sobota, 31 grudnia 2011

Styczniowe plany, podsumowanie grudnia i Sylwester

Styczniowe plany czytelnicze wyglądają następująco:
Od góry:
1. Erich Maria Remerque - Dom marzeń - z biblioteki w ramach wyzwania klasyka. Polowałam na Łuk tryumfalny, polecony mi jeszcze w Konkursie z Paryżem w tle, ale nie mogę dostać.
2. Georges Vigarello Historia urody - podarunek od Izy. Nie wiem, czy po recenzji Izy przeczytam ją ciurkiem, czy też będę się nią delektować szukając jednocześnie w internecie opisywanych dzieł sztuki. Iza pisała o niej tutaj
3. Józef, Ignacy Kraszewski Biały Książę audiobook z biblioteki - w ramach wyzwania Kraszewski, zaplanowałam jednego Ignasia, ale kto wie, może jakiś ebook się trafi,
4. Magda Szabo- Świniobicie - pożyczka od Izy. Nie czytałam jeszcze nic tej pisarki, a recenzje są zachęcające.
5. Emil Zola Pieniądz - z biblioteki w ramach wyzwania klasyka, ale nie tylko. Zola to moje tegoroczne odkrycie. I znowu polowałam w bibliotece na co innego (W brzuchu Paryża, albo Nana)
6. Magdalena Samozwaniec Maria i Magdalena - moja własna :). Zakupu internetowego dokonałam kilka dni temu i bardzo się z niego cieszę, bo ilekroć zamawiałam wciąż "produkt niedostępny",
7. Rita Monaldi i Franceso Sordi Imprimatur - z biblioteki. Rzecz dzieje się w barokowym Rzymie i nie muszę dodawać nic więcej. Po okresie fascynacji renesansem, przychodzi czas na barok.
8. Jacek Dehnel Rubryki strat i zysków (poezja)- prezent od Edyty. Do tej pory mam nieduże doświadczenia z poezją, więc spróbuję to zmienić czytają mojego ulubionego autora.
9. Bruno Jasieński Bal manekinów. Nie ma na zdjęciu, bo książki nie udało mi się znaleźć w papierowej wersji, a szukałam przez lata, od chwili, kiedy obejrzałam wieki temu spektakl telewizyjny z Markiem Walczewski w jednej z głównych ról. Dzięki jszern trafiłam na stronę z ebookiem.
I to by było na tyle. Styczeń jest miesiącem wyjazdowym (to w końcu miesiąc moich urodzin), więc obym przeczytała i tyle.

Ponieważ wiele osób "chwali się" swoimi nabytkami, więc i ja postanowiłam pokazać moje ostatnie zakupy:
Nie wiem, czy tytuły są widoczne; są to Wyznania Katarzyny Medycejskiej Gortnera, Córka Galileusza Sobela, Księża Kościoła, artyści i kurtyzany Imbacha, Kiki van Bethoveen Schmitta, lew i lilie Druona (z serii Królowie przeklęci. Na razie kompletuję, czytałam dopiero I tom serii.)
A teraz jak wygląda podsumowanie grudniowego czytania.
Udało mi się przeczytać/wysłuchać wszystkie, poza jedną, książki jedynie dzięki napadowi korzonków. Okazuje się, ze ta bolesna przypadłość może mieć pozytywne konsekwencje. Niestety już w styczniu okaże się, jakie zaległości spowodowała w moim życiu zawodowym. Dziś jednak powiem za Scarlet pomyślę o tym jutro (a nawet pojutrze). Gdyby nie choróbsko moje czytanie grudniowe przedstawiało by się dość żałośnie. A tak przeczytałam dziesięć książek, zrecenzowałam osiem.
1) Henryk Sienkiewicz- biografia - skończyłam czytać wczoraj, ale z powodu rozleniwienia nie chce mi się dzisiaj pisać recenzji (dużo do pisania nie ma, bo i książeczka króciutka, no ale, skoro od rana degustuje się naleweczkę na wiśniach, to takie są efekty),
2) Honore Balzak - Jaszczur- recenzja na drugim blogu
3) Eduardo Mendoza - Wyspa niesłychana - recenzja
4)Karol Dickens - opowieść wigilijna - recenzja,
5)Wiliam Whorton - Wieści - recenzja
6) Jacek Dehnel Rynek w Smyrnie - recenzja
7)Roma Ligocka - Księżyc nad Taorimą -recenzja ,
8)Jake Morrissey - Geniusze Rzymu - przeczytana przedwczoraj, recenzja patrz pkt.1,
9)Doris Lessing Piąte dziecko - recenzja
10) Mark Twain Pod gołym niebem -audiobook - poległam doszczętnie i z kretesem. Rzadko odkładam książkę nie przeczytawszy do końca, ale ta wybitnie mi nie leży i doszłam do wniosku, że czytanie nie ma być dla mnie obowiązkiem, czy karą, więc znudzona odłożyłam.
11) Daniel Trrussoni - Angelologia audiobook - recenzja . Ta książka mnie zaskoczyła i to pozytywnie. Spodziewałam się typowego romansidła, a dostałam ciekawą książkę sensacyjno-fantastyczną z aniołami w tle.
A ponieważ dzisiaj Sylwester - chyba jedyny dzień roku, w którym z założenia nie czytam (to robię przez pozostałe 365 roku) poniżej moje plany na dzisiejszy wieczór; kabaret Olgi Lipińskiej, musicale (też nowe nabytki), muzyka made in Paris, choć Bocelli made in merlin.pl

Wszystkim życzę Dosiego Roku, abyście, jak życzyła mi moja koleżanka mogli ten Nowy Rok 31 grudnia żegnać z żalem, że taki był cudowny i aby, jak napisał ktoś na facebooku ten przyszły rok był, jak dotychczas najlepszym.

piątek, 30 grudnia 2011

Podsumowanie roku i noworoczne postanowienia - z Paryżem w tle

Jak zwykle koniec i początek roku obfitują we wszelkiego rodzaju podsumowania. Robimy bilans tego, co nas spotkało w minionym roku, a przy okazji składamy noworoczne postanowienia. Otóż będziemy więcej, albo będziemy mniej, zrobimy coś, albo nie zrobimy czegoś już nigdy, powiemy komuś lub przemilczymy coś, nauczymy się, albo nie będziemy się uczyć… no i oczywiście będziemy mieli więcej czasu dla siebie, dla bliskich, dla przyjaciół.
Ja mam od kilku lat jedno, jedyne postanowienie, a mianowicie nie składać żadnych noworocznych postanowień.
Robię natomiast podsumowanie minionego roku. Ten, który właśnie odszedł wspominać będę z uśmiechem i nostalgią. Prawdę mówiąc już mi trochę żal, że odszedł bezpowrotnie.
Ile już za mną pięknych dni, godzin, minut, ile radości z odkrywania moich miejsc magicznych, ile wzruszeń z przeczytanych książek i obejrzanych przedstawień, ile ciepła z powodu spotkań z bliskimi, ile gwaru z powodu przebywania z dziećmi.
I jeszcze coś, czego zazwyczaj nie doceniamy, dopóki nam tego nie zabraknie. Radość, z tego, że moi bliscy są zdrowi, z tego, że żyjemy tu i teraz i z tego, że mamy swoje miejsce na ziemi.
Nowy Rok jest jak czysta niezapisana jeszcze księga. Jej karty możemy zapełnić według własnego uznania. Jeszcze nie popełniliśmy żadnego głupstwa, jeszcze możemy marzyć o dalekich podróżach, jeszcze wyobrażamy sobie, ile czasu poświęcimy życiu. Jeszcze możemy marzyć o tych meczach, które wygramy, o tych zawodach, w których weźmiemy udział, o tych sonatach, które zagramy i o wierszach, które napiszemy, o lądach, które odkryjemy i o miłościach, których zaznamy.
Tego właśnie wszystkim na Nowy Rok życzę.
A w bonusie
- dużo zdrowia, abyśmy mieli siłę karty tej księgi zapisać najpiękniejszą prozą i najcudowniejszą poezją życia,
- dużo odwagi, aby nie bać się marzyć i marzenia spełniać.
I jeszcze tradycyjnie, aby nam się chciało chcieć.

Bo przecież, jak powiada Kathleen Morris: Życie jest łatwiejsze, niż się wydaje. Wystarczy godzić się z tym, co jest nie do przyjęcia, obywać się bez tego, co niezbędne i znosić rzeczy nie do zniesienia.

Taki wpis zapisałam rok temu, a dziś mogę się tylko pod nim podpisać obiema rękoma. To był dla mnie wspaniały rok.
Rok przepięknych podróży, które nieodmiennie łączyły się z moim muzycznym szaleństwem; musicalami. Zaczął się fantastycznym przedstawieniem Les Miserables w Teatrze Muzycznym Roma (styczeń) a skończył najwspanialszym koncertem, w jaki kiedykolwiek było mi dane uczestniczyć Notre Dame de Paris w Bercy w Paryżu (grudzień). W marcu odwiedziłam moje ukochane miejsca; Rzym i Florencję, mając jeszcze większą radość z ich oglądania, kiedy mogłam ją dzielić z mamą, dla której ten wyjazd był urodzinowym prezentem. We wrześniu spędziłam dziesięć cudownych, słonecznych i pełnych wrażeń dni w Paryżu, odwiedzając przy okazji Chartres. O swoich wrażeniach pisałam niejednokrotnie. I zapewne nie raz będę do nich wracać. Muszę jednak przyznać, iż koncert NDDP był absolutnie najcudowniejszym, najwspanialszym, najfantastyczniejszym przeżyciem, nie tylko minionego roku, ale jedną z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Do dziś mam w uszach, umyśle, w sercu tamte wzruszające, piękne dźwięki, obrazy, zdarzenia, tamtą gorącą atmosferę, klimat odświętności i niepowtarzalności. W tej chwili oczywiście wydaje mi się, iż nic piękniejszego w życiu (pod względem doznań artystyczno-muzycznych) mnie nie czeka, ale jeśli miałabym sobie czegoś życzyć, to życzyłabym właśnie takich lub podobnych doznań.
A wszystkim czytającym te słowa życzę odwagi w realizacji swoich marzeń i nie odkładania ich na później, bo wrażenia są bezcenne, a przyszłość …

