środa, 30 listopada 2011

Grudniowy stosik i podsumowanie listopadowego czytania

Grudniowy stosik wygląda następująco:
Od dołu;
1) Henryk Sienkiewicz- biografia (efekt pomyłki spowodowanej internetowymi zakupami. Wygląda na książkę dla dzieci. Moja wiedza na temat noblisty jest niezmiernie skromna, może więc dowiem się czegoś nowego, a jak nie to puszczę w obieg),
2) Honore Balzak - Jaszczur- wypożyczona z biblioteki w ramach wyzwania klasyka i po zachęcającej recenzji u Dom z papieru,
3) Eduardo Mendoza - Wyspa niesłychana - wygrana w konkursie na lubimy.czytać (bardzo jestem dumna z tej wygranej, bo po raz pierwszy wzięłam udział w konkursie, w którym trzeba było się wypowiedzieć "literacko"),
4)Karol Dickens - opowieść wigilijna (własna, odczekała troszkę, aby się wpasować w nastrój) w ramach wyzwania znalezione pod choinką,
5)Wiliam Whorton- Wieści (własna) w ramach wyzwania znalezione pod choinką (czytam rok rocznie przed świętami :),
6) Jacek Dehnel Rynek w Smyrnie - czytałam pożyczoną, spodobała się i zakupiłam dla siebie,
7)Roma Ligocka - Księżyc nad Taorimą -zakupiona w nieopanowanym impulsie pt. muszę mieć (mam chyba wszystkie książki pani Romy,
8)Jake Morrissey - Geniusze Rzymu - z rekomendacji Sary-Marii (zakup internetowy). Książka o Berninim - nareszcie, a tyle szukałam czegoś o jednym z moich ulubieńców.
9)Doris Lessing Piąte dziecko wypożyczona z biblioteki - w ramach Wyzwanie Nobliści,
10) Mark Twain Pod gołym niebem -audiobook wypożyczony z biblioteki - wyzwanie klasyka,
11) Daniel Trrussoni - Angelologia - audiobook -wypożyczony z biblioteki - wyzwanie anielskie (jakoś nie wygląda na to, aby mi się książka spodobała, ale tytuł mi się wpasował w wyzwanie, a książki Terakowskiej na którą polowałam nie dostałam w bibliotece)

To nie jest pełna lista książek, jakie zasiliły moją biblioteczkę w grudniu.
Nie wierzę jednak, iż zdołam przeczytać choćby i te stosikowe, bowiem grudzień jest dla mnie krótszy o kilka dni urlopu, na który raczej książek nie zabiorę.

A oto jak wygląda rezultat listopadowego czytania:
1) J.I.Kraszewski- Syn marnotrawny w ramach Wyzwania Kraszewski- recenzja tutaj
2) J.I.Kraszewski- Król w Nieświeżu w ramach wyzwania Kraszewski - kończę czytać (słuchać) recenzja wkrótce,
3) J.I.Kraszewski - Król za Łokietka w ramach wyzwania Kraszewski - recenzja tutaj ,
W grudniu świadomie robię sobie przerwę w czytaniu JIK-a.
4.Dan Brown - Zwodniczy punkt -przeczytana (recenzja tutaj)
5. Eric-Emanuel Smith Trucicielka - recenzja częściowa dla jednego opowiadania na anielskim blogu
6. Carlos Dominques - Dom z papieru - wylosowana u ManiaCzytania w jej rocznicowym konkursie - recenzja tutaj,
7. Charles Dickens Oliwer Twist - przeczytana - recenzja wkrótce,
8. Dorota Terakowska Poczwarka - przeczytana - recenzja tutaj
9. Emil Zola - Germinal Tom II-recenzja tutaj
10. Umberto Ecco - O bibliotece - przeczytana recenzja tutaj
11.Salley Vickers Anioł panny Garnet - przeczytana - recenzja tutaj
12. Maonaldi & Soldi Wątpliwości Salaiego - przeczytana recenzja tutaj
13. J.I. Kraszewski - Skrypt Fleminga - niestety poddaję się, mała czcionka druku spowodowała, że po dwukrotnym podejściu odpuściłam sobie i oddałam do biblioteki bez czytania. Może wrócę do książki w postaci e-booka
14. Susana Fotres Quatrocentro - recenzja tutaj
15. Akademia Pana Kleksa - w trakcie czytania dzieciom (niestety, a może stety bywają u mnie dość rzadko)
Reasumując przeczytałam w listopadzie 13 książek (czternasta w trakcie czytania).
W tym - 3 wyzwanie Kraszewski,
- 2 wyzwanie klasyka (plus 3 powyżej),
- 2 wyzwanie anielskie (Trucicielka częściowo - w ramach wyzwania jedno opowiadanie)
- 0 wyzwanie nobliści.
Zauważyłam, że im mam mniej czasu tym więcej czytam. Dziwne ...

wtorek, 29 listopada 2011

O bibliotece oraz Zapiski na pudełku od zapałek Umberto Eco

O bibliotece  
Czy Umberto Eco spodobałaby się moja biblioteka? Można tu chodzić między półkami i wybierać książki, jednak na ukrycie trupa między półkami nie ma szans, gdyż rzędów półek jest około dziesięciu, a co za tym idzie zbiory nie są za bogate. Kserokopiarka stoi na korytarzu zewnętrznym i nie sądzę, aby pozwolono kopiować książki, chociaż nie próbowałam. Zjeść, ani wypić w niej nie da rady, chyba że własną kanapkę w kąciku między półkami. O toalecie należy zapomnieć, podobnie, jak o krzesełku, stoliczku, foteliku. Ale za to jest otwarta w sobotę aż do 14 tej. 
O bibliotece to nie książka, nawet nie książeczka. Jest to kilku stronicowy odczyt wygłoszony podczas jubileuszu biblioteki Miejskiej w Mediolanie. O bibliotece poprzedzone zostało opisem "Biblioteki Babel" Jorge Luisa Borgesa. Potem następuje opis wzorcowej biblioteki, w której pod ochroną znajdują się zbiory książek, nie czytelnicy. Znajduje się tu zbiór zasad, jakimi kierują się niektóre biblioteki, aby zniechęcić odwiedzających. Następnie autor opisuje swoje ulubione biblioteki, będące przeciwieństwem biblioteki wzorcowej. Są to biblioteki, które hołubią czytelnika i pozwalają mu na niczym nieskrępowaną swobodę w poszukiwaniu, wypożyczaniu, kopiowaniu i przywłaszczaniu książek, co w konsekwencji może stanowić poważne zagrożenie dla tychże książek. 
Eco zastanawia się też nad przyszłością bibliotek. Tekst aktualny zwłaszcza dziś w dobie książki elektronicznej i kultury obrazkowej. 
Jaki jest ratunek dla bibliotek i czytelników? Autor przedkłada model biblioteki przyjaznej ludziom, biblioteki gotowej ponieść ryzyko zniszczenia, czy kradzieży paru egzemplarzy książek nad biblioteki fortece broniące swych zbiorów przez czytelnikami. Czym byłaby biblioteka bez czytelników? Wg mnie cmentarzyskiem zapomnianych książek. 
Marzy mi się taka biblioteka, do której mogłabym pójść o każdej porze dnia, bez stresu, że z powodu korków nie zdążę przed zamknięciem oddać książek. 
Marzy mi się biblioteka z większą ilością zbiorów, gdzie dostałabym wszystkie dzieła Hugo, Zoli, Dumasa, czy Balzaka. Marzy mi się biblioteka, w której jeśli nie przy stoliczku, to chociaż na krzesełku mogłabym przysiąść na chwilkę i obejrzeć książkę. Tekst dotyczący „wzorcowej” biblioteki czytałam już wcześniej w zbiorze felietonów Eco „Zapiski na pudełku od zapałek”.

Zapiski na pudełku od zapałek
Kto czyta książki, żyje podwójnie (Umberto Eco)
Książkę wypożyczyłam pamiętając, iż jedna z moich koleżanek zalicza ją do swoich ulubionych lektur. Zaciekawiona tym, co też moja koleżanka tak bardzo sobie upodobała, sięgnęłam po pudełko z płytą (audiobook). To chyba normalne, że interesuje nas to, co interesuje naszych bliźnich, przynajmniej dopóty, dopóki nie stwierdzimy, że nas to nie interesuje. Wydaje mi się wyrazem poszanowania to, że próbujemy poznać i podzielić zainteresowania naszych bliskich. No właśnie próbujemy. Bo przecież nie zawsze podzielić je możemy. W tym przypadku jednak mogę podzielić upodobanie mojej koleżanki dla „Zapisków na pudełku od zapałek”.
Jest to zbiór ponad trzydziestu felietonów napisanych przez 60 letniego Umberto Eco.
Felietony te od bardzo naukowo brzmiących wywodów (jak pisać do katalogu wystawy) do bardzo prozaicznych historyjek (jak podróżować z łososiem) wykazują absurdy życia codziennego. Autor z ironią, a nawet sarkazmem opisuje przejawy ludzkiej głupoty. Nie wszystkie teksty podobały mi się jednakowo, były takie, które mnie znudziły, ale były też takie, które na dłużej zapadną w mej pamięci. W krótkiej formie (w przypadku audiobooka kilkuminutowej) pokazują, jak w prosty sposób można przedstawić nurtujące nas często banalne problemy dnia codziennego. Na przykład „Jak korzystać z faksu” to tekst o nadmiernym zachwycie nowinkami technologicznymi (tekst powstał, w okresie, w którym faks był nowością).
W technice obowiązuje [...] nieubłagane prawo, które mówi, że kiedy najbardziej rewolucyjne wynalazki stają się dostępne dla wszystkich, przestają być dostępne. [...] Pociąg pokonywał kiedyś odległość z A do B w ciągu na przykład dwóch godzin, ale pojawił się oto samochód, któremu wystarczy godzina. Dlatego samochód kosztował bardzo dużo. Gdy tylko stał się dostępny dla mas, drogi zatkały się i pociąg stał się znowu szybszy.
Oczywiście mnie, jako wroga publicznego numer jeden nadużywania telefonów komórkowych musiał zachwycić felieton „Jak korzystać z telefonu komórkowego”, w którym autor wykazuje nie tylko brak kultury telefonomaniaków, ale i ubolewa nad ich niskim poziomem inteligencji.
Człowiek możny to taki, który nie musi rozmawiać z każdym, kto zadzwoni, a nawet – jak zwykło się mawiać – jest niedostępny.
Szczególnie polecam uzależnionym, ale kto się przyzna, że jest uzależniony?
Jest to lektura lekka i zabawna, skłaniająca do zastanowienia się nad pewnymi zjawiskami, a jednocześnie niezmuszająca do ciężkiej pracy umysłowej. Nie są może genialne, ale nie mogę się zgodzić z pewnymi twierdzeniami czytelników, że są aroganckie i cyniczne.
Odnoszę wrażenie, że Eco wyszydzając pewne absurdy urzędnicze i pewne typy zachowań nie dąży do zmiany tychże, a raczej próbuje nam powiedzieć, że na pewne sytuacje należałoby reagować z przymrużeniem oka. Zresztą, wydaje mi się, że w niektórych felietonach autor śmieje się sam z siebie. 
No, bo mimo prawdziwości poniższego twierdzenia z felietonu „Jak unikać chorób zakaźnych” trudno byłoby unikać pewnych przyjemności lub obowiązków (w zależności od punktu widzenia).
[...] stosunek heteroseksualny to najkrótsza droga do śmierci; przecież nawet dziecko wie, że ma on na celu prokreację, a im więcej ludzi się rodzi, tym więcej umiera.
Tak więc to kolejna dobra lektura na poprawę humoru.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Dom z papieru Carlos Maria Dominques (książka o książkach)

