nie ogląda telewizji.
Teraz jednak pojawiła się dziesiątka miejsc (podróży), które chciałoby się odbyć dzięki literackim fascynacjom.
Dla osoby, która kocha podróże (kocha w tym przypadku zostało użyte całkiem świadomie) jest to inspiracja do kolejnego wpisu. Mam to szczęście, że niektóre z moich literackich podróży marzeń zostały zrealizowane.
Miejsca, w których udało mi się przynajmniej częściowo skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością, to Rzym, Paryż, Wenecja:
1. Czytając Udrękę i ekstazę Irwina Stone marzyłam o odwiedzeniu Kaplicy Sykstyńskiej. Chciałam zobaczyć miejsce, w którym twórca spędził tyle lat życia.
Chciałam już nie tylko wyobrażać sobie, jak Michał Anioł tworzył nie wypuszczając pędzla z rąk, nie jedząc, nie śpiąc, ale poczuć klimat, zobaczyć otoczenie, no i wreszcie ujrzeć efekt tej pracy. Chciałam przywołać w myśli jego dysputy z Juliuszem II (Giuliano Della Rovere). Tak jak on pragnęłam poczuć ścierpnięcie karku, kiedy będę przechylać głowę do tyłu, aby podziwiać sklepienie Kaplicy. Wydawało mi się to wówczas nieosiągalne. Odstraszały mnie zawsze kolejki, jakie widywałam przed tym muzeum. Ciągnęły się one czasami od wejścia do Muzeów aż po Plac Świętego Piotra, czyli nawet ponad kilometr. Przerażały mnie też te tłumy, jakie miałyby mi towarzyszyć podczas wizyty. Jednak chcieć to móc. Udało się uniknąć i kolejki do wejścia i tłumów turystów. Rezerwacja przez Internet to wspaniały wynalazek. Byłam tam dwukrotnie. Wizyta w Kaplicy (i przy okazji w Muzeach Watykańskich) należy do jednych z piękniejszych wspomnień.


2. Podczas lektury (choć prawdę powiedziawszy bardziej podczas oglądania adaptacji) Upiora w operze Gastona Leroux zapragnęłam zobaczyć Operę Garnier w Paryżu. Co prawda widziałam ją przelotnie podczas pierwszej wycieczki, ale ponieważ nie znałam jeszcze wówczas ani Eryka, ani Christine, ani tła akcji budynek nie wzbudzał we mnie żadnych uczuć.
Baśniowa sceneria akcji; podziemia Opery, które ciągną się szesnaście pięter w dół, tajemnicze, niedostępne pomieszczenia, sekretne przejścia, podziemne tunele, jezioro, organy, na których Eryk wygrywał swoją muzykę pobudzały wyobraźnię. Z czasem nie bardzo wiedziałam, co jest tłem książki, co scenografią teatralną, co filmową, a co moimi wyobrażeniami. Ale marzyłam o ponownym zobaczeniu gmachu Opery. Budynek robi imponujące wrażenie, teraz zostało jeszcze zwiedzenie jego wnętrza.


3. Miałam ogromną przyjemność czytać Anioły i demony na Placu Świętego Piotra w Rzymie. Nie można wyobrazić chyba sobie piękniejszej scenerii dla tej lektury. Książki Dana Browna lubię między innymi ze względu na umożliwienie mi poznania różnych miejsc (Rzym, Paryż, Washington). Lubię je również za inspiracje poznawania twórców. Dzięki nim odkryłam "mojego Berniniego". Ale do tego jeszcze kiedyś wrócę.
Kiedy po raz pierwszy przeczytałam Anioły zapragnęłam odbyć wędrówkę śladami profesora Langdona. Do tej pory, byłam we wszystkich miejscach opisanych w książce, poza passetto i biblioteką watykańską. Passetto mam nadzieję jeszcze odwiedzić, przeczytałam bowiem, iż od niedawna jest taka możliwość. Natomiast co do Biblioteki, jeśli wierzyć autorowi (a są tacy, co uwierzyli w literacką fikcję) musiałabym uzyskać zgodę papieża, Rady papieskiej lub w razie sedis vacante papieskiego kamerlinga. Nie wydaje mi się to możliwe. Tak więc Biblioteka Watykańska pozostanie na zawsze jedynie w sferze marzeń.

4. Do moich ulubionych pisarzy należy Wiktor Hugo. Paryż, jaki opisuje w Katedrze Najświętszej Marii Panny, znanej bardziej pod tytułem Dzwonnika z Notre Dame przechowuję w pamięci niczym cenną relikwię.
Plac de Greve, dzielnica Halle czy wreszcie sama katedra Naszej Pani są przedstawione tak realistycznie, że bez trudu mogę oczyma wyobraźni przenieść się nie tylko do Paryża, ale nawet do Paryża średniowiecznego. A za parę dni będę mogła ponownie skonfrontować wyobrażenia z dzisiejszą rzeczywistością, jakże inną od tej sprzed wieków. Ale katedra stoi niezmiennie, choć nie taka sama, to ta sama.


5. W klimat Wenecji przeniosła mnie mało znana książeczka Anioły panny Garnet Salley Vickers.
Lektura wskazuje co prawda konkretne miejsca, jednak mnie najbardziej spodobała się atmosfera miasta, kluczenie uliczkami, wizyty w kawiarniach, codzienne życie. To wszystko, co sprawiło, że prowadząca do tej pory nudne i monotonne życie wiekowa już panna Julia odnalazła swoje miejsce na ziemi, poznała przyjaciół i radość życia.


Miejsca, które nadal mogę odwiedzać, jedynie w snach:
6. Planeta Małego Księcia Saint Exuperego. Usiąść razem z Małym Człowiekiem na jego Planecie i obserwować wschody i zachody słońca.
Nie trzeba byłoby nic mówić. Wystarczyłoby patrzeć w te same miejsca i rozumielibyśmy się bez słów.



7. Chciałabym choć raz znaleźć się w Akademii pana Kleksa na ulicy Czekoladowej.
Lekcje u Ambrożego Kleksa tak pobudzały moją wyobraźnię, iż dotąd marzy mi się przyrządzanie posiłków z kolorowych pastylek, zbieranie snów na lusterkach, odwiedzanie bajek i lekcje geografii na świeżym powietrzu.


8. Na Zielonym wzgórzu gościła niejedna z bloogowiczek. Obawiam się, że mogłoby się tam zrobić dość tłoczno. Jednak z przyjemnością spotkałabym się tam nie tylko z mieszkańcami wyspy Księcia Edwarda, ale także moimi ulubionymi koleżankami po „piórze” i z jednym kolegą też (ZwL- to o tobie mowa). Usiedlibyśmy na werandzie, patrzylibyśmy na jabłoniowy sad, popijali porzeczkowe wino Maryli, którego dziwnym trafem parę buteleczek znalazłoby się w spiżarce i słuchali ploteczek pani Małgorzaty Linde.





