poniedziałek, 31 października 2011

Saturn, czyli o tym, jak ojciec syna pożera Jacek Dehnel

„Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya” to książka, która nie powinna mi się spodobać. Jest co prawda quasi biograficzną opowieścią o malarzu (a takie uwielbiam - Pasja życia, Udręka i ekstaza, Bezmiar sławy I. Stone), ale kumuluje w sobie wszystko to, co nie wzbudza we mnie cieplejszych uczuć:
- malarstwo Goi, które doceniam, ale nie przepadam,
- klimat Hiszpanii z przełomu wieków XVIII/XIX (ani epoka, ani kraj nie przyciągają mnie ku sobie),
- dosadny, momentami wulgarny język,
- książka, której klimat jest mroczny, posępny, przygnębiający a nawet „depresyjny” – nie jest to rodzaj literatury, który sprawiałby mi przyjemność.
A jednak lektura wciągnęła mnie od samego początku i nie odłożyłam książki, dopóki nie przeczytałam do końca. Napisana jest tak interesująco, że nie sposób się od niej oderwać. Przynajmniej ja nie byłam w stanie.
Jest w niej to coś, co powoduje, że czytanie staje się fascynującą przygodą. Nie wiem, jak autor to robi, ale czytałam zapominając o licznych obowiązkach.
Czytając Saturna czułam, że mam do czynienia z pisarzem, który jest równocześnie malarzem. Saturn jest dla mnie powieścią słowem malowaną.
Książka nie jest typową biografią, choć oparta na faktach, poprzedzona analizą biografii malarza oraz studiami nad jego korespondencją i zwyczajami XIX -wiecznej Hiszpanii, jest raczej portretem psychologicznym trzech mężczyzn.
Jest historią wzajemnych relacji; ojca (Francisco), syna (Javiera) i wnuka (Mariano). Relacji bardzo trudnych.
Przyczynkiem do napisania Saturna było odkrycie naukowe kwestionujące autorstwo Goi „Czarnych obrazów”. Jak pisałam nie pasjonuję się malarstwem Goi, a z serii czarnych obrazów znany był mi jedynie „Saturn pożerający swoje dzieci”.
Książka jest opowieścią o kilkunastu zdarzeniach z życia wielkiego Francisco i jego potomków. Każda opowieść przedstawiona jest z różnych punktów widzenia. Narratorami są ojciec, syn i wnuk.
Goya jeden z najwybitniejszych malarzy hiszpańskich; autor „Kaprysów”, „Mai nagiej” i „Mai ubranej”, „Portretu rodziny królewskiej” i „Okropności wojny” posiadał prawie wszystko. Miał zamówienia, uznanie, pieniądze, kochanki. Miał też syna, który nie spełniał jego oczekiwań. Żywiołowy, pełen pasji, temperamentu, jurny, czerpiący z życia pełnymi garściami (corridy, polowania, kochanki), a jednocześnie despotyczny i nieznośny Francisco nie mógł przeboleć, że trafił mu się syn flegmatyczny, introwertyczny, uległy, wrażliwy, wycofany, jak sam mawiał słowami autora „klucha, niedojda i baba”. Francisco pragnął ukształtować syna na swoje podobieństwo; chciał zrobić zeń swego następcę, swego rodzaju „kalkę”. Wyśmiewał syna, krytykował, drwił z niego, a ten coraz bardziej zamykał się w sobie i uciekał przed ojcem, światem, życiem. Uciekał w świat książek i wyobraźni, pielęgnując jednocześnie w sobie nienawiść w stosunku do ojca. A w przypisywaniu mu win i niegodziwości nie pozostawał ojcu dłużny.
I Mariano; fałszerz, oportunista, mający więcej wspólnego z dziadkiem niż ojcem. Jego mottem jest żyć przyjemnie i wygodnie z fortuny zgromadzonej przez przodków. Mariano jest bardziej obserwatorem historii niż jej uczestnikiem.
Powieść to historia ciągłej walki, rywalizacji między despotycznym ojcem a zbyt uległym synem. Historia nienawiści i próby buntu. Javier całe życie próbuje coś udowodnić ojcu. W powieści Dehnela malując „Kolosa”, a także Czarne obrazy. Dotychczasowe badania nie ustaliły, kto był autorem Czarnych obrazów i zapewne nigdy się tego nie dowiemy, ale przypisanie ich Javierowi jest ciekawą hipotezą.
Malując ten portret rodzinny autor nie opowiada się po żadnej ze stron, próbuje zrozumieć każdego.
Francisco był głuchy, a jest to kalectwo okrutne dla każdego człowieka, a dla artysty podwójnie. Stracił wszystkie swoje dzieci, poza jednym, które zawiodło jego oczekiwania. Przyczynił się do utraty swoich dzieci, wszystkie bowiem zmarły na skutek zatrucia ołowiem (saturnismo), będącego składnikiem farb.
Javier był niekochany, tłamszony przez ojca, poddany jego „dyktaturze”.
Język powieści bywa momentami dosadny i wulgarny, a jednak w tym akurat przypadku jest to całkowicie usprawiedliwiony zabieg.
Przerywnikami są opisy obrazów z Czarnej serii. Czytając je byłam zdziwiona, że postrzegam je zupełnie inaczej, nie widzę pewnych szczegółów, elementów, fragmentów. Dopiero posłowie tłumaczy, iż autor opisuje obrazy w ich pierwotnej wersji.
Moja ocena 5,5/6
A tak na marginesie im bardziej poznaję Goyę, tym bardziej zaczyna mi się jego malarstwo podobać.
Miałam dzisiaj pisać o dwóch książkach, które skończyłam czytać, ale Haloweenowy nastrój sprzyja demonom i straszydło.
Zdjęcia 1. Kolos - Francisco? Javier? Goya (niezależnie od autorstwa to obraz, który mi się podoba) 2. Gdy rozum śpi budzą się demony (z serii Okropności wojny).

niedziela, 30 października 2011

Pomniki pamięci- krypty

Pisałam (wpis poniżej), że lubię stare nekropolie, miejsca, gdzie cały zgiełk i wszystkie problemy tego świata stają się takie malutkie. I lubię zamyślić się nad losem, tych co odeszli i snuć refleksję o łańcuchu pokoleń, którego jesteśmy ogniwem.
Z tego też powodu lubię odwiedzać krypty.
Pierwszą kryptą, jaką odwiedziłam była krypta w Bazylice archikatedralnej Św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Bazylika poza tym, że jedną z najstarszych warszawskich świątyń z bogatą tradycją historyczną jest też miejscem pochówku książąt mazowieckich oraz takich osobistości, jak król Stanisław August Poniatowski, prezydenci Narutowicz i Mościcki, Ignacy Paderewski, kardynał Stefan Wyszyński, Henryk Sienkiewicz, czy malarz Marcello Bacciarelli. Ta pierwsza wizyta, wrażenia z nią związane, wzruszenie, wyciszenie, skupienie, refleksyjność miejsca spowodowały, że od tej pory ilekroć jestem w Warszawie i mam chwilkę czasu odwiedzam warszawską kryptę u Św. Jana. Od tej pory, ilekroć usłyszę o kryptach stanowią one obowiązkowy punkt odwiedzin.
Największym przeżyciem były odwiedziny w Grotach watykańskich. Podczas pierwszej wizyty oczywiście nie liczyło się nic więcej poza chwilą modlitwy u Grobu „Naszego papieża”. Jak już pisałam wcześniej jest to miejsce, które nawet na osobach niewierzących robi ogromne wrażenie. W tym miejscu „coś drapało w gardle, szczypało w oczach i zginało kolana”. Miejsce ostatniego spoczynku ojca świętego było wyjątkowo skromne. Ciekawa jestem, jak wygląda ono teraz po przeniesieniu do kaplicy Św. Sebastiana w Bazylice. Przekonam się o tym już w kwietniu.
Podczas tej pierwszej wizyty u grobu Jana Pawła II nie widziałam nic więcej. No może widziałam, ale niewiele z tej wizyty zapamiętałam. Nawet symboliczne miejsce pochówku Św. Piotra nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak ta ascetyczna biała, prosta marmurowa płyta i karteczki dziękczynne, karteczki z prośbami, karteczki o wstawiennictwo, te liściki pisane do papieża z wiarą i nadzieją. To miejsce niezwykłe. Łzy same płyną z oczu i chyba nikt się tu ich nie wstydzi. Każdy też chce tu przyklęknąć choć na chwilkę i pomodlić się w szczególnej intencji.
Kolejne wizyty, choć niosły równie wielki ładunek emocji, pozwoliły na obejrzenie także pozostałych grobów. Dopiero też podczas drugiej wizyty w Grotach, kiedy byłam tam już sama (bez wycieczki) mogłam delektować się (jakkolwiek by to głupio nie zabrzmiało) spokojnym, niespiesznym oglądaniem symbolicznego grobu Św. Piotra oraz grobów i grobowców papieży. Mogłam też „dotknąć” pozostałości Bazyliki Konstantyńskiej (fragmenty murów, kolumn, płyt nagrobnych), na której miejscu powstała Bazylika Św. Piotra. Spośród wszystkich grobowców najlepiej zapamiętałam, poza tym dla nas Polaków najważniejszym i jednym z najskromniejszych, także ten najbardziej okazały grobowiec Piusa XI pochowanego w 1939 r. Wygląda on jak małe mauzoleum w stylu bizantyjskim; sarkofag z różowego marmuru, dostojna postać zmarłego w uroczystych szatach, głowa spoczywająca na marmurowej poduszce, złoto-kolorowe mozaikowe dekorum z dwoma aniołami i wizerunkiem Chrystusa.
Za każdym pobytem w Grotach, a było ich całkiem sporo, odkrywam kolejny grobowiec. Moim szczególnym zainteresowaniem cieszą się też grobowce kobiet. W Grotach Watykańskich pochowane zostały dwie królowe Cypryjska i Szwedzka (Krystyna). Z tego, co czytałam na temat królowej Krystyny Groty Watykańskie nie są najbardziej odpowiednim miejscem jej pochówku. Z drugiej jednak strony niektórzy pochowani tam papieże też nie byli święci.
Ostatnie moje odwiedziny w krypcie dotyczyły bardzo ważnego miejsca dla historii Francji. Była to Bazylika Saint – Denis, miejsce spoczynku prawie wszystkich monarchów rządzących od X wieku po czasy Rewolucji. Brakuje tu jedynie szczątków Filipa I, Ludwika XI, Karola X i Ludwika Filipa I. Panteon znajduje się w miejscu pierwotnej Bazylik Św. Genowefy-patronki Paryża, natomiast królewskie nekropolie w Bazylice Św. Dionizego patrona Francji, ku czci którego niewielki kościółek w V wieku kazała wznieść Św. Genowefa. Budowę świątyni rozpoczęto w XII a ukończono pod koniec XIII wieku.
W okresie Rewolucji jak wiele innych świątyń oraz miejsc kojarzonych przez lud z miejscami pamięci monarchów została zrujnowana, grobowce opróżnione, a królewskie szczątki pochowane poza murami w zbiorowych grobach. Po restauracji Burbonów rozpoczęto zakończone sukcesem poszukiwania ciał (początkowo Ludwika XVI i Marii Antoniny, później również pozostałych władców). Po ekshumacji ponownie pochowano je w krypcie w pięciu trumnach.
Obecnie w Bazylice (w części około ołtarza) znajdują się sarkofagi i pomniki nagrobne monarchów, zaś ich szczątki oraz pamiątkowe tablice i wizerunki w krypcie. Wejście do tej części świątyni (podobnie, jak wejście do Panteonu paryskiego) jest płatne.
Leżące na nagrobnych symbolicznych płytach sarkofagi śpiących królów i królowych sprawiają niesamowite wrażenie. Robiąc im zdjęcia czuję się trochę nieswojo, tak jakbym zakłócała im spokój. Widać symboliczne sarkofagi działają one na mnie tak sugestywnie, iż zapominam, że nie kryją one monarszych szczątków. Większość sarkofagów to typowe, średniowieczne postacie rzeźb leżących na nagrobnych płytach. Rzeźby wyobrażają monarchów w zbroi, z insygniami władzy, z rękoma splecionymi w modlitwie. Poza średniowiecznymi sarkofagami znajdują się tutaj także renesansowe przykłady sztuki sepulkralnej. Bogato zdobione baldachimy z siedzącymi postaciami mędrców niczym z okresu starożytności oraz nadobnych niewiast, na których w pozycji siedzącej lub klęczącej modli jest para monarsza. Największe zainteresowanie wzbudza wśród zwiedzających pomnik nagrobny Ludwika XV i Marii Antoniny. Oboje klęczą, jednak można odnieść wrażenie, że jedynie król pogrążony jest w modlitwie, posąg królowej odpowiada wyobrażeniom ludu o dumnej i niepokornej władczyni.
Tutaj spoczęła także nasza rodaczka Maria Leszczyńska, której nagrobka niestety nie udało mi się odnaleźć.