Do lektury tej niewielkiej objętościowo książeczki zabierałam się dość długo. Taki bowiem nick (Dom z papieru) przyjęła jedna z  blogerek. Byłam szalenie ciekawa książki, a jednocześnie obawiałam się, że może mi się nie spodobać, że nie spełni moich oczekiwań, nie zachwyci, albo co gorsze nie spodoba mi się. I co ja wówczas napiszę na blogu? Kłamać dla sprawieniea przyjemności, czy też napisać prawdę ryzykując „rozczarowanie” koleżanki (wiem, że gusta mamy różne, ale jeśli coś nam się podoba, to chciałoby się, aby podobało się też naszym znajomym).
Na szczęście moje rozterki rozwiały się od samego początku lektury. Jest w niej coś, co sprawia, iż dałam się wciągnąć autorowi bez zastrzeżeń i bezkrytycznie. 
Bluma Lennon, wykładowca uniwersytecki ginie pod kołami samochodu w trakcie czytania wierszy Emily Dickinson. Narrator, który ma objąć katedrę po Blumie otrzymuje zaadresowaną do niej przesyłkę, a w niej ubrudzony betonem egzemplarz Smugi cienia Conrada. Intrygująca dedykacja Blumy dla tajemniczego Carlosa sprawia, iż narrator postanawia odnaleźć nadawcę książki. Podróż w poszukiwaniu wyjaśnienia dedykacji i powodu zwrócenia książki nadawcy przynosi zaskakujące wyjaśnienie. 
Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie o czym jest „Dom z papieru”, powiedziałabym, że jest to książka o naszym stosunku do książek/czytania i o wpływie książki/ czytania na nasze życie i nasze postrzeganie świata, ale też książka o ulotności i przemijaniu. No i w końcu, jest to też ostrzeżenie przed popadaniem w skrajności, moim zdaniem, nie tylko w lekturze. 
Książka napisana bardzo prostym i przystępnym językiem. Czytało mi się szybko i lekko, a lektura sprawiła przyjemność. 
Książeczka jest niewielkiej objętości, co może sprawić pewien niedosyt u czytelnika, mnie to jednak nie przeszkadzało.
Ale niestety - westchnął - ile godzin dziennie wolno mi poświęcić na lekturę? Najwyżej cztery, pięć. Pracuję od ósmej rano do piątej po południu na odpowiedzialnym stanowisku. Lecz niecierpliwie wyczekuję chwili, w której będę mógł tu wrócić. Do tej jaskini, jeśli wybaczy mi pan to określenie, gdzie mogę spędzić kilka szczęśliwych godzin do dziesiątej. 
Czyż to nie brzmi znajomo? Tylko, czy mamy choć tyle czasu dziennie na czytanie?
Książkę wygrałam w konkursie u Maniaczytania, za co serdecznie jeszcze raz dziękuję. Była to moja pierwsza wygrana w konkursie i to takim, gdzie trzeba było udzielić odpowiedzi na pytania, więc tym bardziej się cieszę.

niedziela, 27 listopada 2011

Germinal Emil Zola - naturalizm w czystej postaci

Po przeczytaniu Wszystko dla pań nabrałam wielkiej ochoty na czytanie Zoli. Niestety w mojej bibliotece nie mogłam dostać takich książek jak: Brzuch Paryża, Nana, czy Kartka miłości. Chcąc nie chcąc wzięłam Germinal. Domyślając się treści z opisu fabuły szczerze przyznam, iż nie sądziłam, że lektura wywrze na mnie większe wrażenie. Górnicze osiedle gdzieś na francuskiej prowincji, bieda, nędza, walka o przetrwanie z dnia na dzień. Nie jest to temat, który zapowiadałby miłą, relaksującą lekturę. 
Tymczasem Germinal Zoli okazał się książką, której lektury nie zapomnę. Czytając ją odczuwałam podobne emocje, jak podczas czytania Nędzników Hugo, a to w moich ustach największy dla autora komplement, gdyż Hugo jest jednym z moich ulubionych autorów. 
Jest koniec XIX wieku. Do małego górniczego miasteczka Montsou przybywa bezrobotny maszynista Stefan. Stefan jest młody, silny i zapalczywy. Kiedy dostaje pracę w kopalni, w pierwszej chwili ma wrażenie, iż złapał pana Boga za nogi. Radość jest jednak krótkotrwała. W miarę poznawania warunków pracy i płacy Stefan przeżywa coraz większe rozczarowanie nie tylko pracą, ale także sobą i swoimi towarzyszami niedoli. Nieludzkie warunki pracy pod ziemią przy wynagrodzeniu, które nie pozwala na zapewnienie wyżywienia rodzinie, mimo, iż pracują nawet starcy i dzieci, powodują, że życie mieszkańców osady staje się wegetacją; ciężka ponad siły praca, spotkania w knajpie przy kieliszku i seks. Tam, gdzie jest bieda, tam rodzi się dużo dzieci, a wiek rozpoczęcia inicjacji seksualnej jest coraz niższy. 
Poznajemy życie codzienne górników i ich zwyczaje. Wielopokoleniowe rodziny żyją często w jednej izbie, a każdy członek rodziny ma swoje zadania do spełnienia. Życie tutaj jest bezwzględne w swym okrucieństwie. Nikt nie rozczula się nad chorobą, czy kalectwem, nie pracujesz, to nie jesz. Kiedy dziecko umiera trudno powiedzieć, czy matka rozpacza, czy raczej cieszy się, iż odpada jej jedna gęba do nakarmienia. Najważniejszy w rodzinie jest ten, który zarabia najwięcej, to jemu przypada w udziale kawałek mięsa w zupie i większa porcja chleba do pracy. Zupa z brukwi, wczorajszy ziemniak i kromka chleba to codzienne pożywienie górników i ich rodzin. Kimś ważnym w rodzinie jest dziadek, ale tylko tak długo, jak istnieje nadzieja, że otrzyma „emeryturę”. Kobiety są własnością mężczyzn, bo one nie zarabiają lub zarabiają dużo mniej. Sprzedawanie się kobiet nie jest tutaj niczym nagannym i często dzieje się za przyzwoleniem mężów, ojców lub matek. 

Z drugiej strony Zola ukazuje życie pracodawców. Jest to życie w dostatku i luksusach; dwory, obfitujące we wszelkiego rodzaju bogactwa i przyjęcia, na których stoły uginają się od jadła (bażanty, trufle, kuropatwy). Choć środowisko pracodawców, akcjonariuszy i kierowników kopalń jest bardziej zróżnicowane niż społeczność górników. Deneulin, właściciel kopalni, jest człowiekiem kompetentnym i pracowitym, cieszy się pewnego rodzaju szacunkiem robotników. Dyrektor Hennebeau to bezwzględny karierowicz, traktujący robotników jako ludzi gorszych od siebie, niemal barbarzyńców. Rodzina Gregoire to zamknięci we własnym świecie ludzie żyjący z tego, co odziedziczyli, żal im nędzy robotników, uważają jednak, iż sami są sobie winni.
Powieść Zoli pozbawiona jest upiększeń, jest naturalistyczna, momentami szokująca. Opis pastwienia się nad zwłokami sklepikarza napawa obrzydzeniem. Bohaterowie budzą współczucie, ale też grozę i przerażenie. Można współczuć górnikom, a jednocześnie ich postawy, ich filozofia życiowa, ich okrucieństwo sprawiają, że stają się oni dla nas odpychający. Ale z drugiej strony, czy tak podłe warunki egzystencji nie stanowią usprawiedliwienia dla okrucieństwa. 
Książka moim zdaniem w sposób mistrzowski ukazuje, do czego może doprowadzić człowieka skrajna nędza, głód i brak świadomości (wykształcenia). 
Mimo naturalistycznej brzydoty ludzkich zachowań i posępnego klimatu niesie ona jakieś optymistyczne przesłanie. Jakie? Zachęcam do przeczytania, bo ilu czytelników tyle odpowiedzi. 
Germinal to powieść wielopłaszczyznowa. Dla mnie to też książka o upadku idei, o samotności przywódców, a także o ludzkich charakterach, które ulegają wypaczeniom nie tylko w obliczu klęski, ale również, a może przede wszystkim w obliczu społecznego awansu (Chaval, Stefan).
Nie spodziewałam się, iż książka tak mi się spodoba. To kolejny argument na to, iż nie należy oceniać po pozorach.

sobota, 26 listopada 2011

Cień wiatru Carlos Ruiz Zafon

Latami zabierałam się za przeczytanie tej powieści i nie mogłam zabrać. Słyszałam tyle zachwytów nad książką; tyle opinii, że bestseller, że arcydzieło, że cudowna, że magiczna, że klimat, że jak przeczytam to zakocham się w Barcelonie. A ja chyba tak mam, że im kto mnie gorącej namawia na określone zachowanie (przeczytanie, zobaczenie, zwiedzenie), tym bardziej coś się we mnie blokuje i mówię „nie”.
Teraz, kiedy Cień wiatru popadł niejako w cień zapomnienia zabrałam się za lekturę.
W wieku dziesięciu lat bohater Daniel Sempere zostaje zaprowadzony do tajemniczego miejsca zwanego Cmentarzem Zapomnianych Książek. Wizyta ta ma pozostać jego najpilniej strzeżonym sekretem. Jego zadaniem jest wybór jednej książki, którą „zaadoptuje” i zrobi wszystko, aby przetrwała. Daniel wybiera „Cień wiatru” autorstwa mało znanego pisarza Juliana Caraxa. Okazuje się, że książki tego autora są niemożliwe do zdobycia, gdyż jakiś fanatyk spalił niemal wszystkie egzemplarze. Daniel postanawia za wszelką cenę rozwiązać zagadkę tajemniczego niszczenia książek. Przyznacie, że pomysł intrygujący i zapowiadający arcyciekawą historię. Niestety sama historia mnie nie wciągnęła.
Powieść jest połączeniem powieści quasi historycznej (Hiszpania z czasów wojny domowej i lat dyktatury Franco), sensacyjnej (kim jest Julian Carax i komu zależy na zniszczeniu jego książek) i melodramatu (powtórzona historia kochanków Juliana i Penelope oraz Daniela i Beatrice). Czyta się dość lekko i szybko. Mnie lektura zajęła trzy dni. Nie mogę powiedzieć, aby mnie ona znużyła, przeczytałam z pewnym zainteresowaniem, chociaż byłam nieco rozczarowana nazbyt oczywistym rozwiązaniem; chyba mało kto nie domyślił się, kim jest tajemniczy podpalacz książek i co jest powodem jego działania.
Podobał mi się klimat powieści, a pomysł Cmentarza Zapomnianych Książek naprawdę zachwycił. Podobało mi się także uczynienie jednym z bohaterów powieści „książki” i wskazanie, jak ogromny może ona wywrzeć wpływ na życie człowieka. Znalazłam w niej bardzo mądre zdanie Książka jest lustrem i możemy w niej znaleźć tylko to, co nosimy w sobie. Może właśnie to sprawia, że niektóre książki są nam bliskie niczym przyjaciel, a inne mimo, że doceniamy ich mądrość nie wzbudzają cieplejszych uczuć.
Ciekawy jest także opis atmosfery domów rodzinnych młodych bohaterów i wpływu tej atmosfery na kształtowanie ich postaw i charakterów.
Nie wiem dlaczego, ale czytając Cień wiatru przychodziło mi na myśl Sto lat samotności Marqueza. Może to jakieś podobieństwo w klimacie.
Nie mogę powiedzieć, że się rozczarowałam, ale też nie powiem, aby książka mnie zachwyciła czy zauroczyła. Może wyjaśnieniem tego jest owo cytowane wyżej zdanie. Nie znalazłam w niej tego, czego nie noszę w sobie.
Niestety po lekturze nie zapałałam wcale chęcią odwiedzenia Barcelony. Zresztą bardziej będę ją kojarzyć z Paryżem, w którym mieszkał Julian Carax, z Sekwaną, Ogrodami Tulieres, Notre Dame oraz z wyimaginowanym piórem Wiktora Hugo niż z przepiękną Sagrada Familia (przyrównaną do oblanego czekoladą grzebienia), czy ulicą Ramblas. 

piątek, 25 listopada 2011

Syndrom wypalenia zawodowego

O syndromie pisałam ponad pół roku temu. Od tego czasu wiele się zmieniło. Ale dzisiaj kiedy po powrocie z pracy padłam niczym przekłuty balonik przypomniał mi się ten wpis.


