poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Grecja kontynentalna

Moja wycieczka do Grecji miała ona miejsce w niezwykłych okolicznościach. Pierwsza od paru lat wycieczka, której nie mogły zakłócić złe wieści z domu. Był przełom września i października 2004 r. Pogoda fantastyczna. Często ludzie narzekają na kontynentalną Grecją, że jest to ziemia wyjałowiona, że brak zieleni, że słońce przenika wszystko na wylot. Coś w tym jest. Pamiętam, jak pod koniec września opływałam potem w Atenach, a ledwie oddychałam w Mykenach na nasłonecznionej i gorącej niczym patelnia ziemi. Ale dziwne, jak takie rzeczy wyolbrzymiamy, jeśli coś nam się nie podoba i jak szybko o nich zapominamy, jeśli jesteśmy zadowoleni. A ja byłam zadowolona. Zadecydował zapewne splot okoliczności, a może przypadek. Pojechałam pozytywnie nastawiona, bez żadnych wyrzutów sumienia, że zostawiam rodzinę w ciężkiej sytuacji. Trafiłam na bardzo zgraną grupę turystów - podróżników, zainteresowanych poznaniem kultury i historii kraju (co rzadko się zdarza przy wycieczkach zorganizowanych, w których uczestniczy zbieranina różnych osób, o różnych oczekiwaniach, często mających mało wspólnego z moimi), grupę zdyscyplinowaną, z nielicznymi jednostkami narzekającymi na nadmiar słońca lub zakwaterowanie.
I co bardzo ważne trafiłam na fantastyczną przewodniczkę Paulę, która opowiadała nam o Grecji z taką pasją i taką miłością, że wszyscy słuchali jej zauroczeni. To jej zawdzięczaliśmy doskonałą organizację wycieczki i jej niepowtarzalny klimat.
Nie było zbędnego czekania na posiłki, dokąd nie przyjechaliśmy obiad już na nas czekał, a osoby, które nie miały wykupionych posiłków mogły także skorzystać ze stoliczków i spokojnie zjeść swoje kanapki, był czas i na odpoczynek i na toaletę. Było wszystko to, czego zabrakło mi podczas wycieczki po Hiszpanii.
Paula służyła pomocą przy zakupach i wskazywała miejsca godne odwiedzenia przez osoby, które po całym dniu zwiedzania miały jeszcze siły na wieczorne spacery.
Chyba największe wrażenie zrobiły na mnie Meteory; wysokie masywy skalne, na których szczytach mieszczą się prawosławne klasztory (monastyry). Wjazd na szczyt takiej skały wydawał się niemożliwy, a jednak autobus podwoził nas tak wysoko, jak tylko prowadziły kręte drogi. Dalej podchodziliśmy piechotą pokonując dziesiątki, a nawet setki schodków. To, co zobaczyłam wewnątrz przeszło moje oczekiwania. Przepiękne, bogato zdobione, kolorowo - złote malowidła, freski, ołtarze, inkrustowane ściany i trony. Może to dlatego, że była to moja pierwsza wizyta w prawosławnym przybytku kultu zrobiła ona na mnie tak duże wrażenie. Pamiętam, że zwiedzając później Bazylikę Św. Marka w Wenecji nie byłam już tak oczarowana, a przecież jest ona przepięknie ozdobiona. Oglądając Meteory i zachwycając się nimi, słyszałam głosy współtowarzyszy, że owszem ładne, ale Kapadocja to dopiero są cuda. Potem gdy zobaczyłam także Kapadocję (Turcja) trudno byłoby mi porównywać, bo każe z tych miejsc jest piękne i każde jest niepowtarzalne.
Same Meteory robią niesamowite wrażenie. A chyba najbardziej niesamowite jest właśnie to, że to na ich szczytach wzniesione zostały klasztory. Niektóre z nich są tak trudno dostępne, że jeszcze do niedawna wciągano tam żywność za pomocą liny i siatki zawieszonej na jej końcu.
Ogromne wrażenie zrobił na mnie także ateński Partenon - świątynia bogini Ateny na wzgórzu Akropolu. Kiedy weszłam na szczyt wzgórza nogi miałam jak z waty i to wcale z nie powodu trudności związanych z pokonaniem kolejnych kilkudziesięciu schodów. Ogarnęło mnie jakieś dziwne wzruszenie. Trudno wyrazić dlaczego. Zobaczenie tej świątyni nie leżało w kręgu moich marzeń, a jednak tutaj w mojej wyobraźni nastąpiło zespolenie historii z mitologią. Te kolumny pamiętające czasy tak odległe (V wiek przed naszą erą) budziły respekt i szacunek dla dzieła rąk ludzkich naszych przodków. Bo choć to niewyobrażalne świątynię wybudował przecież człowiek. Nie jest ona dziełem boskiego Posejdona, w co może łatwiej przyszłoby nam uwierzyć. I naprawdę stojąc u wejścia na dawny dziedziniec przed świątynią boskiej Ateny żałowałam, że nie ostał się jej jedenasto metrowy posąg dłuta Fidiasza.