Co mnie tam ciągnie? Do krypt, nekropolii, na stare cmentarze? Może to wyraz szacunku, wdzięczności i pamięci dla tych, co odeszli. Może to poczucie równości wszystkich wobec pani z kosą, może potrzeba refleksji i wyciszenia, a może „memento mori”.

Zdjęcia: 1. Pomnik nagrobny Ludwika XV i Marii Antoniny, 2. Sarkofag średniowieczny, 3. Grobowiec Ludwika XII i Anny, księżnej Bretanii, 4. Maria Antonina

sobota, 29 października 2011

Pomniki pamięci

Lubię stare nekropolie. Niektórzy uważają za dziwne i podejrzane moje umiłowanie do starych cmentarzy. Ale tam dopiero cały zgiełk i wszystkie problemy świata stają się takie malutkie. Tam idąc alejkami wśród nagrobków wyobrażam sobie tych co odeszli, jakie mieli życie, czego pragnęli, czego się bali. I jak to było mało ważne w świetle tego, ze teraz oni leżą tam spokojnie, a ja, a my bierzemy się z życiem za bary. Nie refleksja, że to wszystko jest bez celu i sensu, a raczej, że to wszystko ma ciągłość i jest po coś i ku czemuś zmierza.
W książeczce napisanej przez Krystynę Jandę Moja droga B znajdują się pisane do przyjaciółki listy; zawierające opisy zdarzeń i przemyślenia autorki (aktorki). Znajduje się taki opis, kiedy zmęczona spektaklem pani Krystyna leci rano na cmentarz Rakowicki złożyć wszystkie otrzymane kwiaty na grobie Modrzejewskiej. Pisze, że przygotowując się do roli tej wielkiej aktorki bywała tam często, wiedziała doskonale gdzie jest. Tymczasem teraz po paru latach nie mogła znaleźć nagrobka tej wielkiej aktorki. Zapytany o to, pracownik cmentarza odpowiedział - piąty grób po lewej za Daszyńskim w głównej alejce. Wie, gdzie leży Daszyński? Myślę, że teraz i ja zapamiętam na zawsze, gdzie jest grób Modrzejewskiej. Zresztą całkiem przypadkiem udało mi się tam trafić.
Cmentarz Rakowicki był pierwszą tego typu nekropolią, jaką odwiedziłam. Takiej różnorodności nagrobków, pomników, posągów, aniołów, kapliczek wcześniej nie widziałam. Nie przypuszczałam, że cmentarz może być, aż tak ciekawy. To nie są zwykłe groby, to grobowce, dzieła sztuki architektonicznej, pełno tam rzeźb. No i pensjonariusze... co za nazwiska.
Mam szczęście odwiedzać piękne, stare cmentarze zimą, kiedy jest mroźno, sypie śnieg, a alejki, nagrobki, drzewa i posągi otulone są białą powłoczką. I mimo, że jest zimno i ręce i stopy robią się skostniałe z zimna ciekawość każdej kolejnej alejki i chęć przespacerowania jeszcze parunastu metrów jest tak ogromna, ze tracę poczucie czasu i nie czuję zimna. A efekty tego są różnorakie; jednego roku wróciłam z takiej wizyty chora, innego pobyt na cmentarzu wyleczył mnie z ciężkiego i długotrwałego przeziębienia.
Podczas jednego z ostatnich pobytów na Powązkach zwróciłam uwagę na 3 nagrobki; sześcioletniego dziecka urodzonego pod koniec XIX w., siedemnastoletniego młodzieńca zakatowanego w Oświęcimiu i dwudziestoczteroletniej kobiety - uczestniczki Powstania Warszawskiego, która zginęła tragicznie we wrześniu 1945 r. w wypadku samochodowym. Cóż za ironia losu - nieprawdaż? Przeżyć wojnę, powstanie i zginąć tak prozaicznie, a może nawet groteskowo, może to ona prowadziła samochód, może sama spowodowała ten wypadek. A ów młodzieniec, czy zdążył przeżyć swą męską przygodę, czy zaznał rozkoszy miłości, czy brał udział w walce, czy może się ukrywał przez cały okres okupacji. A dziecko, widać, że pochodziło z bogatej rodziny, bo wystawiono mu pomnik niemal królewski.
Zamyśliłam się nad ich losem i jakoś tak pozostali w mej pamięci na dłużej. Mówi się, ze żyje się tak długo, jak długo ktoś o nas pamięta. Może w ten sposób przedłużam im życie przez te dni, w których ich sobie wyobrażałam. Czy żyją jeszcze krewni, którzy o nich pamiętają. A może jestem jedyną osobą, która przechowuje ich wspomnienie w swej pamięci. A może, wy czytając ten wpis pomyślicie przez chwilę o nich?
W jednym z moich ulubionych musicali Upiór w Operze w wersji filmowej jest taka scena, kiedy główna bohaterka idzie przez zaśnieżone alejki cmentarza i śpiewa pieśń do swego zmarłego ojca (do niego, dla niego, aby się rozliczyć z bólem, tęsknotą). Idzie, śnieg sypie, ona pięknie śpiewa, a wokół nagrobki, posągi aniołów, dwa ogromne górujące nad całą nekropolią posągi i grobowiec ojca. Dla mnie to jedna z piękniejszych scen filmowej wersji mojego muzycznego opętania. Piosenka też jest bardzo piękna i wzruszająca. Zawsze na niej płaczę. Mam wrażenie, że ta piosenka wyraża to wszystko, co siedzi też we mnie; ból, tęsknotę i żal za dwoma najbliższymi mi osobami, które są już po drugiej stronie. Strata, której doznajemy pozostaje w nas już do końca, niezależnie od tego, czy miała miejsce kilka, czy też kilkadziesiąt lat temu. I choć z czasem boli mniej, to jednak boli i wciąż pamiętamy.
Ale pamiętam też słowa jednej z tych osób; mojego taty, że właśnie dlatego, że życie jest tak krótkie należy się nim cieszyć i niczego nie odkładać na później i jego motto życiowe powtarzane za Horacym „carpe diem" - chwytaj dzień.
I myślę, że gdyby ci co odeszli mogli nam coś dzisiaj powiedzieć, to powiedzieliby właśnie to: „carpe diem".
Zdjęcia z Cmentarza Rakowickiego

piątek, 28 października 2011

Panteon paryski - narodowe mauzoleum

Pisałam nie raz o jednej z moich ulubionych rzymskich świątyń Panteonie. Ta wzniesiona za Marka Agrypę (zięcia cesarza Augusta) w 27 r. n.e. Świątynia Wszystkich Bogów przekształcona została za cesarza Hadriana w chrześcijańską świątynię. Panteon jest idealnie symetryczny, ma 43,5 metra wysokości, szerokości i długości i jest w kształcie okręgu. Lubię okrągłe a także owalne kształty budowli, placów, świątyń. Aż się boję pomyśleć do jakich wniosków doszedłby Freud po przeczytaniu takiego stwierdzenia. Mam jednak nadzieję, iż żaden Freudysta ani domorosły psychoanalityk nie weźmie się za analizowanie mojej osobowości.
Paryski Panteon znajduje się na wzgórzu św. Genowefy. W czasach starożytnych znajdowało tu się rzymskie miejsce kultu. W VI wieku powstał wczesnochrześcijański kościół, w którym pochowano patronkę Paryża św. Genowefę.
Ciężko chory Ludwik XV (wzorem wielu poprzedników) złożył obietnicę, iż w zamian za przywrócenie do zdrowia przebuduje zrujnowany kościół. Możni tego świata mają w zwyczaju podejmowanie prób zawierania układów z Panem Bogiem. Monarcha słowa dotrzymał i ozdrowiawszy zlecił wybudowanie świątyni godnej patronki miasta. Powstała budowla, której architekt wzorując się na rzymskim Panteonie i mając ambicje dorównać takim budowlom, jak Bazylika św. Piotra w Rzymie, czy kościół św. Pawła w Londynie zaplanował budowlę w stylu klasycystycznym. Świątynia powstała na planie krzyża greckiego, co oznacza, iż jej długość jest mniej więcej równa jej szerokości. W przeciwieństwie jednak do okrągłej bryły rzymskiego Panteonu ten paryski ma kształt zbliżony do kwadratu. Największym podobieństwem obu świątyń jest kolumnowe przedproże. Tympanon wieńczący kolumnadę przed wejściem do paryskiej świątyni jest bogato zdobiony rzeźbami w przeciwieństwie do rzymskiego pozbawionego ozdób. Paryski Panteon nie kryje w sobie takiej magii i tajemnicy, jak rzymski. No, ale też obie budowle dzieli ok. osiemnaście stuleci; Panteon Marka Agrypy sięga swymi początkami początku dziejów nowożytnych, Panteon Ludwika XV ukończony został w samym środku wielkiej rewolucji francuskiej.
Paryski Panteon został przekształcony w narodowe mauzoleum. W kryptach pod budynkiem znajduje się dziś 67 grobów. Zostali tu pochowani między innymi: Wolter, Jan, Jakub Rousseuu, Victor Hugo, Emil Zola, Aleksander Dumas (ojciec) a także Maria i Piotr Curie.
Obiekt przez lata pełnił zamiennie funkcje, a to świątyni, a to mauzoleum, raz chowając wielkich ludzi, innym razem usuwając ich szczątki z krypt. Przez lata był polem walki między kościołem, królem a republiką. Usłyszałam kiedyś stwierdzenie, iż, gdy chciano usunąć szczątki Woltera z krypty świątyni któryś z przywódców skonstatował, iż dostateczną dlań karą jest to, że codziennie musi wysłuchiwać mszy (Wolter odrzucał instytucję kościoła). Na tympanonie na wejściem do budynku umieszczono napis „Wielkim mężom wdzięczna ojczyzna”. Od chwili pochówku Wiktora Hugo podjęto decyzję o świeckim charakterze budynku. Z dawnej świątyni pozostały już tylko obrazy przedstawiające życie Św. Genowefy. Dziś Panteon to miejsce kultu umysłu, miejsce ozdobione kompozycjami rzeźb poświęconych republikanom. Zamiast ołtarza znajduje się rzeźba Konwent Narodowy. Większość rzeźb w Panteonie przypomina mi swą monumentalnością oraz „propagandowym” charakterem rzeźby socrealistyczne. Samo wnętrze Panteonu sprawia dość ponure i zimne wrażenie.
Mnie przyciągnęły tu krypty oraz wahadło Foucaulta.
Od dziecka mam pewną dziwną przypadłość. Lubię odwiedzać nekropolie; miejsca pochówku członków znanych rodów lub ludzi sławnych, bądź miejsca otaczane szczególną czcią, miejsca, w których znajdują się piękne grobowce. Miejsca, gdzie niemal każdy grobowiec stanowi dzieło sztuki, bądź miejsca, w których spoczywa postać znana z kart historii. Dlatego, kiedy tylko dowiedziałam się, iż spoczywają tam moi ukochani pisarze; Hugo, Zola i Dumas zapragnęłam odwiedzić Panteon.
Ze wszystkich grobowców znajdujących się w Krypcie wyróżnia się jeden przyozdobiony biało-czerwonymi barwami kwiatów i wstążek; grobowiec Marii Curie Skłodowskiej. Będąc na Cmentarzu Pere Lachaise wśród wielu jednakowych i dość nieciekawych grobowców wyróżniał się grób Chopina przyozdobiony kwiatami, wieńcami, flagami, wstążkami i zniczami. Wśród całej masy dziwnych zachowań rodaków takie gesty, będące dowodem pamięci cieszą.
Tak się złożyło, że nie oglądałam wcześniej wahadła, więc ciekawa byłam i urządzenia i jego działania. W 1851 roku Jean Bernard Foucault dokonał naukowej demonstracji za pomocą wahadła zwieszonego z kopuły Panteonu. Powolna zmiana płaszczyzny ruchu wahadła względem Ziemi dowodzi jej obrotu wokół własnej osi.
Zdjęcia: 1. Panteon zdjęcie z Wikipedii, 2. Tympanon z napisem Wielkim mężom wdzięczna ojczyzna, 3. Rzeźba Konwent Narodu, 4. Grobowiec Marii Curie - Skłodowskiej, 5. Wahadło Foucaulta

czwartek, 27 października 2011

Ziemia obiecana Władysław Reymont (audiobook)