Przypadkowo z dwoma przyjaciółkami poruszyłyśmy ten sam temat - syndromu wypalenia zawodowego. Obie są osobami bardzo rzetelnymi i obowiązkowymi, takimi, które w pracy dają z siebie wszystko, a nawet więcej. Pracują pod presją czasu, zajmują nie kierownicze, ale odpowiedzialne i samodzielne stanowiska, pracują bardzo dużo bardzo ciężko, jedna zaczyna pracę o godzinę wcześniej niż pozostali pracownicy tylko dlatego, że rano lepiej jej się pracuje (nie żąda nic w zamian), druga często zostaje po godzinach, aby ze wszystkim zdążyć na czas (odbierając sobie potem wolne), obie mają jeszcze zaległy urlop do wykorzystania, obie zostały odznaczone w swoich zakładach pracy za zasługi dla … i obie są bez skrupułów wykorzystywane przez swoich przełożonych. Wykonują powierzone im zadania oraz dodatkowe zadania dla usprawnienia pracy zespołów. Wydawać by się mogło, że taki pracownik to skarb. Tymczasem nic bardziej mylnego. Taki pracownik jest jak cytryna, którąś ściska się dopóty, dopóki nie wyciśnie wszystkich soków. Wymagania są coraz wyższe, tempo pracy coraz szybsze, poziom zadowolenia przełożonych coraz mniej odczuwalny. A pretensje coraz większe. Dziewczyny usłyszały, już niejednokrotnie, że jak się nie podoba, to nikt ich na siłę nie trzyma, że trzeba myśleć nowocześnie i iść z prądem, a nie pod prąd, że praca ponad normę, oznacza złą organizację pracy, a także, że to tylko im się wydaje, że tak dużo pracują, bo od tak doświadczonych pracowników można by oczekiwać czegoś znacznie więcej. A na pewno można wymagać, aby szły z duchem czasu i poukładały sobie po nowemu w głowach. Moje przyjaciółki mają bowiem wadę, której zwierzchnicy nie tolerują – myślą, wyciągają wnioski i wytykają absurdy.
Stwierdziły zatem, że dopadło je coś, co nosi nazwę „syndromu wypalenia zawodowego”. Cierpią na fizyczne, emocjonalne i umysłowe wyczerpanie spowodowane długotrwałym emocjonalnym zaangażowaniem w sytuacje przekraczające możliwości ludzkiej wytrzymałości. Prowadzi to do negatywnej samooceny i negatywnego nastawienia do pracy i obniża wydajność pracownika.
Myślę, że uświadomienie sobie tego (zdiagnozowanie) jest pierwszym krokiem na drodze do wyzdrowienia. Bo syndrom wypalenia jest rodzajem choroby.
Poradziłam koleżankom, aby postarały się zapracować na opinię, jaką mają o nich ich przełożeni, to znaczy; przestały przychodzić do pracy za wcześnie, wychodziły z pracy o przysłowiowej piętnastej, przestały wykonywać zadania, których nikt im nie zlecał, nie odkładały urlopów na później, wykorzystywały przerwę regeneracyjną w ciągu dnia wychodząc na spacer, chodziły na „papierosa”, przestały dyskutować z przełożonymi na temat absurdalności ich pomysłów, tylko robiły, co im każą, cierpliwie przepisywały dokumenty po kilka razy (nie szkoda czasu, skoro szef tak sobie życzy, to znaczy, że tak trzeba, jedynie zaleciłabym notowanie, co i kiedy im zlecono i ile czasu zajęło to twórcze zajęcie). Co prawda nie mogę zagwarantować im, że wówczas nie usłyszą, że pracują zbyt wolno, nie wykazują się kreatywnością, no ale przynajmniej do tego czasu nabiorą nieco dystansu do pracy i odzyskają spokój.
A oto jakie rozwiązania proponują specjaliści; zwolnienie tempa pracy, odpoczynek, nabranie dystansu do pracy, zaprzestanie traktowania pracy emocjonalnie. W przeciwnym razie może się okazać, że niezbędna jest pomoc psychologa lub terapeuty.
Nie wiem, czy przyjaciółki mnie posłuchają. A czy ja sama siebie posłucham, ale przecież mnie to w zasadzie nie dotyczy.

czwartek, 24 listopada 2011

Jedzie pociąg z daleka

Podróżuję koleją dosyć często; a to z racji służbowych wyjazdów, a to z racji prywatnych upodobań podróżniczych.
Tym, co najbardziej mi w podróżowaniu pociągami przeszkadza wcale nie jest niepunktualność kolei, tłok w przedziałach, brudne wagony czy niemiła obsługa. Jest to z jednej strony nieprzeparta chęć współtowarzyszy podróży do „zaprzyjaźniania się”, a z drugiej uzależnienie części społeczeństwa od telefonii komórkowej, bardzo uciążliwe dla otoczenia, na co dzień, a jeszcze bardziej uciążliwe w zamkniętej przestrzeni kolejowego przedziału.
Może powinniśmy się cieszyć, że taki obrazek jest dla nas przeszłością, choć kto wie, czy nie jest też przyszłością (pociąg na Euro 2012?) ze strny internetowej Obrazy dla pociągi
Od ludzi, którzy niemal natychmiast po wejściu do przedziału zaczynają opowieści o swoim życiu; wymieniają przebyte choroby, przepisy na sałatki, ilość dzieci i wnucząt i stan swojego posiadania można, przynajmniej teoretycznie, uwolnić się zakładając słuchawki na uszy włączywszy muzykę lub książkę.
Natomiast, od tych, którzy rozmawiają przez telefon, (a robią to niestety tak głośno; bądź z powodu zaniku zasięgu, bądź dla chęci powiadomienia absolutnie wszystkich, dookoła, że oto mamy niepowtarzalny zaszczyt podróży z panią sędzią, panią artystką, panem politykiem, panem biznesmenem, czy k… panem kimś) nie mamy szansy ucieczki.
Wracałam swego czasu ze stolicy do Gdańska (a jak wiadomo jest to podróż trwająca niemal tyle, co podróż międzykontynentalna, czyli optymistycznie licząc sześć godzin- mniej optymistycznie osiem) i usiłowałam czytać. Naprzeciwko usiadły trzy kobiety, nieznajome na stacji Warszawa Centralna, zaprzyjaźnione zanim pociąg dotarł do Warszawy Wschodniej. Zdążyły doskonale poznać swoją sytuację rodzinną, wiedziały, i nie tylko one, ile dzieci ma pani środkowa, jak dawno temu zmarł mąż pani po prawej oraz dlaczego pani po lewej zastanawia się czy zamieszkać z panem Włodkiem. Usiłowałam czytać. Ciężko było wyłączyć się, kiedy pani środkowa opowiadała szczegóły zabiegu wycięcia wyrostka oraz dawała rady, jak należy się odżywiać, aby nie trafić do szpitala. Założyłam, więc słuchawki i pogrążyłam się w lekturze. Panie szczebiotały nadal, a buzie im się nie zamykały. Co jakiś czas spoglądały na mnie i obrzucały niezbyt przyjaznymi spojrzeniami. Początkowo nie rozumiałam tych spojrzeń, bo przecież nie przeszkadzałam im wcale, muzyki nie mogły słyszeć, bo słuchawki mam dobrze dopasowane. Dopiero po dłuższym czasie zrozumiałam, że panie nie są zachwycone moim kompletnym brakiem zainteresowania i nieudzielaniem się w rozmowie. Panie zaczęły, więc mówić coraz głośniej i głośniej. Próbowały wciągnąć mnie do rozmowy, a kiedy ich wysiłki spełzły na niczym były niepocieszone. W końcu znalazły sposób, aby mnie „ukarać” za moje wyalienowanie. Kiedy byliśmy już na wysokości Pruszcza Gdańskiego zaczęło się zmierzchać, czytać było coraz ciężej. Włączyło się światło w przedziale. Wtedy pani po prawej stwierdziła, że wyłączy światło, bo razi ją w oczy, a do rozmowy nie jest potrzebne. I zrobiła, jak zapowiedziała.

O wiele gorsze doświadczenie spotkało mnie podczas podróży z Warszawy do Krakowa. Całą drogę, przez dwie i pół godziny młody człowiek - student uczelni artystycznej rozmawiał przez telefon. Ledwie skończył jedną rozmowę, zaczynał drugą, a potem trzecią i kolejną, kolejną, kolejną. Miałam wielką ochotę powiedzieć mu, że to można leczyć, ale obawiam się, że nie zrozumiałby. Spędziłam ponad dwie godziny na wysłuchiwaniu, kto jaką ocenę dostał, co młody człowiek porabiał w Stanach, jaką miał podróż, jakie ma plany, itp., itd. Mogłam zapomnieć o czytaniu, pisaniu, czy innym przyjemnym spędzeniu czasu.

Podobnie, jak narażanie osób niepalących na wdychanie dymu tytoniowego, tak samo narażanie na wysłuchiwanie cudzych rozmów osób, które nie mają na to ochoty, uważam za karygodne.

Jest jeszcze jedna kategoria pasażerów, nie mniej denerwująca. Koledzy z zakładu pracy jadący na szkolenie. Taki wyjazd nie może się obyć bez odpowiedniej ilości procentów i wprost proporcjonalnej ilości tytułów (ależ oczywiście pani dyrektor, co pan nie powie panie naczelniku, pani ma rację pani dyrektor, itp., itd.). Osoby te czują się tak ważne, że cały wagon musi uczestniczyć w ich „błyskotliwych” rozmowach.
Obok Mój ulubiony pociąg Eurostar (takim podróżuję np. z Rzymu do Florencji)

Humor wagonowy; Jadąc razem z koleżeństwem z pracy usłyszałam z ust koleżanki zapytanie skierowane do kolegi „Błażej, co ty masz między nogami?” A kolega na to spokojnie odrzekł „Nic”.

Koleżanka zbulwersowana była nogami pasażera z naprzeciwka, które znalazły się między nogami naszego kolegi. Kolega zaś chciał odpowiedzieć zapewne, że nie przeszkadzają mu wyciągnięte nogi innego pasażera. W końcu trudno przez sześć godzin siedzieć na baczność.