9. Wigilię chciałabym kiedyś spędzić w trzechsetletnim młynie pod Paryżem razem z bohaterami Wieści Wiliama Whortona. Kamienny młyn, położony w pokrytej śniegiem dolinie nad zamarzniętym stawem w otoczeniu ośnieżonych drzew robi wspaniałe wrażenie. Na szybach młyna mróz wymalował lodowe inkrustacje. Ściany młyna zostały przyozdobione kilkunastoma metrami czerwonego aksamitu, stół pokryty obrusem z zielonego sukna i zastawiony wazonem z gałęziami ostrokrzewu. Wnętrze młyna zdobi ogromna, kilkumetrowa choinka.



10. Chciałabym także odnaleźć miejsca, które utrwalili na płótnach impresjoniści. Chciałabym zanurzyć się w zieleń drzew i traw, jakie znajdują się na malowanych przez Pissarro pejzażach (Bezmiar sławy), biec przez pola słoneczników, które malował Van Gogh (Pasja życia), spotkać wśród ukwieconych łąk kobietę z parasolką Moneta (Monet Zycie i twórczość). Oczywiście na wymienienie wszystkich tych miejsc wymarzonych zabrakłoby mi miejsca.



Zdjęcia i obrazy:
1. Muzea Watykańskie z latarni kopuły Św. Piotra, 2. Budynek Opera Garnier w Paryżu, 3. Na Placu Św. Piotra- jedna z wskazówek w poszukiwaniach Langdona, 4. Katedra Notre Dame w Paryżu, 5. Wenecja - rejs po Canale Grande, 6. Mały Książę -plakat, 7. kadr z filmu Akademia Pana Kleksa, 8. Wyspa Księcia Edwarda, 9. Bajkowy młyn (nie znalazłam fotografii młyna Whortona), 10. Kobieta z parasolką Moneta

piątek, 26 sierpnia 2011

Oszukana film w reż. Clinta Eastwooda

Film co prawda nie nagrodzony statuetką, ale nominowany do Oskara w trzech kategoriach; najlepsza rola pierwszoplanowa (Angelina Jolie), najlepsza scenografia - Gary Fettis, James J. Murakami, Patrick M. Sullivan Jr. oraz najlepsze zdjęcia (Tom Stern).
Nie jestem szczególną fanką Clinta Eastwooda, ale zdecydowanie wolę go w roli reżysera, niż aktora.
Akcja filmu osnuta jest na prawdziwych wydarzeniach, jakie miały miejsce w latach trzydziestych ubiegłego wieku w Los Angeles. Samotna matka zgłasza na policję zaginięcie 9 letniego syna. Po pięciu miesiącach policja w świetle fleszy aparatów fotograficznych fetuje sukces odnalezienia chłopca. Wszyscy są zadowoleni; policja spełniła swoje zadanie, prasa ma dobry temat na pierwsze strony gazet, publiczność jest wzruszona szczęśliwym zakończeniem, tylko matka (Angelina Jolie) zawodzi, ponieważ twierdzi, że odnalezione dziecko nie jest jej dzieckiem. Bierze jednak chłopca pod opiekę i rozpoczyna heroiczną walkę o to, by prawda ujrzała światło dzienne, a policja rozpoczęła poszukiwania jej syna. Film ukazuje mechanizmy rządzące skorumpowaną, bezduszną policją, która w latach Wielkiego Kryzysu stała w mieście aniołów ponad prawem. Dla ukrycia swojej porażki gotowa jest ona poświęcić spokój matki i życie dziecka. Jakakolwiek próba oporu wobec któregoś z jej funkcjonariuszy kończy się zamknięciem w zakładzie psychiatrycznym. Tam też trafia główna bohaterka. Szpital pełen jest kobiet, które naraziły się policjantom. Pozbawione wolności z nakazu policji zamykane w zakładzie kobiety poddawane są drastycznym „metodom leczniczym” (leczenie prądem, upokarzające badania, ogłupianie lekami). Metody te mają na celu złamanie kobiet lub doprowadzenie do obłędu.
„Oszukana” to jednak przede wszystkim studium kobiety przeżywającej traumatyczne doświadczenie: kobiety silnej, zdeterminowanej, zdecydowanej na wszystko dla ratowania życia syna. Stworzyła ona jak dla mnie wiarygodny portret zniesławionej, uważanej za niepoczytalną, kobiety, mającej przeciwko sobie niemal wszystkich, z wyjątkiem duchownego (John Malkovich). Gdyby nie pomoc pastora nie wiadomo, jaki byłby finał tej historii.
Działania policji i podobnie, jak ona skorumpowanej służby zdrowia (lekarz policyjny, personel zakładu psychiatrycznego) są tak nieprawdopodobne, że aż trudno w nie uwierzyć. Jak można wmówić matce, iż nie potrafi rozpoznać swojego dziecka, jak można wmówić kobiecie, że znudziło ją wychowywanie dziecka, dlatego zaprzecza jego tożsamości. A jednak historia oparta jest na faktach, odtworzona z akt procesowych. Uwiarygodnieniem tej historii jest podrzędna rola kobiety w społeczeństwie Ameryki z początku ubiegłego wieku, a kobiety samotnej w szczególności. Kobieta nie mająca oparcia w mężu, bracie, opiekunie staje się łatwym celem ataku, jako istota emocjonalna, nielogiczna, histeryczna.
Podział na dobro i zło jest jasny i klarowny. Może nieco jednoznaczny. Brakuje mi tutaj światłocieni, bo przecież ludzie rzadko są tylko dobrzy lub tylko źli. Choć niewątpliwie i tacy bywają.
Film trzyma w napięciu do samego końca. Kiedy już wydaje się, że sprawa została rozwiązana, pojawia się nowy wątek. Ale nie będę zdradzała szczegółów.
Od filmu oczekuję przede wszystkim ciekawie przedstawionej historii, analizy zjawiska oraz dobrej gry aktorskiej. I to wszystko w filmie „Oszukana” dostałam. Przedstawiona tu historia mająca swój pierwowzór w zdarzeniach rzeczywistych jest nie tylko ciekawa, jest także wstrząsająca. Reżyser przedstawia studium postaci matki tracącej dziecko, a także dokonuje analizy zjawiska korupcji w policji i zmowy milczenia wokół tejże korupcji (przyzwolenia władz na samowolę stróżów prawa).
Podobała mi się gra Angeliny Jolie. Niektórzy krytykują ją, iż gra urodą, inni krytykują za zbyt beznamiętną, pozbawioną emocji grę. Ja natomiast uważam, że bardzo dobrze wczuła się w rolę i zagrała matkę, która cierpi, ale cierpi wewnętrznie. Nie jest to matka, która rwie włosy na głowie, krzyczy i bije na oślep wszystkich dookoła. A że jest piękną kobietą to tylko dodatkowy walor filmu, nie sądzę, aby aktorka mniej atrakcyjna fizycznie miała być bardziej wiarygodna. Podobała mi się także gra Johna Malkovicha, grającego pełnego ekspresji, ale też nie pozbawionego realizmu pastora.
Poza tym moim zdaniem bardzo dobra scenografia, która nadaje autentyzmu tłu zdarzeń, przenosząc nas w lata dwudzieste i trzydzieste ubiegłego wieku. Atutem filmu jest też dobrze dobrana, nastrojowa muzyka.
Moja ocena 5,5/6

