piątek, 5 sierpnia 2011

Listy na wyczerpanym papierze -Osiecka-Przybora-Umer



Są to listy, jakie w latach 1964-1966 pisywali do siebie Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora porażeni nagłym wybuchem uczuć. Oboje uwikłani w jakieś związki (on w rodzinę; drugą żonę, córkę z pierwszego małżeństwa, ona pomiędzy jednym a drugim panem), przeżywali piękne chwile. Ich związek trwał niecałe dwa lata, choć biorąc pod uwagę intensywność korespondencji w czasie rzeczywistym musiał trwać o wiele krócej z uwagi na częste podróże obojga. Początkowo listy są pełne tęsknoty, głodu uczuć, poezji, bardzo intymne, ale nie przekraczające cienkiej granicy poza którą intymność stać się może pornografią. Pod koniec związku zaczynają się zazdrość, wyrzuty i pretensje. Uczucie pokonane przez czas, a może po prostu nie dane im było być razem. Agnieszka sama przyznawała, że nie potrafiłaby być dla Jeremiego dobrą partnerką.

Była artystyczną duszą, która potrzebuje wolności. Nie dla niej gotowanie obiadów, dbanie o ciepełko domowego ogniska, wspólne, nudne życie. Mam wrażenie, że dusza artysty, karmi się namiętnością, eksplozją uczuć, a są one tak intensywne, że nie mogą być trwałe, w przeciwnym razie można by się spalić w ich żarze. Często mówi się, że artyści nie powinni wiązać się ze sobą, bo taki związek jest zbyt wyniszczający, a z drugiej strony żadna inna osoba nie jest w stanie zrozumieć tej duszy niespokojnej i niepokornej tak dobrze jak inna niespokojna i niepokorna dusza.

Można pozazdrościć obojgu talentu w przelaniu na papier uczucia, bo choć Jeremi mówi, że nasz zasób słów jest za mało pojemny dla oddania ich (jego) stanu ducha, że wciąż powtarzane słowa stają się banalne i trywialne, to chciałoby się posiąść taką trywialną zdolność sztuki epistolografii. Mężczyzna posiadający taką umiejętność potrafiłby skruszyć niejedno niewieście serce. Agnieszka, dla której z początku ich związek miał być krótką niewiele znaczącą przygodą z czasem sama wpada w sidła miłości.

Listów wysłuchałam w postaci audiobooka. W rolę Agnieszki wciela się Magda Umer, w rolę Jeremiego zaś Piotr Machalica. W ich wykonaniu te listy słowno – poetycko - muzyczne (są tam bowiem poza listami; wierszyki i piosenki) brzmią bardzo interesująco.

Przeczytałam parę głosów krytycznych na temat publikacji tak intymnych zwierzeń - krótko po śmierci obojga. Jak wynika jednak ze wstępu, pan Jeremi sam wyraził życzenie publikacji tych wyznań. Nie miały przeciwko nic dzieci obojga, więc myślę, że i my nie powinniśmy się oburzać.

Co mnie zaskoczyło, to niemal obojętny stosunek do Paryża ze strony Jeremiego („Paryż pełen jest twojej nieobecności Agnieszko”) oraz pełen złych emocji stosunek Agnieszki do Paryża (wynikający z jakichś koszmarnych, traumatycznych przeżyć osobistych).

Oboje byli w Paryżu, każde z nich samo i oboje przeklinali to miasto za nieobecność w nim tej drugiej osoby. Zresztą, każde miasto, które odwiedzali z osobna było naznaczone dla nich nieobecnością tego drugiego i już tylko z tego powodu niemiłe.

Agnieszka z dużą życzliwości pisze natomiast o Londynie, bliższym jej duchowo.

Słuchając listów na wyczerpanym papierze (wyczerpanym, bo kto dzisiaj tak potrafi pisać) przypomina mi się koncert "Zabawki Pana Boga", wystawiany na nowej scenie Teatru Roma. Słowno, muzyczno śpiewany wieczór relacjonujący skomplikowane relacje uczuciowe pomiędzy Agnieszką (Joanną Trzepiecińską), Markiem Hłaską (Przemysławem Sadowskim) oraz Komedą (muzyka Komedy). Spektakl grany w małej salce, w kameralnej atmosferze z towarzyszeniem zespołu "Trzy dni później" był cudownym przeżyciem.
Już kiedy usłyszałam pierwszy utwór "Nim wstanie dzień" (z filmu Prawo i pięść) z trudem zaciskałam powieki. Pamiętam go w wykonaniu Edmunda Fetinga. Pamiętam, jak bardzo podobał się mnie (i mojej mamie) wiele, wiele lat temu. Nie wyobrażałam sobie, że zupełnie inne wykonanie w nowej aranżacji (takie bardziej jazzujące) może tak przypaść mi do gustu. Pierwotne wykonanie będące tłem muzycznym filmu, o pierwszych latach po wojnie musiało być utworem zaangażowanym. To z przedstawienia Zabawki pana Boga było cicho – liryczno - poetyckie. Natomiast tytułowa piosenka "Zabawki pana boga" wykonana przez Trzepiecińską w sposób bardzo ekspresyjny (aktorski) chwytała za serce.