Co do czytania, bo w końcu to spora część mojej pisaniny przeczytałam w tym roku ponad setkę książek. Podsumowanie (statystyka) znajduje się w zakładce PRZECZYTANE KSIĄŻKI). Nie wszystkie recenzje z innych moich blogów zdążyłam przenieść, stąd przy części tytułów podałam linki recenzji. Tam też podaję moją ocenę książek. Lektura wielu z tych książek dała mi dużą radość, a największym moim odkryciem czytelniczym był Zola.
Reasumując to był mój rok z Paryżem w tle.
Zdjęcia: 1. Guciamal w Paryżu (dzięki Edyta, ja nie umiem robić takich fotomontaży)
2. Koncert na Bercy (Fiori, Garou, Segara).

czwartek, 29 grudnia 2011

Rynek w Smyrnie Jacka Dehnela (malarsko, poetycznie i refleksyjnie)

Na początek muszę wyznać, iż bardzo lubię prozę pana Jacka Dehnela, więc mogę nie być obiektywna w ocenie książki. „Rynek w Smyrnie” to zbiór sześciu opowiadań. Opowiadania, podobnie, jak felietony nie należą do moich ulubionych form literackich. Jednak fakt, iż wróciłam do nich do zaledwie dwóch latach od pierwszego czytania świadczy na ich korzyść.
Tym, co łączy opowiadania jest charakterystyczny dla autora styl pisania; barokowe, kunsztowne słownictwo, wrażliwość, malarskość opisów, nastrojowość, ulotność chwili i duża erudycja. Odnoszę wrażenie, że warstwa fabularna jest mniej istotna, jest jedynie przyczynkiem do snucia opowieści o chwili zatrzymanej w czasie. Gdybym miała opowiedzieć, o czym jest Rynek w Smyrnie, powiedziałabym, że o pięknie prozy życia, nie tej wzniosłej, bohaterskiej, nie tej utrwalonej na kartach historii, ale tej zwykłej, a niezwyczajnej. No i jeszcze o tragizmie życia polegającym na jego przemijalności.

Odniosę się jedynie do dwóch opowiadań; pierwsze i ostatnie, bo te podobały mi się najbardziej.
Patrząc na Stromboli” to malarska opowieść o pobycie pary zakochanych w pięknej okolicy południowych Włoch. Przed oczami czytelnika pojawiają się jak w galerii obrazy sennego, nagrzanego słońcem południa miasteczka, gdzie życie płynie wolno i leniwie. Bohaterowie niespiesznie smakują bogactwa natury i zachwycają się bogactwem krajobrazu; delektowanie się owocami bergamotki, opuncją, świeżą bułką, soczystymi pomidorkami i morelową marmoladą, oglądanie małych kościółków, rzeźb, fontann, no i Stromboli, czynny wulkan w tle marzeń o wycieczce na tę tajemniczą i piękną wyspę. Sielskość opowieści zmierza do zadziwiającego zakończenia.
Jako wielbicielce „Lali” spodobało mi się ostatnie opowiadanie „Filc”. Jest ono utrzymane w podobnym stylu i dotyczy podobnej tematyki rodzinnych opowieści. Pogrzeb wiekowej ciotki staje się punktem wyjścia dla snucia historii o życiu i przemijaniu. Proza pana Jacka zawsze zachwycała mnie swoją plastycznością. Jest tam taka cudownie malarska scena poszukiwania konfitur na półeczkach piwnicznej spiżarni, scena, która pobudza moją pamięć nie tylko wzrokową, ale i smakową. Już nie tylko widzę wszystkie te słoiczki pełne rubinowych, bursztynowych, miodowo płynnych zawartości, ale niemal czuję letnio - jesienne smaki na języku.

.... wybieraliśmy konfitury, koniecznie w małych słoiczkach, bo te były najbardziej czasochłonne w przyrządzaniu, a co za tym idzie, najsmaczniejsze. Dwudziestoletnie czereśnie, czereśnie, które tu nazywano hiszpankami i które rosły chyba tylko w tutejszym ogrodzie, bo na targu nigdzie nie można było ich dostać, czereśnie zmarszczone i zbrązowiałe, wyglądające jak spęczniałe rodzynki, czereśnie przechowujące w swym wnętrzu dwudziestoletnie pestki, które nadawały gęstemu syropowi migdałowego aromatu kwasu pruskiego. Albo pijane śliwki z nalewek, tak ciężkie od karmelu i alkoholu, że pozwalano nam zjeść tylko jedną do herbaty i jeśli byliśmy grzeczni, jedną wieczorem, przed snem, ale to nie było już to, bo niezadługo trzeba było umyć zęby, więc grubo ciosany eukaliptus i toporna mięta burzyły delikatne, rozchodzące się po podniebieniu śliwkowe posmaki. Konfitury z płatków różanych, ucieranych w drobny puch z cukrem i odrobiną soku z cytryny, który sprawiał, że zachowywały szlachetny odcień amarantu, zamiast zbrązowieć czy zsinieć. Słodki dżem z utartych papierówek, poprzetykany czarnymi goździkami i grudkami cynamonu. I jak tu wybrać, jak tu nie oniemieć? O, rozkosze wyboru, o słodkie minuty decyzji, rozciągnięte w czasie jak brązowa nitka scukrzonego syropu!

Czytając o całej rzeszy ciotek i wujów, ich zaletach, wadach, przyzwyczajeniach, ich zmaganiach z czasem ponownie przypomina mi się wiersz Szymborskiej „Muzeum” (cytuję go przy okazji wpisu o Lali tutaj).
Jeśli komuś nie podobała się Lala raczej powinien odpuścić sobie Rynek w Smyrnie.
Moja ocena- 4/6
Zdjęcia: 1. Okładka książki, 2. Stromboli - wyspa z czynnym wulkanem.

środa, 28 grudnia 2011

Księżyc nad Taorminą Romy Ligockiej - rzecz nie tylko o podróżowaniu

Roma Ligocka należy do grona moich ulubionych pisarzy, więc kiedy tylko zobaczyłam nową pozycję na półce księgarni nie wahałam się ani chwili przed jej zakupem.
„ Podróż… Sama się sobie dziwię, ale stale do tego tematu wracam. Na pewno nie jestem typowym podróżnikiem, ani tym bardziej turystą. Ja po prostu wciąż szukam najlepszego miejsca- nie po to, żeby „odnaleźć siebie”, bo nigdy się nie zgubiłam- ale żeby odnaleźć takie miejsce, gdzie będę mogła ze sobą wytrzymać”. Roma Ligocka
Nazwisko autorki i nawiązanie do podróży sprawiło, iż książka już mi się spodobała, zanim jeszcze zabrałam się za jej czytanie.
Nie ma dla mnie większego znaczenia, iż tematem felietonów (Księżyc nad Taorminą to zbiór felietonów) nie jest podróżowanie w potocznym rozumieniu tego słowa, choć podróż (czasami przez życie) jest ich istotą.
Jak to z tak krótką formą bywa, zbiór zawiera pozycje które bardziej przypadły mi do gustu i te które spodobały mi się mniej. Wszystkie jednak czytało się dobrze i z ciekawością.
Pisarstwo pani Ligockiej ma to do siebie, iż jest niezwykle osobiste i takie „niekrzykliwe”, spokojne. W książce „Księżyc nad Taorimą” opisuje ona zwykłe, zdawałoby się mało pasjonujące sytuacje życiowe, które skłaniają do refleksji. Przypadkowe spotkania z przypadkowymi ludźmi, które zostają w pamięci na długo, które potrafią zmienić coś w życiu naszych, a może w życiu napotkanych osób. Po przeczytaniu felietonu Najlepsze życzenia sama zaczęłam się zastanawiać, jakie jest moje najpiękniejsze słowo, dochodząc podobnie, jak autorka do wniosku, iż były to w różnych okresach życia różne słowa, aby dojść do tego właściwego dzisiaj. W wielu sytuacjach odnajduję w pisarce pokrewną duszę, co zadziwia tym bardziej, im bardziej zróżnicowany jest bagaż naszych życiowych doświadczeń i przeżyć. W wielu sytuacjach odnajduję w spostrzeżeniach autorki swoje własne. Jak choćby te o pobytach w hotelach (Herbatka w Nicei), podróży samolotem (Samotność podróżnika), przemijaniu (Jesienne porządkowanie świata).
A przez wszystkie felietony przewija się jak lejtmotiv opowieść o odwadze w realizacji swoich marzeń (Cztery welony o rodzicach, którzy na starość odkryli radość z podróżowania, Półki pełne marzeń, o marzeniu zamieszkania w Rzymie, Księżyc nad Taorminą, o odwadze samodzielnego podróżowania. Ta ostatnia jest mi szczególnie bliska, gdyż taką odwagę posiadłam już kilka lat temu i dzięki niej moje marzenia nabrały konkretnych kształtów Watykańskiej Bazyliki San Pietro, florenckiej Duomo, weneckiego Pallazzo Ducale, Pizzańskiej Krzywej wieży, czy Paryskich Ogrodów Tulieries.
Natomiast felieton Pochwała radości o sprawianiu radości samym sobie jest odpowiedzią na moje coroczne wyjazdy urodzinowe.
Księżyc nad Taorimą to zbiór pięknych, refleksyjnych, nastrojowych felietonów, wśród których każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Gorąco polecam.
Dla zachęcenia dodam, iż czyta się szybko, lekko i miło.
Moja ocena 5/6