czwartek, 25 sierpnia 2011

Tancerka Degasa, czyli urodzaj na impresjonistów w literaturze


Kiedy usłyszałam, że książka Kathlyn Wagner dotyczy środowiska paryskich tancerek, a rzecz dzieje się po trosze w Operze, po trosze na Monmartrze w czasach, kiedy rodzi się impresjonizm z wielką ochotą i może nazbyt rozbudzonymi oczekiwaniami zabrałam się za lekturę. Autorka pisze o książce, iż jest to całkowita fikcja literacka, a jakiekolwiek podobieństwa do osób i wydarzeń są zupełnie przypadkowe. Fikcja fikcją, ale rozpoczynając lekturę miałam nadzieję, że przeniosę się w klimat epoki i w środowisko artystów (Degas, Pissarro, Manet), które tak mnie fascynuje. Książka reklamowana, jako opowieść o wielkiej miłości i o wielkiej sztuce porusza kilka wątków; ciężkich warunków życia ubogich dziewcząt na pod koniec XIX wieku, rywalizacji pomiędzy tancerkami na drodze do stania się primabaleriną (co przywodzi na myśl skojarzenie z "Czarnym Łabędziem"), procesu twórczego malarza oraz trudnej miłości do artysty. Temat zatem ciekawy i wdzięczny. Zaczyna się przepięknym, malarskim wstępem. 
„Wyobraźcie sobie, że kreski, które rysuje, zmuszają mnie do tańca (…). Niemal widzę, jak jego ręka wędruje w górę kartki, a ja w tym samym momencie czuję skurcz w nodze i wyobrażam sobie, że najmniejszy ruch jego nadgarstka przyniesie mi ulgę. Jestem gotowa opuścić nogę, ale czekam, a on zdaje się uśmiechać do siebie - jeszcze nie. Wciąż przyciska ołówek do górnego rogu kartki, obserwuje mnie, widząc, że kontroluje każdy mój ruch”
Prawda, że pięknie? Niestety, tylko wstęp jest w tym stylu namalowany. Potem jest już prozaicznie. Bohaterką powieści jest młoda i uboga Alexandrie, dla której jedyną szansą na lepsze życie i uniknięcie losu matki, (służącej swego męża i syna) jest dostanie się do Baletu Opery Paryskiej i znalezienie bogatego „sponsora”, który zapewni nie tylko jej, ale i całej rodzinie utrzymanie. Dzięki kilku lekcjom u mądrego, wiejskiego nauczyciela dziewczyna zdobywa nieco ogłady i wykształcenia, poznaje historię oraz świat literatury. Początkowo wydaje się, że jedynym jej marzeniem jest ścieżka kariery, która zapewni dostanie życie, a co za tym idzie piękne suknie, klejnoty, bywanie w dobrych restauracjach, posiadanie własnego mieszkania i podziw wielbicieli. Z biegiem czasu dziewczyna dojrzewa i zaczyna rozumieć prawdy wpajane jej przez nauczyciela, iż najważniejsze jest to co znajduje się wewnątrz człowieka, a nie jego powierzchowność.

Alexandrie od dziecka lubiła tańczyć, a z czasem zaczyna taniec traktować w kategoriach sztuki, a siebie postrzegać, jako artystkę. Dziewczyna zostaje modelką Degasa i wkrótce zakochuje się w malarzu. Ten jednak zdaje się nie dostrzegać jej fascynacji. 
Czy malarz naprawdę jest nieczuły na urok, fascynację, miłość do niego i do sztuki? Czy Alexandrie zdecyduje się zostać utrzymanką bogatego i zafascynowanego nią mężczyzny? Czy Degas odwzajemni uczucia dziewczyny? Zainteresowanych odsyłam do lektury.
Książkę czyta się szybko i z pewnym zainteresowaniem. Mnie jednak czegoś tutaj zabrakło. Klimatu, nastroju, języka. Książka wydaje mi się nieco sztuczna i mało wiarygodna. I nie chodzi o to, że opisana historia jest fikcyjną. Ta powieść nie przenosi mnie w czasie w świat paryskiej bohemy. Jest tu parę historycznych odniesień, jest kilka autentycznych postaci, ale na tym się kończy. Psychologicznie postać dziewczyny jest dla mnie mało interesująca, a to na niej opiera się cała historia. Degas jest jedynie obiektem jej uczuć i chociaż występuje jako jeden z bohaterów, to raczej jest on drugorzędną postacią. No i język, jakim napisana jest książka jest dla mnie językiem dzisiejszej Kathryn Wagner, a nie językiem dziewczyny sprzed ponad stu lat. 
Jak na debiut literacki jest to niezła książka. Podobają mi się opisy tworzenia obrazów przez Degasa, chyba jedynie one tak naprawdę przenoszą w świat sztuki. Jednak po fascynacji takimi pozycjami o malarzach, jak I. Stone; Pasje utajone (o Van Goghu), Bezmiar sławy (o Pissarro), Udręka i ekstaza (o Michale Aniele), czy ostatnio Jacka Dehnela Saturn (o Goyi) oczekiwałam zupełnie innych doznań.

Zdjęcia; 1 okładka, 2. Błękitne tancerki Degasa.

środa, 24 sierpnia 2011

Siła przekonań (prawda, czy mity) oraz czy można znienawidzić książkę

Mit czy prawda
Często przekonania są w nas tak silnie zakorzenione, że biada temu, kto pragnąłby nas ich pozbawić. Swego czasu duże wrażenie wywarło na mnie przeczytanie jednej z lektur szkolnych, której tematem było poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co ważniejsze wiara w mit czy objawienie prawdy.Lektura, jak to z dobrą lekturą bywa stawia pytania, ale nie daje odpowiedzi. Bo, jakiż sens miałoby przekonywanie kogoś do poglądów autora, skoro każdy ma swoje własne, nieczęsto tak silnie zakorzenione, że próba ich podważenia staje się bezcelową. Przekonania nie jednokrotnie są tak samo silne, jak wiara w mit, legendę, bohatera.
Zagadnienie to zastanawia mnie do dziś. Co ważniejsze; prawda, czy siła przekonań. Odpowiedz wydaje się na pierwszy rzut oka oczywista. Prawda ponad wszystko. Chcemy znać prawdę, bo jak mawia ewangelia „poznacie prawdę, a ona was wyzwoli”.
Czy na pewno i czy zawsze? Czy czasami prawda nie zabija w nas czegoś, co piękne i wzniosłe, czy nie czyni spustoszenia w naszym systemie wartości. Czy poznanie prawdy nie spowoduje bólu i cierpienia. I czy każdy z nas gotowy jest na to poznanie.
To oczywiście nie oznacza, że powinniśmy żyć w kłamstwie i ułudzie, ale może czasami warto się zastanowić, jaki będzie bilans objawionej przez nas prawdy, czy nie przyniesie on więcej strat niż pożytku. Czy nie zabije w nas wiary w ludzi, zaufania, czy nie przemieni nas w cyników. No i jeszcze jedno, czy nasze przekonanie, że poznaliśmy prawdę jest oparte na rzetelnych przesłankach, czy nie zostaliśmy wprowadzeni w błąd. Nieważne, czy celowo, czy przez nieudolność badacza czy z powodu oparcia się na fałszywych przesłankach. Czy znamy całą prawdę i czy znamy motywy działania bohatera, którego chcemy strącić z piedestału oraz czy znamy motywy działania naszego źródła informacji. Temat jest oczywiście o wiele głębszy, ale jako laik pozostanę na postawieniu pytań bez udzielania odpowiedzi. Tym bardziej, że sama ich nie znam.
Zachęcam do lektury książki. Ciekawa jestem, czy wśród moich czytelników znajdzie się osoba/ osoby, która/e wie/dzą, o jakiej książce piszę?