I jeszcze jedno, bardzo serdecznie chciałam podziękować agacie adelajdzie za wyróżnienie. Powraca zabawa, w której nominuje się 15 blogów i pisze 7 rzeczy o sobie. Ponieważ zabawa ta niedawno krążyła po blogach, a także dlatego, iż sporo o mnie można wyczytać czytając wpisy nie będę się powtarzać. Zainteresowanych odsyłam do wpisu na wp

środa, 23 listopada 2011

Pamiętnik róży Consuelo de Saint Exupery

Mały Książę należy do moich ulubionych lektur. Nie zliczę ile razy wracałam do tej niewielkiej objętościowo, ale jakże mądrej książeczki. Z lekturą wiążą się także bardzo piękne, choć bardzo smutne życiowe doświadczenia.
Z tym większą ciekawością sięgnęłam po napisaną przez żonę pisarza książkę zatytułowaną „Pamiętnik róży”. Z opisu na okładce dowiadujemy się, iż jest to prawdziwy portret pisarza, oddarty z legendy, a stworzony przez kochającą kobietę. Consuelo, argentyńska rzeźbiarka, zgodnie z treścią książki była muzą i inspiracją dla Róży z „Małego księcia”.
Dalej czytamy w notce reklamowej książka przedstawia parę małżonków, jako ludzi z krwi i kości, targanych sprzecznościami i namiętnościami, przeżywających gorycz i rozpacz rozstań i zdrad.
Z kart powieści wyłania się obraz skrzywdzonej, zdradzanej, poniżanej i pomiatanej przez męża Argentynki, która w imię miłości, jakiejś obsesyjnej i niewytłumaczalnej godzi się na życie kobiety – służącej, kobiety - niewolnicy. Ich związek jest burzliwy i trudny. Consuelo pisze o swoim ogromnym uczuciu, które kazało jej znosić trudny charakter, a nawet podłość męża.
Siebie natomiast przedstawia, jako słabe, bezbronne, młodziutkie i niemal niewinne stworzenie, będące ofiarą niezrównoważonego i rozchwianego charakteru Antonia. Tymczasem, (jak sobie poczytałam - przyznaję w Internecie, więc może nie najlepszym źródle informacji, ale w tej kwestii, jak dla mnie całkiem przekonującym) wychodząc za mąż za Exuperego miała ona 29 lat, kilka romansów na koncie i była dwukrotną wdową. Ponadto była latynoską dość temperamentną i nie tak niewinną jak przedstawia się w "Pamiętniku róży".
Obraz pisarza, jaki przedstawiła Consuelo wydaje się wiele nieprawdopodobny. I nie tylko dlatego, że całkiem nieprawdopodobnym jest napisanie "Małego księcia" przez człowieka tak pozbawionego uczuć, jak opisany w książce Antonio. Wykreowany przez Consuelo obraz jest niewiarygodny także dlatego, iż niepodobieństwem jest znoszenie losu żony odsuniętej poza nawias życia męża bez najmniejszego sprzeciwu przez kobietę inteligentną i tak pełną temperamentu.
W wielu miejscach Consuelo urywa swą opowieść i pozostawia niedopowiedzenia, nie wyjaśnia dlaczego jej mąż zachowuje się w taki a nie inny sposób (osobne mieszkanie, niechęć do wspólnego przebywania, posiadanie kochanek, wyjazdy bez słowa, ciągłe przeprowadzki, ucieczki, kłamstwa). Być może wyjaśnieniem było zachowanie samej Consuelo; jej zdrady i jej wybuchowy charakter.
„Pamiętnik róży” wg mnie ma niewielką wartość literacką i małą wartość poznawczą. Moim zdaniem to próba zachowania sobie miejsca w pamięci potomnych kosztem zepchnięcia z piedestału swego męża, tego samego, którego posągi tak chętnie i często rzeźbiła. Być może z tych samych względów.
We wspomnieniach nie ma nic, co nie byłoby opisem jej miłości, jej uczucia, jej cierpienia, jej krzywdy. Exupery istnieje w tych wspomnieniach wyłącznie, jako obiekt tej miłości, przyczyna jej choroby (pobyt w szpitalu psychiatrycznym) i ewentualnie jako osoba zapewniająca ją o szczerym uczuciu. I co dziwne te akurat słowa, które Consuelo wkłada w usta swojego męża, a którymi on zapewnia o swojej miłości brzmią dla mnie przekonywająco.
Przeczytawszy książkę odnoszę wrażenie, że prawda wyglądała zupełnie inaczej niż próbuje nam to przekazać żona autora Małego Księcia.

wtorek, 22 listopada 2011

Wichrowe wzgórza- powieść o miłości, czy nienawiści?

Zapis z okładki - Wichrowe Wzgórza to historia o wszechpotężnym, niszczącym uczuciu i zgubnej namiętności - to jedyna powieść Emily Brontë. Wpisuje się w nurt tzw. wiktoriańskiej powieści gotyckiej poprzez niezwykłość scenerii, tajemniczość, demoniczność postaci i dramatyczne konflikty. Wartość artystyczna Wichrowych Wzgórz stawia tę powieść w rzędzie arcydzieł światowej literatury. To bez wątpienia jedna z najpiękniejszych i najlepszych książek o miłości, jakie kiedykolwiek powstały. Cieszy się od lat niesłabnącym uwielbieniem i fascynacją kolejnych pokoleń czytelników.
Wróciłam do tej powieści po (nieważne ilu, dość, że wielu) latach od jej pierwszego przeczytania. Z poprzedniej lektury pamiętałam jedynie nastrój tajemniczej, mrocznej grozy Wichrowego wzgórza, opuszczone wrzosowiska, po których hula wiatr, ponurego Heathcliffa i swawolną Katarzynę oraz wielką namiętną miłość, a także to, co dziś mnie zadziwia jakieś współczucie dla jej bohaterów. 
Ponowna lektura tej gotyckiej powieści dziwi zmianą osądu dla tematu powieści. Przez lata uważałam ją za książkę o wielkiej namiętnej, romantycznej miłości, miłości, która przekracza wszelkie granice.
Dziś wydaje się raczej książką o nienawiści, wielkiej i namiętnej (czy nienawiść może być namiętna?) przekraczającej granice skończoności ludzkiego życia. Jest to uczucie, które początek swój bierze z niespełnionej miłości. Ale właśnie to uczucie nienawiści determinuje wszelkie działania jej głównego bohatera. W imię tej niespełnionej miłości Heathcliff niszczy życie kilku osób, łącznie z życiem własnego syna, a także próbuje zniszczyć życie synowej i wychowanka. Jego niepohamowane pragnienie ukarania wszystkich za to, że odebrano mu jego ukochaną (jego miłość, jego życie, jego drugie ja, sens istnienia), powoduje, iż życie mieszkańców Wichrowych Wzgórz staje się pasmem nieszczęść. Uzależnia od siebie tych, którzy pragnęliby go pokochać, tylko dlatego, że mają nieszczęście być dziećmi znienawidzonych rodziców. Nawet śmierć niczego tu nie zmienia, ani śmierć innych, ani wizja śmierci własnej. Czy w końcu Heathcliff się zmienia? Zainteresowanych odsyłam do lektury.
Wichrowe wzgórza to ciekawie napisana książka. Wg opisów i wielu recenzji jest to książka o trudnej, romantycznej miłości. Moim zdaniem to książka o źródłach, przejawach i skutkach nienawiści. Jest ona próbą odpowiedzi na pytanie, dokąd może doprowadzić chorobliwa nienawiść. Jest też jedną z pierwszych książek o przemocy w rodzinie i jako taka musiała wywołać w wiktoriańskiej Anglii spore wzburzenie. 
Wg mnie jest to dobrze napisana książka, z ciekawym studium postaci. Czytałam ze sporym zainteresowaniem.
I jakkolwiek dziś nie jest to moja ulubiona lektura to uważam, że książka warta przeczytania. I na tytułowe pytanie - książka o miłości, czy nienawiści? odpowiedziałabym książka o namiętności.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Kraków za Łokietka (Łoktka)

To moje pierwsze spotkanie z powieścią stricte historyczną Kraszewskiego. Długie poszukiwania przyniosły oczekiwany rezultat. Znalazłam to, czego szukałam; ciekawą fabułę z historycznym tłem.
Akcja powieści rozgrywa się w pierwszych latach XIV wieku. Trwający od niemal stu pięćdziesięciu lat okres rozbicia dzielnicowego rozbudza apetyty możnowładców na realizację partykularnych interesów. Brak silnego ośrodka władzy oraz narastające konflikty pomiędzy słabymi książętami prowadzą do osłabienia pozycji państwa, a co za tym idzie narażają je na łatwy łup sąsiadów. Ościenne księstwa prześcigają się z roszczeniami terytorialnymi. Usamodzielniają się księstwa pomorskie (zachodnie uległo wpływom margrabiów brandenburskich, a gdańskie w XIV stuleciu zostało włączone do państwa krzyżackiego), Brandenburgia zajmuje ziemię lubuską, a księstwa śląskie w dużej mierze wpadają pod zależność od królestwa czeskiego. Od wschodu kraj niszczą najazdy tatarskie.
Akcja powieści zaczyna się w momencie, kiedy do kraju wraca wygnany przez króla czeskiego Wacława II książę brzesko - kujawski Władysław Łokietek, zwany z racji wzrostu "Małym Księciem". Książę wraca z obchodów roku jubileuszowego (1300) w Rzymie, gdzie zapewnił sobie dla swych dążeń zjednoczeniowych poparcie papieża.
Kraszewski w powieści „Kraków za Łokietka” przedstawia jedynie krótki okres walki Łokietka o objęcie panowania nad ziemią małopolską i Krakowem.
Do skromnego siedliska rycerza Zbyszka Suły przybywa książę Łokietek. Zbyszek, który służył u księcia i poznał go jako dobrego i sprawiedliwego pana, rekomenduje księciu na służbę swojego syna Marcika. Po kilku latach zdobywania poparcia (wśród średnich i niższych warstw rycerstwa oraz pospólstwa) i po śmierci króla czeskiego Wacława II księciu udaje się objąć władzę nad dzielnicą krakowską, w czym niemałe zasługi odnosi Marcik Suła. Niezadowolone z rządów Łokietka bogate mieszczaństwo głównie niemieckiej narodowości wywołuje bunt. Pod wodzą wójta Alberta oraz przy poparciu biskupa Muskaty do miasta zdradziecko wpuszczono księcia Bolesława opolskiego, obiecując mu łatwe zwycięstwo.
Dzięki poparciu warstw mieszczańskich (pospólstwa), rycerstwa, a także i możnych (którzy zorientowawszy się, iż siła leży po stronie małego księcia przystąpili doń) Łokietkowi udało się odzyskać miasto. Niemałe w tym zasługi odniósł dzielny rycerz Marcik Suła. Buntownicy zaś zostali srogo i przykładnie ukarani.
Kraków za Łokietka to powieść historyczna, której zadaniem było budzenie świadomości narodowej. Główne postaci występujące na kartach powieści są postaciami autentycznymi (król Władysław, książę Bolesław Opolski, wójt Albert, biskup Muskata). Również przedstawiony na łamach powieści bunt mieszczan krakowskich jest zdarzeniem historycznym.
W powieści nie zabrakło też wątku romansowego. Jest dzielny rycerz, jest dumna niewiasta, on Polak, ona Niemka, on stanu wolnego, ona wdówka, są też liczne przeszkody na drodze ku szczęściu obojga, a jak się ta historia miłosna zakończy sami się domyślcie lub książkę przeczytajcie.
Kraszewski przedstawia w książce także bogaty opis życia, zwyczajów i praw mieszczan oraz kupców krakowskich w średniowiecznym mieście.
Powieść napisana jest prostym, przystępnym językiem, sprawia iż czyta się lekko, a fabuła mimo znajomości historycznych faktów wzbudza zainteresowanie.
Nie wiem, czy zainteresowanie historią, czy występujący w powieści Kraków i jego średniowieczna atmosfera, czy też prosty język, a może wszystko razem sprawiło, iż "Kraków za Łokietka" (Kraszewski używa historycznej pisowni Łoktka) to najlepsza z powieści Kraszewskiego, jakie do tej pory przeczytałam.
Moja ocena 5,5/6