wtorek, 27 grudnia 2011

Wyspa niesłychana Eduardo Mendoza

To moje pierwsze spotkanie z prozą hiszpańskiego pisarza. Ci, którzy już troszkę znają moje czytelnicze upodobania wiedzą, że z prozą iberyjską jakoś mi nie po drodze, nie te klimaty, nie ten kod zapachowy. Zdecydowałam się wziąć udział w konkursie (na Lubimy czytać), w którym nagrodą była ta właśnie książka  ze względu na Wenecję. Krótka notka wydawnicza sugerowała, iż tytułową wyspą niesłychaną jest właśnie Wenecja, a konkurs dotyczył opisu „Moja Wenecja wspomnienie, marzenie, wyobrażenie”. Jest to temat, na który mogę pisać długo i namiętnie i chyba dość ciekawie, skoro książkę otrzymałam. 
Główny bohater Fabregas – to znudzony życiem, już nie młody, ale jeszcze nie stary, człowiek, który porzuca dotychczasowe monotonne życie w Barcelonie i wyjeżdża do Wenecji. Wydaje mu się, iż tutaj, w przepięknym otoczeniu, jego życie nabierze smaku i barwy. Tymczasem bohater nie bardzo wie, czego tak naprawdę pragnie. Chce przeżyć przygodę, poszukuje czegoś, co nada jego życiu sens, ale są to poszukiwania dziwne. Odnosi się wrażenie, iż Fabregas robi wszystko na opak, podejmuje absurdalne decyzje; pakuje i rozpakowuje walizki, wyjeżdża i zostaje, snuje się ulicami miasta, aby wytracić czas, nie widzi tego, co go otacza, jest znudzony i zawiedziony. Bohater całe dnie spędza na oglądaniu filmów z wypożyczalni. Pewnego dnia spotyka Marię Clarę, która zostaje jego cicerone i pokazuje mu Wenecję, jakiej dotąd nie dostrzegał. Od tej pory coś w jego nudnej egzystencji ulega zmianie, a sam bohater odbywa zaskakujące przygody. Niektóre dzieją się na jawie, inne we śnie.
Wyspa niesłychana to opowieść o tym, iż nie można odnaleźć piękna wokół siebie, jeśli brak w życiu sensu, czy motywacji istnienia i jeśli brak odwagi podejmowania decyzji.
"Opowiadanie o zagubionym podróżnym zmieniło się w powieść o człowieku, który szuka jakiejś pewności, acz odrzuca wszystkie, jakie są mu oferowane, docierające z najróżniejszych stron" tak napisał Eduardo Mendoza w przedmowie do książki.
Wenecja – tytułowa wyspa niesłychana jawi się tutaj, jako wyspa tajemnicza, zamglona, cicha, spokojna i niesamowita. Czytając powieść czułam się, jakbym płynęła gondolą po nieznanych kanałach we mgle, która opadając ukazuje coraz to wspanialsze widoki domów, mostków, kościółków, pałacyków, rzeźb. Teraz już nie jestem pewna, czy taki obraz wyłania się z kart książki, czy tylko wywołuje go lektura. Czy to jednak takie istotne.
Wyspa niesłychana - to ciekawa historia, dobrze nakreślone postacie i niesamowity klimat i choć jak pisałam nie jestem wielbicielką literatury iberyjskiej lektura podobała mi się, choć muszę przyznać, że momentami raziła mnie absurdalność zachowań bohaterów i ich groteskowość.
I jeszcze jedno, co skusiło mnie do lektury, poza Wenecją była to okładka książki. Moim zdaniem idealnie oddaje ona klimat powieści nieco mroczny i tajemniczy.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Spełniające się życzenia oraz Opowieść wigilijna

Niestety życzenia czasami się spełniają 
Wiele osób życzyło mi rodzinnych świąt Bożego Narodzenia. No i się spełniło. Było rodzinne. Rodzinnie siedzieliśmy przy stole, rodzinnie jedliśmy. Siedzieliśmy, jedliśmy i tak na okrągło przez całą dobę. Godzinny spacer i znowu siedzenie przy stole. Wstałam tak zmęczona i obolała, że marzyłam o świętach bez gór jedzenia, bez rodzinnego biesiadowania, bez siedzenia przy stole. Mój zesztywniały kręgosłup mści się teraz na mnie niemiłosiernie, nie pozwalając mi siedzieć. Wróciłam do siebie zdejmując z twarzy przyklejony doń uśmiech, zrobiłam sobie gorącej herbatki, wzięłam kocyk i udałam się do krainy marzeń, czyli zabrałam za czytanie. I od tej pory, czyli od wczorajszego wieczora rozpoczęłam świętowanie. Chyba jestem aspołeczna i nietowarzyska, ale męczy mnie siedzenie przy stole i wysłuchiwanie rozmów na temat wychowywania dzieci, które siedząc obok dają świadectwo tegoż (czy dobrego?) wychowania. Męczą mnie rozmowy o chorobach (nie tylko w czasie świąt). Męczy mnie przymus siedzenia przy stole i przytakiwania (Wigilia to nie najlepszy okres do ścierania się poglądów). Męczy mnie towarzystwo osób, które terroryzują mnie opowieściami pod tytułem patrzcie, jacy jesteśmy wspaniali, tak jak i męczy mnie towarzystwo osób, które traktują mnie jak powietrze. Męczą mnie padające pytania, na które nikt nie słucha odpowiedzi. 
Na szczęście dzisiaj mogę się delektować tym, co lubię najbardziej; słucham mojej ukochanej muzyki, oglądam zdjęcia z podróży i czytam, czytam, czytam. Skończyłam czytać Jaszczura i Księżyc nad Taorminą. Czyli spełniło się też życzenie spokojnych świąt, radosnych świąt oraz życzenie znalezienia pod choinką czasu na czytanie. Pod choinką znalazłam także piękną książkę Malarstwo białego człowieka T.2 W.Łysiaka, którą zdążyłam już przejrzeć, a delektować się nią będę w najbliższym czasie. Tak więc czasami dobrze, że życzenia się spełniają, a czasami należałoby uważać na to, czego sobie życzymy.

Opowieść wigilijna Charles Dickens

Przeczytałam dwa tygodnie przed świętami. Chyba troszkę za wcześnie. 
Nie ma chyba osoby, która nie znałaby opowieści o skąpym kupcu Ebenezerze Scroogu i jego przemianie w czasie nocy wigilijnej.
Scrooge jest samotnikiem, nie lubi ludzi, nie lubi świąt i dba jedynie o pomnażanie majątku. Nie rozumie, o co chodzi z tym całym zamieszaniem spowodowanym świętami, to tylko kolejny dzień, w którym ludzie robią sobie wolne, aby nie iść do pracy. W noc wigilijną przychodzi do niego duch, jego zmarłego wspólnika Marleya. Chcąc przestrzec Scrooga przed losem, jaki spotyka ludzi, którzy nie okazywały bliźnim serca zapowiada wizytę trzech duchów; przeszłych, teraźniejszych i przyszłych Świąt Bożego Narodzenia. Scrooge początkowo nieufny z czasem zaczyna rozumieć, jaka czeka go przyszłość, jeśli nie zmieni swojego postępowania. 
Opowieść wigilijna to taka bajka-przypowiastka, którą najlepiej czytać w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Nie wiem, czy lektura tej książeczki w innym czasie potrafi wywołać takie wzruszenie, jakie wywołuje w tym szczególnym okresie. Nie wiem, czy czytana latem, na gorącym piasku potrafiłaby wywołać podobne wzruszenia i podobne refleksje nad własnym stosunkiem do Świąt i do życia.
Dlatego polecam, ale właśnie w tym okresie.
Mnie się podobało, ale nie jest to lektura, do której chciałabym wrócić.

piątek, 23 grudnia 2011

Magia świąt


A jednak oczekiwanie i nadzieja.

Co by nie mówić Święta mają w sobie jakąś Magię i Moc. I niezależnie od tego, czego byśmy nie mówili, czego byśmy sobie nie obiecywali, że nigdy, że dość, że zmądrzejemy … to zawsze budzi się w nas dziecko, które czeka i wierzy i ma nadzieję. I to jest piękne.

I tego chciałabym wszystkim życzyć tej irracjonalnej wiary w Magię Świąt pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu. I wiary w ludzi i anioły.

Zdrowych, spokojnych, radosnych, spędzonych z Bliskimi Świąt Bożego Narodzenia
i niech anioły będą z Wami.



A ja chciałam gorąco podziękować mojej anielicy, która mi przysłała książeczkę Spacer z aniołem. Książeczka ta przebyła długą drogę do Gdańska via Paris, ponieważ z powodu pewnego fatum nie udało nam się spotkać pod Luwrem. Będzie mi ona przypominała cudowny, niebiański koncert, którego obie byłyśmy uczestniczkami. Hiena wielkie dzięki- nawet nie wiesz, jaką mi sprawiłaś tym podarkiem radość.

czwartek, 22 grudnia 2011

Angelologia – Danielle Trussoni

Gdyby nie Anielskie wyzwanie zapewne nigdy nie sięgnęłabym po tę książkę. Wyobrażałam sobie, że będzie to coś w rodzaju książek, jakich pełno na rynku, kolejny romans, w którym anioł zakochuje się w ziemskiej kobiecie i dla niej decyduje się zostać człowiekiem. Tymczasem Angelologia nie ma nic wspólnego z romansem, choć miłość i pożądanie odgrywają w niej niebagatelną rolę. 
Autorka posługuje się biblijną przypowieścią i apokryficzną Księgą Henocha. To właśnie ta przypowieść i próba dopisania dalszego ciągu historii upadłych aniołów najbardziej mnie zainteresowała. 
Przed potopem niebiosa zesłały na ziemię dwa zastępy aniołów; liczące po dwa kroć dwieście aniołów każdy. Zwano ich czuwającymi. Miały one sprawdzić, jak toczy się życie na ziemi. Przywódcą jednego zastępu był Szemichaza, który rozejrzawszy się po ziemi, postanowił odpocząć na wśród ludzi. Czuwający zamieszkiwali pośród dzieci Adama i Ewy. Pewnego razu ujrzał Szemichaza piękną kobietę, kąpiącą się w jeziorze. Postanowił związać się z nią i zasugerował, aby inni czuwający także wybrali sobie żony z ludzkich kobiet. Potomkami czuwających i ludzkich kobiet zostali nefilimowie. Byli piękniejsi, wyżsi i silniejsi niż ludzie. Z czasem ogarnięci żądzą władzy zaczęli wprowadzać swoje rządy na ziemi. Wówczas ludzie poprosili o pomoc Boga. Do walki z czuwającymi stanęli archaniołowie. Otoczyli czuwających kręgiem ognia i wtrącili do podziemnej jaskini. Oddzieleni od nieba i ziemi czuwający wzywali na ratunek swoje dzieci (nefilimów), te jednak nie przybyły. Wówczas Archanioł Gabriel, ulitowawszy się nad swymi upadłymi braćmi rzucił im Lirę, aby muzyka osłodziła ich niedole. Kiedy rozległy się dźwięki cudownej muzyki Archanioł zrozumiał, iż popełnił błąd. Dźwięki liry miały bowiem potężną i niebezpieczną moc. 
Historia upadku aniołów powtarza się kilkakrotnie w różnych wersjach w powieści Trusoni, co jednak wcale mnie nie zniechęca, wręcz przeciwnie, czuję się nią zauroczona. 
Powieść jest wielowątkowa, biblijne przypowieści przeplatają się z quasi naukowymi wyprawami, autentycznymi wydarzeniami (okres drugiej wojny światowej) oraz współczesnymi poszukiwaniami. 
Ewangelina, młoda mniszka wiedzie spokojne, uporządkowane życie w klasztorze Świętej Róży w stanie Nowy Jork. Dni płyną jednostajnym, monotonnym rytmem; modlitwa, praca, adoracja, posiłki, sen. I tak dzień po dniu aż do czasu, kiedy w jej ręce trafia list z prośbą o pomoc w dostępie do klasztornych zbiorów archiwalnych. Zaintrygowana treścią listu wbrew przyjętej polityce klasztoru postanawia pomóc nadawcy listu, młodemu naukowcowi Verlenowi. Tym sposobem Ewangelina trafia na ślad niewiarygodnej historii, w której ona i jej rodzina odegrają ważną rolę. 
Tematem powieści jest walka Dobra ze Złem. Walkę prowadzą pomiędzy sobą nefilimowie i angelolodzy. Zadaniem tych ostatnich jest uratowanie świata poprzez eliminację zła. Angelolodzy prowadzący badania nad fizycznymi i chemicznymi właściwościami aniołów podejmują wyprawy w poszukiwania miejsca pobytu upadłych aniołów. To jednak, nie pragnienie odkrycia niebiańskich wysłanników jest motorem ich działania. Głównym celem ich wypraw staje się odzyskanie magicznego instrumentu, podarowanej czuwającym Liry, której właściwości są niezbadane. Posiada ona podwójną moc; moc tworzenia i moc niszczenia zarazem. 
Aby rozwikłać tajemnicę Liry autorka prowadzi swych bohaterów przez ścieżki pełne intryg, łamigłówek i tajemnych znaków, sekretne przejścia, szyfry, ukryte w obrazach symbole. Akcja płynie wartko i wciąga czytelnika w świat, który na przemian jawi się raz anielsko piękny, raz szatańsko zły. 
Spodobał mi się pomysł dopisania dalszego ciągu do biblijnej przypowieści, spodobało mi się wartkie tempo akcji, a także język powieści, prosty, a jednocześnie kunsztowny. Podobały mi się także liczne odniesienia do świata sztuki. Powieść kończy się w sposób, który nie wyklucza ciągu dalszego. Jestem pozytywnie zaskoczona tą powieścią i uważam ją za udany debiut młodej autorki.