Zapamiętałam też znajdujące się nieopodal podtrzymujące sklepienie Erechtejonu kariatydy (postacie kobiece, które niejako dźwigają na głowach ciężar sklepienia). Oryginały, z tego co pamiętam znajdują się obecnie w British Museum w Londynie, podobnie jak wiele innych zawłaszczonych dzieł sztuki. Historia odkryć to też historia kradzieży i to kradzieży usankcjonowanej prawem.
Duże wrażenie zrobiła na mnie wycieczka na najwyższe wzgórze ateńskie, z którego rozciąga się piękna panorama miasta. Udało mi się „zdobyć” to wzgórze wraz z kilkoma osobami. Kiedy byliśmy na samym szczycie i czekaliśmy na zachód słońca nagle nad naszymi głowami pojawił się sterowiec. Ta latająca maszyna budzi mój podziw połączony z lękiem. Pamiętam, jak czytałam (a może oglądałam film) o spaleniu się jednego ze sterowców i ilekroć je widzę, a nie widuje się ich przecież tak wiele, przechodzą mnie ciarki. Z jednej strony coś mnie do niego przyciąga i chciałabym odbyć podróż takim powietrznym statkiem, a z drugiej czuję się nieswojo widząc go nad moją głową.
Kiedy sterowiec odleciał zrobiło się zupełnie ciemno i mogliśmy podziwiać nocną panoramę miasta z jej najpiękniejszym punktem pięknie oświetlonym biało - marmurowym wzgórzem Akropolu i świątynią Bogini Ateny. Widoczek był niezapomniany, jakbyśmy mieli przed sobą pocztówkę.
Nad kanałem Korynckim łączącym Morze Egejskie z Morzem Jońskim mieliśmy szczęście oglądać przepływający statek. Wydawało się, że statek był tak olbrzymi, że ledwie się mieścił w korycie kanału. To na osiemdziesiąt metrów wysokie koryto (o szerokości dwudziestu pięciu metrów) robi spore wrażenie. I jakkolwiek głupio to nie zabrzmi Kanał Koryncki zrobił na mnie większe wrażenie niż Świątynia Apolla w Koryncie. Na moje usprawiedliwienie była to kolejna świątynia, którą oglądałam w Grecji, a pierwszy kanał (tego typu), jaki widziałam w życiu.
Jeśli na Akropolu czułam zew historii, to co dopiero powiedzieć o Mykenach z jej Lwią Bramą datowaną na 1250 rok przed naszą erą. Ruiny starożytnego miasta, których mitycznym królem był Agamemnon. Cywilizacja mykeńska jest najstarszą grecką cywilizacją sięgającą 1.600 r. przed naszą erą.
Byłam w Grobowcu zwanym Grobem Agamemnona. Kiedy się popatrzyło na te tony kamieni nad głową, to aż dreszcz przechodził. To tutaj Schliemann wieki archeolog-pasjonat odkrył wiele skarbów, w tym najbardziej znany Złotą Maskę. Skarby odkryte na terenie wykopalisk w Mykenach przez Schliemanna przewyższają wartością nawet „Skarb Priama” znaleziony w ruinach Troi.
Zainteresowanym odkryciami archeologicznymi polecam książkę I. Stone "Grecki skarb". Teraz żałuję, że nie przeczytałam tej książki przed moją wycieczką.
Z zapamiętanych obrazków Grecji jest jeszcze zachód słońca na przylądku Sounion. Jest to bardzo malowniczy zakątek Grecji, na który wybraliśmy się specjalnie w celu złapania słońca nurkującego w morzu. Troszkę się spóźniliśmy i doskonale pamiętam, jak cała grupa rzuciła się pędem na najdalej wysunięty punkt przylądka dla zrobienia dobrego zdjęcia. Było przy tym wiele śmiechu i radości, kiedy udało nam się złapać słońce, zanim skryło się w morskiej otchłani. Potem wszyscy usiedli na skałach i delektowali się widokami.
No i był jeszcze cudowny wieczór w jednej z nadmorskich miejscowości - Loutraki. Spacer brzegiem morza, fontanna oświetlona kolorowymi snopami świateł, ciepły wietrzyk od morza, kawiarnia, wino i muzyka rodem z wakacyjnego romansu. Taki nastrój wakacyjnej beztroski, kiedy poczułam się, jakby ktoś ujął mi kilkanaście lat i jakbym wróciła do Larnaki na Cyprze (rok 1988). Oglądając filmowe spotkanie Georgii z kierowcą autokaru Pupim (film, o któremu poświęciłam wcześniejszy wpis) miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie i przestrzeni. To było tak, jakbym wróciła do Loutraki.
A to zaledwie część moich, wielkich greckich wakacji. Były jeszcze Delfy, Olimpia, Termopille, był wieczór grecki (z dużą ilością śpiewu i wina), ruiny starożytnego teatru, były przeżycia kulinarne (z ulubionymi souvlakami i kalmarami). I choć greckie wysepki posiadają niepowtarzalny urok, to ja bardzo miło wspominam także Grecję kontynentalną.
Niestety nie posiadałam jeszcze wtedy cyfrówki, stąd zdjęcia z internetu.
Zdjęcia 1. Meteory, 2. Erechtejon, 3. Kanał Koryncki, 4. Zachód słońca nad półwyspem Sounion, 5. Loutraki