Powieść wydana po raz pierwszy w latach 1897- 98 w czasopiśmie Kurier codzienny, rok później wydana drukiem. Muszę przyznać, że jest to chyba jedno z większych zaskoczeń czytelniczych ostatniego roku. Do tej pory znałam jedynie ekranizację powieści, a to jak się okazuje, tak jakbym nie znała jej wcale. Nie spodziewałam się, iż powieść aż tak mnie „wciągnie”; różnorodnością bohaterów, klimatem Łodzi schyłku XIX wieku, ciekawą narracją, bogactwem języka. Z Ziemi obiecanej mogłoby powstać kilka powieści, tyle tam różnorodnego materiału, tyle historii i tyle treści.
Ziemia obiecana – była miejscem obiecanym Żydom przez Boga, miejscem, do której wędrowali pod wodzą Mojżesza. W dziewiętnastowiecznej Polsce taką ziemią obiecaną miała być Łódź. Miasto, do którego przybywali z różnych stron świata Polacy, Żydzi, Niemcy, Czesi, Rosjanie zwiedzeni możliwością szybkiego zrobienia fortuny i awansu społecznego. Z małej rolniczej osady Łódź stała się ponad dwustu-tysięcznym miastem fabrycznym. Tutaj rodził się drapieżny, młody kapitalizm. Tutaj przestawało mieć znaczenie pochodzenie społeczne, a liczyła się umiejętność zrobienia fortuny. Każdy, kto miał trochę sprytu i szczęścia i kto nie miewał skrupułów mógł zdobyć fortunę. I ta właśnie nadzieja awansu społecznego, była jak magnes, który przyciągał tu inteligentów, robotników, rolników, rzemieślników, biedaków, cwaniaków i oszustów.
I to właśnie Łódź, będąca dla wielu ziemią obiecaną, jest bohaterem powieści Władysława Reymonta, a przynajmniej jednym z jej głównych bohaterów. Nie tyle chodzi tu o topografię miejsca, choć w książce występują autentyczne ulice, a nawet domy, co o klimat miasta. Miasta nędznego, biednego, miasta huczących fabryk i dymiących kominów, miasta brzydkiego, ale i fascynującego.
"Liczne rusztowania, stojące przed nowo wznoszonymi, lub nadbudowywanymi domami, spychały wszystkich w błoto ulicy. Niżej za Nowym Rynkiem pełno było Żydów i robotników, dążących na Stare Miasto. Piotrkowska ulica w tym miejscu zmieniała po raz trzeci, swój wygląd i charakter, bo od Gajerowskiego Rynku aż do Nawrot jest fabryczną; od Nawrot do Nowego Rynku- handlową, a od Nowego, w dół, do Starego Miasta -tandeciarsko -żydowska. ... Rynsztokami płynęły ścieki z fabryk i ciągnęły się wstęgi brudnożółte, czerwone i niebieskie; z niektórych domów i fabryk, położonych za nimi, przypływ był tak obfity, że nie mogąc się pomieścić w płytkich rynsztokach, 1`występował z brzegów zalewając chodniki,kolorowymi falami, aż po wydeptane progi niezliczonych sklepików, ziejących z zabłoconych wnętrz brudem i zgnilizną, zapachem śledzi, jarzyn gnijących lub alkoholu. Domy stare, obdarte, brudne, poobtłukiwane z tynków, świecące niby ranami nagą cegłą, miejscami drewniane, albo ze zwykłego pruskiego muru, który pękał i rozsypywał się przy drzwiach i oknach, o krzywych obsadach futryn, pokrzywione, wyssane, zabłocone, stały ohydnym rzędem domów-trupów, pomiędzy którymi wciskały się nowe, trzypiętrowe kolosy o niezliczonych oknach, jeszcze nie tynkowane, bez balkonów, z tymczasowymi oknami, a pełne już ludzkiego mrowia i stuku warsztatów tkackich, jakie pracowały bez względu na niedzielę, turkotu huczącego maszyn szyjących tandetę, na wywóz i przenikliwego zgrzytu kołowrotków, na których zwijano przędzę na szpulki do użytku ręcznych warsztatów."
Pisarz moim zdaniem świetnie przedstawił miasto i jego mieszkańców. Ziemia obiecana to przegląd wszystkich warstw społecznych, wielu narodowości oraz różnorodność ludzkich charakterów. To jednak moje zdanie. Podobno sylwetki bohaterów wzorowane były na rzeczywistych postaciach, a czytelnicy drukowanej w odcinkach powieści zarzucali autorowi, iż zbyt wyraźnie sportretował prawdziwe osobistości, a z powodu nieznajomości realiów łódzkich przedstawił w książce salony warszawskie. No cóż, łódzkie, warszawskie, czy dziś to takie ważne, kto był pierwowzorem postaci Bucholzca, albo Szai. Chyba dla wielu czytelników, podobnie, jak dla mnie, Ziemia obiecana to realny obraz XIX wiecznego miasta.
Trzech bohaterów; Polak (Karol Borowiecki), Niemiec (Max Baum) i Żyd (Moryc Welt) postanawia zrobić interes. Chyba prawie wszyscy znamy cytat książkowy z filmowej ekranizacji w reż. Andrzeja Wajdy; ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic, to razem, mamy tyle, akurat tyle, aby założyć fabrykę.
„Przyjaciele” mają jeden cel - zdobyć miliony, które dają niezależność i pozycję społeczną, a co za tym idzie szczęście.
Karolowi, Maksowi i Morycowi dzięki pożyczkom, wekslom, pieniądzom narzeczonej Karola (Anki) oraz spekulacjom na rynku bawełny udaje się wybudować fabrykę. Z czasem dla Karola, mającego romans z żydówką Lucy oraz poważnie myślącego o możliwości zdobycia posagu bogatej panny Millerówny, narzeczeńskie zobowiązania względem Anki stają się coraz większą przeszkodą. Anka, tak prostoduszna i pełna dobroci wydaje mu się nieciekawą i nudną w porównaniu ze zmysłową Lucy, czy choćby bogatą Madą Miller.
Ziemia obiecana to nie tylko opowieść o losach trójki bohaterów. Reymont w niezwykle barwny i interesujący sposób przedstawia świat ówczesnej łodzi z całą galerią różnorodnych typów i postaw. Na kartach książki aż roi się od postaci; są przedstawiciele fabrykantów, szlachty, mieszczaństwa, duchowieństwa i biedoty, są też przedstawiciele różnych kultur i światopoglądów. Każda z opisanych postaci jest niezwykle wyrazista, a ich historie interesujące.
Książka pokazuje bezduszność nowego systemu i jego wyznawców. Pokazuje także osamotnienie tych, którzy nie godzą się na wyzysk i bezkompromisowość. W tym świecie wilków przetrwać i wygrać może jedynie ten, kto nie zna litości, nie ma wyrzutów sumienia, ani skrupułów.
Codziennością stają się podpalenia fabryk, w celu otrzymania wysokiego ubezpieczenia. Codziennością jest handel matrymonialny; ojcowie szukają odpowiedniego „kupca posagu córki", który poprawić może ich notowania na rynku, a kawalerowie szukają żony z jak największym posagiem. Przyszli teściowie i zięciowie bez żenady dobijają tarów o posag.
„Morys skupiał myśli, gryzł gałkę laski, gładził brodę, wciskał binokle i namyślał się, w jaki sposób kwestię posagu postawić, ale w końcu rzekł otwarcie i prosto:
-Co pan dajesz Meli?
-Co pan masz?
- Mogę panu przedstawić jutro pasywa i aktywa swojego interesu i akt spółki, jaką zawarliśmy dzisiaj z Grosglikiem. Ja nie potrzebuję Pana oszukiwać. Moje interesy są murowane, moja gotówka nie jest z asekuracji trochę zakwestionowanej przez sędziego śledczego…. (aluzja do podpalonej fabryki przyszłego szwagra)- powiedział uprzejmie z silnym naciskiem.
- Niech pan powie swoje słowo…
- Co pan masz? Powiedz pan cyfrę, jutro możemy sprawdzić…
- Trzydzieści tysięcy rubli gotówki! Do tego mój kredyt dwa razy tyle, ja jestem skromny, mam wykształcenie, moje przyjazne stosunki ze wszystkimi milionerami łódzkimi, moja uczciwość, ani razu nie zbankrutowałem, to ważne…
- Bo się panu nie opłaciło pewnie- ….”
Łódź fabryczna, Łódź uprzemysłowiona, Łódź pełna dysproporcji społecznych, Łódź, w której biedacy umierają z głodu, a robotnicy nierzadko kończą w trybach maszyn włókienniczych przeciwstawiana jest wsi; spokojnej, pogodnej, naturalnej, może nie najbogatszej, ale jakże odmiennej od tętniącego zgiełkiem miasta.
Łódź wyniszcza ludzi; biedaków skazuje na śmierć lub wegetację, bogaczy na puste życie.
Moja ocena 6/6
Polecam gorąco książkę, z małym zastrzeżeniem. Wydanie przedstawione na zdjęciu (Wydawnictwo MEA. 2000 rok) ma pewną wadę zbyt małą czcionkę. To ona sprawiła, iż do czytania zabierałam się kilkakrotnie i odkładałam książkę na półkę. Dopiero audiobook z doskonałą interpretacją Marka Walczaka pozwolił mi na zapoznanie się z tym moim zdaniem genialnym dziełem naszego noblisty. Lektor czyta z podziałem na role, a głosy jego bohaterów przypominają głosy bohaterów filmowych (Olbrychskiego, Pszoniaka, Jędrusik i innych), co w tym wypadku staje się dodatkową zaletą.
Tym sposobem udało mi się zrealizować moje październikowe spotkanie z noblistą.
Na zdjęciach; 1. okładka, 2. Ulica Piotrkowska (zdjęcie z wikipedii)