środa, 21 grudnia 2011

Wieści Wharton

Bardzo lubię prozę Whartona; przeczytałam prawie wszystkie napisane przez niego książki. Podobała mi się większość. Wieści są z racji tematu bardzo odpowiednią lekturą świąteczną. Akcja toczy się we francuskim starym ponad trzechsetletnim młynie w okresie świąt Bożego Narodzenia. Jest to opowiadanie, które opisuje historie sześciu członków rodziny. Każda historia opowiadana jest przez inną osobę, choć największą rolę pełni w niej ojciec rodziny, będący nie tylko jednym z bohaterów, ale i narratorem. Technikę opowiadania tej samej historii z różnych punktów widzenia przedstawia Wharton także w Tacie, jednej z moich ulubionych jego powieści.
Will - ojciec rodziny, który jest alter ego pisarza jest nauczycielem w amerykańskim College w Paryżu i filozofem. Wiecznie się zamartwia i wszystko analizuje. W sytuacji groźby rozpadu jego małżeństwa postanawia jeszcze raz przeżyć cudowne rodzinne święta, które ma nadzieję scalą to, co może niedługo ulec zniszczeniu. Ten z pozoru szalony pomysł zaproszenia na święta rodziny, która nie bardzo ma ochotę na ich spędzanie gdzieś na pozbawionym uroków cywilizacji odludziu (bez centralnego ogrzewania, ciepłej wody, telefonu czy telewizji) okazuje się impulsem do przemyśleń i podjęcia pewnych ważnych decyzji przez każde z dorosłych już dzieci.
Poza warstwą psychologiczną opowieści mnie spodobała się jej świąteczna oprawa. Kamienny młyn położony w pokrytej śniegiem dolinie nad zamarzniętym stawem w otoczeniu ośnieżonych drzew robi wspaniałe wrażenie. Na szybach młyna mróz wymalował lodowe inkrustacje. Ściany młyna zostały przyozdobione kilkunastoma metrami czerwonego aksamitu, stół pokryty obrusem z zielonego sukna i zastawiony wazonem z gałęziami ostrokrzewu. Wnętrze młyna zdobi ogromna, kilkumetrowa choinka. Kiedy Will maluje drewnianą podłogę czuję niemal zapach lakieru, a kiedy zapalają ogień w kominku i wspólnie śpiewają kolędy chciałabym znaleźć się tam wtulona w fotel i wpatrzona w ogień. Potem jest wspólne ubieranie choinki, przygotowywanie posiłku, zabawa w gospodzie, otwieranie prezentów, wspólne lepienie szopki ze śniegu. To co z punktu widzenia ojca rodziny jest fantastycznym współprzeżywaniem nastroju świąt, z punktu widzenia pozostałych członków rodziny jest obowiązkiem, koniecznością, ucieczką, rozterką.
To co tak mnie urzeka podczas czytania (mroźne, białe święta, pokryte grubą warstwą śniegu drzewa, lodowe sople) mogłoby nie być tak urzekające, gdybym znalazła się na miejscu bohaterów opowieści. Zimny, niedogrzany młyn, brak ciepłej wody, ogień, który dymi, zamiast grzać.
Kilkanaście lat temu spędzałam Sylwestra w domku na działkach. Nie był to co prawda stary kilkusetletni młyn, ale otoczenie było równie piękne. Było mroźnie, było biało, wokoło las, niedaleko zamarznięty staw. Niestety było też przeraźliwie zimno. Kilkanaście stopni ciepła, a jedyne źródło ogrzewania – koza, przez długi czas, nie chciało się rozpalić, zmarzłam wtedy na kość.
Wracając do lektury; jest tam też scena przedświątecznych zakupów, która mnie (zakupoholiczkę) wprawia w błogostan. Książka kończy się zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Nie daje rozwiązania, ale daje nadzieję. Tym też jest dla mnie Wigilia. Nadzieją. Nadzieją na pojednanie, na odkupienie win, na lepsze czasy.

wtorek, 20 grudnia 2011

Paryż przed świętami okiem turysty



Galeria Lafayette

Lecąc do Paryża w połowie grudnia nastawiałam się na piękne dekoracje Bożonarodzeniowe. Od chwili, kiedy przeczytałam o fantastycznym wyglądzie Galerii Lafayette w tym szczególnym okresie wyobrażałam sobie Paryż niczym jedną, wielką, kolorową, mieniącą się światełkami choinkę. Tymczasem okazuje się, że czasami rzeczywistość płata nam figla. Nie mogę napisać, że w Paryżu nie widać oznak świątecznych przygotowań, ale nie mogę też napisać, aby wywarły one na mnie szczególne wrażenia. A może po prostu nie byłam tam, gdzie być powinnam, aby je dostrzec.



Choinka wewnątrz Galerii

Owszem tu i ówdzie pozawieszano świąteczne ozdoby, wieczorami ciemność rozjaśniają choinkowe lampki, których światełka odbijają się w połyskujących, kolorowych bombkach, ale nie wyróżniają się one urodą ponad te, które oglądałam dotychczas w Rzymie, w Warszawie, czy choćby Gdyni lub Gdańsku. Mam wrażeniem, iż moje osiedle wygląda na tym tle wyjątkowo ładnie, kolorowo i naturalnie (udekorowano tutaj prawdziwe, a nie sztuczne choinki).

Chlubnym wyjątkiem jest wspomniana przeze mnie Galeria Lafayette, która przed świtem i po zmroku mieni się feerią świateł; różnokolorowych, migających, pulsujących, układających się w geometryczne wzory. Moc tych pulsujących lampek jest tak duża, że stojący naprzeciwko budynek jest oświetlony, jak za dnia.


Świąteczne dekoracje w pobliżu odwróconej piramidy

Natomiast już wnętrze Galerii wygląda mało naturalnie, olbrzymia sztuczna choinka aż razi plastikiem. Dekoracje w postaci świecących instrumentów muzycznych jakoś słabo do mnie przemawiają. Nie potrafię dostrzec związku gitary, pianina, czy trąbki ze świętem narodzenia pańskiego. Ze zdziwieniem przeczytałam, że świąteczny wystrój Galerii to dzieło całego sztabu stylistów, starannie przemyślane i warte mnóstwo pieniędzy. W tym roku wystawy Galerii zdobią scenki rodzajowe związane z różnymi rodzajami muzyki, do których dodano mały akcent świąteczny w postaci bombek, śniegu, czy choinek. Wystawy mienią się połyskującymi strojami śpiewających i podrygujących w rytm głośnej muzyki (nie mającej nic wspólnego nawet z przesłodzoną Jingle belle) postaci.


Szopka w NDDP

Dla mnie wygląda to wyjątkowo krzykliwie i tandetnie, ale widocznie nie dla wszystkich. Wystawy bowiem ściągają flesze aparatów licznych turystów, którzy fotografują zarówno witryny, jak i siebie na ich tle. Niestety nie wpadłam na ten pomysł i nie mogę zaprezentować brokatowo - cekinowych śpiewających Elvisów przygrywających na srebrnych gitarach i wyginających się w rytm muzyki.

Nieco dyskretniej prezentowały się tradycyjne świąteczne ozdoby w Galerii Carousell. Świecące łańcuchy przyozdobione czerwonymi bombkami przez szkło odwróconej piramidy prezentowały się całkiem ładnie.

Zabrakło mi w tych wszystkich ozdobach naturalności. Nawet szopka w Notre Dame de Paris raziła sztucznością.