Czy można znienawidzić książkę?
Dzięki zaproszeniu Izy zostałam dołączona do klubu nie - AK (Anonimowych książkoholików) na facebooku. Zaglądam tam od czasu do czasu. Rzadko się wypowiadam, ale czytam i czerpię inspirację. Jedna z uczestniczek wyrażając opinię o pewnej książce stwierdziła, iż nienawidzi książki. Zapytana przeze mnie, co złego jej książka zrobiła odpowiedziała, iż jej lektura ją strasznie znudziła (wymęczyła).
Zaczęłam się zastanawiać, czy można znienawidzić książkę. Skoro ktoś nienawidzi (osoba, która przedstawia się, jako miłośniczka książek) to widocznie można.
Mnie jednak wydaje się niezrozumiałym tak silne uczucie do książki. Czasami książka mnie nudzi, a lektura męczy, ale żeby aż nienawidzić. Ale z drugiej strony lektura potrafi wzbudzać we mnie silne uczucia; od uwielbienia po ekstazę. Więc jak to jest; miłość - tak, nienawiść – nie?
Ciekawa jestem waszego zdania.

Zdjęcia 1. Jules Joseph Lefebvre - Prawda, 2. Lucas Cranach Starszy Judyta (z głową Holofernesa)

wtorek, 23 sierpnia 2011

Wszystko dla pań Emil Zola

Koniec XIX wieku. Paryż jest w trakcie wielkich przemian. Baron Haussmann - prefekt Paryża wyburza średniowieczną zabudowę i dokonuje przebudowy paru dzielnic miasta. Wąskie uliczki ustępują miejsca szerokim alejom, powstają nowe parki, place, bulwary, trwa budowa Opery Garnier. Powstają pierwsze wielkie magazyny handlowe takie, jak „Le Bon Marche” i „Le Louvre”. Magazyny zajmują olbrzymią powierzchnię, mieszczą się na kilku piętrach obszernych kamienic, posiadają bogato udekorowane witryny i ogromne ilości towarów. Różnorodność i bogactwo asortymentu kusi klientki zaskoczone nowatorstwem, oszołomione reklamą, zbałamucone wyprzedażami i obniżkami cen oraz systemem zwrotów. To jedno oblicze Paryża. 
Jest i drugie. Obok przestrzennej zabudowy, obok wielkich bulwarów spacerowych, obok nowoczesnych magazynów handlowych istnieją wąskie, ciemne uliczki, gdzie w wilgotnych, zapleśniałych, nadgryzionych zębem czasu małych klitkach walczą o przetrwanie drobni kupcy. Istnieje spora liczba małych przedsiębiorców, którzy nie chcąc poddać się nurtowi przemian podejmują nierówną walką z „nowym”. Ulegają złudnemu przeświadczeniu, iż wystarczy zachować godność, aby zwyciężyć panoszącego się kolosa.
W takim momencie do Paryża przyjeżdża z prowincji osierocona Denise Baudu mająca pod opieką dwójkę młodszych braci. Denise miała nadzieję znaleźć zatrudnienie panny sklepowej u prowadzącego mały sklepik z materiałami wuja, jednak w wyniku trudności, z jakimi boryka się kupiec dziewczyna zatrudnia się w nowo tworzonym magazynie „Wszystko dla pań”. Piękny dom towarowy, który oglądany zza szyb sklepowych wydawał się dziewczynie wymarzonym miejscem zatrudnienia okazuje się ciężką szkołą życia. Zatrudnieni w sklepie pracownicy nie mając żadnych gwarancji zatrudnienia i musząc liczyć się z ewentualnością utraty pracy z dnia na dzień stale ze sobą rywalizują. Wprowadzony przez właściciela system prowizji od sprzedaży powoduje jeszcze większe konflikty, podkradanie sobie klientek, donosy na kolegów.

„Wszyscy zresztą w dziale jedwabi, od praktykanta, który marzył, aby zostać subiektem, aż do kierownika działu, którego ambicją było zostać udziałowcem magazynu, myśleli tylko o tym, aby wysadzić z miejsca kolegę zajmującego wyższe stanowisko, aby posunąć się o szczebel na drabinie hierarchii kupieckiej i zniszczyć zawadzającego współpracownika, jeśli zajdzie potrzeba”.
Denise zostaje przyjęta przez współpracowników z nieufnością. Skłócone panny sklepowe robię sobie z niej pośmiewisko i ofiarę. W wyniku pomówienia, intryg i plotek traci pracę i dach nad głową. Jednak dzięki samozaparciu, uczciwości, wierności swoim przekonaniom i pracowitości unika losu wielu swoich koleżanek, a w efekcie zyskuje szacunek i poważanie. 
Właścicielem magazynu „Wszystko dla pań” jest Oktaw Mouret, przedsiębiorczy, odważny w realizacji nowatorskich, a nawet ryzykownych rozwiązań młody człowiek, który majątek zdobył dzięki ożenkowi z bogatą wdową. Po śmierci żony majątek zainwestował w stworzenie magazynu handlowego, który w niedługim czasie stał się jednym z największych paryskich domów towarowych. Oktawiusz otacza się kobietami, dzięki jednej z nich zdobył majątek, dzięki innej kredyt w banku. Kokietuje je, ale traktuje je jak przeciwnika, którego musi pokonać. 
Rzekomą galanterią w stosunku do kobiet maskował Mouret wrodzoną brutalność: wznosił dla kobiety świątynię, otaczał ją dymem kadzideł, które snuli wierni mu subiekci, stwarzał cały, zupełnie nowy rytuał kultu. Myśl jego pracowała nad wynalezieniem nowych pokus, ale gdy udało mu się opróżnić kieszenie kobiety i zrujnować jej nerwy, pełen był wówczas tajonej pogardy, jaką odczuwa mężczyzna do ukochanej kobiety, która nieopatrznie uległa jego gorącym zaklęciom”…
Historia znajomości Oktawiusza z Denise stanowi jedynie tło do przedstawienia walki starego z nowym, tradycji z nowoczesnością, indywidualizmu z masowością. Drobni kupcy chcąc walczyć z powstającymi domami towarowymi są niczym mrówka, która chce powstrzymać lokomotywę dziejów. Miotają się, podejmują działania z góry skazane na przegraną. Postęp wymaga ofiar. A jednak budzą oni sympatię, są godni szacunku za wierność tradycji i przekonaniom. Ta ich walka, to buntowanie wydaje się śmieszne i tragiczne zarazem. 
Jedynie Denise rozumie potrzebę zmian, a jednocześnie szanuje godność przegranych. 
"Wszystko dla kobiet" to także znakomite studium kobiety-klientki, które można potraktować jako studium społeczeństwa konsumpcyjnego. 
Oszałamiająca ilość towarów wszelkiego rodzaju, różnych kształtów, barw, odcieni, fasonów, faktur wyzwala w kobietach żądzę posiadania, posiadania za wszelką cenę (od zrujnowania domowego budżetu po kradzież towarów) i posiadania dla samego faktu posiadania. 
„Kobiety … gotowały się do obrabowania magazynów, pałały żądzą zbytku opisując wymarzone, ale zazdrośnie w szczegółach tajone toalety, pławiły się w szczęściu mówienia o fatałaszkach. Stroje, w których tonęły po uszy, były im w równej mierze niezbędne do życia jak ogrzane powietrze salonów, gdzie spędzały całe dni”.

