niedziela, 14 sierpnia 2011

Moja wielka, grecka wycieczka, czyli film o radości życia

„Moja, wielka grecka wycieczka” nie jest kontynuację losów sympatycznej Touli z filmu „Moje wielkie, greckie wesele”, choć główną rolę żeńską odtwarza ta sama aktorka Nia Vardalos. Tytuł "My Life in ruins" można by przetłumaczyć, jako życie wśród ruin.
Film jest doskonałą ilustracją wycieczek organizowanych przez biura podróży. Georgia (Nia Vardalos) jest przewodniczką grupy turystów podróżujących po Grecji, którzy, jak większość turystów biur podróży oczekują od wycieczki „lekkostrawnej papki”. Chcą obejrzeć trochę ruin (byle nie za dużo), zrobić sobie na ich tle parę zdjęć, no i kupić trochę tandetnych pamiątek. Klimaty znane każdemu, kto choć raz uczestniczył w wycieczce zorganizowanej przez biuro podróży. Jakże znajome są także pokazane na filmie warunki pobytowe; tanie hoteliki z wąskimi schodami, kolejki do windy, która jest zbyt mała, aby zabrać więcej pasażerów, śniadania jadane w piwnicy, psujące się telefony, klimatyzatory, prysznice…. Długo by można wymieniać. Choć mnie w Grecji poza malutkimi windami nie dopadły żadne z powyższych niedogodności.
Moja wielka, grecka wycieczka jest komedią, ale nie z gatunku tych, ma których widownia wybucha salwami śmiechu. Jest komedią, na której buzia uśmiecha się od ucha do ucha.
Film podobnie, jak „Moje wielkie, greckie wesele” ukazuje także pewien rodzaj stereotypów narodowościowych. Grzecznych Kanadyjczyków, rozpychających się łokciami Amerykanów, niezrozumiałych Australijczyków, no i przede wszystkim Greków, dla których życie jest jedną „wielką przerwą na kawę”. Georgia w chwili wściekłości określa swoich rodaków mianem tych, którzy wszystko olewają i jak Zorba tańczą na ruinach. Podziwia ona tych sprzed kilku tysięcy lat, tych którzy zbudowali podwaliny cywilizacji i demokracji; greckich filozofów, mężów stanu, wojowników.
Film ukazuje metamorfozy. Georgia, która jest wykładowcą uniwersyteckim, pasjonuje się historią własnego kraju. Jest ona nietypową Greczynką, brakuje jej KEFI (temperamentu). Pod wpływem rozmów z jednym z turystów, owdowiałym Irvem (Richard Dreyfuss) zaczyna dostrzegać, iż mądrości życia nie można czerpać jedynie z książek, że człowiekowi do życia potrzeba też radości, spontaniczności, odmiany. Turyści, którzy z początku wydawali się zbieraniną niesympatycznych, dość prymitywnych jednostek pod wpływem przeżyć związanych z podróżą okazują swoje drugie, lepsze oblicze i stają się zgraną grupą ludzi, która zaczyna dostrzegać otaczające ich piękno.
Atutem filmu są także piękne widoki. Można obejrzeć (a ci którzy byli w Grecji przypomnieć sobie) najważniejsze zabytki (Olimpia, Delfy, Panteon, Termopile) oraz napawać oczy pięknymi krajobrazami.
Jak na komedię romantyczną przystało pojawia się także intrygujący mężczyzna, kierowca autokaru Pupi Kakas (Aleksis Georgopulis), który zdobywa serce Georgii.
Film lekki, łatwy i przyjemny, ale także film mądry i niosący za sobą pewien przekaz. Nie można patrzeć tylko w „niebo” (oznaczające tu książkowe mądrości) należy spojrzeć w serce i wsłuchać się w jego rytm. Nie można oceniać po pozorach, bo one często bywają mylące. Szukając czegoś, czy kogoś gdzieś daleko, warto rozejrzeć się wcześniej dookoła siebie.
Film polecam nie tylko miłośnikom greckich klimatów.
Moja ocena 5/6

Następny wpis będzie o mojej wycieczce do Grecji.


4 komentarze:

  1. Dzięki za greckie promyczki, bo moja energia już się wyczerpuje. Filmów nie znam i spróbuję dotrzeć. Przestępuję z nogi na nogę i czekam na fotorelacje z wyprawy:)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Mówisz i masz. Mam nadzieję, że mój opis przeniesie cię choć na chwilkę w beztroski czas wakacyjnej przygody.

    OdpowiedzUsuń
  3. Film oglądałam dwukrotnie i także polecam :)

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).