środa, 26 października 2011

Wyspy Greckie; Kreta i Santorini

Santorini- bajkowa wyspa jak z Opowieści Tysiąca i Jednej Nocy
W przeciwieństwie do Grecji kontynentalnej, greckie wysepki są dla mnie idealnym miejscem późno-letniego wypoczynku. Grecja kontynentalna jest przepiękna, ale panujące w niej upały są dla mnie nie do zniesienia. Wyspy zawsze mają inny bardziej orzeźwiający klimat. Wyspy Greckie i północno - środkowe Włochy to dla mnie wymarzone miejsca wypoczynku. Wszystko mi się tam podoba; ślady pozostawione przez poprzedzające nas w łańcuchu dziejów pokolenia, klimat, ukształtowanie terenu i przepyszne jedzonko.
Kreta nie jest dużą wyspą. Jeśli ktoś dysponuje prawem jazdy, może wypożyczyć samochód i objechać ją w ciągu zaledwie jednego dnia. Jest tam niezliczona ilość plaż o standardzie różnorakim. Niestety przeważają kamieniste, na które należy zaopatrzyć się w specjalne, paskudnie wyglądające gumowe buciki. Plaże te jednak położone są nad cudownie ciepłymi i krystalicznie czystymi wodami morskimi. Morze ma tam tak szmaragdowy kolor jak na widokówkach. Zresztą nie tylko tam. Podróżujący znają ten widok doskonale.
Będąc na Krecie wybrałam się na wycieczkę na wyspy „bezludne”. Może nie są to wyspy bezludne w pełnym tego słowa znaczeniu, skoro dopływają do nich statki dowożące turystów. Właściwiej było by te wyspy nazwać wyspami niezamieszkałymi. Nie było na nich ludzi ani zabudowań. Jedynie dwa statki dziennie przypływały przywożąc tu około dwustu spragnionych wrażeń pasażerów. Wycieczka nosiła nazwę wycieczki na Błękitną Lagunę.
Najpierw dopłynęliśmy do maleńkiej wysepki Gramvousa, na której poza ruinami po-weneckiej twierdzy z końca XVI wieku (na szczycie góry) nie było nic więcej. Jedynie skalne zbocza, plaża, woda i gdzieniegdzie trochę roślinności. Atrakcją turystyczną był także wrak statku na przybrzeżnych wodach. Po krótkim około godzinnym pobycie na wysepce; czasie, w którym nieliczni zapaleńcy zdobyli szczyt góry i dotarli do ruin twierdzy, a liczni leniwcy (łącznie ze mną) oddawali się słodkiemu dolce niente, czyli zażywaniu kąpieli bądź to słonecznej bądź morskiej statek zabrał nas na dużo większą wyspę BALOS. Dopływając do wyspy pozazdrościłam wszystkim, którzy potrafili pływać, bo kiedy statek stanął na redzie, a większość pasażerów stała w ogromnej kolejce do motorówek, które przewoziły nas na ląd, oni korzystając z dmuchanych ślizgawek, takich, jakimi opuszczają samolot w razie awarii pasażerowie, prosto ze statku zjeżdżali (ześlizgiwali się) do morza, skąd dopływali do lądu.
Bardzo miło wspominam tamtą wycieczkę. Trochę wyobraźni i można było się poczuć, jak Robinson Crusoe. Było nas jednak zbyt wielu na taką przygodę, a na redzie czekał statek, który miał za parę godzin zabrać nas na stały ląd.
Skorzystałam także z wycieczki do Heraklionu i do ruin pałacu w Knossos pochodzącego z około dwóch tysięcy lat p.n.e. Budowla ta jest związana z greckimi mitami o Minotaurze, Ariadnie i królu Minosie. Ruiny pałacu odkrył Anglik Artur Evans na przełomie wieków XIX i XX.
Jak wynika z książki mojego ulubionego biografa beletrysty Irwinga Stone o Henryku Schilmannie (Grecki skarb) to temu archeologowi miało przypaść w udziale odkrycie ruin cywilizacji minojskiej, jednak z powodów administracyjno-politycznych nie uzyskał on pozwolenia na prowadzenia prac na tym obszarze.
Ruiny starego pałacu zostały częściowo odrestaurowane. Dobudowane, drewniane framugi i kolumny pomalowane żywymi kolorami, sprawiają wrażenie rodem z Disneylandu. Budzą one wiele kontrowersji wśród historyków i archeologów. Nie ulega jednak dyskusji, że chyba właśnie dzięki nim ruiny pałacu w Knossos są najbardziej rozpoznawalnym znakiem Krety.
Kilka razy wybrałam się samodzielnie na wycieczkę do Chanii. Chania to malutkie, ale bardzo urokliwe portowe miasteczko, które nazywane jest Wenecją kreteńską. Moim zdaniem nazwanie tak miasteczka jest obrazą dla Wenecji, która jest jedyna i niepowtarzalna. Nie mniej miasteczko ma swoją charyzmę. Nadmorska promenada pełna tawern, kawiarenek i sklepików z pamiątkami z charakterystyczną budowlą białego meczetu, pod którym mają swój postój dorożki. Właściciele okolicznych jadłodajni, podobnie jak właściciele malutkich stateczków ze szklanym dnem zapraszają do skorzystania z ich usług. Oni, jednak w przeciwieństwie do nachalnych Turków nie narzucają się i są mili.
Jako córka wilka morskiego uwielbiam morskie podróże, skorzystałam więc z dwóch wycieczek stateczkiem opływając okoliczne wysepki i podziwiając uroki fauny i flory.
Ale największą przygodą i najwspanialszym przeżyciem była wycieczka na Santorini. Płynęłam olbrzymim pasażerskim statkiem o wysokości kilkupiętrowego wieżowca. Podróż w jedną stronę trwała ponad pięć godzin. Jeśli ktoś nie lubi morskich podróży, albo ma mało czasu powinien rejs statkiem zamienić na rejs wodolotem, który trwa dużo krócej.
Sama podróż zajęła mi więcej czasu niż pobyt na tej baśniowej wyspie. Ale ponieważ nie ma nic przyjemniejszego (dla mnie), jak obserwowanie prutych dziobem statku fal, rozwiane wiatrem włosy, powiew ożywczej bryzy na twarzy i bezkresna przestrzeń, kiedy nic za tobą i nic przed tobą nie ogranicza pola widzenia, mogę tak płynąć i płynąć bez końca.
Santorini jest absolutnie zachwycające, bajkowe i nierzeczywiste, a fakt, że w pobliżu znajduje się uśpiony, ale czynny wulkan tylko dodaje pikanterii. Przepływaliśmy nad miejscem wybuchu wulkanu, który według wierzeń zniszczył mityczną Atlantydę.
Widoki pięknych, baśniowych miast Oia czy Fara znamy w większości z widokówek, reprodukcji albo ilustracji w książkach, a jednak robią na nas wrażenie. Wyspa z jej najbardziej rozpoznawalnym znakiem – białymi, kamiennymi domami z pomalowanymi kolorowo framugami okien i drzwi oraz biała dzwonnica z niebieską kopułą stały się moją rzeczywistością na kilka godzin. A jednak patrzyłam i nie mogłam się napatrzeć. Oczy nie mogły uwierzyć. Takie tu wszystko nierzeczywiste. Na ziemi biały marmur, domki jak z cepelii, kręte uliczki między domkami i zero samochodów. Uliczki wiją się jak wstążeczki, a przechodzień co chwilę trafia na jakieś prywatne podwórka, skąd rozciągają się fantastyczne widoki na lazurowe tafle małych basenów przy hotelikach lub prywatnych posesjach, różowe kwiecie (magnolii?)
Jestem w jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie, położonym na wapiennej, powulkanicznej górze, skąd widzę w dole stateczki i motorówki wielkości łupinek orzecha. Widzę też pozostałości ostatniego wychucha wulkanu - czarne plaże.
Po spacerze idę coś zjeść w restauracji z tarasem, z którego widok powinien być doliczany do rachunku. Zamawiam - obowiązkowo owoce morza (które uwielbiam) i białe wino.
Tam jest tak pięknie, że aż za pięknie. Dłuższe przebywanie mogłoby być ze szkodą dla zdrowia. Jak potem wrócić do normalnego, szarego życia na lądzie.
Na szczęście byliśmy tam zaledwie cztery godziny, więc tak naprawdę nie wiemy, czy byliśmy na wyspie Santorini, czy była to fatamorgana i to wszystko nam się przyśniło.
Jeśli ktoś oglądał musical Mamma Mia - to filmowa wysepka (czyli wybudowane na potrzeby X Muzy studio) daje pewne wyobrażenie o Santorini.
I kolejne marzenie zostawione na kiedyś - zachód słońca na wyspie. Musi być ….. cudownie fantastyczny.. Jak coś sprawia mi przyjemność staram się zostawić sobie trochę tej przyjemności na potem, aby nie „wyczerpała” się ona od razu. Zawsze zostawiam sobie coś na potem, aby móc wrócić w ukochane miejsce. A jak już to potem nastąpi, to wynajduję coś nowego. Dlatego wciąż wyszukuję nowych celów, miejsc, przedstawień, książek, musicali.
Zdjęcia: 1. Santorini, 2. Na wyspie Gramvoussa, 3. Ruiny pałacu w Knossos (Króla Minossa?), 4. Chania (Kreteńska Wenecja?), 5-6. Santorini

wtorek, 25 października 2011

Narodziny Wenus Sandro Boticelli

Jak pamięcią sięgam pierwszymi obrazami, które mnie zauroczyły były dwa najbardziej rozpoznawalne dzieła Sandro Botticellego; La Primavera (Wiosna) i La nascita di Venere (Narodziny Wenus). Obrazy tego wczesnorenesansowego malarza spodobały mi się tak bardzo, że marzyłam, aby kiedyś obejrzeć je nie tylko na reprodukcjach.
Trudno się dziwić dziecku, że podoba mu się to, co baśniowe, kolorowe i ładne. Do dziś pozostałam wierna swojej dziecięcej fascynacji i nadal należą one do moich ulubionych obrazów. A wizyty w Galerii Uffizi to jedne z najprzyjemniejszych wspomnień.
Myślę, że z tych samych powodów, dla których obrazy spodobały się małej dziewczynce z kucykami podobają się teraz pani w średnim wieku. Moim zdaniem nie można odmówić uroku tym dziełom Botticellego.
Narodzona z morskiej piany bogini wstydliwie zakrywająca swe wdzięki, Hor z czerwonym, ukwieconym płaszczem szykująca się do okrycia Wenus, Zefiry podmuchem wiaterku pchające muszlę z boginią ku brzegowi - czyż to nie jest piękna bajka.
Bogini ma anielską twarz Simonetty Cattaneo (żony Marco Vespuccciego i kochanki Guliano Medici). La Bella uważana była w swoich czasach za najpiękniejszą florentynkę. Twarz ta jest melancholijnie smutna. Powodem tego może być fakt, iż Sandro malował ją post mortem. Trudno mu było wyrazić w jej twarzy radość życia, które tak młodo (w wieku 25 lat) się skończyło. Sandro mimo odmiennej orientacji sam pozostawał pod urokiem pięknej Simonetty. Postać bogini przypomina antyczne posągi. Prześliczna dziewczyna z kaskadą złotych włosów zasłania nimi swą nagość. Być może to nieśmiałość malarza w ukazaniu kobiecego aktu sprawiła, iż postać Wenus pozbawiona jest zmysłowości. Bogini jest uosobieniem niewinności, jest naga, a jakby była ubrana.
Postać Wenus (mimo pewnych niedostatków fizycznych) uważana jest za ideał kobiecego piękna.
W Narodzinach Wenus brakuje realizmu renesansowych twórców, dokładności w oddaniu szczegółów, kształty są nieostre i płynne. Nie brakuje natomiast delikatności i subtelności, jasnych, pastelowych barw, tego, co sprawia, że obraz ten pełen jest uroku.
Niezależnie od tego, jaki cel przyświecał malarzowi, a jaka idea zamawiającemu (Lorenzo Medici), czy było to nawiązanie do dzieł starożytnych, do filozofii neoplatońskiej, czy ilustracja dzieła nadwornego poety Medyceuszy, a może chęć zatrzymania w czasie piękna, które przeminęło zbyt szybko, dla mnie jest ten obraz powrotem do czasów dzieciństwa i jego ułudnej radości z tego, co baśniowe, kolorowe i ładne.
I znowu mamy dwie wersje kolorystyczne. Na ile mogę polegać na mojej pamięci to wersja pierwsza jest bliższa prawdziwej kolorystyce obrazu. Choć może to znowu sugestia.
I nie to ładne, co ładne, a to, co się komu podoba.

poniedziałek, 24 października 2011

Fatum- Piotr Rowicki

Książkę przeczytałam dzięki Nemeni (tutaj recenzja) oraz dzięki pomysłowi utworzenia zakładki Gdańsk - moje miasto, w której miejsce znajdą nie tylko książki z Gdańskiem w tle. Fatum to zbiór dziesięciu mrocznych historyjek kryminalnych, których akcja toczy się w XVII i XVIII wiecznym Gdańsku.
Na Dworze Artusa spotykają się przedstawiciele patrycjatu i bogatego mieszczaństwa. Tam, gdzie za dnia pojawiają się księgarze i malarze popołudniami spotkania mieszczan zamieniają się w całonocne uczty z udziałem muzyków, śpiewaków, linoskoczków i kuglarzy i dużej ilości trunków.
Na Placu Św. Dominika odbywają się coroczne Jarmarki, na których tłoczno i gwarno od kupców sprzedających towary oraz mieszkańców ciekawych zamorskich nowinek przywiezionych przez stojące na redzie statki. Straż miejska oraz miejski fizyk mają pełne ręce roboty, gdyż tłok i ścisk sprzyjają zarówno złodziejaszkom, jak i mokrej robocie.
Bogaci kupcy popijają Golwasser w knajpie Pod łososiem, strudzeni i spragnieni uciech marynarze odwiedzają spelunki i zamtuzy, a znany browarnik Jan Heweliusz dokonuje kolejnych odkryć. Na Wyspie spichrzów gromadzi się zapasy mąki, drewna i innych bogactw, do portu przypływają wyładowane po brzegi statki, a występujące co parę lat zarazy dziesiątkują liczbę mieszkańców.
Miasto, któremu Stefan Batory potwierdził przywileje i rozszerzył tolerancję religijną na inne wyznania stało się schronieniem dla obcokrajowców prześladowcach w swoich krajach. W Gdańsku pełno nie tylko Kaszubów, ale także Niemców, Holendrów, czy Włochów.
Gdańsk. Miasto odważnych. Miasto wstydu i boleści. Miasto nieskończonych możliwości. Azyl maluczkich, ucieczka wielkich, przystań szubrawców. Miasto harde i dumne. O swoje choćby z samym królem walczące, każdego dukata, o każdy zapis, o każdy podatek. Dla swoich hojne, dla obcych srogie, ale sprawiedliwe.
Na tym historyczno-obyczajowym tle spotykamy przedstawicieli świata bezprawia; rzezimieszków, złodziejaszków, samobójców i morderców. Tematem książki jest dziesięć mrocznych opowieści, pełnych czarnego humoru, okrucieństwa i ludzkich namiętności. Niektóre zbrodnie mają dość brutalny przebieg, bo też narzędzia zbrodni były dość krwawe. Opowieści są ciekawie skonstruowane i intrygujące. Niektóre rozwiązania są dość absurdalne, ale myślę, że taki był właśnie zamysł twórcy. „Czarni bohaterowie” wcale nie są jednoznaczni, często budzą wręcz sympatię.
Mniej najbardziej spodobały się „Dorotka”, „Czerwony kapturek” oraz „Eliasz Egiert –opowieść mordercy”, a także „Zbrodniarz, którego oszukała zbrodnia”.
Ostatnio raczej nie sięgam po kryminały, rzadko też sięgam po opowiadania. Tymczasem lektura „Fatum” sprawiła mi sporo radości. Nie umiem powiedzieć, czy wpływ na to miało wyłącznie topograficzne odniesienie do mojego rodzinnego miasta, historyczne tło (autentyczne osoby i wydarzenia), czy także pomysł i forma. Dość, że mi się spodobało.
I jeszcze słowo o okładce. Według mnie bardzo dobry pomysł z wykorzystaniem ryciny ze zbioru historycznych kostiumów Braun & Schneider i przedstawieniem jej na tle portu (Żuraw, Pobrzeże, maszty statków).
Mimo wszystko cieszył mnie ten nocny, rozświetlony księżycem pejzaż. Neptun przed Dworem Artusa zdawał się mi bratem. Złota Brama rozkładała ręce w powitalnym uścisku. .. Brama Wyżynna nie chcąc być gorsza, nęciła kamiennym spojrzeniem, nad którym tyle lat się trudził van den Blocke. Leżące ospale cielska lwów przyglądały mi się mrucząc dobrotliwie. Odczytywałem kolejne łacińskie sentencje i wiedziałem, że mają sens. Justitia et pietas duo sunt regnorum fundamenta. Sprawiedliwość istnieje, jest podporą królestwa, jest sensem życia….
Moja ocena 5/6
Zdjęcia: 1.okładka, 2. Heweliusz autorstwa Daniela Schultza -nadwornego malarza królewskiego.