niedziela, 20 listopada 2011

Wracanie do książek raz przeczytanych

W czasach, kiedy statystyki czytelnicze biją na alarm nikłą ilością przeczytanych książek przypadającą na głowę jednego mieszkańca naszego kraju, kiedy wiele osób w ogóle ich nie czyta, kiedy są osoby, których przygoda z literaturą zakończyła się na etapie szkoły średniej, pytanie czy wracać do książek raz przeczytanych brzmi jak herezja.
Ja jednak je zadam. Jestem bardzo ciekawa waszego zdania na ten temat.
Należę do osób, które choć nie podpisują się pod zdaniem jednej z pisarek, iż „książka, do lektury której nie mamy zamiaru powrócić nie była warta czytania w ogóle”, to uważam, że jest w nim wiele mądrości i racji. Osobiście przekładam to na inne dziedziny życia; podróże, filmy, muzykę.
Oczywistym jest, że gdybyśmy wciąż wracali do przeczytanych już książek nasza przygoda z literaturą byłaby niezwykle uboga (co dotyczy także innych wyżej wymienionych dziedzin życia).
Szkoda mi jednak czasu na czytanie książek, których treść, których przesłanie, idea ulatuje po kilku tygodniach (a bywa, że po kilku dniach) od zamknięcia ostatniej strony. Jeśli za jakiś czas nie będę nawet pamiętała tytułu przeczytanej książki, to moim zdaniem lepiej byłoby ten czas poświęcić na inne pożyteczne zajęcie.
Zdaję sobie sprawę, iż zwolennicy jednokrotnego czytania książki będą posługiwać się tym samym argumentem. Szkoda im będzie czasu na powtórne czytanie poznanej już książki, kiedy tyle jeszcze przed nimi innych, pobudzających pola wyobraźni treści.
Rozumiem ich stanowisko, choć go nie podzielam.
Lubię wracać do moich ukochanych książek, bo ich lektura nieodmiennie napawa mnie radością i pozytywnie nastraja. Za każdym razem zwracam uwagę na inny szczegół, detal, który umknął mi przy wcześniejszej lekturze. Takie książki należą do grona przyjaciół, z którymi nie chcę się rozstawać. Mogę się z nimi nie widywać latami, ale jak tylko się spotkamy ponownie zawsze mamy sobie coś do zaoferowania. Ona dzieli się ze mną swą zawartością, ja poświęcam jej mój czas. Ponadto popieram zdanie wielu czytelników, iż inaczej czyta się książkę mając lat kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt. Rzutuje na to suma naszych życiowych doświadczeń.
I choć nie zawsze, ale często kupuję książkę, której treść już znam z wcześniejszej lektury, po to, abym w każdej chwili mogła po nią sięgnąć.
Zastanawia mnie, czy osoby, które nie lubią wracać do raz przeczytanych książek posiadają w domu biblioteki, czy też zdają się wyłącznie na wypożyczanie książek. Czy jest sens trzymania książek w domu, skoro nie chce się do nich wracać. I nie przemawia przeze mnie złośliwość, ale ciekawość. Gdybym do książek nie wracała nie czułabym potrzeby ich posiadania.
A jak jest z wami moi drodzy? I czy każdy nasz wybór determinować musi czas, a zwłaszcza jego brak?

sobota, 19 listopada 2011

Rzym- ogrody, freski i Bernini

Wspominam dziś po raz kolejny marcową wyprawę do Rzymu. Samolot powrotny do Gdańska leciał wolniej niż samolot do Rzymu, a to z powodu nadmiaru wrażeń, jakie wiozła ze sobą większość podróżnych. Tylko moich własnych była taka masa, jakbym przewoziła w zakamarkach pamięci dwie kopuły i kilkanaście świątyń, muzea z ich nieocenionymi zbiorami i całe bogactwo ogrodów w Tivoli wraz z Villą d`ESTE. Nic więc dziwnego, że samolot o tyleż cięższy we wrażenia, nie wspominając o realnym ciężarze pamiątek made in Roma (czy aby na pewno?) oraz zakupionych w strefie wolnocłowej trunków z dużą ilością procentów i pachnideł, leciał niemal pół godziny dłużej.

Chciałam zachęcić osoby wybierające się w odwiedziny do Rzymu do odwiedzenia dwóch miejsc; do leżącej pod Rzymem miejscowości Tivoli oraz do Galerii Borghese. Miejsca te są połączeniem piękna natury z pięknem dzieła rąk ludzkich.
Ogrody w Villa d`este
Tivoli słynie ze starożytnych zabytków oraz ogrodów i fontann. To niewielkie miasteczko położone jest na skraju Gór Sabińskich, a jego historia sięga IV wieku p.n.e. Przewodniki podają, iż już dla starożytnych bogatych patrycjuszy było to ulubione miejsce letniego wypoczynku. Budowano tu rezydencje i wille, w których chroniono się przed upałami Rzymu i odpoczywano z dala od zgiełku miasta w otoczeniu zieleni, pięknego krajobrazu i licznych fontann.

W Tivoli mieszczą się dwie wspaniałe Ville; Adriana i d`ESTE. Z uwagi na ograniczoną ilość czasu wybrałyśmy do zwiedzenia tę drugą. Kompleks pałacowo-ogrodowy składa się z przepięknej bogato zdobionej freskami willi oraz położonego tarasowo ogrodu pełnego wszelkiego rodzaju fontann. Myślę, że dla osób, które nie wyobrażają sobie wizyty w Rzymie bez zobaczenia fontann Czterech Rzek oraz di Trevi wizyta w Ogrodach Villi d`ESTE będzie ogromną przyjemnością. Najlepszym zaś do odwiedzenia okresem są miesiące wiosenne, kiedy roślinność jest bujna i pełna różnorodnych barw, a fontanny są już czynne. My miałyśmy to szczęście, że fontanny działały, a kwiaty zaczynały rozkwitać. Mogę jedynie sobie wyobrazić, jak cudownie wyglądają Ogrody kilka tygodni później. Jednak i to co zobaczyłam zrobiło na mnie duże wrażenie.
Fontanna Rometa
Villa została przebudowana za czasów kardynała Hipolita d`ESTE (syna Lukrecji Borghi i księcia Ferrary. Jej wizytówką jest wszechobecna tu woda; woda stojąca (kanały, stawy, sadzawki) a także pulsująca i tryskająca (fontanny). Na terenie posiadłości znajduje się niezliczona ilość fontann. Najwyżej położona fontanna to Wielki Kielich z wodospadami (Bicchierone) – dzieło Berniniego. Mnie chyba najbardziej podobała się Fontanna Neptuna, gdzie woda wytryskuje wysoko w górą kilkoma strumieniami, a towarzyszy jej wodospad płynący kaskadami tarasów do położonej kilka poziomów niżej niecki. Piękna jest także Fontanna Rometta z posągiem bogini na jej szczycie (która według mnie wygląda jak Atena) oraz rzeźbą przedstawiającą wilczycę karmiącą Remusa i Romulusa.

Trudniej niż piękno ogrodów opisać jest piękno fresków na ścianach Villi. Myślę, że zostały one niedawno odnowione, bo barwy ich są tak żywe, jakby powstały dopiero przed paroma miesiącami, a nie istniały tutaj niemal od 500 lat. Villa d’Este zasłużenie została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Freski na ścianach Villi d`este
Drugim polecanym przeze mnie miejscem, zwłaszcza dla tych, którzy mają zbyt mało czasu, aby pozwolić sobie na wycieczkę poza Rzym jest Villa Borghese. Jest to także kompleks pałacowo-ogrodowy, z tym, że tutejszy Ogród choć piękny i rozległy nie dorównuje Ogrodom w Tivoli, głównie z powodu braku przepięknych fontann. Znajduje się tutaj jednak obiekt, którego Tivoli może pozazdrościć Rzymowi Galeria Borghese. Jest to miejsce, w którym zgromadzono najwspanialsze rzeźby - posągi Berniniego. Ten niebywale płodny artysta okresu baroku pozostawił po sobie setki dzieł sztuki, nie wszystkie są tworem jego rąk, niektóre jedynie zaprojektował, niektóre zaś współtworzył, jednak każde dzieło, które związane jest z jego nazwiskiem budzi dziś podziw potomnych, a przynajmniej tych, którzy choć w niewielkim stopniu interesują się sztuką. Jego nazwisko, jest jak marka, która powoduje, że dzieło się lepiej „sprzedaje”, przy czym nie jest to sprzedaż w potocznym dzisiaj znaczeniu tego słowa. Pewną rolę w popularyzacji nazwiska Berniniego ma także Dan Brown i jego „Anioły i Demony”, a przynajmniej w moim przypadku.
Porwanie Prozerpiny ze strony Galerii Borghese (zdjęcie jednak mimo wierności oryginałowi nie oddaje uroku i prawdziwości dzieła)
Nie umiałabym wśród dzieł Berniniego wskazać swojej ulubionej, ale gdybym musiała byłoby to Porwanie Prozerpiny. Kompozycja składająca się z postaci masywnego, umięśnionego Pluton - boga podziemi, trzymającego mocno w objęciach Prozerpinę – boginię zboża (urodzaju) oraz trójgłowego psa Cerbera. Zachwyca mnie doskonałe oddanie postaci. W postaci Neptuna widoczny jest każdy mięsień, każda żyłka, napięcie i skręt ciała wygiętego niemal w łuk, tak, aby Prozerpina mu się nie wymknęła, palce odciśnięte na jej pośladkach i plecach, wbijają się w ciało Bogini, niczym w ciasto. W twarzy Prozerpiny widać przerażenie, niechęć, przeczucie swego losu (zupełnie, jakby wiedziała, że czeka ją odtąd pół roku przebywania pod ziemią, w charakterze małżonki Plutona (Hadesa). Próbuje się uwolnić z silnych objęć boga podziemnego królestwa, ale przeciwnik jest od niej kilkakroć silniejszy. Zdaje sobie sprawę, że opór jest daremny, ale nie chce biernie pogodzić się z faktem, próbuje więc wydostać się z rąk przyszłego małżonka i w kobiecym geście obronnym podrapać jego twarz, a może wydrapać mu oczy. Postacie są jak żywe, pełne ekspresji i dynamizmu. Rzeźba jest wykonana z pięknego białego marmuru.
Zwróciłam też uwagę na inny posąg Berniniego Verita. Tytuł dzieła tłumaczony jest, jako „Prawda” albo „Prawda odsłaniająca czas”. To najbardziej osobiste dzieło Gianlorenzo powstawało po śmierci jego protektora papieża Urbana VIII. Czasu Bernini nie wyrzeźbił, powstała jedyna Prawda w postaci nagiej kobiety o rubensowskich kształtach.
Prawda Bernini (Galeria Borghese) ze strony Obrazy dla Berniniego
Podobno artysta usłyszał od papieża Urbana VIII, iż wielkim jest szczęściem dla Berniniego, że na tronie papieskim zasiadł Matteo Barbernini, ale jeszcze większym szczęściem jest dla papieża (według innych wersji: nie mniejszym szczęściem dla papieża), że Bernini żyje w jego czasach. Trudno dziś potwierdzić prawdziwość tych słów, ale ich prawdę potwierdził czas. Urban VIII miał wielkie szczęście posiadając takiego artystę na swoich usługach, podobnie, jak Juliusz II miał szczęście posiadając Michała Anioła.
Ja także mam wielkie szczęście, że mogę dzieła tych wielkich oglądać i podziwiać.
Poza dziełami Berniniego Galeria Borghese posiada w swych zbiorach obrazy Caravaggia, Rafaela, Tycjana i wielu innych malarzy, a także znaną rzeźbę Canovy Paulina (siostra Napoleona). Należy też zwrócić uwagę na przepiękną mozaikową posadzkę.
Wewnątrz niestety nie można robić zdjęć, aparat należy zostawić w szatni,podobnie, jak torebki, plecaki i inne bagaże. Można zabrać jedynie portfel z dokumentami w przezroczystej plastikowej torebce.