Najbardziej podobała mi się dekoracja przedstawiona na zdjęciu poniżej
A tak prawdę mówiąc wpis ten powstał tylko dlatego, że nie mogę się na niczym skupić. Po koncercie wszystko wydaje mi się takie mdłe, bez wyrazu. Zarówno czytanie, jak i pisanie mi nie leżą. Do tego wczorajsza wizyta w Teatrze w Gdyni skończyła się chorobą i serią zastrzyków. Muszę chyba poszukać i zarezerwować bilety na jakiś koncert lub musical, a to przywróci mi chęci do działania. Nie cieszy nawet zwolnienie do końca roku.

sobota, 17 grudnia 2011

Notre dame de Paris- koncert na Bercy (16.12.2011), czyli mój koncert życia

Zaczęłam pisać wczoraj, ale nadmiar emocji nie pozwolił mi skończyć. Jeśli lubicie rzeczowe, konkretne sprawozdania odpuście sobie czytanie tego wpisu.
Miejsce- Bercy Paryż
Czas-16.12.2011 r.
Wykonawcy: Helene Segara, Daniel Lavoie, Bruno Pelletier, Garou, Patrick Fiori, Luc Mervil, Julie Zanatti. Na widowni obecny był też Luc Plamondon – autor słów musicalu.
Dzisiejszej nocy chyba nie zasnę.Czy w ogóle można spać po takim koncercie. Nogi mam, jak z waty, serce wali jak młotem, a ja wiem, że nic już nie będzie takie jak było do tej pory. Były chwile, kiedy zapominałam, że aby żyć należy oddychać i musiałam sobie o tym przypominać. Czułam się tak, jakby oddech mógł zakłócić odbiór. Serce waliło, jak oszalałe, a ja nie wiedziałam, czy uda mi się je powstrzymać na miejscu.
Ale, chociaż trudno mi zebrać myśli, chociaż nie mogę się skupić na tak prozaicznej czynności, jak pisanie, choć cała jestem rozdygotana emocjami postaram się opisać choć namiastkę moich wrażeń z koncertu.
Od kiedy po raz pierwszy usłyszałam muzykę z NDdP wydawało mi się, iż nie mogłoby mnie spotkać większe muzyczne szczęście i większe przeżycie niż wysłuchanie musicalu w jego pierwotnym wykonaniu. No, ale to wydawało się zupełnie nierealne. Musical skończono wystawiać ponad dziesięć lat temu. Musiałam zadowolić się muzyką z płyty oraz polską wersją musicalu w Gdyni. Miałam rację, to w czym dzisiaj uczestniczyłam przeszło wszelkie moje oczekiwania.
Koncert w Gdyni, który uważałam za cudowny, w porównaniu do paryskiego wykonania … nie ma porównania.
Otoczenie podobne, ale wrażenia wielokroć silniejsze.
Jak pisałam poprzednio hala widowiskowo - sportowa nie jest najlepszym otoczeniem dla sztuki, a za taką uważam musical. Muszę, jednak przyznać, iż w Bercy zupełnie nie przeszkadzało mi otoczenie; ogromna hala, plastikowe krzesełka, rusztowania widowni, ale chciałoby sie powiedzieć i co z tego. Może to zasługa miejsca blisko sceny, a może nastawienie, ale podobało mi się wszystko od chwili, kiedy dostałam się do tego muzycznego raju. Koncert jeszcze się nie zaczął, a ja już czułam się wspaniale, jak dziecko oczekujące pierwszej gwiazdki, uczennica czekająca na ostatni dzwonek przed wakacjami, jak dziewczyna przed pierwszą randką.
Trochę obawiałam się zagubienia, hala jest naprawdę ogromna, jednak doskonała organizacja nie pozwoliła nikomu zabłądzić. Wokół panowała atmosfera radości i oczekiwania. Jedyne, co zaprzątało myśli niektórym uczestnikom to polowanie na lepsze miejsca. Wokół słyszałam różnojęzyczny gwar; angielski, włoski, niemiecki, rosyjski, japoński (chyba), no i oczywiście polski.
O francuskim nie muszę chyba wspominać. Średnia wieku w okolicy 35 lat, choć sporo osób było w wieku mocno dojrzałym. Myślę, iż wielu Paryżan miało szczęście uczestniczyć w musicalu wystawianym trzynaście lat temu w Pałacu Kongresowym i dziś mogło konfrontować wrażenia ze wspomnieniami.
Siedem miesięcy oczekiwań skumulowało się w jednym dniu. Od rana wszystko we mnie śpiewało, to dziś jest ten dzień. Wielka radość, ale też wielka obawa, czy na pewno będzie mi się podobało. Kiedy oczekiwania są wielkie, to i rozczarowanie bywa ogromne. Jeden z kolegów opowiadał o dużym rozczarowaniu, jakie przeżył, w związku z niespełnieniem oczekiwań przez koncert, na który długo czekał. Zdawałam sobie przecież sprawę, iż wykonawcom przybyło lat, zmienił się nie tylko ich wygląd, zmienić się mogły ich głosy. To co kiedyś zachwycało, teraz mogło zawieść. Kiedy oglądałam koncerty na youtube zza wschodniej granicy wydawało mi się, że to nie ten sam musical, co ten sprzed lat. Tymczasem, wystarczyły pierwsze nuty Les Cathedrales w wykonaniu Bruno, a już wiedziałam, że jest w świetnej formie. I choć to niemal niemożliwe wydaje mi się, że brzmiał dziś lepiej niż te parę lat temu. I choć to może bez znaczenia wyglądał też bardzo dobrze. Wszyscy wykonawcy śpiewali cudownie, dawali z siebie wszystko, a może nawet więcej i prezentowali się wspaniale.
Moje niewprawne ucho (przez słonia nadepnięte) wyczuwało, iż jakoś słabiej brzmi Garou. W trakcie przerwy dowiedziałam się, że ma (miał) problemy zdrowotne z gardłem. Od tej pory bardzo się bałam, czy da sobie radę i czy udział w koncercie nie zaszkodzi jego głosowi (a może nawet zdrowiu). Miałam wrażenie, że w drugiej części śpiewał dużo lepiej. To właśnie jego miałam na myśli, pisząc, że artyści dali z siebie więcej niż mogli. Nie umiałabym wybrać najlepszego wykonania, bo wszystkie utwory zostały wykonane fantastycznie, ale … Katedry, Belle, Fatalite to majstersztyki. Ciary szły po plecach. Czy to możliwe, że ten koncert był wspanialszy od oryginału, a jeśli nie to przynajmniej równie dobry. Świetna organizacja, zaplecze (bufet, toalety, pomoc obsługi w dotarciu na miejsce), doskonała akustyka, nagłośnienie, efekty wizualne w postaci natężenia światła, kolorów, obrazy Katedry, ruch sceniczny, no i oczywiście muzyka i śpiew wszystko to powodowało, iż był to koncert doskonały. Oczywiście w mojej ocenie. Ale myślę, że nie jestem w niej odosobniona.
Siedziałam dość blisko sceny, więc korzystając z tego robiłam sporo zdjęć. Z jednej strony trochę szkoda było mi robić zdjęcia, kiedy mogłabym w tym czasie cała zamienić się w słuch. Teraz,nie żałuję, kiedy oglądam te zdjęcia czuję tamtą radość i słyszę muzykę i śpiew. Będąc tam, chciałam być w trzech osobach naraz, jedna robiłaby zdjęcia, druga zamknęła oczy i słuchała, a trzecia patrzyłaby i patrzyła.
Energia, jaką dysponowali wykonawcy udzielała się widowni. Myślałam, że może to tylko ja przeżywam takie chwile uniesienia, kiedy moja sąsiadka wyznała mi, iż na Les Cathedrales popłakała się, a cała nadal się trzęsie z wrażenia. Przez przypadek poznałam dziewczyny, które prowadzą polską stronę Bruna Pelletira (reklamowałam kiedyś tę stronę u siebie). Dziewczyny dołączyły adres mojego wpisu Jestem Brunetką w zakładce swojej strony parę miesięcy temu, przed planowanym koncertem Bruna w Polsce.
Kiedy jedna z dziewczyn chciała mnie namówić na podejście pod scenę podczas wielkiego finału nie zgodziłam się. Nie minęła nawet minuta, a zostawiwszy kurtkę na krześle pobiegłam pod scenę i razem z kilkunastoma (kilkudziesięcioma) osobami śpiewałam Belle i Czas Katedr. Gdyby ktoś powiedział mi to parę miesięcy, parę dni, a nawet parę minut wcześniej nie uwierzyłabym mu. Ja - grafomanka w średnim wieku pod sceną?.
Tym sposobem od moich ulubieńców dzieliły mnie zaledwie dwa-trzy metry.
Nie wiem, czy gdybym uczestniczyła w takim koncercie kilka lat temu doznania były by równie ogromne i nigdy tego się nie dowiem. Świadomość tego, że była to jedna, jedyna, niepowtarzalna szansa, że istnieją jakieś problemy prawne związane z prawami własności musicalu, że koncert był ponoć „nielegalny” sprawiała, iż przeżycia miały wymiar niemal ostateczny. Uczestniczyłam w czymś, w czym niewiele osób miało szansę uczestniczyć. To niewiele to oczywiście pojęcie symboliczne. Odbędą się trzy koncerty, a sala w Bercy może pomieścić 17.000 osób i w piątek była ona prawie pełna.
Gdyby kiedyś jeszcze trafiła się okazja takiego koncertu (NDdP wg wszelkich znaków na niebie i ziemi już się nie trafi, ale koncert któregoś z wykonawców) to bez chwili wahania gotowa jestem lecieć do Paryża, Londynu, Rzymu, czy gdziekolwiek indziej.
Niektórzy byli zawiedzeni kolejnością utworów, ponieważ na koncert składały się prawie wszystkie (ale nie wszystkie) utwory z musicalu, ale w kolejności wydawało się dość przypadkowej. Myślę, że to z powodu tych problemów związanych z legalnością i prawami autorskimi. Organizatorzy chcieli zapewne w jakiś sposób zabezpieczyć się przed ewentualnymi konsekwencjami.
Czy po takim koncercie będę w stanie normalnie funkcjonować, przysłowiowe słupki zliczać, wypełniać listy, arkusze, produkować tony makulatury. Podsumowania, raporty, sprawozdania, a co w tym jest produktywnego, twórczego, ważnego, istotnego, na co to komu potrzebne.
Zdjęcia (może nie najlepszej jakości, ale piękna pamiątka) 1. Finałowe Les Cathedrales,2. Bruno Pelletier Lune, 3. Helena Segara Ave Maria 4. Daniel Lavoie 5. Julie Zanetti, 6. Garou, 7 Patrick Fiori
Zaraz, zaraz, a czy napisałam, że było odlotowo, powalająco, fantastycznie i w ogóle to życie będzie teraz takie bez smaku. Do czasu, aż trafi się kolejne wow. Warto spełniać swoje marzenia.
Nie wiem, czy uda mi się w przeciągu najbliższych dni spłodzić coś sensownego, bo znowu bujam w obłokach. Czuję się, jakby ubyło mi z dziesięć lat. I zapomniałam dodać, że atmosfera była wspaniała. Byli tam ludzie, którzy znaleźli się tam, bo kochają ten rodzaj muzyki. Aż miło było obserwować, jaką przyjemność sprawił ten koncert widzom. Nie widziałam skwaszonych min, nie słyszałam rozżalonych głosów, nie widziałam, aby ktoś się spieszył z opuszczeniem sali, przepychał do wyjścia.
Na specjalne życzenie czytelnika, który twierdzi, iż dzięki mojemu wpisowi był na koncercie dołączam zdjęcie Luc Mervila, który oczywiście był fantastyczny. Wszyscy byli.