niedziela, 23 października 2011

Trzy miesiące blogowania

Dziś mijają trzy miesiące, od dnia, kiedy uaktywniłam blog. Namówiona przez Izę zaczęłam przenosić wpisy z WP i nie żałuję. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że większość blogowiczów publikujących recenzje/opinie/wrażenia książkowe to nauczyciele. Dobrze, że nie wiedziałam o tym wcześniej, bo prawdopodobnie pozostałabym na WP. Jako laik - amator w dziedzinie wyrażania opinii o książkach (zresztą, nie tylko o książkach, także o spektaklach teatralnych, filmach, obrazach...itp.) czułabym duże skrępowanie w belferskim gronie. A tak zostałam rzucona na głęboką wodę i myślę, że udało mi się utrzymać na powierzchni. Ogromną radość sprawiły mi i ciągle sprawiają komentarze pod wpisami (835 razem z moimi odpowiedziami). Ja wiem, że nie są to jakieś oszałamiające ilości (po kilka do wpisu), ale po niemal całkowitym ich braku na WP cieszy mnie to, że się pojawiają. Komentarz, nie wiem, czy słusznie, ale jest dla mnie wyrazem tego, że ktoś nie trafił do mnie przez przypadek, przeczytał wpis i jeszcze zechciał podzielić się ze mną swoim zdaniem.
Cieszy również ilość odwiedzin - 7.037 (nawet, jeśli założyć, że połowa z nich to wejścia z przypadku), to i tak jest to ogromna ilość, jak na tak krótki okres czasu. Najwięcej odsłon miały Pamiętniki Adama i Ewy (301)- zupełnie nie wiem dlaczego, a najwięcej odwiedzin było wczoraj (308)- z czego ponad 120 o 2 w nocy, czy ludzie o 2 w nocy nie mają co robić, tylko czytać blogi.
Dziękuję za waszą życzliwą obecność, czas poświęcony mojej pisaninie i proszę zaglądajcie do mnie nadal. Piszę, bo lubię, ale świadomość, że komuś się to może spodobać, że ktoś dowie się czegoś nowego jest równie ważna, jak to, że bez pisania już nie wyobrażam sobie kolejnych dni.
Obraz- to frag. Maddonny del Magnificat S.Boticellego

Włochy południowe w pigułce, czyli jak szybko wiele zobaczyć- część 2

Pompeje. Pompeje zniszczył wybuch wulkanu, który miał miejsce w 79 roku, a dokładniej nie tyle zniszczył, co zasypał kilkumetrową warstwą popiołu, grzebiąc miasto i mieszkańców. Żywioł miał tak ogromną siłę rażenia i był tak niespodziewany, że zaskoczył mieszkańców przy codziennych zajęciach nie dając szans ucieczki. Kiedy ogląda się film Ostatnie dni Pompejów dreszcz przebiega po plecach, a jeśli ogląda się go mając Wezuwiusza w zasięgu wzroku to coś chwyta za gardło. Wiedziałam, że Pompeje stanowią spory obszar, ale to co zobaczyłam przerosło moje wyobrażenia. Całe miasteczko z ulicami, domami, świątyniami, łaźniami, rynkiem i domami publicznymi zachowane niemal w takim stanie, jakby jeszcze niedawno mieszkali tu ludzie.
Freski na ścianach są w niezłym stanie, jak na freski, które powstały niemal 2 tysiące lat temu, podobnie jak mozaiki podłogowe. Zadziwiająca jest też ilość barów, czy pubów, jakbyśmy je dziś nazwali. Na każdej uliczce znajdowało się ich kilka. Ale skoro jednym z głównych zajęć starożytnych było czerpanie radości z życia to nic dziwnego.
Oczywiście największe wrażenie robią gipsowe odlewy ludzkich ciał. Przyznam, iż niechętnie je oglądałam, starając się zaledwie omieść wzorkiem. Czułam się intruzem, który zakłóca spokój tych nieszczęśników. Czułam się niemal tak, jakbym oglądała ich śmierć, jak gdyby przeze te dwa tysiące lat oni nadal umierali na naszych oczach. Nie mogłam zrozumieć ludzi, którzy natarczywie przyglądali się odlewom, aby dojrzeć zarysy kości, uzębienia, grymas twarzy i pstrykali zdjęcia.
Pompeje robią ogromne wrażenie niemal na wszystkich odwiedzających. Pompeje to dla mnie takie Memento mori - przestroga przed siłą żywiołu i kruchością człowieczego losu.
Zmieniając miejsce, zmieniam też klimat opowieści. Capri - to był kolejny powód, aby z kilkunastu wycieczek po południowych Włoszech wybrać właśnie tę. Capri, znane z bajecznych widokówek lazurowego morza, białych, wapiennych skał i wspaniałej, bujnej, żywo-zielonej roślinności kusi do odwiedzin. Muszę jednak przyznać, ze Capri nie zachwyciło mnie tak bardzo jak sobie to wyobrażałam. Jest ładne, owszem, ale spodziewałam się czegoś innego. Może dlatego, że sporo podróżuję i wiele już miejsc widziałam rejs i wizyta na wyspie były tylko kolejnym miłym przeżyciem. Rejs stateczkiem, oglądanie skał i zatoczek oraz szmaragdowego miejscami morza było ciekawym przeżyciem, ale odbyłam już kilka takich wycieczek, wiec oczekiwania moje wzrosły.
Ogród Augusta zapowiadany, jako niemal siódmy cud świata, rozczarował swoją niewielka powierzchnią i ubogimi zbiorami. Zapewne to nieco niesprawiedliwy osąd, bo gdyby nie nastawienie i oczekiwania nie wiadomo jakich cudów stwierdziłabym, że Capri jest bardzo ładnym miejscem, bo jest.
Tyle, że wyspa wydała mi się taka ekskluzywnie nudna. Podobno przyjeżdżają tam gwiazdy, po po aby się pokazać. Jedyne co warto zobaczyć to właśnie te osławione szmaragdowe wody zatoki, tyle, że aby je zobaczyć nie koniecznie trzeba płynąć na Capri. Jest wiele miejsc równie pięknych, a za to mniej zaludnionych i mniej snobistycznych. Ale może się czepiam.
Monte Casino Przed wjazdem na wzgórze odwiedziliśmy multimedialne muzeum Monte Casino, które przedstawia piękną lekcją historii. Mogłabym je przyrównać do Muzeum Powstania Warszawskiego. Ich odwiedziny niosą podobny ładunek emocji, wykorzystują nowoczesne techniki, ocalają od zapomnienia piękne karty historii. Wzgórze Monte Casino, to wzgórze, na którym stoi klasztor Benedyktynów. Wzgórze, o które odbyła się jedna z najbardziej krwawych i najtrudniejszych batalii II wojny światowej. Wzgórze będące punktem strategicznym na linii Gustawa. Wzgórze, którego nie udało się zdobyć sojusznikom; Amerykanom, Brytyjczykom, Nowozelandczykom, ani Hindusom. Wzgórze, które zostało zdobyte przez II Korpus Polski gen. Andersa. Jest to takie miejsce, gdzie po prostu trzeba być.
Na cmentarzu wyryte w marmurze słowa: "Przechodniu powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie" oraz "Za naszą i waszą wolność my żołnierze polscy oddaliśmy Bogu ducha, ciało ziemi włoskiej, a serca Polsce" wzruszą chyba nawet najbardziej zatwardziałe serce.
Cmentarz naszych żołnierzy to pole białych krzyży, na których tylko gdzieniegdzie leży pojedynczy sztuczny czerwony mak. Kiedy przechodzi się pomiędzy nagrobkami i odczytuje daty narodzin i śmierci łza się kręci w oku. W centralnym punkcie cmentarza znajduje się miejsce spoczynku gen. Andersa, który zażyczył sobie być pochowanym ze swoimi żołnierzami (zmarł w 1970 r. w Londynie). Każda polska wycieczka składa kwiaty i zapala znicze na Cmentarzu.
Z całej objazdowej wycieczki miastem, które wzbudziło najwięcej emocji był Rzym. Niestety przebiegliśmy przezeń w ciągu 7-8 godzinnego marszo - biegu, zaliczając Plac Św. Piotra, Bazylikę Św. Piotra, Groby papieży, Via Concilione, Pałac Anioła, Piazza Navona, Forum Romanum, Panteon, Colosseum, Schody Hiszpańskie, Fontanna di Trevi. Szybko i pobieżnie. Dziesięć minut na Placu Św. Piotra, na którym mogłabym siedzieć godzinami, piętnaście minut pod di Trevi, ledwie zdążyłam zrobić zdjęcie, pięć minut na Piazza Navona, na którym chciałoby się przysiąść na ławeczce, zjeść loda, popatrzeć na rozłożone sztalugi i kolorowe obrazy. Wówczas to doszłam do wniosku, że muszę do Rzymu wrócić i to sama, aby niespiesznie, powoli i przez tyle czasu, ile mi będzie potrzeba obejrzeć sobie Rzym z jego wspaniałościami. Aby pobyć, posiedzieć, napawać się widokami, zapachami, wsiąknąć w otoczenie, zespolić się z miastem, poczuć się rzymianką przez kilka dni. Udało mi się to kilkakrotnie. Już we wrześniu 2009 r. wróciłam do Rzymu po raz pierwszy na absolutnie fantastyczne wakacje, po to, aby potem powracać tam jeszcze trzykrotnie. Kolejna wizyta już zaplanowana. Opisy w zakładce Rzym.
Zdjęcia: 1. Mozaika podłogowa w Pompejach, 2. Posążek Apollo ze świątyni Apollina Pompeje, 3.Szmaragdowe wody zatoki wokół Capri, 4. Cmentarz Monte Casino