piątek, 18 listopada 2011

Quattrocento Susana Fortes

Zanim zakupiłam książkę, nie wiedziałam o niej prawie nic, poza tym, co mogłam wyczytać z notki wydawcy i poza tym, co mógł sugerować tytuł. To jednak wystarczyło, abym poczuła nieodparty imperatyw nabycia Quattrocento

26 kwietnia 1478 roku, w piątą niedzielę po Wielkanocy mało brakowało, by historia włoskiego renesansu, a może nawet całej Europy, potoczyła się inaczej. Przy głównym ołtarzu katedry florenckiej zgromadziła się owego ranka znamienita i harda miejscowa szlachta pod przewodnictwem niekwestionowanego mocarza Republiki, Lorenza de Medici, zwanego Il Magnifico. W kulminacyjnym momencie mszy, kiedy kapłan podniósł kielich z poświęconym winem, spiskowcy wyciągnęli ukryte pod płaszczami sztylety i rzucili się na Wawrzyńca i jego ukochanego brata Guliano.  
Ta historia nie jest literacką fikcją, ta historia zdarzyła się naprawdę. Kiedy pomyśli się, jak niewiele brakowało, aby historia potoczyła się inaczej, to po raz kolejny uświadamia się sobie, jak ogromny wpływ na losy człowieka, a nawet całych społeczności może mieć przypadek (fatum). Strata jednego istnienia w kontekście historii nie wiele znaczy, jednak strata kogoś, kto wywarł takie zasługi dla renesansowej Florencji i renesansowej Europy mogłaby odwrócić bieg historii, albo opóźnić go o kilka dziesięcioleci. 
Quattrocento oznacza epokę sztuki, której początek miał miejsce w 1400 r. Książka opowiada historię śledztwa prowadzonego przez hiszpańską doktorantkę Anę, która prowadząc badania na temat jednego z piętnastowiecznych malarzy florenckich próbuje rozwiązać tajemnicę spisku. Spisku, w efekcie którego życie stracił Giuliano de Medici a Florencja spłynęła krwią ofiar i ich zabójców.
Zamierzałam go zapytać, jak to możliwe, że w epoce odnowy naukowej i ponownych narodzin rozumu i wiary w człowieku doszło do tak skrajnego barbarzyństwa [chodzi o masakrę w katedrze, która zdecydowanie prześcignęła w brutalności i zaciekłości wszystkie inne okrucieństwa]. Przypomniałam sobie jednak okropności wojny w Iraku, z którymi przyzwyczaiłam się jeść śniadanie każdego ranka czytając prasę, i doszłam do wniosku, że nikt w dzisiejszych czasach globalnego cmentarza nie ma prawa oburzać się z powodu aktu przemocy popełnionego ponad pięć wieków temu.
Akcja książki prowadzona jest dwutorowo. Uczestniczymy razem z Aną i jej promotorem Gulio w badaniach naukowych nad obrazem Madonny z Nievole, którego ukryte znaki, tajemne symbole mogą stanowić klucz do rozwiązania zagadki, kto stał za zbrodniczym zamachem we florenckiej Santa Maria del Fiore. Ale już za chwilę zostajemy przeniesieni pięć stuleci wcześniej do pracowni przy via Ghibelina, aby wraz z Lucą, młodym uczniem, znanego renesansowego malarza (powołanego na potrzeby powieści) nabywać doświadczenia w trudnej sztuce malowania obrazów i jeszcze trudniejszej sztuce życia. 

Guliano de Medici pędzla Bronzino
Książkę można nazwać powieścią detektywistyczną z historią w tle. 
Autorkę (z wykształcenia historyka) do napisania powieści zainspirowały niedawne odkrycia naukowe, zgodnie z którymi za spiskiem na Medyceuszy obok papieża Sykstusa IV i przedstawicieli możnego rodu Pazzich stał inspirator, któremu przez ponad pięćset lat udało się pozostać w cieniu, człowiek, którego portret namalowany przez jednego z najwybitniejszych malarzy renesansu wisi w Galerii Uffizi. Oczywiście nie zdradzę jego nazwiska, aby pobudzić ciekawość tych, których pasjonują historyczne opowieści i naukowe odkrycia a do tego nutka tajemnicy.
Powieść wspaniale oddaje klimat piętnastowiecznej Florencji nie tylko poprzez topograficzne odniesienia, ale także poprzez opis zwyczajów jej mieszkańców i historycznych wydarzeń. Czytając miałam przed oczyma między innymi; wnętrze Katedry Florenckiej, w której dokonano kwietniowego zamachu, warsztaty mistrzów malarskich na via Ghibelina, gdzie bywali Verrocchio, Botticelli, Leonardo da Vinci, Pallazzo Medici świadka spotkań najwybitniejszych umysłów epoki, a także Pallazzo Della Signoria, z którego okien spuszczono doczesne szczątki zabójców. 
Ana odkrywając potencjalnego inicjatora spisku oraz motywy jego działania, odkrywa też implikacje, jakie mogą wywołać we współczesnym świecie powiązania pomiędzy wysłannikami Watykanu, bankierami oraz tajemniczymi średniowiecznymi organizacjami. Wszystko to stanowi jedynie pretekst do ukazania ludzkiej żądzy władzy oraz pieniądza.
Lektura wciągnęła mnie od pierwszej strony i trzymała w napięciu niemal do samego końca. Niestety zakończenie moim zdaniem jest nieco słabsze, poprzez wprowadzenie nie służącemu treści akcji wątku romansowego. 
Autorka chcąc zapewne uczynić historię zauroczenia Any profesorem, bardziej niezwykłą i poetyczną wprowadziła do opisu zdania wielokrotnie złożone. Kiedy czytałam jedną stronę kilkakrotnie nie mogąc zrozumieć treści odkryłam, iż jedno zdanie zajmuje całą stronę. Pokusiłam się nawet o policzenie wyrazów; było ich 205 w jednym zdaniu. A takich zdań pod koniec opowieści autorka serwuje nam kilka. Uważam, że niczego nie tracąc można opuścić tę część opowieści. 
Poza tym jednym mankamentem uważam, iż jest to bardzo ciekawa książka. 
Mnie zauroczyły także opisy malarskie; wyrobu farb, przygotowania warsztatu, tworzenia oraz zmysłu obserwacji.
Malarz porusza się wśród pigmentów barw płynnie jak duch. Sam rozdrabnia korę, cynober, malachit, ziemię, ziarna, żeby otrzymać dokładnie ten odcień, którego pragnie; żółtą ochrę, roślinną czerń, biel ołowiową… zupełnie jak młynarz. Zna najlepsze oleje, z nasion lnu i orzechów, wie, jakie drewno powinien wziąć na deski, zależnie od rodzaju gruntowania. Powleka je mastyksem i oczyszczoną terpentyną, daje dwie, trzy warstwy aqua vitae, w której uprzednio rozpuścił trochę arszeniku, następnie stosuje gotowany olej lniany tak by dotarł do wszystkich szczelin, i zanim ostygnie przeciera deskę szmatą do sucha. Na to nakłada płynny biały werniks, a potem przemywa uryną. Malarz może zajmować się godzinami tą rzemieślniczą pracą, a jednocześnie jest czarodziejem, który chwyta trajektorię ruchu obserwując jedynie nachylenie światła nad płótnem. 

czwartek, 17 listopada 2011

Lorenzo di Medici pędzla Giorgio Vasari

Giorgio Vasari portret Wawrzyńca Wspaniałego
Przeczytałam właśnie Quatrocento - książkę której akcja oscyluje wokół zbrodniczego napadu na Lorenza di Medici i jego brata Giuliana we florenckiej katedrze.
Zanim zamieszczę recenzję postanowiłam przypomnieć postać Lorenzo do Medici, Il Magnficio czyli Wawrzyńca Wspaniałego.
Medyceusze - florencki ród kupiecki i bankierski, który doszedł do godności książęcej zasłużył się dla potomnych przede wszystkim wielką mądrością polityczną oraz oświeconym systemem rządzenia. Medici dali Europie dwie królowe (Katarzyna i Maria Medycejskie; żony królów Francji Henryka II i Henryka IV) i dwóch papieży (Klemensa VII oraz Leona X). Posiadając największy dom bankowy w średniowieczu stali się bankierami wielu europejskich władców. Jednak tym, co dla mnie ma największe znaczenie jest fakt, iż za ich rządów, a zwłaszcza za rządów Lorenzo Florencja stała się europejską stolicą sztuki i miejscem rozwoju wielu dziedzin nauki. Lorenzo sprawował mecenat nad takimi artystami jak Pollaiuolo, Verrocchio, Botticelli, Ghirlandaio czy Michał Anioł. Między innymi dzięki niemu Florencja stała się głównym ośrodkiem włoskiego odrodzenia. Wtedy narodziła się legenda "florenckiego złotego wieku". Jak przystało na człowieka doby odrodzenia był wszechstronnie wykształcony, biegle władał łaciną, studiował rękopisy starożytnych twórców z rodzinnej biblioteki, a także pisma wybitnych Florentyńczyków. Prowadził dysputy z filozofami, architektami, astrologami, poetami. Studiował retorykę i poetykę, historię i cywilizację helleńską a także muzykę.
Z historycznych przekazów wynika, iż ten wielki przywódca, humanista, bankier i polityk był wyjątkowo brzydkim mężczyzną. Twarz jego była bez wyrazu, miał charakterystyczne dla przedstawicieli swego rodu oczy o ciężkich, opadających powiekach, wystający podbródek, szeroki i płaski nos. Cierpiał na całkowity brak węchu, zły wzrok, piskliwy głos i podagrę. Jedynie dłonie miał delikatne i szczupłe. Jak podają jedne źródła był wysoki i masywny, poruszał się niezgrabnie. Inne zaś twierdzą, iż był średniego wzrostu i krzepki. Mimo to był jednak ulubieńcem kobiet. Trudno dziś powiedzieć, czy było to zaletą jego uroku osobistego, czy też któregoś z afrodyzjaków w postaci pieniędzy bądź władzy. Wawrzyniec zmarł w 1492 roku w przeddzień rozpoczęcia epoki wielkich odkryć geograficznych.
Nie widziałam zbyt wiele portretów tego władcy. Najbardziej podoba mi się portret (mający nie wiele wspólnego z rzeczywistością) namalowany przez Giorgio Vasariego. Może dlatego, iż przedstawia on moje wyobrażenie o tym człowieku, któremu nie sposób odmówić wielkości i zasług.
Vasari urodził się niecałe dwadzieścia lat po śmierci Wawrzyńca Wspaniałego. Stworzony przez niego portret jest typowym portretem „na zamówienie”. Przedstawia on mężczyznę może nie urodziwego, ale takiego, o którym trudno powiedzieć, że jest szpetny. Postać cechuje delikatność i uduchowienie. Przedstawienie go z profilu uwolniło Vasariego od zachowania dbałości o pewne szczegóły (oczy, nos). Wygląda, że jedynym odpowiadającym prawdzie szczegółem anatomicznym są długie, delikatne dłonie. Władca ubrany jest bez przepychu, twarz ma zamyśloną. Odnosi się wrażenie, że to człowiek; mądry, szczodrobliwy i dobry. Przedstawiony został w skromnym otoczeniu: amfora, patera, książka, fragmenty architektoniczne, fragmenty rzeźb-twarze mężczyzn, maska kobiety. Otoczenie to dla mnie symbolizuje jego umiłowanie nauki i sztuki.
Obraz nie jest malarskim arcydziełem.
Trudno też mówić o jego wartości historycznej, skoro tak niewielkie jest jego odwzorowanie rzeczywistości. Dla mnie ma pewnego rodzaju wartość „sentymentalną”, przedstawia moje wyobrażenie o tym władcy; wielkim i mądrym, choć niepozbawionym wad przynależnych epoce.
Słowo o autorze; Vasariego potomni zapamiętali chyba przede wszystkim, jako jednego z pierwszych biografów artystów doby renesansu.Jego dzieło „Życie najwybitniejszych włoskich malarzy, rzeźbiarzy i architektów” jest bogatym źródłem wiedzy o artystach doby renesansu. To on także wzniósł kompleks Uffizi (największą florencką galerię sztuki) i połączył go z Pallazzo Pitti (łącznikiem) słynnym korytarzem Vasariego przechodzącym przez Ponte Vecchio.
Drugi z przedstawionych portretów Il Manificio jest chyba bliższy prawdy. Czy ktoś zna autora?
Przepraszam za kiepską jakość wstawianych tu reprodukcji (zdjęcia z internetu).