Zola w sposób bardzo piękny kreuje zwłaszcza postacie drugiego planu; płonącej żądzą zakupów pani Marty, pełnego godności i współczucia zarazem parasolnika Bourrasa, czy zazdrosnej, podstępnej, zawiedzionej kochanki hrabiny Desforges.
Pewną wadą utworu jest jego zakończenie. Zola, który niemal przez cały utwór przedstawia bardzo realistycznie warunki życia pracowników wielkich domów towarowych na zakończenie nawiązuje do utopijnych wizji przedsiębiorstwa opartego na zasadzie falansteru, w którym pracownicy posiadają udział w zyskach, a wypracowane kwoty idą na podniesienie warunków pracy. 
Jednak jest to wada, którą jestem w stanie wybaczyć pisarzowi ze względu na pozostałe zalety dzieła. 
Przede wszystkim autor umożliwił mi odbycie podróży do XIX wiecznego Paryża. Czytało mi się bardzo dobrze. Od pierwszej strony zostałam wciągnięta w klimat powieści. Czułam pewne pokrewieństwo lektury z dziełami Wiktora Hugo, które uwielbiam. Może to dlatego, że Zola także był zafascynowany twórczością Hugo. 
Książkę czyta się lekko. Bogactwo opisów wystaw sklepowych z różnorodnością asortymentu nie pozostawia obojętnym. Zwłaszcza panie będą pod wrażeniem. Okazuje się bowiem, iż można o samych tylko koronkach, jedwabiach, aksamitach, welurach, batystach, płócienku, wełenkach pisać na wiele sposobów, w sposób, który nie dość, że nie nuży, to jeszcze fascynuje. Nieraz czytelniczka da się uwieść tym cudownym opisom i zapragnie nabyć rękawiczki, chusteczki, wachlarz….
„Wszystko dla pań” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Emila Zoli. Książkę, a właściwie książki Zoli polecono mi w ramach konkursu literackiego z Paryżem w tle. Spotkanie pierwsze, ale na pewno nie ostatnie. 
Moja ocena (pomimo tego trochę baśniowo-utopijnego zakończenia) – 6/6
Zdjęcia 1. Avenue de la Opera Camille Pissarro (akcja powieści rozgrywa się niedaleko ulicy Opery, łączącej Luwr z Operą Garnier), 2. Emil Zola, 3. Plakat Bon Marche - jednego z pierwszych domów towarowych

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Moje piękne rzymskie wakacje, czyli Rzym znowu Rzym

Październik 2009 r., de facto nie było to moje pierwsze spotkanie z Rzymem, ale pierwsze, podczas którego udało mi się troszkę poznać to miasto. Majowa wycieczka - tzw. objazdówka po Italii pozostawiała spory niedosyt, który zaowocował spontaniczną decyzję już kilka dni po powrocie. Rzym jest cudowny i dopiero podróżując indywidualnie mogłam odkryć małą cząstkę tego piękna i uroku, jakiej nie można dostrzec biegnąc za parasolką przewodnika i spoglądając na zegarek. Jak można zobaczyć miasto przez osiem godzin biegu jego ulicami, jak można nasycić się widokiem fontanny di Trevi, czy Fontanny Czterech Rzek, kiedy ma się piętnaście minut na zakup lodów, zrobienie zdjęć i ogarnięcie wzrokiem całości, tak aż do zapatrzenia się, tak, aby widoki śniły się potem nocami. 

Moje piękne rzymskie wakacje to wakacje bez pośpiechu, bez zegarka, bez ścisłych planów. Zamierzałam tam być, poznać to miejsce, jego klimat, jego czar, geniusz jego twórców. Zamierzenie ambitne i nie będę udawać, że mi się udało, ale na pewno zrobiłam pierwszy krok na tej drodze. A przecież, jak powiedział ktoś mądry każda nawet największa podróż zaczyna się od małego, pierwszego kroku. Zamierzałam poświęcić dwa dni na Watykan, a tymczasem był on celem moich codziennych spacerów i wędrówek. Podczas wizyty w Bazylice mogłam upajać się widokiem Piety, a po wyjściu z niej kopuły M. Anioła; dzieł tak odległych w czasie i tak różnych, a stanowiących kamienie milowe zarówno w dziedzinie rzeźby, jak i architektury. Wyrzeźbioną przez 24 letniego Michała Pietę uważałam wówczas za najpiękniejszą rzeźbę, jaką w życiu widziałam. Teraz po obejrzeniu większej ilości jego dzieł miałabym problem z wyborem najpiękniejszej. Nasyciwszy oczy widokiem dzieł tak wielu; Bramantego, Berniniego, Maderny, Michała Anioła, pochyliwszy głowę nad symbolicznym grobem Św. Piotra nie odmówiłam sobie wizyty w Grotach Watykańskich i chwili modlitwy u grobu "Naszego Papieża". Tak na co dzień nie jestem zbyt religijna (praktykująca), ale w takim miejscu coś drapie w gardle, szczypie w oczach i zgina kolana. Myślałam, że to „zasługa" barokowego przepychu świątyni, ale przecież miejsce spoczynku Ojca Świętego jest wyjątkowo skromne. 

Rozumiem zniechęcenie ludzi do odwiedzania dużej ilości kościołów, bo jest ich tyle (w Rzymie ponad 365), że już w kolejnym wszystko się zlewa i nie pamięta się który jest który. Ja znalazłam sobie na to swój sposób; starałam się zapamiętać przynajmniej jedną; kaplicę, posąg, rzeźbę z tych kościołów i bazylik, które odwiedzałam. I tak kościół Piotra w Okowach - Kaplica Juliusza II z Mojżeszem Michała Anioła oraz "łańcuchy", którymi miał być skuty Św. Piotr, kościół Santa Maria Maggiore - kasetonowy sufit ze złota przywiezionego podobno z Ameryki przez Krzysztofa Kolumba oraz Kaplica "Sykstyńska" i nagrobek (płyta nagrobna- Berniniego), kościół Santa Maria del Popolo - rzeźba Berniniego Habapuk i prorok (podobnie jak kaplica sykstyńska również w renowacji - widoczne były jedynie piramidy w Kapliczce Chiaggich) oraz obrazy Carravaggia (Nawrócenie Św. Pawła i Ukrzyżowanie Św. Piotra), bazylika św. Pawła za Murami - ze względu na jego wielkość (ogrom) i medaliony papieży a także zielony dziedziniec, kościół Santa Maria sopra Minerwa ze względu na rzeźbę Chrystusa autorstwa Michała Anioła, kościół Santa Maria della Victoria ze względu na Ekstazę Św. Teresy Berniniego, kościół Il Gesu- jako pierwszy barokowy kościół, będący przykładem dla innych, kościół Św. Andrzeja na Kwirtynale, jako zaprojektowany przez Berniniego z ołtarzem przypominającym mi trochę ten w bazylice Św. Piotra.
Kościoły są w Rzymie niczym Muzea, do których wstęp jest bezpłatny. Chociaż braciszkowie radzą sobie nieźle poprzez wprowadzenie opłaty za zapalenie światła w kapliczkach. Kapliczki są dość ciemne, a rzeźby mało widoczne dlatego przed każdą kapliczką znajduje się włącznik światła, który za 2 minuty światłości kasuje od 50 centów do 1 euro. Kościoły opisane przez Dana Browna powinny chyba płacić autorowi jakąś prowizję, bo są bardziej oblegane niż inne, a co za tym idzie i więcej grosza wpada do skarbonek ("iluminacji") i do koszyczków ofiarnych. 