czwartek, 15 grudnia 2011

Fra Angelico w Paryżu

Od chwili, kiedy we wrześniu zobaczyłam plakat zapowiadający wystawę Fra Angelico w Paryżu wiedziałam, iż muszę ją zobaczyć. Nie będę nikogo oszukiwać, że to zauroczenie anielskim braciszkiem trwa od niepamiętnych czasów. Jeszcze parę miesięcy temu nie bardzo wiedziałam, kim był Fra Angelico. A dzisiaj chodzę na wystawę firmowaną jego nazwiskiem.
Wystawa znajduje się w Muzeum Jacquemart Andre. Oprócz dzieł Fra Angelico znalazły się też na niej dzieła florenckich malarzy sztuki sakralnej. Tym, co zwróciło moją uwagę jest nasycenie malarstwa sakralnego okresu wzesnorenesansowego barwami. Pełno w nim niebieskości i czerwieni w szatach przedstawianych postaci, pełno złota wokół nich; w aureolach, obramowaniach, w tle.
Na obrazach az mieni się od barw. Takie kolory miały najwspanialsze ilustracje pięknych baśni mojego dzieciństwa, takie kolory wydawały mi się najpiękniejsze. Poza kolorami uwagę zwracają też Madonny. Madonny mają twarze delikatne, porcelanowe o cerze niemal przezroczystej, na której ledwie mozna dostrzec zarys rumieńców. Kolejnym charakterystycznym elementem tych obrazów jest wierność szczegółom architektonicznym i umiłowanie do geometrycznych kształtów. Na wystawie miałam okazję obejrzeć krótki film o Janie z Fiesole (Fra Angelico). Dzięki niemu zwróciłam uwagę na detale obrazu Zwiastowanie, dotyczące wierności oryginalnej architekturze florenckiej (dekoracje, zwięczenia kolumn). Najbardziej rozpoznawalne dzieło twórcy stanowi zawsze motyw przewodni wystawy. Tym razem jest to obraz Madonny z dzieciątkiem (z Galerii Sabauda w Turynie. O ironio losu w Turynie bywałam kilkakrotnie, a nigdy nie odwiedziłam tej Galerii).
Moją uwagę zwróciły także pięknie ilustrowane brewiarze. Mogłyby one stanowić ilustrację do Imienia róży. Tak właśnie wyobrażałam sobie księgi znajdujące się w bibliotece opactwa przepisywane przez zakonników.
Niestety na wystawie nie można było robić zdjęć. Na uwagę zasługuje samo Muzeum mieszczące się w pałacowych wnętrzach przy Bulwarze Hausmanna.
Zdjęcia 1. Plakat wystawy, 2. Na wystawie ze strony Muzeum, 3. Ilustrowany Brewiarz ze strony Muzeum.
Króciutki dziś wpis uzupełnię po powrocie. Dopiero przed godziną wróciłam z całodniowej wędrówki, więc zabrakło mi sił na walkę z odmawiającym współpracy internetem oraz chodzącym w tempie żółwim laptopem podróżnikiem. Mam nadzieję, że choc to uda się opublikować.

środa, 14 grudnia 2011

Święta oczami dziecka i święta oczami osoby dorosłej

Święta oczami dziecka
Ze świąt dzieciństwa pamiętam, że czekałam na nie cały rok, były niezwykłym, magicznym wydarzeniem w bajkowej oprawie.
I wcale nie chodziło o prezenty, bo te dostawało się także na zajączka, na urodziny, na dzień dziecka. Na pewno były one (prezenty) jednych z ważnych elementów świąt, ale ważniejszym była ciekawość, co też to będzie; czy Mikołaj/rodzice podarują mi coś o co prosiłam w liście, czy też będzie to jakaś niespodzianka. Z czasem tak polubiłam niespodzianki, że sama unikałam zakamarków szaf i szuflad, aby przypadkiem czegoś nie znaleźć.
Jednak chyba to, co sprawia, że święta czasu dzieciństwa są dla nas skarbnicą najpiękniejszych wspomnień to cała atmosfera przygotowań do świąt i ich uroczysta oprawa. Tamto pomaganie mamie przy wypiekach, tamte robienie ozdób na choinkę (klejenie papierowych łańcuchów, zawijanie orzechów w złotka i sreberka po czekoladkach, przekuwanie pierniczków i nawijanie niteczek do zawieszenia), a potem niecierpliwe ubieranie drzewka. Tamte pakowanie prezentów (to już kiedy sama zaczęłam robić prezenty) i pisanie karteczek z imionami obdarowanych, rozkładanie obrusa, serwetek i stawianie świątecznej zastawy.
Tamte zapachy, smaki, wzruszenia, oczekiwanie, kolacja wigilijna (najpiękniejszy posiłek w całym roku), śpiewanie kolęd (w moim wydaniu fałszowanie kolęd), śnieg za oknem, pasterka, potem spacery i podziwianie pięknych szopek.
Święta oczami dorosłej osoby
Życzymy sobie często świąt w miłej, rodzinnej atmosferze wychowani na amerykańskich filmach, w których rodzina zasiada przy wspólnym stole i milutko sobie wspomina minione lata, a pamiętasz, jak ciocia kupowała karpia, a pamiętacie jak babcia wyszła z domu w kapciach, a pamiętacie... i sączą się miłe słówka i uśmiechy, łzy wzruszenia, radość na buźkach dzieci, które grzeczne jak aniołki oczekują przybycia Mikołajka. W tle rozbrzmiewa słodko - ckliwa muzyka (Jingle bells, Last Christmas), mieszkanie jest przystrojone w świąteczną szatę, wszyscy ubrani w uśmiech na twarzy. Tylko, że takich świąt nie ma, to literacka, lub filmowa fikcja. Marzenie jak Szpital w Leśnej Górze.
W rzeczywistości, już przy wejściu babcia zasypuje dobrymi radami zmęczoną panią domu, która położyła się spać dopiero nad ranem i jest na nogach już od paru godzin – choinkę źle ustawiłaś, trzeba było z drugiej strony pokoju, a obrus mogłaś ten, co ci kupiłam na imieniny. Potem pyta drugą córkę, czy dzieci czasem nie były w tych samych koszulach rok temu. Potem druga babcia krytykuje życzenia składane przez pana domu. Stół ugina się pod ciężarem różnych frykasów (trudno sobie wyobrazić potrawę, której by na nim brakowało).
Jedna z ciotek natomiast martwi się, że nie ma jej ulubionej ryby w galarecie na słodko. Potem babcia wydziera z rąk dziecku kromkę suchego chleba, bo jak tak można jeść suchy i smaruje mu masełkiem i obkłada szyneczką (maluchowi, żeby nie było, że danie niepostne), a dziecko, które lubi jeść sam chlebek dostaje furii i wydziera się w wniebogłosy.
Potem ktoś nieopatrznie powie coś na temat ostatnich wyborów i zaczyna się dyskusja, w której wujek obraża się na babcię, a teściowa na zięcia. Po posiłku pani domu planuje wysłać gdzieś dzieci na chwilę i podłożyć niezauważalnie prezenty pod choinką. W tym czasie jedna z babć wciska swoje prezenty dziecku, bo ona chce być tą lepszą. Pan domu w ogóle się nie odzywa i sprawia wrażenie, jakby marzył o tym, aby wszyscy już sobie poszli. W końcu obie babcie się licytują które prezenty dzieciom bardziej się podobają. A prezentów jest tyle, że można by nimi obdarować dzieci z niewielkiego domu dziecka. Wszystkich najbardziej intryguje wielki karton, wyglądający jakby mieścił w sobie odkurzacz. Kiedy wyjaśnia, że to dla babci - babcia się obraża, że taki duży i ona go nie chce. Gdy się dowiaduje, od kogo jest prezent zagląda do środka. Niby się cieszy, ale za chwilę stwierdza, że miała nadzieję na krem do twarzy. Druga babcia każe wszystkim się zachwycać, że jej prezenty są bardzo ładne, jej potrawy bardzo smaczne, jej dzieci są mądre, a jej wnuki fantastyczne.
Potem obie babcie wciskają dzieciom cukierki, czekoladki i batoniki oraz colę, której mama nie pozwala im pić.
Chwila spokojnej zabawy niestety nie trwa zbyt długo. Za chwilę na stół wjeżdża kolejny posiłek, kolejne miski, półmiski i talerze pełne jedzenia.
Podczas posiłku obie babcie usiłują wcisnąć dzieciom coś zdrowego, a jak to spełza na niczym, to cokolwiek, bo one takie wymizerowane. I znowu zaczynają się awantury i krzyki, bo dzieci mając przed sobą górę zabawek ani myślą cokolwiek jeść, zwłaszcza, że zjadły już z pół kilograma słodyczy.
Aby dopełnić całości obrazu w tle „gra” cały czas telewizor.
Ten obrazek jest kompilacją wspomnień nie tylko moich ale i tych zasłyszanych od krewnych i znajomych królika.
Dlatego podobnie jak wiele osób nie lubię świąt i marzę, aby szybko odbyć „urocze rodzinne spotkanie” i oddać się swoim ulubionym zajęciom.
Jednak właśnie ze względu na dzieci robimy wszystko, aby one miały co wspominać; klimat, atmosferę, magię. To dla nich tworzymy tradycję. Będą mogły opowiadać kiedyś swoim dzieciom o pięknych, magicznych świętach czasów ich dzieciństwa.
PS. 1. Ponieważ zaraz lecę, pieczenie piernika czeka na mój powrót. Ach, jak on pachnie obłędnie w całym domu.
PS. 2. A może w tym roku będzie inaczej i spędzę święta w miłej rodzinnej, atmosferze. Tego sobie i wam życzę.
PS. 3 Uwielbiam świąteczne potrawy i jem je tylko raz do roku (karpia, kapustę z grzybami, piernik świąteczny, strudel makowy).
Obrazy ze stron internetowych.
Ostatnio w związku z urlopem i nawałem pracy w pracy miałam mało czasu na odwiedziny na moich ulubionych blogach, ale obiecuję to nadrobić.
Miłych przygotowań życzę.
A listy do świętego już napisane? Założę się, że gro prezentów stanowić będą książki.