sobota, 22 października 2011

Włochy południowe w pigułce, czyli jak szybko wiele zobaczyć- część 1

Był przełom maja i czerwca 2009 roku, kiedy wybrałyśmy się z koleżanką na wycieczkę po Włoszech. Ponieważ „znałam” (a przynajmniej wówczas wydawało mi się, że znałam) północne Włochy postanowiłam zwiedzić także południe włoskiego buta. Pierwszy tydzień to zwiedzanie Włoch – od krańca buta do Rzymu i powrót na wypoczynek na Kalabrii. Wycieczki objazdowe mają tę zaletę, iż można zobaczyć w krótkim czasie bardzo wiele. Zaleta, ta jednak często przeradza się w wadę.
Szybkie oglądanie jest jak przystawka, po której nie ma obiadu. Na trasie naszej eskapady znalazły się takie miejsca jak Groty Casstellana, Arbellobello, Bari, Caserta, Neapol, Capri, Sorento, Wezuwiusz, Pompeje, Monte Casino, Rzym. Z całej tej galopady najmilej zapamiętałam kilka miejsc.
Alberobello - miejscowość słynąca z trulli. Są to domki w kształcie ula. Wykonane z kamienia, owalne, białe, bez zaprawy z dachem w kształcie stożka pokrytego czarną dachówką. Wygląda to, jak skansen. Domki powstały na skutek zakazu prowadzenia prac budowlanych wydanego przez Ferdynanda I. Ludność wymyśliła więc budowle z wapienia bez użycia zaprawy. Obecnie służą one głównie jako sklepiki z pamiątkami, choć są też takie, które wykorzystuje się jako hoteliki. Nie wiem, czy poza kilkoma regionami Włoch występuje jeszcze gdzieś taka baśniowa zabudowa. Trulli wyglądają jak domki dla krasnoludków.
Caserta - tam znajduje się pałac królewski wybudowany na zlecenie Burbonów, służący za ich siedzibę, centrum administracyjne Królestwa Neapolu. Wielkością dorównuje francuskiemu Wersalowi. Najciekawsze są położone wokół pałacu Ogrody, rozległe, z dużą ilością fontann, kaskad i posągów.
Oprócz przepięknych zbiorów obrazów, mebli, rzeźb, oprócz sztukaterii, złoceń i kolorowych plafonów największe zainteresowanie wzbudziła szopka neapolitańska. Jest to o tyle nietypowa szopka, że poza świętą rodziną, znajdują się w niej postacie zupełnie współczesne, politycy, gwiazdy sportu, artyści oraz typowi neapolitańczycy przy pracy. Rolnicy, rzemieślnicy, kupcy, gospodynie domowe. Szopka jest widowiskowa i bajkowa, trochę taki Disneyland. Szopki te wytwarzane w Neapolu udostępniane są widzom przez cały rok do oglądania, a ich mini wersje sprzedawane są w kramikach z pamiątkami. Jako ciekawostka w pałacu w Casercie kręcono watykańskie sceny do filmu Anioły i demony.
Neapol - miasto chrześcijańskich cudów i kolebka Camorry. Zobaczyć Neapol i umrzeć – zanim przybyłam do miasta wydawało mi się, iż oznacza ono, że kiedy je zobaczę będę mogła pożegnać się ze światem, bo nie ujrzę w życiu już nic piękniejszego. Tymczasem, kiedy myślę o tym portowym mieście położnym u stóp Wezuwiusza to widzę wąskie uliczki obwieszone praniem, nieco zieleni, motory i samochody pozostawione na środku ulicy, nieład i tony śmieci.
Jest tam głośno, gwarno i duszno. Miasto bardziej przypomina miasto czarnego lądu niż europejską metropolię.
Toteż zobaczywszy miasto poczułam się nieco rozczarowana. Nie zrobiło ono na mnie najlepszego wrażenia. Nie dostrzegłam tego piękna, które pozwoliłoby mi pogodzić się na pożegnanie ze światem. Wyjaśnienie, jakiego udzieliła nam przewodniczka wydaje się właściwszym tłumaczeniem powiedzenia Zobaczyć Neapol i umrzeć. Neapol kilka wieków wcześniej, jako miasto portowe był miastem uciech wszelakich. Konsekwencją tych rozkoszy była choroba, nazywana francuską, ale także neapolitańską. Rozprzestrzeniła się po Europie właśnie z Neapolu, dokąd przywlekli ją żołnierze Karola VIII wraz z którymi przybyła do Neapolu armia cór Koryntu. Neapol to miasto kontrastów. Ulice pełne radości, muzyki, śpiewu i tańca, pełne są też plastikowych worków ze śmieciami i wychudłych psów. Wszechobecne są przydomowe kapliczki z figurkami świętych a także z wizerunkami piłkarzy. Wszechobecne są też czerwone kramiki z malutkimi, ostrymi papryczkami (peperoncini), plastikowymi czerwonymi rogami (amuletami) oraz czerwoną cebulką (cipolla rosa), z której robi się fantastyczne konfitury. Malutkie plastikowe rogi stanowią amulet, którym należy obdarować krewnych i znajomych dla zapewnienia im pomyślności wszelakiej.
Jednym z punktów pielgrzymek w Neapolu jest Katedra Świętego Januarego, zwana też Katedrą Vergine Assuana. Pielgrzymują tam turyści, pielgrzymują też miejscowi. January słynie z tego, że dwa razy do roku wzburza się krew świętego i to zapowiada miastu powodzenie na cały rok. Jak krew się nie wzburzy zdarzają się nieszczęścia. Ostatnim takim nieszczęściem był przegrany mecz piłkarski, a poprzednim wybuch Wezuwiusza w 1944 r. (ostatni wybuch Wezuwiusza). Przegrany mecz to dla Włochów tragedia równa trzęsieniu ziemi, czy wybuchowi wulkanu. Dzień wzburzenia krwi świętego, nazywany cudem Januarego, jest o tyle ważnym dniem dla Neapolitańczyków i dla Włochów, że tego dnia nawet organizacje mafijne zawieszają broń i nie dochodzi do rozlewu krwi. W tym kontekście można mówić o cudzie, jaki czyni Św. January. Dzień bez rozlewu krwi.
Poza Katedrą, krótkim spacerem uliczkami miasta od kościoła Piotra i Pawła poprzez Galerię Umberta, nieopodal Teatro San Carlo po Piazza Plebiscito i Pallazzo Reale dostaliśmy trochę wolnego czasu, podczas którego większość udała się na posiłek.
Wycieczki zorganizowane mają to bowiem do siebie, że nie przewidują czasu na jedzenie. Skoro Neapol to koniecznie pizza. Wszak mawia się, iż najlepsza pizza na świecie musi zawierać trzy składniki; mozzarellę, pomidory i musi być zrobiona w Neapolu. Jest pizza napolitana, jest też najpopularniejsza margeritta. Małgorzata w Neapolu nie mogła nie zamówić pizzy w kolorach włoskiej flagi (czerwone - pomidory, biała- mozzarella, zielona-bazylia), pizzy wymyślonej dla mojej imienniczki królowej Małgorzaty Sabaudzkiej. Powiem jedynie tyle, iż nie była to najlepsza pizza, jaką jadłam w życiu.
Wezuwiusz. Ten, który znamy z wybuchu wulkanu w 79 r. i unicestwienia Pompei stanowi dzisiaj obszar, którego nie sposób ogarnąć wzrokiem, krater, jaki powstał po wybuchu to obszar kilku kilometrów i nie podlega on zwiedzaniu przez grupy. My oglądaliśmy krater powstały po wybuchu w 1944 r.
Tym, co mnie uradowało najbardziej, było zwyciężenie własnej słabości i zdobycie góry. Może nie jest to jakaś zawrotna wysokość do pokonania, ale przy moim niechętnym stosunku do pokonywania wszelkich wzniesień i wchodzenia pod górę, po trzech wyczerpujących dniach,zakwasach i wysokiej temperaturze udało mi się wejść na sam szczyt i wcale nie byłam ostania. Kiedy dziś obserwuje się ledwie dostrzegalne obłoczki dymu z wnętrza krateru trudno wyobrazić sobie jak niszczycielska była siła wybuchu tego potwora. Uzmysłowi nam to dopiero wizyta w Pompejach (ale o ty, w kolejnym wpisie)
Mój opis wrażeń jest jedynie opisem w pigułce, takim jakie było to moje zwiedzanie.
Zdjęcia: 1. Arbellobello, 2. Trulli w Arbellobello. 3. Caserta -widok z ogrodu na pałac, 4. Szopka neapolitańska, 5. Neapol -Galeria Umberta, 6. Kapliczka z relikwiami w Duomo Vergine Assuana w Neapolu, 7. Barokowo-teatralna dekoracja kapliczki w Duomo, 8. Wezuwiusz - droga na szczyt