A propos utworu Nim wstanie dzień w wykonaniu Trzy dni później, słyszałam to wykonanie także na Rynku Nowogrodzkim w Toruniu podczas Festiwalu Muzyki Filmowej Balladowej. Był to kompletnie nieodpowiedni entourage dla takiego wymagającego kameralnego wykonania utworu. Dzień, tłumek turystów, przybyłych na koncert z braku lepszego pomysłu na spędzenie czasu (oraz z powodu wolnego wstępu), biegające i hałasujące dzieci, trąbiące samochody..

To tylko potwierdza, że nawet najwspanialsza sztuka potrzebuje odpowiedniej oprawy.

Osiecka Agnieszka

Zabawki Pana Boga

Wielki Boże białych koźląt,
czarnych owiec i Ameryk,
oddal od nas chmurę groźną
i pożarów toń.
Biednym dzieciom twojej ery,
słabym dzieciom twojej ery
podaj białą dłoń.

Ta dziewczynka, co tak płacze,
że sukienka nazbyt droga,
ten wodzirej, co wciąż skacze,
choć się skończył bal -
to zabawki Pana Boga,
to zabawki Pana Boga,
których trochę żal.
Ta kobieta, która nie śpi,
bo ją dręczy ciemna trwoga,
ten mężczyzna udręczony,
co hartował stal -
to zabawki Pana Boga,
to zabawki Pana Boga,
których trochę żal.

Tą kolędą z pretensjami
chcę ci dzisiaj dopiec,
bo też ty się bawisz z nami
jak niegrzeczny chłopiec.

Ten podróżny, co spostrzega,
że się nagle gmatwa droga,
ta tancerka, którą dusi
muślinowy szal,
ten, kto czuje, ze już jutro
stanie przed nim dama sroga,
ten, kto nie wie,
że go czeka niebostrunna dal -
to zabawki Pana Boga,
to zabawki Pana Boga,
których trochę żal.

Tą kolędą z pretensjami
chcę ci dzisiaj dopiec,
bo też ty się bawisz z nami
jak niegrzeczny chłopiec.

10 komentarzy:

  1. Mam od dłuższego czasu chrapkę na tę pozycję, tylko czekam, aż stanieje. Czytałam właśnie, że tu "wszystko jest na sprzedaż", ale - jak mam w zwyczaju - nie krytykuję, póki nie przeczytam. Kocham wiersze Osieckiej, a przepadam też za wszelką prozą poetów - dzienniki/ listy/ powieści. Tylko do audiobooków przekonać się nie mogę. Próbowałam nawet w okresach wielkiej bezczynności, czyli w trakcie dalekiej podróży, i na nic. Zbyt wolna narracja i zanim skończą fragment, już zapominam początku. Raptus jestem i tyle.:)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja także wolę książki w wersji klasycznej- czyli papierowej. Jednak właśnie w podróży (głównie z i do pracy oraz podczas długich służbowych przejazdów) zdarza mi się słuchać audiobooków. Podczas podróży mnie właśnie ciężej jest się skupić nad książką pisaną, zwłaszcza, kiedy towarzystwo gadatliwe :(.
    Co do "wszystko na sprzedaż" - to wydaje mi się, że pisanie bywa formą eksbibicjonizmu. Pisarz, trochę jak aktor obnaża się przed nami. Kwestą dobrego smaku jest to, czy nie przekracza granic, w których poza chęcią obnażenia i zaszokowania nie ma nic więcej. A Listy ... według mnie tej granicy nie przekraczają.
    Natomiast wrażenie niesmaku odnoszę w stosunku do wielu dzisiejszych przedstawień teatralnych. Coraz częściej reżyserzy, czy producenci pragną widza przyciągnąć do teatru poprzez szokowanie bądź to golizną, bądź słownictwem bądź tematem.Okazuje się, że nawet Szekspir wymaga pokazania tyłka i spółkowania na scenie. Dlatego coraz rzadziej chodzę do teatru. Zresztą może jestem niesprawiedliwa, bo oceniam na podstawie rodzimego teatru.
    Natomiast bardzo brakuje mi Teatru Telewizji, który w większości reprezentował wysoki poziom. Oj... ależ zbłądziłam od listów.. do Teatru TV.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten teatr to wcale niedaleki od wątku ekshibicjonizmu. Mam w pracy wuefistę-przewodnika PTTK i organizuje nam kilkudniowe wyjazdy. Jeśli Kraków czy Warszawa to z jakimś wyjściem do teatru wieczorkiem. I właśnie doświadczyłam tego co Ty - jeden spektakl zaczął się od sceny onanizmu; w czasie drugiego aktorka biegała rozebrana do pasa... Jakoś przyciągnąć widzów muszą, ale mnie tam raczej nie będzie. A my głupole wystroiliśmy się wieczorowo! Dziwiłam się, że publika w dżinsach wali. Teraz już wiem. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przykre kiedy KULTURA staje się coolturką. Ja jednak nie tracę nadziei, że znajdę jeszcze teatr prawdziwy, a nie budkę z piwem czy dzielnicę czerwonych latarni w gmachu teatru. Kiedy przypomnę sobie piękne przedstawienia teatralne w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku lat temu 20-30 to aż łezka się w oku kręci. Z ostatnich wielkich wzruszeń i przeżyć teatralnych najlepiej wspominam Biesy w Teatrze Stu w Krakowie (przedstawienie ponad 4 godzinne siedziałam jak zahipnotyzowana), a w Warszawie raczej z racji upodobań musicalowych odwiedzam Teatr Muzyczny Roma, który jest fantastyczny, cudowny, the best i dla którego jestem w stanie jechać siedem godzin w jedną stronę bez najmniejszego marudzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja także uwielbiam wiersze Agnieszki Osieckiej . Pozdrawiam Monika .