środa, 16 listopada 2011

Dziesięć zalet blogowania (Top dziesięć)

Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.
Dziś przyszła pora na... Dziesięć zalet blogowania!

Top 10 to akcja rozpowszechniona na blogspocie przez Kreatywa
Do tej pory raz tylko wzięłam w niej udział, a to z prostej przyczyny; nie lubię wyliczanek, rankingów, statystyk. Czasami dziesięć to za dużo, czasami dziesięć to boleśnie mało.

Dziś jednak zrobię kolejny (drugi) wyjątek i postaram się sprostać zadaniu.

10 zalet blogowania:

Po pierwsze: Pokonałam swoją obawę "przed publicznym wystąpieniem". Prowadzenie bloga jest rodzajem publicznej wypowiedzi i czasami przybiera formę ekshibicjonizmu. Dla osoby tak introwertycznej prowadzenie publicznego dziennika może być rodzajem "terapii" w pokonywaniu swoich ograniczeń, kompleksów i zahamowań.

Po drugie: Mam możliwość dzielenia się swoimi pasjami z innymi osobami, a dawanie bywa często cenniejsze od brania.

Po trzecie: Spisywanie wrażeń z podróży, musicali, lektury czy tego wszystkiego co mnie zajmuje pozwala na ich utrwalenie (głównie dla potrzeb mojej - z wiekiem- coraz bardziej szwankującej pamięci).

Po czwarte: Spisywanie wrażeń pozwala na ich ponowne przeżywanie, dzięki temu dodaje energii i radości nawet wtedy, kiedy wrażenia należą do kategorii czas przeszły dokonany.

Po piąte: Prowadzenie bloga umożliwiło mi poznanie wielu osób (blogerów) o różnorodnych zainteresowaniach, dzięki którym mogę poszerzać moje horyzonty. Dowiaduję się o nowych miejscach, które muszę odwiedzić, filmach, które chciałabym obejrzeć, poznaję nazwiska nowych autorów, których muszę przeczytać, dowiaduję się o muzyce, której dotąd nie słyszałam. Poznaję ludzi z pasją, nawet jeśli tych pasji nie podzielam, to podziwiam takie osoby.

Po szóste: Pisanie (mam przynajmniej taką nadzieję) doskonali umiejętność wypowiadania się, poszerza zasób słownictwa, zmusza do większej dbałości językowej, a zatem uczy czegoś nowego.

Po siódme: Prowadzenie bloga daje nie tylko możliwość podzielenia się opiniami na temat odwiedzonych miejsc, wysłuchanej muzyki, przeczytanych książek, ale także możliwość poznania zdania innych blogerów oraz czytelników na te tematy.

Po ósme: Dzięki czytelniczym wyzwaniom poznaję całkiem nowy rodzaj literatury, do której zapewne nie sięgnęłabym, gdyby nie ono (Kraszewski, klasyka, nobliści). Tu muszę podziękować Maniaczytania, od której moje wyzwania się zaczęły.

Po dziewiąte: Dzięki prowadzeniu bloga moja biblioteczka wzbogaciła się o kilka książek przesłanych mi przez innych blogerów. I bardziej niż same książki cieszy ludzka bezinteresowność w dzieleniu się tym, co może sprawić komuś radość. Tu serdeczne podziękowania dla Izy

Po dziesiąte: Prowadzenie bloga sprawia mi ogromną przyjemność, a o to przecież w tym wszystkim chodzi :)

wtorek, 15 listopada 2011

Folwark zwierzęcy oraz Dr Jekyll i pan Hyde


Folwark zwierzęcy.
Czasami pewne tytuły odstręczają mnie od tematu (książki, filmu, spektaklu) i trudno byłoby mi wyjaśnić dlaczego. Wtedy żadne argumenty nie są w stanie przekonać, że nie mam racji. Tak było z "Folwarkiem zwierzęcym". Wiedziałam przecież, że nie jest to rzecz o hodowli zwierząt, a jakoś nie miałam ochoty przeczytać.
Podobnie było z musicalem "Taniec Wampirów". Usłyszawszy tytuł i nazwisko reżysera stwierdziłam, że to nie dla mnie. Jakże teraz tego żałuję. 
Na szczęście, w przypadku książki udało mi się ów błąd naprawić.
Książka autorstwa George Orwella (powstała w okresie drugiej wojny światowej)wydana została w Anglii w 1945 r. W Polsce pierwsze oficjalne wydanie miało miejsce w 1988 r.
Tematem lektury jest opis stosunków panujących na folwarku, który z dworskiego, po wygnaniu zeń ludzi przez zwierzęta zamienia się w folwark zwierzęcy, aby w końcu przeistoczyć się znowu w folwark dworski. Folwark, w którym niektórzy z dotychczasowych ciemiężonych stają się ciemiężycielami.
Pierwsze skojarzenia podczas czytania to analogia zachowań zwierząt do zachowań ludzi oraz analogia praw rządzących folwarkiem do praw rządzących państwem o ustroju komunistycznym. 
Ale Folwark ma bardziej uniwersalną wymowę, jest on ostrzeżeniem przed wszelkiego rodzaju totalitaryzmem.
Pewnego dnia zwierzęta pod wpływem płomiennego przemówienia krasomówczego knura (Majora) uświadomiwszy sobie swoją ciężką dolę postanawiają przejąć gospodarstwo i zaprowadzić nowy, lepszy ład. Porządek, w którym wszystkim będzie żyło się lepiej, dostatniej i sprawiedliwiej. Ustalają swoisty katalog praw (siedem zasad nowego porządku zwanego „animalizmem”). Dość prędko jednak piękna idylla zmienia się w dyktaturę jednego gatunku nad pozostałymi, dyktaturę, która okazuje się bardziej okrutna niż system, który panował przed wprowadzeniem nowego ładu.
Książka w sposób bardzo prosty i dowcipny, zarazem po mistrzowsku przedstawia poważne zagadnienia.
Postaci zwierząt są tak sugestywnie przedstawione, że znawcy historii bez trudno odgadną, kto był pierwowzorem każdego ze zwierzęcych bohaterów.
Jednakże nawet nie znając realiów historycznych (historii Rosji Radzieckiej) można w każdym zwierzęciu dopatrzeć się znajomych, ludzkich cech, ponieważ prezentują one pewne stereotypy zachowania, właściwe dla ludzi każdej epoki. Dla przykładu; knur Napoleon - przywódca, to osobnik, który powoli, ale metodycznie dąży do realizacji celów, knur - Major, ojciec duchowy przemian, to ten, który chciał dobrze, a wyszło jak zwykle, knur - Squeler (krzykacz), to minister propagandy (tych u nas i dzisiaj dostatek, właściwie niemal każdy polityk to krzykacz), koń pociągowy - Bokser – to przodownik pracy, zawsze lojalny wobec przywódcy, oddany do fabryki kleju (taki smutny los czeka poczciwych, acz bezkrytycznych fanatyków), osioł - Benjamin, cyniczny wobec przemian (gdybym miała przyrównać się do któregoś zwierzaka, to właśnie Benjamin byłby mi najbliższy, choć jeszcze do niedawna byłam koniem pociągowym), klacz - Mollie, klacz, która ucieka z folwarku (dzisiejsza emigracja, choć tutaj przyczyny mogą być bardzo różnorodne i nie chciałabym generalizować), kruk - Mojżesz– duchowny (wyznawca zasady, cokolwiek by się nie działo, niech się dzieje wola nieba), czy wreszcie psy odpowiedzialne za utrzymanie władzy (sowicie wynagradzane większym przydziałem karmy, telefonami komórkowymi, dietami, służbowymi samochodami itp..).
Treść lektury wciąga, można przeczytać jednym tchem. Książka bardzo dobra i pouczająca. Nadaje się także dla dzieci. Naprawdę gorąco polecam. Mając określić jednym zdaniem napisałabym – geniusz w prostocie.
Moja ocena 5,5/6


Doktor Jekyll i pan Hyde
Tematem noweli Doktor Jekyll i pan Hyde autorstwa Roberta Stevensona opublikowanej po raz pierwszy w 1886 r. jest dwoistość natury ludzkiej. Pewien niezwykłej prawości człowiek (dr Jekyll) zapragnął poznać smak zbrodni. Sporządza więc eliksir, który umożliwia mu zmianę osobowości (w pana Hyde). Tym sposobem w jednej osobie zamieszkują dwie; nieposzlakowanej opinii lekarz, filantrop, czyniący dobro oraz nędzna kreatura, zbrodniarz będący ucieleśnieniem zła. Przyjęło się, iż określenie "Jekyll i Hyde" oznacza kogoś o dwulicowej osobowości.
Książka stała się inspiracją wielu filmów (nie widziałam żadnego), a także inspiracją do powstania musicalu (wysłuchałam dwóch piosenek z tego musicalu na I Europejskim Festiwalu Duetów Musicalowych i Operetkowych Face to Face w Poznaniu. To właśnie dzięki tym piosenkom sięgnęłam po książkę).
Zdaniem narratora każdy człowiek nosi w sobie zarówno pierwiastki złego, jak i dobrego.
Nie wiem, dlaczego, ale mnie nowela nie zachwyciła. Może to sam temat mnie nie wciągnął, a może klimat jest zbyt posępny i mroczny. Mówi się, że jest to najlepsze studium dwoistości natury człowieka. Nowela jest dla mnie nieprzekonująca. Jedyne, co mi się podobało mi się to ostrzeżenie przed skutkami eksperymentów. Doktor Jekyll odkrył eliksir, dzięki któremu potrafi się zamienić w bestię. Okazuje się jednak, że jest to proces nieodwracalny i bestia przejmuje kontrolę na doktorem, powrót do pierwotnej postaci staje się niemożliwy. 
Moja ocena 3,5/6

poniedziałek, 14 listopada 2011

Żyjemy dla dzieci ?

Kilka dni temu podczas spaceru usłyszałam starszą panią, która w rozmowie z mężem stwierdziła, iż nadszedł czas, aby zacząć wreszcie żyć, bo... całe życie człowiek żył dla dzieci, wszystkiego sobie odmawiał, nic nie robił dla siebie Zrobiło mi się strasznie żal tej Pani, może gdyby przeczytała ten wpis kilka lat temu.... Nie, zapewne niczego by to nie zmieniło. Do takich wniosków każdy musi dojść sam.
A wpis powstał rok temu, kiedy usłyszałam od koleżanki, że przecież żyjemy dla dzieci, bo tylko one po nas pozostaną.
Mocno mnie to zastanowiło. Czy żyjemy tylko dla dzieci, czy cały sens naszego istnienia sprowadza się to życia dla nich? I czy naprawdę tylko one po nas zostaną?
Mam nadzieję, że nie jest to prawdą, bo jeśli tak miało by być, jakież nieszczęśliwe byłoby życie rodziców po pójściu dzieci własną drogą. Jakież puste i beznadziejne okazałyby się dalsze dni. Byłyby tylko egzystencją, bytowaniem w oczekiwaniu na drobny gest, na okruch czasu zabieganych, dorosłych już dziatek. A przecież okres „posiadania” dzieci przez rodziców jest w skali całego naszego ziemskiego życia szalenie krótki; piętnaście, góra osiemnaście lat. A co potem? Oczekiwanie wnuków i zawłaszczanie ich uczuć.