Zawędrowałam na Zamek Św. Anioła na którego szczycie stoi posąg Archanioła Michała, który miał uratować miasto od zarazy. Rozciąga się stamtąd piękny widok na Bazylikę Watykańską i passeggio. Byłam też w Muzeum Kapitolińskim: gdzie znajduje się oryginał brązowego posągu Marka Aureliusza, którego kopia stoi na placu Kapitolińskim. Jest tam też fragment ogromnego posągu: głowa, stopa, ręka cesarza Konstantyna, który stał w świątyni Konstantyna (zwanej też świątynią Maksencjusza), a także pomnik Wilczycy Kapitolińskiej, ponadto rzeźby Berniniego; posąg Papieża Urbana oraz głowa Medei. W jednej z sal, gdzie stoją pomniki dwóch papieży podpisane zostały w 1957 r. Traktaty rzymskie ustanawiające Wspólnotę Europejską.
Starałam się, aby mój pobyt był - byciem w Rzymie, a nie zaliczaniem kolejnych punktów na jego mapie. Dlatego niektóre miejsca i uliczki były celem codziennych spacerów, co nie przeszkadzało oglądaniu też nowych miejsc. Nawet nie umiem wyrazić, ile radości dało mi snucie się po mieście czy np. wieczorna przejażdżka metrem do Piazza Barberini. Tam rzut okiem na fontannę Trytona i pałac Barberinich (dzieła Berniniego) oraz hotel o nazwie- nie może być inaczej- Bernini, przejście via Tritone pod Fontannę di Trevi, która oświetlona wieczorną iluminacją wygląda jak z bajki z tysiąca i jednej nocy. Odbijające się w białym marmurze postaci bogów, nimf i koników wodne refleksy, szum płynącej wody i gwar turystów - to codzienność tego miejsca. Niestety wieczorami turystów wcale nie ubywa. Ale kiedyś jeszcze trafię na ich mniejszą ilość i będę wtedy Panią tej fontanny. 

Kilka przecznic dalej (mijając straganiki z kalendarzami, obrazkami, magnesami i innymi souvenirami, które zawsze przyciągają wzrok) dochodzę do Panteonu. Następne miejsce zaczarowane. Trzeba tu wejść koniecznie wieczorem, podejść do nagrobka, gdzie epitafium głosi „Tu spoczywa Rafael; za życia Wielka matka Natura obawiała się, że mu ulegnie, a wraz z jego śmiercią, że umrze”/ Potem przysiąść na ławeczce i pobyć, pomyśleć o tych tysiącach wiernych, które odwiedziły tę świątynię, wiernych, którzy modlili się kiedyś do wielu bogów. Przed Panteonem znajduje się kolejny obelisk egipski (swoją drogą takiej ilości egipskich obelisków jak w Rzymie nie widziałam nigdzie indziej, łącznie z Egiptem). Będąc tutaj nie mogę odmówić sobie spaceru na Piazza Navona- to tylko jedna uliczka dalej. A tam trzeba usiąść pod fontanną Czterech rzek i poobserwować wieczorne życie toczące się w kawiarniach, barach, restauracjach i na placu, na rozstawione do późnej nocy sztalugi i obrazy, na "włoską bohemę". Potem tylko parę sekund zastanowienia- wracać do metra, czy iść do Watykanu. Ale jak można będąc już na Piazza Navona nie zajść do Watykanu, to przecież tylko dwie krótkie uliczki do Tybru. Przechodzę przez Ponte (most) Umberto, nie przez Ponte Sant Angelo, bo lewa strona Tybru jest nie oświetlona i trochę strach tak „po nocy" się włóczyć. Teraz już trzeba tylko minąć Pałac Sprawiedliwości, Zamek Anioła i ulicą Pojednania dochodzę na Plac Św. Piotra. Ludzi niewiele, bo Plac nie jest oświetlony tak pięknie, jak na filmie. Może to Watykańskie „oszczędności". I już chcę go (plac) objąć w posiadanie, kiedy spoglądam w drugie okienko po prawej stronie; palące się światło oznacza, że Papież jeszcze nie śpi. Pokręcę się trochę po Placu i wracam do metra wzdłuż murów Watykańskiego Państwa. To był tylko jeden z wielu spacerów. 

Ale największe przeżycia, choć wszystkie były cudowne i niezapomniane to zakończenie lektury pod kolumnadą i pobyt w Muzeach Watykańskich. Pierwsze miało miejsce w słoneczne popołudnie. Przez dwie godziny siedziałam na ciepłych schodkach i upajałam się na przemian lekturą i widokami. Chyba nie można sobie wymarzyć lepszej, bardziej odpowiedniej scenerii do lektury „Aniołów i demonów". Po skończeniu książki jeszcze raz przespacerowałam się po placu i weszłam do Grot i do Bazyliki. Ludzi było wyjątkowo, jak na to miejsce niewielu. Czułam się niemal, jak bohater mojej książki, który samotnie przemierza Świątynię. 
Drugie przeżycie to Muzea Watykańskie. Ponieważ rezerwacji biletu dokonałam przez Internet udało mi się wejść do Muzeum jeszcze przed jego oficjalnym otwarciem. Wśliznęłam się do środka dołączając do pierwszej grupy zwiedzających, a następnie odłączając od tejże grupy miałam niektóre sale wyłącznie do swojej dyspozycji. 

Po dokładniejszym obejrzeniu pokojów Juliusza II, które na jego zlecenie przyozdobił Rafael dotarłam do Kaplicy Sykstyńskiej, dla wielu jedynego celu wizyty w Muzeach. Udało mi się znaleźć miejsce na ławeczce i siedziałam tak przez pół godziny i aż się łezka w oku zakręciła. Nie wierzyłam, że mi się uda zobaczyć to miejsce. Miejsce, o którego dziele stworzenia czytałam dopiero co w „Udręce i ekstazie". Oczyma wyobraźni widziałam leżącego pod sufitem Michała Anioła, któremu wosk i farba kapią na twarz, który wykłóca się z papieżem Juliuszem II, który pomstuje, że nie jest malarzem i który marzy, aby skończyć tę przeklętą pracę (ale skończyć w taki sposób, aby wszystkim dech zaparło i aby każdy musiał przyznać, że jest to najpiękniejsze dzieło przedstawiające Stworzenie Świata) i zacząć rzeźbić. Siedziałam, patrzyłam, czytałam przewodnik, wstawałam, oglądałam, siadałam i dalej patrzyłam. Uczta nad ucztami. Kiedy przeczytałam swoją relację z oglądania Kaplicy pomyślałam sobie-Gośka skończ wreszcie z tą egzaltacją - to robi się nudne i jest niemądre. Kiedy jednak czytałam książkę Michał Anioł Nieszczęśliwy Rzymianin autorstwa pani Ewy Bieńkowskiej wykładowcy historii na Uniwersytecie kard. Wyszyńskiego w Warszawie i doszłam do opisu wizyty w Kaplicy, to oczom nie mogłam uwierzyć. 