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeczytałam właśnie wpis na bloogu Czytanki Anki. Zamieściłam dłuuugi komentarz i odmówiło mi publikacji. Nie chcąc narażać się na kolejne zeżarcie mojej pisaniny napiszę tutaj.
    Ania i większość komentatorów uważa, iż publikacja listów stanowi o nadmiernym ekshibicjonizmie i dyskomforcie związanym z czytaniem prywatnej, intymnej korespondencji, a nawet pewnego rodzaju "szarganiem świętości".
    Moim zdanie: Listy nie były pisane w celu ich publikowania (to prawie pewne), ale z drugiej strony każdy pisarz, poeta, artysta ma świadomość, że cokolwiek wyjdzie spod jego ręki zostanie przez potomnych zanalizowane i opublikowane. Taką świadomość mają piszący dzienniki, pamiętniki, listy. Taką świadomość mieli z pewnością Agnieszka i Jeremi. Jeśli zatem pragnęliby, aby światło dzienne nie ujrzało ich związku zapewne albo zniszczyli by dowody swego "romansu", albo zostawili odpowiednie życzenie swoim spadkobiercom. Dlatego dopóki nie mam podejrzeń, że nastąpiło tu sprzeniewierzenie się woli korespondentów nie czuję dyskomfortu czy zażenowania czytając tę moim zdaniem piękną poezję.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dlaczego słowo romans ujęłaś w cudzysłów? ;)
    Nic nie poradzę, że mnie się czytało te listy z dyskomfortem, ale nie przeszkadza mi, jeśli inni odbierają je inaczej. Ile osób, tyle wrażeń;)

    OdpowiedzUsuń
  8. @czytanki.anki - długo szukałam tego romansu w cudzysłowie, alem znalazła.Chyba dlatego, że nie jestem pewna, czy to był tylko romans, czy też trwalsze uczucie, a odniosłam wrażenie, że było to coś więcej niż właśnie romans.
    Masz stuprocentową rację, iż ile osób tyle wrażeń, tyle gustów.
    I cieszę się, że do mnie zajrzałaś Aniu, ja z przyjemnością zaglądam do ciebie i do klubu dyskusyjnego (czytelniczego).
    Teraz czytam książkę poleconą mi przez jedną z blogowiczek i ... delikatnie mówiąc mało mi się ona podoba, ale tak jak piszesz, każdy z nas ma swoje upodobania.

    OdpowiedzUsuń
  9. Uczucie na pewno było mocne, ale ta zażyłość trwała tylko 2 lata, na dodatek głównie oboje się mijali;(
    Powrócę do Paryża - miałam wrażenie, że Przyborze miasto też nie "smakowało". Nie dziwi mnie to, w chwilach zakochania ludzie chcą się dzielić wrażeniami z ukochaną osobą. A tu nic, on/ona daleko.
    Dziękuję za miłe słowa i zapraszam częściej;) Tak czy owak, pewnie się jeszcze spotkamy;)

    OdpowiedzUsuń
  10. @czytanki.anki Tak, dla mnie to także "tylko dwa lata", choć dla wielu byłoby to zapewne "aż dwa lata" :)
    Choć może nie ważne ile, ale ważne jak.
    Pozdrawiam i do kolejnego spotkania

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).