Dzień narodzin tych urwisów był jednym z najpiękniejszych dni w moim życiu. Pamiętam swoje wzruszenie, kiedy dowiedziałam się, że już są na tym niedoskonałym świecie.
Jeśli chodzi o mnie uwielbiam dzieci, poświęcam im (choć nie własne) sporo czasu i jeszcze więcej miłości, ale trudno mi tak do końca zgodzić się z tą tezą.
Niemal każdy rodzic chce dać dziecku, to co jego zdaniem najlepsze. I w zależności od jego systemu wartości będą to albo; dobra materialne (mieszkanie, samochód), wykształcenie (studia, języki), umiejętność radowania się życiem i czerpania przyjemności z rozwijania pasji oraz zdolność współodczuwania (empatia).
Największy dar, jaki otrzymałam od rodziców to możliwość rozwijania się (studia) oraz (a może przede wszystkim) umiejętność czerpania radości z życia i zdolność empatii.
Uważam, jednak, że to co pozostało po moim tacie, to nie jego dzieci, a to co z jego mądrości pozostało w nas (jego bliskich i znajomych); jego pasja życia, jego radość cieszenia się drobiazgami, jego oddawanie się „namiętnościom” (czytaniu i pisaniu). Nauczył mnie tego, że w życiu najważniejsze jest samo życie. Tego, abyśmy źródła swoich radości doszukiwali się w sobie, podobnie, jak źródła swoich niepowodzeń oraz tego, żeby nie uzależniać swojego szczęścia/swojej radości od zachowania/obecności innych osób, podobnie, jak i tego, aby nie przerzucać winy za swoje niepowodzenia na innych.
Jeśli potrafimy przekazać dzieciom tę radość życia i pewien system wartości niematerialnych to myślę, że będzie to ich największą spuścizną po rodzicach, dziadkach, ciotkach i wujkach.
Co zaś do dóbr materialnych to myślę, że bardziej szanuje się to, do czego dojdzie się samemu, niż to co dostaje się w darze (czasami nawet zapomina się podziękować za taki dar).
Poza tym, jeśli sensem życia jest posiadanie dzieci to, czy życie osób nieposiadających dzieci z różnych powodów jest pozbawione sensu.
Wg mnie tym co po nas pozostaje są pomniki przeszłości (literatura, sztuka, architektura), a także historia, która stanowi źródło wiedzy i doświadczenia dla przyszłych pokoleń. Gdybyśmy jeszcze umieli korzystać z doświadczeń pokoleń. Niestety, jak mówią historia uczy nas tylko tego, że nigdy, niczego i nikogo nie nauczyła.

Chciałabym tym gagatkom zaszczepić radość życia, jaką miał w sobie ich dziadek, którego nie zdążyli poznać
Oczywiście temat jest za poważny, aby streścić go w paru zdaniach, ale chciałam się podzielić z wami kilkoma przemyśleniami, które nasunęły mi się po usłyszeniu stwierdzenia, iż żyjemy dla dzieci, bo tylko one po nas pozostaną. Ciekawa jestem waszego zdania.
Mam nadzieję, że moja siostra nie urwie mi głowy z powodu zamieszczenia zdjęć dzieci, tym bardziej, że dziś sześcioletnie bliźniaki nieco zmieniły wygląd.

niedziela, 13 listopada 2011

Les miserables - musical w TM Roma


Do teatru szłam z mieszanymi uczuciami; nadziei i obawy. Nadziei na kolejną muzyczną ucztę i obawy, czy spektakl sprosta moim oczekiwaniom. A były one (te moje obawy) spore. Nędznicy są bowiem moim ukochanym musicalem, od czasu, kiedy lata temu obejrzałam przedstawienie na scenie Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Nie potrafię wyrazić, co jest tego powodem. Nie składa się on bowiem z tylu łatwo wpadających w ucho utworów, które nuci się na długo po wyjściu z teatru, jak „Upiór w Operze”, nie ma w nim tak powszechnie rozpoznawalnego utworu, jakim jest „Memory” z musicalu „Cats”, nie słuchałam (teraz to się zmieniło) utworów z tego musicalu tak często, jak często słuchałam utworów z musicalu „Notre Dame”, czy choćby z „Tańca Wampirów”, a jednak to właśnie Les Mis zawładnął moim sercem.

Tak więc radosne oczekiwanie z powodu zbliżającej się wizyty w moim ukochanym Teatrze Roma, którego przedstawienia, jeszcze nigdy mnie nie rozczarowały, a także z powodu możliwości obejrzenia mojego number one wśród musicali splatało się z obawami, że być może te moje oczekiwania są zbyt wygórowane. No, bo skoro musical jest ukochanym musicalem, teatr ukochanym teatrem, a do tego recenzje są tak wspaniałe istnieje spora obawa, czy wrażenia dorównają wyobrażeniom.
Myślę, że podobne obawy towarzyszyły dyrektorowi Teatru Roma, kiedy zdecydował się wystawić Les Mis. Musical, którego premiera miała miejsce w Londynie w 1985 r. jest od 2006 r. najdłużej granym musicalem na świecie (zdetronizował on „Koty”). Jego producentem jest Cameron Mackintosh - producent trzech najbardziej kasowych i najdłużej granych musicali (poza wyżej wspomnianymi dwoma także Upiora w Operze). Zmierzyć się zatem z takim tytułem było nie lada wyzwaniem.

Moim zdaniem teatr Roma po raz kolejny wyszedł z tego zadania zwycięsko.
Musical (oparty na powieści Wiktora Hugo Nędznicy) przedstawia na przykładzie losów jednostek problemy społeczne XIX - wiecznej Francji. I tak na przykładzie losów byłego galernika Valjeana (skazanego na kilkanaście lat ciężkiego więzienia za kradzież bochenka chleba) pokazuje, jak ciężko jest wrócić byłemu skazańcowi na „łono” społeczeństwa oraz jak to społeczeństwo potrafi być okrutne dla ludzi, którzy z różnych przyczyn, nie zawsze zawinionych „zbłądzili z drogi prawa”. Na przykładzie postawy nieugiętego i zasadniczego inspektora Javerta pokazuje, jak tragiczne w skutkach może być ślepe trzymanie się litery prawa.
Les Mis to też próba udzielenia odpowiedzi na ważne pytania; o postawę człowieka wobec wyzwań stawianych przez historię, o sens wcielania w życie ideałów, o to, czy cena życia nie jest ceną zbyt wysoką w walce „o sprawę”.
Ponadto są tu ukazane tragiczne losy dwóch kobiet; Fantine, samotnej matki, która z powodu nędzy zmuszona jest oddać swoje dziecko pod opiekę obcym ludziom oraz Eponine, nieszczęśliwie zakochanej, biednej dziewczyny, która w imię miłości gotowa jest zapłacić każdą cenę, mimo świadomości, iż to co zyska, jest zaledwie namiastką tego, czego pragnie. 
Nie napiszę, że przedstawienie spodobało mi się od pierwszego akordu. Stopniowo przekonywałam się do warszawskiego wykonania. Jednak już w momencie, kiedy Fantine (Edyta Krzemień) zaśpiewała „Wyśniłam sen”, przepiękną piosenkę o nadziei na lepsze jutro, moje obawy gdzieś się ulotniły. A kiedy malutka Cossette zaśpiewała „Zamek pośród chmur” - piosenkę o miejscu, w którym jest ciepło i bezpiecznie byłam już ugotowana. Śpiewające dzieci zawsze wzruszają, a kiedy jeszcze śpiewają tak przejmujące słowa i do tego śpiewają tak ładnie to trzeba mocno zaciskać powieki, aby się oczy nie spociły.
Do tego wszystkiego w roli inspektora Javerta wystąpił Łukasz Dziedzic, jeden z moich ulubionych śpiewaków, którego miałam okazję wcześniej podziwiać m.in. w utworze „Na orbicie serc” z Tańca Wampirów (Wszystko, co najlepsze z Romy). Wg mnie pan Łukasz ma przepiękny, niski i zmysłowy głos. Głos, który mnie potrafiłby uwieść. Podobały mi się wszystkie przez niego śpiewane piosenki, choć trudno którąkolwiek z nich nazwać przebojem. Lubię słuchać jego śpiewu. Dla przykładu w jego interpretacji Gwiazdy Łukasz Dziedzic 
Trafiłam na wspaniałą obsadę. W roli Valjeana wystąpił Janusz Kruciński, w roli Fantine - Edyta Krzemień (Esmeralda z widowiska Notre Dame), w Eponine wcieliła się Ewa Lachowicz, Mariusza grał Marcin Mroziński, dorosłą Cossete - Paulina Janczak (Cristine z Upiora), a w roli Enjolrasa wystąpił Łukasz Zagrobelny.
Podobały mi się wszystkie wykonania, ale najbardziej pieśni wykonywane przez Valjeana, Javerta, Eponine i Fantine. 
Chyba najbardziej znanym utworem z tego musicalu jest rewolucyjna pieśń „Słuchaj, kiedy śpiewa lud”. Śpiewana jest dwukrotnie, po raz pierwszy, jako hymn studentów-rewolucjonistów, po raz drugi, jako pieśń finałowa. Pieśń, która ma za zadanie złagodzenie smutku i przygnębienia wywołanego śmiercią Valjeana. Chciałam napisać głównego bohatera Valjeana, ale właściwie tu niemal wszyscy Graja rolę pierwszoplanowych bohaterów.
Najpiękniejsze wykonanie tej pieśni słyszałam i oglądałam na Youtube. Podczas dziesiątej rocznicy premiery musicalu na finał siedemnastu wokalistów z różnych krajów, grających rolę Valjana zaśpiewało, każdy w swoim języku, po fragmencie pieśni „Do you hear the people sing?” (po polsku śpiewał Krzysztof Stasierowski, a występował także drugi Polak Jerzy Jeszke, jako reprezentant Niemiec), a następnie wszyscy zaśpiewali refren. Coś fantastycznego. Tak, bez wątpienia taka pieśń może powieść lud na barykady.
Specjalne brawa należą się Pani Ewie Lachowicz za wykonanie przejmujących pieśni „Sama tak” oraz w duecie z Marcinem Mrozińskim „To tylko pada deszcz”.
No i jeszcze nostalgiczna pieśń „Pusty stół i puste krzesła” – pieśń Mariusza, jedynego ocalałego. Pieśń, w której wspomina swych przyjaciół – rewolucjonistów i zastanawia się, czemu było mu dane przeżyć, kiedy zginęło tylu innych.
Tak więc okazuje się, że pięknych pieśni w musicalu nie brakuje, podobnie, jak nie brakuje pięknych wykonań tychże pieśni. Nie brakuje też wzruszających scen. Pod koniec łezki płynęły mi strużkami.
No cóż, myślę, że Les Miserables będzie kolejnym musicalem, dzięki któremu częstotliwość moich odwiedzin w stolicy będzie wzrastać.
A na koniec Flash Mob z Les Mis w Galerii Złote Tarasy