Ten sam zachwyt, to samo siadanie na ławkach w różnych miejscach, oglądanie z różnych punktów sklepienia Kaplicy, to samo wstawanie, chodzenie, wracanie i oglądanie i taka sama euforia i oczarowanie. W innej książce, nie pamiętam, czyjego autorstwa, ktoś napisał, że oglądanie Sykstyny to katorga dla wzroku. Trzeba przechylić głowę do tyłu, kark cierpnie, oczy bolą a i tak nie jest się w stanie objąć wzrokiem wszystkiego, natłok zdarzeń, opowieści, postaci. 
Ale co to znaczy ścierpnięcie karku przez parę minut, nie ogarnięcie całości, niezrozumienie. Nie jesteśmy w stanie zrozumieć sami siebie, drugiego człowieka, a co dopiero artystę-geniusza. Na temat Sykstyny powstało tysiące stron tekstu wielu uczonych, historyków sztuki, biografów, krytyków i każdy ją rozumie po swojemu. I myślę, że nie o to chodzi, aby objąć wzrokiem całość i zapamiętać, na to trzeba by wielu dni wizyt. Chodzi raczej o atmosferę, o klimat tego miejsca, o którym każdy z nas ma przecież jakieś swoje wyobrażenie. Ja czułam tam obecność mistrza, jego udrękę i pasję tworzenia, siłę napędową, jaka daje impuls do tworzenia rzeczy pięknych. I moim zdaniem Michał Anioł dopiął swego i stworzył najpiękniejszą ziemską wizję stworzenia świata. 


Zdjęcia- 1. Widok na Plac Św.Piotra i Bazylikę, 2. Grupa Laokona w Muzach Sykstyńskich, 3. Wewnątrz Kościoła Św. Pawła za murami 4. Posąg Marka Aureliusza w Muzeum Kapitolińskim 5. Widok na Passeto z Zamku Anioła 6. Archanioł Gabriel na Zamku Anioła 7-8 Kaplica Sykstyńska (oczywiście nie moje tylko z wikipedii- w Kaplicy nie można robić zdjęć-a ja przestrzegam zakazów)

niedziela, 21 sierpnia 2011

Jestem Brun-etką, czyli Bruno Pelletier w Polsce

Niedawno dowiedziałam się, że jestem brunetką. Moje zdziwienie było tym większe, iż całe życie byłam blondynką. Brun-etkami nazwały się wielbicielki Bruno Pelletiera.
Znacie? Nie sądzę. Ani radio ani telewizja nie dały nam okazji, poznania tego kanadyjskiego piosenkarza. A szkoda. Ma on bowiem wspaniały głos, jego płyty mają status złotych i platynowych, a musicale z jego udziałem przyciągają rzesze fanów na całym świecie.

Bruno Pelletiera poznałam słuchając musicalu "Notre Dame de Paris", w którym kreował rolę Gringoire (poety, barda i narratora). Wykonywane przez niego pieśni są jednymi z moich ulubionych (Le temps des cathedrales, Lune czy Florence). Chociaż w przypadku tego musicalu trudno mówić o ulubionych piosenkach, bowiem wszystkie są fantastyczne. W musicalu w roli tytułowej Dzwonnika z Notre Dame występował Garou. Tego Kanadyjczyka nie trzeba chyba przedstawiać, miał on więcej szczęścia do polskich mediów, wydano parę jego płyt, był nawet gościem na jednym z festiwali, gdzie razem z Piotrem Cugowskim i Robertem Janowskim zaśpiewali piosenkę „Belle” z musicalu NDdP.
W Polsce płyt Bruno nie można dostać. Trudno zatem, aby był znany. A wielka to szkoda. Śpiewa po francusku i śpiewa przepięknie. Na tle podobnych do siebie brzmień wykonawców współczesnej muzy wyróżnia się niepowtarzalnym ciepłym głosem i wspaniałym wykonaniem.
Jego piosenek możemy na razie posłuchać jedynie na Youtube. Jest jednak szansa na spotkanie z Bruno Pelletierem. Z zapowiedzi internetowych wynika, iż 14 listopada 2011 r. Bruno zagra swój pierwszy koncert w Polsce w Sali Kongresowej w Warszawie. Ja już się nie mogę doczekać. Myślę, że jego wykonanie spodoba się tym, którzy cenią dobrą francuską piosenkę.
Pisanie o muzyce bez muzyki to jak oglądanie obrazów przez niewidomego.
Tutaj możemy posłuchać pieśni Lune
A tutaj z ostatniej pyty Microphonium nostalgiczne - Apres toi le deluge

Dla tych, którzy chcieliby poznać bliżej sylwetkę piosenkarza polecam polską stronę Bruna, gdzie znajduje się wiele ciekawostek na temat piosenkarza

Zdjęcia; 1. Bruno dziś, 2. Bruno jako Gringoire w musicalu NDdP

O samym musicalu, widowisku i koncercie będę pisała jeszcze nie raz, bowiem należy on do moich ukochanych muzycznych nałogów, dla których byłam w stanie wiele zrobić i robię nadal.
Dopisane 11.09.2011 r.- z przykrością muszę powiadomić, iż koncert Bruna został przełożony na przyszły rok. Jestem zawiedzioną Brun-etką.
Dopisane 20.11.2013 r. - a jednak wystąpi 10.04.2014 r. w Sali Kongresowej w Warszawie. Informacja na polskojęzycznej stronie Bruno 

Czy można kochać za nadto- wyrodne córki, czyli żądza pieniądza (Ojciec Goriot)