8 komentarzy:

  1. Jak mi miło powspominać! Prawie wszystkie "moje" miejsca. Dalej tych Myken nie mogę sobie darować i nawet zdjęcie, na którym stoję przed "górą ruin" - jak określił pilot - wskazuje na mój stan psychiczny. Nad Kanałem Korynckim się bałam, a na Meteorach nawet nie. To były piękne dni:)))

    OdpowiedzUsuń
  2. To tylko przemawia za tych, aby kolejną wycieczkę odbyć bardziej niezależnie, ale nie będę namawiać, bo do tego trzeba dojrzeć samemu. Ja w Grecji miałam wiele szczęścia, gdyby każda wycieczka była tak zorganizowana i towarzystwo tak fantastyczne nie miałabym nic przeciwko zorganizowanym wyjazdom.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dla takich wpisów tu zaglądam. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdybym tak mogła częściej podróżować prowadziłabym pewnie osobny bloog o podróżach :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Niesamowite zdjęcia, szczególnie to pierwsze i trzecie. Zazdroszczę tego podróżowania :) Marzę o wyjeżdzie do tego fascynującego i pięknego kraju.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zdjęcia niestety nie są moją zasługą (internet), ale widoki są rzeczywiście fantastyczne. Też bym jeszcze kiedyś wróciła do Grecji

    OdpowiedzUsuń
  7. Gosia !
    Twoja relacja z tej pięknej Grecji jest cudowna .Pozdrawiam Monika

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziękuję, pochwały należą się raczej Grecji, niż mnie :)

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).