wtorek, 13 grudnia 2011

Trzech panów w łódce nie licząc psa Jerome K.Jerome

Trzech panów w łódce nie licząc psa to opis przygotowań do podróży oraz przygód w jej trakcie trzech londyńczyków. George, Harris oraz narrator (najprawdopodobniej sam Jerome) w towarzystwie psa wybrali się w rejs po Tamizie. Książka zgodnie z notką na okładce miała być poważnym przewodnikiem turystycznym. I jak na przewodnik przystało znajdują się tutaj opisy atrakcji turystycznych wraz z przypowiastkami historycznymi.
Jednak to nie one stanowią o wartości książki. „Trzech panów w łódce” jest przede wszystkim dobrą powieścią humorystyczną.
Osobiście nie jestem zwolenniczką angielskiego humoru. Jednak anegdotki i zabawne historyki opisane w książce powodowały, jeśli nie wybuchy śmiechu, to wprawiały w dobry nastrój i wywoływały uśmiech na twarzy. Przygody, jakie przydarzyły się trójce bohaterów pozwalają doskonale oddać różnorodność ludzkich charakterów. Narrator przedstawia swoich przyjaciół ich w nieco krzywym zwierciadle. Nie można mu jednak brać tego za złe, bo wytykając wady bliźnich nie oszczędza także siebie.
Powieść rozpoczyna fantastyczny opis hipochondrii. Kiedy Jerome podczas czytania Poradnika medycznego zaczyna odnajdować u siebie objawy coraz to nowych chorób, aby w końcu dojść do wniosku, że jest śmiertelnie chory i dziwnym wydaje mu się, że jeszcze żyje, przypominają się własne „odkrycia medyczne” w kwestii stanu zdrowia.
Opis codziennych prozaicznych zdarzeń, ujawniający, jakże często irytujące zachowania bohaterów, pozwala uzmysłowić sobie własne zachowania w podobnych sytuacjach, które jak dotąd wcale nie wydawały nam się ani śmieszne, ani irytujące.
Jakże znajomym wydaje się na przykład opis pakowania bagażu podczas, którego zamknąwszy walizkę zaczynamy się zastanawiać, czy zapakowaliśmy jakąś rzecz absolutnie niezbędną w podróży, bądź też, kiedy ułożymy na samym dnie torby coś, co jest nam potrzebne jeszcze przed wyjazdem.
Jakże znajomo brzmi utyskiwanie narratora na lenistwo przyjaciół podczas rejsu i jego przeświadczenie, że gdyby nie jego ciężka praca, łódź nie płynęłaby naprzód. Podobne przeświadczenia żywią także panowie George i Harrris. Czy my sami nie mamy takiego przeświadczenia, że gdyby nie nasza ciężka praca żadne zadanie nie byłoby skończone. Czy my wreszcie nie uważamy, że to nam przypada w udziale najcięższa, najgorsza, najważniejsza część pracy do wykonania.
Jest to lektura, która pozwala nam spojrzeć na siebie samych z dystansem. Nie jest to arcydzieło literackie, ale dobra książka na poprawę humoru.

Moja ocena 4,5/6

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Imię róży Umberto Eco

O Panie, w jakie ręce wpadł Twój Kościół! Przemieniony w nierządnicę, zmiękczony przez przepych, wije się w lubieżności niby wąż w ogniu! Od nagiej czystości stajenki w Betlejem, z drewna, jakim było lignum vitae (drzewo żywota) krzyża, do orgii złota i kamienia. 
Początek XIV wieku; do benedyktyńskiego opactwa, które ma stać się miejscem teologicznej debaty z udziałem papieskiego legata, debaty na temat uznania prawa własności duchowieństwa, przybywa uczony franciszkanin brat Wilhelm wraz z pomocnikiem - nowicjuszem Adso. Zostaje on poproszony o pomoc w wykryciu sprawcy zbrodni. W opactwie w przeciągu krótkiego czasu zaczynają ginąć w niewyjaśnionych okolicznościach braciszkowie. W niezwykłej; mrocznej i ponurej atmosferze kamiennych, zimnych murów, unoszących się oparów mgieł brat Wilhelm, były inkwizytor poszukuje rozwiązania kryminalnej zagadki.
Książka w znakomity sposób przenosi nas w okres średniowiecza. Przy opisie życia mieszkańców opactwa, a także opisie wegetacji okolicznej biedoty odczuwam radość z powodu przyjścia na świat w dwudziestym wieku. W klasztorze panuje ponury nastrój, wszelkie przejawy radości życia tłumione są w zarodku. Śmiech jest narzędziem szatana. Ponurzy są ludzie i ich otoczenie. Żywiący się odpadkami z opackiej kuchni okoliczni mieszkańcy są ciemni, biedni i brudni. Czytając niemal czuję przenikliwy chłód oraz odór odpadków, a po plecach przebiega dreszcz odrazy z powodu ciemnoty wieków średnich. 
Na tle kryminalnej intrygi autor snuje rozważania na tematy teologiczne, ale także na temat prawdy i fałszu, polityki, mądrości, życia, miłości.
Powieść pełna jest metafor; jak choćby biblioteka czy labirynt symbolizujące życie i jego pułapki. Labirynt jest tajemniczy i wydaje się nie do pokonania, bez pomocy z zewnątrz człowiek nie jest w stanie z niego wyjść. Trzeba znać reguły, aby móc uniknąć pułapek, jakie czyhają tu na człowieka. Te reguły znają tylko nieliczni. A posiadając taką wiedzę nie wszyscy chcą się nią dzielić. Łatwiej jest zapanować nad człowiekiem, który się boi i wierzy w przesądy.
Człowiek boi się tego, czego nie zna i nie rozumie. A że poziom wiedzy w wiekach średnich był katastrofalnie niski, ludzie bali się wszystkiego; głównie działania sił nieczystych. 
Ale powieść to poza tłem historycznym i filozoficznymi rozważaniami także wspaniale opowiedziana, intrygująca historia kryminalna wciągająca i trzymająca w napięciu do ostatnich stron. Akcja rozgrywa się wokół poszukiwania tajemniczej, zakazanej księgi. Prawda w niej zawarta okazuje się owocem zakazanym, którego lepiej nie próbować. 
Lękaj się (...), proroków i tych, którzy gotowi są umrzeć za prawdę, gdyż pociągają za sobą na śmierć licznych, często przed sobą, czasem zamiast siebie.
Zawsze lepiej, żeby ten, kto budzi w nas strach, bał się bardziej niż my.
Muszę się jednak przyznać, że początki lektury nie były łatwe, czytało mi się ciężko. Średniowiecze nie jest moją ulubioną epoką historyczną, a odniesienia historyczne były początkowo dość nużące. Kiedy jednak przebrnęłam przez ciężki początek (a przyznaję, że trwało to dość długo) zarówno akcja powieści, jak i ukryte w niej treści zaczęły mnie wciągać. Przyznam też, że kilkakrotnie odkładałam książkę, aby wrócić do niej po jakimś czasie. Wróciłam i nie żałuję.

Król w Nieświeżu J.I. Kraszewski

Król w Nieświeżu to trylogia, którą spaja postać Karola Radziwiłła „Panie Kochanku”. Składają się na nią; Papiery po Glince, Król w Nieświeżu oraz Ostatnie chwile księcia wojewody.
Karol Radziwiłł to typowy przedstawiciel sarmackiej oligarchii; wojewoda wileński, starosta lwowski, miecznik wielki litewski, podczaszy litewski, ordynat nieświeski, ołycki, pan na Białej, właściciel Kiejdan. Potomek i dziedzic ogromnej fortuny Radziwiłłowskiej był jednym z najbogatszych przedstawicieli arystokracji w XVIII-wiecznej Europie.
Wokół jego osoby narosło wiele mitów i legend. Uważany był z jednej strony za typowego Sarmatę, co to bez bitki i wypitki żyć nie potrafi, a z drugiej za przykład szlachetności i patriotyzmu. Kraszewski w swoje trylogii ukazuje całe spektrum osobowości tej barwnej postaci.
Papiery po Glince. Do Nieświeża na dwór Radziwiłłowski przybywa drobny szlachcic, co się zowie Krzyski. Przyjęty życzliwie przez wojewodę z czasem staje się personą non grata na magnackim dworze. Przyjaciele i domownicy chcąc wojewodę z kłopotu wybawić wpadają na pomysł ożenienia szlachcica z którąś z miejscowych panien. Na nieszczęście Krzyskiemu w oko wpada panna Zoryna, dawna sympatia wojewody. Karol Radziwiłł próbując gościa się pozbyć, a pannę Zorynę przez jego zakusami obronić popada w kolejne tarapaty. W Papierach po glince poznajemy Radziwiłła, jako pana cieszącego się dużą popularnością wśród szlachty. Biesiady, zabawy, polowania, obdarowywanie gości prezentami zyskiwało mu wielu „przyjaciół”. Kto raz dostąpił zaszczytu poznania Karola mógł liczyć na niemal dożywotnie prawo gościny. Która panna była w łaskach wojewody, choćby przez jeden dzień mogła liczyć na dobry posag i opiekę możnowładcy. Szczodrość Radziwiłła nie miała granic i wykorzystywana była bez skrupułów.
Król w Nieświeżu. Kiedy do uszu Karola Radziwiłła dochodzi wieść, iż bawiący w okolicy król Stanisław August Poniatowski pragnąłby złożyć mu wizytę wojewoda nie jest tym zachwycony. On, bogaty możnowładca, przedstawiciel rodu, z którego pochodziła Barbara Radziwiłłówna, żona Zygmunta Augusta, miałby przyjmować u siebie takiego „przybłędę”, z którym ani zapolować, ani zabawić się, ani wypić nie można. Ale skoro już raz Radziwiłł decyduje się króla zaprosić, zrobi wszystko, aby była to gościna niezapomniana, aby nikt nie mógł powiedzieć, iż Radziwiłł pożałował środków. Oprawą monarszej wizyty w Nieświeżu są wspaniałe uczty, na których stoły uginają się od jedzenia, zabawy, polowania, przedstawienia, okolicznościowe dekoracje sufitowe, inscenizacja bitwy morskiej, oprowadzanie po skarbcu i obdarowywanie króla, jego dworzan i służby. Dać „ekonomczukowi” strzelbę do ręki i kazać strzelać do niedźwiedzia, podstawiać konia i zapraszać na przejażdżkę, wznosić jeden za drugim kielichy wina, czy kazać uczestniczyć w pełnej brawury, rozmachu i huku inscenizacji bitwy (zdobywania Gibraltaru), to pomysły wojewody na upokorzenie króla. Króla, który gustuje w innego rodzaju rozrywkach. Kraszewski ukazuje dwie skrajnie różne osobowości, wydobywając zarówno ich wady, jak i zalety, choć tych ostatnich jest zdecydowanie mniej.
Ostatnie chwile księcia wojewody. To zdecydowanie najlepsze opowiadanie z całej Trylogii. Tutaj Karol Radziwiłł został ukazany i od najgorszej i od najlepszej strony. Z jednej strony opój, hulaka, sobiepan, wszczynający burdy, najeżdżający na okoliczne dwory, nie znoszący sprzeciwu, nie uznający odmowy, z drugiej pragnący odpokutowania skruszony grzesznik. Radziwiłłowi wpada w oko panna Felisia, córka drobnego szlachcica. Panna jest piękna i dumna i nie wykazuje zainteresowania czynionymi przez niego awansami. To rozjusza Karola, na tyle, że postanawia dwór najechać i pannę porwać. Za skutki młodzieńczego gwałtu pokutować będzie długie lata. Karol Radziwiłł Kraszewskiego przypominał mi Sienkiewiczowskiego Andrzeja Kmicica.
Autor starał się przedstawić go w sposób obiektywny, nie skrupiając się wyłącznie na jego wadach, nie kreując go również na wielkiego patriotę, czy bohatera narodowego. A jednocześnie próbował uczynić jego postać bardziej ludzką.