piątek, 21 października 2011

Kraków-kulturalno-kulinarnie- czyli urodzinowego wyjazdu ciąg dalszy

Miałam napisać recenzję "Ziemi obiecanej" Reymonta oraz "Fatum" Rowickiego, tymczasem dopadła mnie migrena i nie stać mnie na jakikolwiek wysiłek intelektualny. Tym sposobem tegorocznych, urodzinowych wrażeń ciąg dalszy.
Już sam widok z okna zapierał dech w piersiach. Mieszkałam w apartamencie, który nazywał się „Widokowy”. Jest to bardzo adekwatna dla niego nazwa. Ponad dachami kamienic i dachem Zgromadzenia Sióstr Felicjanek widać było kopuły wież Katedry Królewskiej na Wawelu. Dostojne sąsiedztwo sprawiało, że sny miałam iście królewskie.
Pierwsze swe kroki skierowałam na Wawelskie Wzgórze. Tu,jak mawiał Wyspiański „wszystko jest Polską, kamień każdy i okruch każdy”. To miejsce rozpala wyobraźnię. Tutaj spotykamy duchy przeszłości. Tutaj też, jak rzadko gdzie, możemy podnieść wysoko głowę i odczuć dumę z przynależności do narodu, którego synami byli wielcy Polacy (dla przykładu jedynie kilku: Piłsudski, Kościuszko, Poniatowski, Jan III Sobieski, Batory, Kazimierz Wielki) godni dziś mieszkańcy Krypty Zasłużonych.
Chcąc oddać atmosferę wizyty w Katedrze Królewskiej na Wawelu trudno uniknąć pompy i wielkich słów, słów, które mogą wydawać się zbyt górnolotne. Ale kiedy tak często przychodzi nam dzisiaj wstydzić się z powodu zachowania naszych rodaków, może warto czasami móc wysoko podnieść głowę i wsłuchać się w słowa pieśni o pradawnych bohaterach. Pierwsza katedra powstała w tym miejscu jeszcze w roku pańskim 1000 ufundowana przez Bolesława Chrobrego. Budowę istniejącej obecnie Katedry ukończono w 1364 r. To tutaj miała miejsce pierwsza (po zjednoczeniu rozbitych dzielnic-państewek), koronacja na króla Polski Władysława Łokietka. To tutaj, w podziemiach Katedry spoczywa wielu, wielkich Polaków.
Lubię nekropolie, bo one łączą przeszłość z teraźniejszością, są wyrazem pamięci narodowej i pozwalają poczuć ciągłość historii.
Dlatego, ilekroć jestem w Krakowie, staram się odwiedzać i krypty zasłużonych i cmentarz Rakowicki. W Krypcie wieszczów spoczywają wspólnie, o ironio dziejów, dwaj wielcy antagoniści Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki. Co przypomina mi zaraz innych wielkich antagonistów; dla przykładu Leonardo i Michał Anioł, Bernini i Borromini. Jak widać wszędzie wielcy bywają też małostkowi. Będąc w katedrze, jeśli jest się jeszcze dość sprawnym, aby pokonać kilkadziesiąt niezbyt wygodnych, wąskich, drewnianych schodków, należy wspiąć się do Dzwonu Zygmunta. Ponoć dotknięcie jego serca przynosi szczęście, a pannom wróży zamążpójście (nie dotyczy to chyba dzisiejszych singielek, dla których nie zawsze są to pojęcia równoznaczne). Osobiście nie wierzę w różne tego typu przesądy i przepowiednie. Dlatego też nie staję, nie dotykam, nie rzucam przez lewe ramię pieniążków do fontann. Ja po prostu wracam w moje miejsca ukochane tak często, jak to tylko możliwe. Ale niezależnie, od tego, czy chce się dotknąć serca Dzwonu Zygmunta, czy też nie, warto obejrzeć z bliska Dzwon, który towarzyszy nam (Polakom) w najważniejszych dla nas chwilach historii. Warto też spojrzeć z perspektywy wieży na dachy miasta. Nie jest to, co prawda wysokość latarni Bazyliki Św. Piotra w Rzymie, ale i tu przy dobrej pogodzie widok jest niezapomniany.
Kraków pełen jest wspomnień o jego królewskich mieszkańcach. Niemal każdy z szanujących się krakowskich hoteli, podobnie, jak niemal każda zacniejsza kamienica na Rynku Głównym gościły któregoś z władców i to nie tylko rodzimych, bywali tu królowie, carowie, bywał także cesarz Franciszek Józef. Również znane krakowskie restauracje takie jak np. „Wierzynek”, „Szara”, „U Hawełka” pamiętają koronowane głowy.
Miasto przyciągało jak magnes nie tylko monarchów. Bywali tu także pisarze, poeci, muzycy, malarze, dziennikarze i uczeni. Nie wszyscy byli miastem oczarowani. Byli i tacy, którym się ono nie podobało. Dla przykładu Goethe uważał, że nie ma w nim nic ciekawego, a przyjechał jedynie w celu odwiedzenia Kopalni Soli w Wieliczce. Nie potwierdzone pogłoski stanowią, iż to tutaj zaczął pisać Fausta.
Nie lubił Krakowa także Żeromski, drażniła go „błazenada” jego mieszkańców.
Zwiedzanie grodu Kraka to również chodzenie śladami jego mieszkańców. Dla przykładu tylko dwoje jego przedstawicieli.
Wyspiański. Ślady tego malarza i dramatopisarza odnaleźć możemy w wielu miejscach; pod Wawelem w pracowni jego ojca, w której mały Stasiu oglądał rzeźby wielkich zmarłych, w witrażach w kościele Mariackim, w szesnastowiecznych malowidłach w kościele Św. Krzyża, w których konserwacji uczestniczył, w obrazach, szkicach i rękopisach powieści w Muzeum Narodowym jego imienia, w murach Teatru im. Słowackiego, w których w 1901 r. odbyła się prapremiera jego „Wesela”. Jego duch krąży w kawiarni „Jama Michalika” na Florenckiej czy nieistniejącej kawiarni „Paw” na Szpitalnej. Prochy zaś spoczywają w Krypcie Zasłużonych w kościele Paulinów na Skałce. Krypta jest jednym z niewielu miejsc, jakich nie udało mi się jeszcze odwiedzić, ponieważ ilekroć jestem na Skałce Krypta jest ona zamknięta.
Matejko. Dom, w którym mieszkał mieści się na ul. Floriańskiej pod numerem 41. Dziś na kamienicy widnieje pamiątkowa tablica, a w jego dawnym mieszkaniu mieści się poświęcone jego pamięci Muzeum, o którym pisze tutaj Sara-Maria
Jego obrazy; takie jak Kościuszko pod Racławicami, Hołd pruski, Wernyhora znajdują się w Muzeum Narodowym w Sukiennicach. W Warszawie oglądałam jego Bitwę pod Grunwaldem oraz Konstytucję 3 Maja, a w Muzeach Watykańskich Sobieskiego pod Wiedniem. Natomiast replika największej rzeźby pomnika - Bitwa pod Grunwaldem (ufundowanej przez Jana Paderewskiego) znajduje się na Placu imienia malarza. Przy Placu tym mieści się także Akademia Sztuk Pięknych, w której (jeszcze, jako szkole sztuk pięknych) dyrektorował. Uczniami Matejki byli m.in.; Wyspiański, Mehoffer, Malczewski, Tetmajer. Natomiast na Cmentarzu Rakowickim znajduje się miejsce spoczynku malarza i jego rodziny.
Podczas ostatniego pobytu w Krakowie odwiedziłam Muzeum Wyspiańskiego zawierające poza obrazami malarza, także rękopisy i pierwsze wydania jego dramatów. Tym razem natomiast odwiedziłam Muzeum Narodowe w Sukiennicach, w którego zbiorach znajdują się dzieła mistrza Jana Matejki. Matejko malował obrazy o tematyce historyczno-batalistycznej. Miały być one lekcją patriotyzmu dla współczesnych i przyszłych pokoleń. Pamiętam poczet królów i książąt polskich (zbiór pocztówek), jaki dostałam jako dziecko. Wizerunki te spełniły swoje zadanie. Władcy namalowani przez Matejkę wydawali mi się niczym postacie z bajek; dobroduszni, majestatyczni i sprawiedliwi królowie oraz mężni wojownicy. Obrazy przez niego namalowane są tak patetyczne, tak patriotyczne, że jak dla mnie są "troszkę" nierealne. Można odnieść wrażenie, że malował je człowiek, który podobnie, jak Sienkiewicz robił to „ku pokrzepieniu serc”. Są one tak doskonałe i bajkowe.
Zdecydowanie bardziej podobały mi się obrazy Piotra Michałowskiego. A to ze względu na ich romantyczną wymowę. Tematyka jest także wzniosła, ale jakże inaczej przedstawiona. Ich treścią też są czyny bohaterskie, ale pokazane przez pryzmat ludzkich niedoskonałości. Największe jednak wrażenie zrobił na mnie „Szał uniesień” Podkowińskiego. Któż nie pamięta tego obrazu chociażby ze starego serialu „Kraków - Z biegiem lat, z biegiem dni”. Wyobrażam sobie, jaki skandal, jak szok musiał wywołać w purytańskim, drobnomieszczańskim Krakowie ten trzy metrowej wysokości obraz nagiej,rudej kobiety, przytulonej do końskiego grzbietu. Zresztą i wystawie w Warszawskiej Zachęcie, gdzie został wystawiony po raz pierwszy towarzyszyła atmosfera sensacji i skandalu.
Poza wizytą w Muzeum Narodowym zafundowałam sobie wizytę w Pałacu Krzysztofory na pokonkursowej wystawie szopek krakowskich. Nigdy dotąd nie widziałam tradycyjnej krakowskiej szopki, poza tymi, jakie mogłam obejrzeć na szklanym okienku telewizora, w czasach, kiedy jeszcze oglądałam telewizję. W czterech salkach aż mieniło się od kolorów i blasków szop, szopek i szopeczek. Najmniejsza miała około pięciu centymetrów wysokości, największa około trzech metrów wysokości i około pięciu metrów szerokości. A wszystkie były tak bajecznie kolorowe, że powinny spodobać się każdemu dziecku. Były połączeniem bajecznego kiczu z dostojnym pięknem. Każda zawierała mechanizm obrotowy, a zaludniające je postacie wykonywały różne ruchy; od bicia pokłonów, poprzez gestykulacje, na tańcach kończąc. Poza tradycyjnymi postaciami, jakie zapełniają szopki, czyli świętą rodziną, trzema królami, pasterzami i zwierzątkami, pełno tam było Lajkoników, Stańczyków oraz innych postaci historycznych i elementów świadczących o polskości (godła, flagi, pejzaże).
Odwiedziłam po raz kolejny cmentarz Rakowicki i tym razem niemal z zamkniętymi oczami trafiłam do miejsca pochówku Heleny Modrzejewskiej oraz zapaliłam świeczkę na grobie pana Binczyckiego, mojego ukochanego Bogumiła z „Nocy i dni”. Trafiłam także na miejsca pochówku dwóch pierwszych prezydentów autonomicznego Krakowa; panów Dietla i Zubilewicza. Obaj zapisali się w pamięci potomnych, jako dobrzy włodarze miasta, za czasów których Kraków z zaniedbanego miasta zaczął się stawać miastem czystym, brukowanym, oświetlonym, skanalizowanym. To pan Dietl powziął pomysł utworzenia Muzeum Narodowego w Sukiennicach, a pan Zubilewicz doprowadził go do końca. Pomniki obu panów znajdują się nieopodal siebie na Placu Wszystkich Świętych. Pomnik Dietla jest autorstwa znanego rzeźbiarza Xawerego Dunikowskiego (podobno jest to jego najlepsze dzieło). Zmiany w architekturze miasta, jakie wprowadził pierwszy prezydent można by przyrównać do zmian, jakie wprowadził podczas przebudowy Paryża baron Hausmann.
Przyjrzałam się dokładnie Teatrowi im. Słowackiego i dostrzegłam jego podobieństwo do Opery Garnier w Paryżu. Były też oczywiście wizyty na Kazimierzu, spacer po Plantach, spacery uliczkami Floriańską, Grodzką, Bracką, Kanoniczą, Franciszkańską (Okienko papieskie), Jana, Sławkowską, Mikołajską. Była wizyta w kościele Mariackim, pod Barbakanem i na Rynku Kleparskim.
Kulinarnie
Moje poznawanie miasta jest poznawaniem kulturalno-kulinarnym, jest wędrówką od Muzeum do kawiarni, od kościoła do baru, od ulicy do ciastkarni.
Czasami udaje mi się połączyć oba doznania w jednym; kiedy kawiarnia mieści się w księgarni, wówczas można napić się kawy, zjeść ciasto lub kanapkę, jednocześnie kartkując książkę, którą ma się ochotę nabyć. Taką funkcję (podobnie jak w Warszawie księgarnia Traffic) spełnia w Krakowie księgarnia „Bona” na Kanoniczej. Odkryłam ją podczas jednej z poprzednich wizyt w tym mieście. Nabyłam tam wówczas fantastyczną książkę „Zjeść Kraków”. Rodzaj przewodnika kulinarno-historycznego napisany przez Makłowicza i Mancewicza. Zawiera on informacje na temat polecanych i odradzanych restauracji, kawiarni, pubów, informacji o wyrobach regionalnych i polecanych specjałach delikatesowych. A wszystko to polane sosem historycznych opowiadań oraz ciekawostek na temat wielkich w Krakowie. Tym razem dokonałam kolejnego zakupu - „Nietypowy przewodnik po Krakowie” Stanisława Rożka. Jest to propozycja dziewięciu spacerów po mieście, okraszona opowieściami historycznymi, anegdotkami i jakże by inaczej zaproszeniem do odwiedzenia paru kawiarni, restauracji, jadłodajni.
Lektura tej książki utwierdza mnie w przekonaniu, że spotkanie z Krakowem nieodłącznie wiąże się ze spotkaniem z krakowską (choć nie zawsze, jest to wyłącznie krakowska) kuchnią.
Niemal pierwsze swe kroki skierowałam po przybyciu do grodu Kraka do ulubionego Baru Grodzkiego (mieszczącego się na ulicy Grodzkiej), baru, którego specjalnością są placki ziemniaczane. Pozwolę sobie na małą reklamę, choć nie wydaje mi się, aby ten lokal jej potrzebował. Serwują tam prawdziwe domowe obiady w całkiem przyzwoitej cenie. Cena ta nie jest tak śmiesznie niska jak w barze familijnym na Nowym Świecie w Warszawie, co sprawia, że jest on miejscem spotkań stołecznych bezdomnych. Natomiast we wspomnianym Barze Grodzkim można w schludnym i czystym otoczeniu zjeść smacznie i niedrogo. Odkąd odkryłam ten lokal dwa lata temu często chadzam tam na obiady. Kiedy byłam już przemarznięta do szpiku kości długimi spacerami wtedy wstępowałam do któregoś z licznych lokali na „grzańca galicyjskiego”. No i oczywiście byłam pod Sukiennicami na moich ulubionych duszonych grzybkach w śmietanie.
Tak, Kraków można zjeść.
Zdjęcia: 1. Wawel, 2. W Krypcie Św. Leonarda, 3. Sukiennice wieczorem, 4. Grobowiec Matejki, 5. Podkowiński - Szał uniesień, 6. Szopka krakowska, 7. Kawka na Kazimierzu