„Ojciec Goriot” pióra Honoriusza Balzaka to wydana w 1835 r. kolejna powieść z cyklu „Komedia Ludzka”. 
Charakterystyczną cechą Komedii Balzaka jest występowanie bohaterów jednej powieści także na kartach innych powieści. Tak więc główny bohater jednego utworu występuje w innym, jako postać drugoplanowa lub uczestnik epizodu. Ponieważ cały cykl liczy sobie ponad 130 utworów, a występujących w nim postaci jest ponad dwie setki niezwykłej pomysłowości autora wymagało to literackie „wykreowanie” postaci. Aby poznać złożoność charakterów należałoby przeczytać wszystkie części cyklu. Jakież zdziwienie budzi bowiem postać, co do której nabieramy przekonania, iż zdołaliśmy ją poznać w jednej z części, a którą spotykając na kartach kolejnej książki odkrywamy na nowo. 
Akcja powieści dzieje się w okresie restauracji Burbonów, co jest nie bez znaczenia dla fabuły powieści. Umożliwienie pięcia się po szczeblach drabiny społecznej powodowało, iż walka o wspięcie się na kolejny szczebel nie przebierała w środkach. Dla możliwości zdobycia kolejnych kilku tysięcy franków rocznie, czy dla nadziei znalezienia się na salonach baronostwa, hrabiostwa, czy merostwa cena nie grała roli. Żądza pieniądza, chciwość, pragnienie awansu do wyższej klasy powodowały swoistą filozofię, która zdawała się wprowadzać w życie makiawelistyczną zasadę „cel uświęca środki”.
Będący jednym z głównych bohaterów powieści Rastignac staje się synonimem osoby, która gotowa jest na wszystko, aby polepszyć swą społeczną pozycję. W małym, obskurnym paryskim pensjonacie pani Vaquer, gdzie nędza i szpetota wygląda z każdego kąta, gdzie szaro-buro i wilgotno egzystują obok siebie tajemniczy filozof Vautrin, zubażała panna Wiktoryna z ciotką-opiekunką, student prawa Rastignac oraz emerytowany producent makaronu Jan, Joachim Goriot, zwany przez mieszkańców tego tandetnego przybytku ojcem Goriot. 
Tytułowy bohater to producent makaronu, który dorobiwszy się sporego majątku przekazał niemal wszystko córkom, sam zamieszkując w nędznej klitce. Z oślepiającej, bałwochwalczej, obrazoburczej miłości do córek sam cierpiąc zimno, głód, szyderstwa współmieszkańców, osamotnienie pozbawia się rodzinnych pamiątek i ostatnich resztek fortuny. Co dostaje w zamian? Ukradkowe spotkania w parku, wymuszone słówko rzucone w przelocie, czasami pretensje, lekkie ukłucie chłodu w przebłyskach świadomości, ledwie dostrzegalne poczucie wstydu i zażenowania, z powodu braku ogłady i wykształcenia oraz jawną niechęć zięciów. Miłość, uczucie tak wzniosłe i piękne, ukazana jest tutaj jako jednostka chorobowa. Miłość, jaką Goriot darzy swoje córki: Anastazję de Restand i Delfinę de Nucingen graniczy niemal z obłędem. I na moje pytanie, czy można kochać za mocno- odpowiem, że nie. Nie można kochać za mocno, ale można kochać głupio. Takie uczucie niszczy obie strony. Ojciec, pragnący dać swoim dzieciom szczęśliwe i radosne życie, dał im wszystko, co można przeliczyć na pieniądze; wykształcenie, stosunki w świecie, bogactwo liczone w tysiącach franków. Dał też coś ponadto „życiowe kalectwo”. Ojciec Goriot to przejmujące studium wyniszczającej miłości rodzicielskiej. Czytając książkę nie czułam litości dla biednego starca, czułam raczej gniew i oburzenie. Uważałam, że to co go spotkało nie było jedynie wynikiem okoliczności zewnętrznych, było też wynikiem jego własnego postępowania. Sam Goriot zdaje sobie z tego sprawę, kiedy jest już za późno. 


Drugi z bohaterów to Eugeniusz de Rastignac. Przybywszy z prowincji do Paryża, jako młody, uczciwy i niewinny człowiek szybko przeobraża się w bywalca salonów. Dla obietnicy znalezienia się w salonach, lożach teatralnych, powozach, na balach a też i w sypialniach bogatych arystokratek jest w stanie poświęcić wszystko (począwszy od porzucenia kodeksu moralnego, poprzez zrujnowanie matki i sióstr aż do zbrodni włącznie. Eugeniusz co prawda nie wyraził jeszcze zgody na rozwiązanie ostateczne, ale wydaje się to tylko kwestią czasu). Charakterystycznym jest wewnętrzne zakłamanie postaci. Eugeniusza oburza stosunek córek względem ojca Goriot, co nie przeszkadza mu pozbawić oszczędności życia matkę, ciotkę i siostry, Eugeniusz wzdryga się na myśl o poślubieniu panny Wiktoryny dla pieniędzy, co nie przeszkadza mu w snuciu planów pozyskania względów delfiny (czyt. zostania jej kochankiem i utrzymankiem). 
Kolejną ciekawą postacią jest Vautrin, poszukiwany przez policję mistrz zbrodni. Vautrin to ten który czyniąc zło, jako jedyny potrafi je nazwać po imieniu. Można go nazwać sumieniem społeczeństwa. Społeczeństwa, które jest w ciągłej walce, kto kogo okpi. Ojciec Goriot to powieść o pełnym kontrastów społeczeństwie Paryża. Kontrastu pomiędzy bogactwem warstw najwyższych a nędzą warstw dolnych. Można odnieść wrażenie, iż jedynym pragnieniem ludzi jest dostać się na salony (biedota) lub na tych salonach pozostać przez całe życie (arystokracja). 
Autor przedstawia świat, w którym żądza posiadania pieniądza przesłania wszelkie wartości. Można odnieść wrażenie, że w Paryżu nie ma ani jednego uczciwego człowieka. Wystarczy spojrzeć na zachowanie mieszkańców pensjonatu podczas sceny finałowej. 
Ja dostrzegłam jednak kogoś, kogo zdaje się ten świat kapitału nie zepsuł. Jest to Wiktoryna. Po śmierci matki, nie uznana przez bogatego ojca (negatywnego bohatera „Czerwonej oberży”) czas swój dzieli pomiędzy comiesięcznymi wizytami u ojca, będącymi próbą zmiękczenia serca staruszka i przekonania go o swojej bezinteresowności, a wzdychaniem do studenta prawa, który stara się tych jej westchnień nie zauważać, przynajmniej do czasu. Wiktoryna jawi się tutaj jako uosobienie dobroci i bezinteresowności, lecz znając już troszkę Balzaca ciekawa jestem, czy w kolejnej książce Wiktoryna nie okaże się podstępną i przebiegłą żmijką. Przeczytawszy bowiem kilka książek Balzaka i kilkanaście recenzji można śmiało stwierdzić, iż według powieściopisarza świat jest miejscem zepsucia i zgnilizny, a niemal każdy człowiek (zwłaszcza człowiek dobrze sytuowany) ma na sumieniu mroczną tajemnicę.  
A oto nauka, jaką otrzymuje Rastignac od jednej ze swoich protektorek:
„Im zimniej będziesz obliczał, tym dalej zajdziesz. Uderzaj bez litości, będą się ciebie bali. Bierz mężczyzn i kobiety jedynie za konie pocztowe, choćby miały paść na stacji, dojdziesz w ten sposób do celu. Pojmujesz, nie będziesz niczym w tym świecie, jeśli nie znajdziesz kobiety, która by się tobą zajęła. Musi być młoda, bogata, wytworna. Ale jeżeli masz prawdziwe uczucie, ukryj je jak skarb; nie pozwól się go nigdy domyślić, byłbyś zgubiony. Nie byłbyś już katem, stałbyś się ofiarą. Jeśli kiedykolwiek pokochasz, strzeż pilnie tego sekretu."
Jako ciekawostka - Balzak był oskarżany o plagiat ze względu na podobieństwo Ojca Goriot do Króla Leara.
Moja ocena 5/6