środa, 19 października 2011

Warszawski kulturalny misz-masz, czyli jak spędzić miło urodziny

Kiedy opowiadałam znajomym, że wybieram się na urlop do Warszawy i do Krakowa większość z nich stwierdzała - Kraków, tak, tak to piękne miasto, ale Warszawy nie lubimy. Dodawałam więc gwoli usprawiedliwienia, że do Warszawy jadę z powodu zaplanowanych wizyt w teatrach. Znając moje opętanie musicalami wybaczone zostało mi dziwactwo w postaci podróży do stolicy.
Był czas, kiedy nie lubiłam Warszawy twierdząc, że jest za mało europejska, jak na stolicę europejskiego kraju i za mało „staroświecka” (nie jest to najwłaściwsze sformułowanie), jak na miasto o tak pięknej historycznej przeszłości. Potem nadszedł czas, kiedy Warszawa w moich oczach zrobiła się zarówno dość europejska, jak i dość staroświecka. Dziś jednak, mam wrażenie, że europejskość przyćmiewa wszystko inne. Warszawa zaczyna mnie przytłaczać swoją metropolitalnością, drapaczami chmur, biurowcami, galeriami handlowymi, anonimowością. Teraz zostały mi niemal wyłącznie teatry, galerie, muzea. Ale czy to mało? Nie i jeszcze raz nie. Kiedy mieszka się w Gdańsku, mieście posiadającym jeden teatr z prawdziwego zdarzenia (szekspirowski ciągle w budowie) to naprawdę można stolicy pozazdrości ilości przybytków sztuki.
Tegoroczny urodzinowy wypad obejmował m.in. trzydniowy pobyt w stolicy.
A oto na ile udało mi się w ciągu tych krótkich trzech dni pobytu zaczerpnąć z kulturalnego bogactwa stolicy.
Przedstawienie Biała bluzka w Teatrze Och
Dwa nazwiska Osiecka i Umer, to duet, który daje rekomendację, że nie będzie banalnie i nudno. A jeśli dodamy do tego nazwisko trzecie – Janda robi się jeszcze ciekawiej. Opowiadanie Agnieszki Osieckiej wyreżyserowała Magdalena Umer, a w rolę tytułowej bohaterki wcieliła się Krystyna Janda.
Najpierw słowo o Teatrze. Trochę nietypowy to teatr. Mieści się on w budynku dawnego kina. Scena znajduje się pośrodku sali, a rzędy krzeseł po obu dłuższych bokach tejże sceny. Nad nią „rusztowania” lamp. Sala surowa, bez żadnych dekoracji. Wystój przypominający prowincjonalne kino z lat sześćdziesiątych. Dzisiejsze kina wyglądają o wiele ciekawiej. Co prawda nie jest celem wizyty w teatrze podziwianie boazerii, sztukaterii, czy żyrandoli, ale owa oprawa spektaklu jest nie bez znaczenia. Te wszystkie kotary, plusze, dywany, scena z jej dekoracjami stwarzają klimat i wzbogacają sztukę. No chyba, że ktoś będzie miał pomysł, jak surowe wnętrze przekształcić w scenerię wydarzeń. I myślę, że Magda Umer taki pomysł miała. Ale do tego wrócę za chwilę.
Treścią opowiadania Agnieszki Osieckiej jest historia kobiety zakochanej w opozycjoniście na tle czasów stanu wojennego. W treść akcji wplatają się wątki opozycyjnych spotkań, godzina policyjna, przeprawa z milicjantem, konsekwencje braku kartek żywnościowych, wolnorynkowe zakupy na bazarku, „załatwianie” kartek, zaświadczeń, stempelków, itp. Bohaterka jest „osobą nieprzystosowaną”, która nie chce wpasować się w tu i teraz, żyć odtąd - dotąd, nie chce podporządkować się bzdurnym nakazom. W świecie braku wolności szuka ucieczki w spotkaniach towarzyskich, alkoholu i wyśmiewaniu tzw. poważnych spraw poprzez zabawne rymowanki i dziwaczne pomysły. Ta dziwaczność zachowań bywa groteskowa, ale jest też śmieszna, choć czasami jest to śmiech przez łzy. Bohaterka ucieka od „normalności” czasów nienormalnych.
Kobieta nie potrafi też i nie chce zrozumieć, dlaczego jej ukochany poświęca tyle czasu „sprawie”, jej poświęcając go tak mało. Jej zachowanie jest też próbą protestu przeciwko postawie ukochanego. Ten protest ma wyrażać protest wielu kobiet, które miały nieszczęście urodzić się w tzw. „ciekawych” czasach. Matki, żony, kochanki ofiar historii; żołnierzy, powstańców, opozycjonistów, konspiratorów, których obowiązek, ambicja, poczucie sprawiedliwości, honor wzywają ku „sprawie”, którzy nie mają teraz dla was czasu córeczki i synkowie, nie maja go też dla swoich kobiet i przyjaciół. Spektakl jest też pytaniem o sens i cenę walki z wszelkim totalitaryzmem. Odpowiedzi na te pytania powinien każdy udzielić sobie sam.
I tu wracam do scenografii. Na dwóch przeciwległych ścianach za plecami widzów z jednej strony i przed ich oczami z drugiej strony znajdują się ekrany. No początku spektaklu wyświetlane są na nich zdjęcia i krótkie fragmenty filmów ze znanymi opozycjonistami. Na koniec zaś zdjęcia i fragmenty filmów o wielkich dyktatorach (może właściwiej było by nazwać ich wielkimi zbrodniarzami) – pojawiają się m.in.; Hitler i Stalin. Natomiast przez cały spektakl na ekranie pojawia się zbliżenie czasami całej postaci, a częściej twarzy aktorki; zbliżenie raz ostre i wyraziste, raz zamglone, a innym razem nienaturalnie wykrzywione, zaś momentami zwielokrotnione. Na scenie poza aktorką, zespołem muzycznym oraz obrotowym krzesłem nie ma nic więcej. Ten właśnie pomysł na scenografię jest moim zdaniem najlepszym rozwiązaniem dla przedstawienia i świetnym tłem akcji. Wydaje się nawet, że granie spektaklu na tradycyjnej scenie teatralnej nie oddałoby właściwie nastroju sztuki.
Odtwórczyni głównej roli pani Krystyna Janda jest aktorką kontrowersyjną. Albo się ją lubi, albo nie. Wiele osób razi jej sposób gry, odbierany, jako nienaturalny i przejaskrawiony.
Kiedy myślę Krystyna Janda pierwsze moje skojarzenie to egzaltacja. Jest w niej sporo egzaltacji, afektacji i rozedrgania. Ja lubię to jej często przesadne rozemocjonowanie. Czasami jej postacie są nieco przerysowane. Uważam jednak, że do roli tej nieprzystosowanej do życia, zbuntowanej, tej innej pasuje ona znakomicie. Jej postać jest nieco ironiczna, nieco histeryczna, nieco komediowa, nieco dramatyczna. I te wszystkie cechy moim zdaniem doskonale oddała pani Krystyna.
Spektakl przeplatany jest piosenkami Agnieszki Osieckiej. Niektóre z nich wykonywane są bardzo ekspresyjnie, przy może zbyt głośnej muzyce, co powoduje, że ucieka część słów. Mnie bardziej podobały się te liryczne, śpiewane nastrojowo i cichutko. Ale w uszach i pamięci pozostanie mi znana głównie z interpretacji Maryli Rodowicz „Wariatka” doskonale zinterpretowana przez panią Jandę. Był to bardzo mile spędzony wieczór.
Wystawa na Zamku Królewskim
Przypadkiem zauważyłam plakat informujący o wystawie rysunków z dopiskiem Leonardo da Vinci. Ponieważ trwała jeszcze wystawa zbiorów z kolekcji Muzeum Czartoryskich z Krakowa (z Damą z łasiczką, czy jak inni ją zwą Damą z gronostajem) chciałam przekonać się, czy może moje zdanie na temat słynnego dzieła niemniej słynnego Leonardo nie uległo zmianie. Przyglądałam się długo i wnikliwie Damie ze zwierzakiem na ręku, o wiele dłużej niż Mona Lisie w Luwrze, (tam odgradzał mnie od dzieła spory tłum Japończyków, tutaj wraz ze mną obraz oglądała obraz tylko jedna para) no i .. nadal twierdzę, że nie jest to moje ulubione dzieło mistrza z Vinci.
W jednej z sal wyświetlano film na temat obrazu, przykładając dużą role, do sposobu ułożenia dłoni sportretowanej damy. Mnie jednak bardziej zainteresowało jej spojrzenie, takie nieobecne. Takie spojrzenie miewam zapewne często na nudnych szkoleniach i naradach (kiedy myśli moje błądzą w innej czasoprzestrzeni). Ten leciutki półuśmieszek sugerowałby, że modelka rzeczywiście myślami błądzi daleko poza atelier malarza.
Wystawa „Mistrzowie rysunku” z kolekcji prywatnej pani Barbary Johnson – Piaseckiej, którą mylnie wzięłam za wystawę rysunków Leonardo okazała się wystawą szkiców i rysunków różnych mniej lub bardziej znanych twórców z okresu XV - XX w.
Z bardziej znanych był tam jeden szkic Leonardo da Vinci i jeden rysunek Sandro Botticellego. Gdyby nie „nazwisko” da Vinci na plakacie (sugerujące nieco mylnie, że wystawa jest wystawą rysunków mistrza), tylko niewielkie grono znawców wybrałoby się na nią, a tak frekwencja okazała się nieco większa, choć tłumów nie było.
W moim przypadku także zadziałało, jak magnes. Raczej nie wybrałabym się na wystawę dzieł mało znanych mi artystów. Muszę przyznać, że spodobały mi się rysunki.
Podobało mi się w nich, to że są takie „renesansowe”, choć tylko niektóre pochodziły z epoki Odrodzenia. Zarówno ich temat, jak i sposób przedstawienia wyrażały wg mnie to, co wiąże się z myślą przewodnią mojej ulubionej epoki; człowieka i jego boską cząstkę, człowieka, będącego podmiotem, a nie przedmiotem sztuki. Najbardziej spodobał mi się rysunek Andrea Mantegna „Zstąpienie Chrystusa do otchłani”. Na pierwszym planie odwrócony do widza plecami Chrystus przed bramą otchłani piekielnych, obok bokiem do widza postać jego pomocnika niewzruszona, trzymająca krzyż i gotowa podążyć za swym Panem nawet w czeluście piekła oraz dwie postacie ludzkie, kobieta przerażona pomysłem mistrza i uspakajający ją mężczyzna. A nad całą sceną dmący w trąbkę cherubin przypominający mi cherubinów z obrazów Botticellego.
Niestety nie udało mi się odnaleźć tego rysunku w internecie.
Musical Les Miserables w Teatrze Muzycznym. Cóż jest takiego w tym musicalu, że tak pokochało go moje serce. Nie wiem, czy potrafię to logicznie wytłumaczyć, ale przecież miłość z logiką nie wiele ma wspólnego, więc może nawet nie powinnam próbować. Les Mis zasługuje na osobny wpis, dlatego tutaj poprzestanę na stwierdzeniu, że musical ten nadal jest moim numer jeden na musicalowej liście przebojów.
Wizyta w Muzeum Chopina.
Bardzo byłam tego muzeum ciekawa. Reklamowane jest ono, jako jedyne tego rodzaju w Europie oraz jako najnowocześniejsze w Polsce muzeum multimedialne. Co prawda to samo twierdziła przewodniczka w Muzeum Monte Casino. No cóż każdy chwali swoje. Trzeba jednak przyznać, że zaczynamy doganiać Europę i w tej dziedzinie. Niedługo okaże się, że tradycyjne muzea to przeżytek. Jeśli nie ma w nich ruchomych obrazków, gaduły w ścianie oraz efektów dźwiękowych to nie ma po co wchodzić. Pomysłodawcy starają się jak mogą, aby przyciągnąć zwiedzających, aby uczynić odwiedziny w muzeum bardziej dostosowane do czasów powszechnej komputeryzacji i do oczekiwań współczesnego odbiorcy.
W tym przypadku nie jestem przeciwniczką wprowadzania nowych rozwiązań technicznych. Jeszcze potrafię się w nich poruszać, choć nie do końca tak sprawnie, jak młodsi. Można tam obejrzeć zdjęcia, ryciny, portrety, nuty, można przeczytać, a także posłuchać informacji na temat życia, twórczości, kobiet oraz podróży w życiu artysty. No i co najważniejsze można posłuchać muzyki. Właściwie nie ma możliwości, aby jej nie posłuchać, bo rozbrzmiewa ona wszędzie, od sali kinowej, poprzez salę, w której można samemu usiąść przy fortepianie i wysłuchać wybranej muzyki do sali doświadczeń, gdzie wyciągając odpowiednią szufladkę uruchamia się odpowiednie dźwięki. W Muzeum jest sporo słuchawek przez które można słuchać zarówno informacji, jak i muzyki. Sporo, ale chyba nie wystarczająco, bo zdarza się, że kilka rodzajów muzyki nakłada się na siebie. Podobnie, jak nakładają się na siebie różne rodzaje informacji czytane przez lektorów.
Myślę, że winą tego stanu rzeczy jest pewien brak ogłady, czy kultury zwiedzających; wystarczyłoby nieco przyciszyć głos, albo tam, gdzie to możliwe korzystać z słuchawek.
Można się tu dowiedzieć wielu interesujących rzeczy o naszym największym kompozytorze. Być może dla znawców twórczości Fryderyka nie są one odkrywcze, ale myślę, że i oni znajdą coś dla siebie odwiedzając to Muzeum. Mnie najbardziej podobał się koncert fortepianowy, jakiego wysłuchałam w kinie oglądając na ekranie typowe, polskie krajobrazy i pejzaże. Jeśli ktoś chciałby skorzystać ze wszystkich możliwości (wysłuchać wszystkich informacji oraz muzyki) powinien na jego zwiedzenie przeznaczyć parę godzin.
Nie tylko kulturą człowiek żyje.
Wizyta w Warszawie to nie tylko chodzenie od teatru do teatru, z wystawy na wystawę i z muzeum do muzeum. Nie obyło się bez tradycyjnych dla mnie spacerów po Starówce; poczynając od Placu Zamkowego, poprzez Barbakan, Krakowskie Przedmieście na Nowym Świecie kończąc. Spacery te miały nierzadko swój finisz w księgarni Traffic (u wylotu Chmielnej), co wiązało się z kolejnym książkowym zakupem.
Nie obyło się też bez degustacji kawy w licznych kawiarenkach i ciastkarniach.
Była też tradycyjna wizyta w "Radio Cafe" (lokal vis a vis Teatru Roma na Nowogrodzkiej) na wczesnej kolacji ze znajomymi. Tym razem wbrew tradycji kolacja miała miejsce nie po, a przed spektaklem w Romie, a to z powodu późnej godziny zakończenia przedstawienia.
Była też niestety wizyta w Złotych Tarasach. Niestety, bo Galerii handlowych w trójmieście w przeciwieństwie do teatrów nie brakuje. Na swoje usprawiedliwienie muszę napisać, że było okrutnie zimno (choć może to tylko moje odczucie spowodowane przeziębieniem), więc wizyta w galerii była rodzajem obrony przed mrozem ;-).
Po raz pierwszy nocowałam w wynajętym mieszkaniu, a nie w hotelu, czy u znajomych i mogę śmiało wszystkim polecić ten sposób podróżowania, do którego namówił mnie kolega.
Wpisy dotyczące Krakowskiej części urodzinowej wyprawy oraz musicalu Les Mis zamieszczę kolejnym razem.
A tu można posłuchać Wariatki z Przedstawienia Biała bluzka
Zdjęcia: 1. Janda w przedstawieniu Biała Bluzka (z internetu), 2. Zamek Królewski w Warszawie, 3. Plakat wystawy na zamku, 4. Muzeum Chopina