Trylogia to powieść historyczna (ze względu na występujące w niej historyczne postacie i zdarzenia, w tym wizytę króla w Nieświeżu). Ale Trylogia to przede wszystkich powieść obyczajowa oraz studium psychologiczne postaci; a w szczególności głównego bohatera Karola Radziwiłła „Panie Kochanku”, który może być odwzorowaniem typowych cech polskiego sarmaty. Zdjęcia: 1. Okładka, 2. Król Stanisław August Poniatowski, 3. Karol Radziwiłł

Moja ocena 6/6 (i doczekał się Kraszewski u mnie najwyższej noty)

niedziela, 11 grudnia 2011

Na walizakach , niespodzianka i różności

Powinnam dziś napisać recenzję Angelologii, która wywarła na mnie spore wrażenie. Powinnam skończyć czytanie Wyspy niesłychanej, której lektura idzie mi troszkę opornie, powinnam zacząć czytać Jaszczura, bo to książka biblioteczna, ale … pozwalam sobie dzisiaj na intelektualne lenistwo.
Ostatni mój weekend przed świętami poświęciłam na sprawy związane z przygotowaniami do Bożego Narodzenia. Udało mi się zabawić w świętego Mikołaja, zaopatrzyć lodówkę i spiżarnię w niezbędne składniki o dłuższym terminie przydatności. W ten sposób, niemal natychmiast po powrocie z urlopu będę mogła (przynajmniej teoretycznie) zabrać się za pieczenie, gotowanie, krojenie. Udało mi się także przy pomocy pewnej miłej osoby zrobić wielkie porządki.
Co więcej walizka leży już prawie całkiem spakowana. Okazuje się, iż taka podróż przed świętami jest szalenie mobilizująca. Dawno już nie byłam tak zaawansowana w pracach przygotowawczych, jak w tym roku.
Podróże stanowią istotę mojej ziemskiej wędrówki. Nie zawsze tak było. Najpierw brakowało pieniędzy, potem były podróże, które rozczarowywały zawrotnym tempem i niespełnieniem oczekiwań. Wtedy zabrakło odwagi na samodzielne wyjazdy i było oczekiwanie na jakieś kiedyś, w niesprecyzowanej przyszłości, z zamykaniem oczu na wiążący się z tym kiedyś, brak środków, zdrowia i sił. Był też czas, kiedy obowiązki rodzinne związane z opieką nad chorym nie pozwalały na oddalenie, nie tylko z kraju, ale nawet z miasta.
Teraz będąc w międzyczasie pomiędzy młodzieńczym a starczym brakiem środków, odwagi, chęci wykorzystuję swoje możliwości i niemożliwości do maksimum.
Podróże są motorem moich działań. Myślę, że gdyby nie one nie miałabym siły wykonywać pracę, której nie lubię.
Dzisiaj, kiedy przestaję odliczać dni i zaczynam odliczać godziny czuję znajomy niepokój w żołądku związany z rychłym wyjazdem. Ten, jak mawiała moja babcia reise fiber przed podróżą nie wiąże się u mnie ze strachem przed lataniem, który oswoiłam dawno temu, ale z wychodzeniem z bezpiecznego schronienia czterech ścian własnego domu w nieznany świat. Ów stan mija, kiedy tylko znajdę się po odprawie.
Kiedy w maju zarezerwowałam bilety na koncert, tym samym sprawiłam sobie ponad siedem miesięcy radosnego oczekiwania. Niemal tak samo radosnego, jakim będzie pobyt i koncert. Koncert życia :)
Jeszcze tylko szesnaście godzin pańszczyzny, a potem voila…
W tym tygodniu spotkała mnie kolejna niespodzianka książkowa. Ujrzawszy w skrzynce charakterystyczną kopertę bąbelkową sugerującą książkową zawartość, pomyślałam, że to zapewne pomyłka. Adres na kopercie jednak nie potwierdzał moich domysłów. Kiedy zajrzałam do środka, okazało się, iż przesyłka jest od dobrego ducha moich rzymskich wakacji- od mojej gospodyni i koleżanki Edyty. Dostałam książkę jednego z moich ulubionych autorów Jacka Dehnela. Pana Jacka poznałam (i w przenośni, dzięki książkom i dosłownie na spotkaniu literackim) właśnie dzięki Edycie. To ona bowiem zwróciła moją uwagę na Lalę. Przesyłka zawierała także słodycz, która dotrwała jedynie do chwili zrobienia zdjęcia. To taki miły, bezinteresowny gest. Edyta bowiem nie mogła wiedzieć, iż w tym samym czasie ja wpadłam na identycznym pomysł i wysłałam jej także książkę i słodycz. :) A nasze przesyłki minęły się w drodze.

Przeprowadzka bloga. W międzyczasie nadal przeprowadzam swego drugiego bloga. Miałam nadzieję, że uda mi się to do końca roku. Teraz widzę, iż jest to nierealne. Jak na grafomankę przystało wpisów na moim pierwotnym blogu (Z dziennika grafomanki) jest całkiem sporo. Tak więc jeszcze przez jakiś czas będę zamieszczać posty codziennie. Tradycyjnie nie mogę obiecać, iż będę nadawać z Paryża. Postaram się, ale to zależy od dostępności internetu.

sobota, 10 grudnia 2011

Kobieta trzydziestoletnia Balzac

Przeczytałam do końca, choć łatwo nie było. Książka niestety rozczarowała mnie. Spodziewałam się czegoś w stylu Wiktora Hugo. Tymczasem czytało mi się ciężko, ponieważ powieść napisana jest dość kwiecistym stylem. Zdania są bardzo rozbudowane, co sprawiało, że czytając gubiłam sens całości. Główna bohaterka jest kobietą głęboko nieszczęśliwą, tyle że przyczyna tego stanu rzeczy jest opisana w tak zawiły sposób, że trudno domyślić się co jest tego powodem.
Książka jest częścią cyklu „Komedii Ludzkiej”. Zgodnie z przedmową do "Kobiety trzydziestoletniej" jej tłumacza, Boya-Żeleńskiego, Balzak jest pierwszym pisarzem, który porusza w swych powieściach temat „fizjologii małżeństwa”. We wszystkich wcześniejszych powieściach miłość kończyła się na ślubnym kobiercu, a potem żyli długo i szczęśliwie. Balzak natomiast przedstawia portret psychologiczny kobiety zamężnej, kobiety trzydziestoletniej, przy czym trzydziestoletnia jest określeniem umownym i oznacza kobietę dojrzałą.
Julia z wielkiej miłości wychodzi za mąż za przystojnego oficera napoleońskiego Victora i z beztroskiego dziewczęcia staje się nieszczęśliwą kobietą. Okazuje się, że małżonkowie zupełnie do siebie nie pasują. Balzak nie pisze dokładnie na czym to niedopasowanie polegało, ale z zawoalowanych opisów można wysnuć przypuszczenie, że było to poza niezgodnością charakterów także niedopasowanie fizyczne, a prawdopodobnie również przemoc seksualna. To zapewne jest przyczyną nazwania przez Julię swego małżeństwa legalną prostytucją. Niemal połowa książki to opis cierpienia Julii; Julia jest nieszczęśliwa, Julia jest w depresji, Julia chce popełnić samobójstwo, ale nie robi tego, bo brakuje jej siły. Julia ma dzieci, ale nawet one nie są w stanie wyrwać jej ze stanu biernej apatii. Pojawiają się także romantyczni i mniej romantyczni wielbiciele. Ale wszystko, jak dla mnie jest nieprzekonywujące. Dopiero dwie ostatnie opowieści (książka składa się z sześciu opowieści) zaciekawiły mnie nieco, ponieważ akcja nabrała przyspieszenia.
Tak więc Kobieta trzydziestoletnia nie przemówiła do mnie. Należy jednak docenić iż Balzak był prekursorem w tej dziedzinie, jako pierwszy napisał o pozycji społecznej kobiety w małżeństwie.

piątek, 9 grudnia 2011

Emma Jane Austin

Po dziesiątkach recenzji dotyczących dzieł Jane Austin, w dużej mierze recenzji pozytywnych, po własnych całkiem miłych wrażeniach z lektury Rozważnej i romantycznej oraz Dumy i uprzedzenia sięgnęłam po książkę mniej znaną i nie budzącą tak powszechnej sympatii.
Przyzwyczajona do pewnego schematu występującego w Dumie oraz w Rozważnej polegającego na prowadzeniu narracji przez młodą, wykształconą i choć nie pozbawioną pewnych wad to bardzo sympatyczną bohaterkę, córkę pastora, obdarzoną dużą ilością sióstr na wydaniu i mającą niewielkie szanse na zamążpójście trafiłam na narratorkę znajdującą się w całkiem odmiennej sytuacji i zupełnie innego charakteru.
Emma pochodzi z majętnej rodziny, jest osóbką inteligentną, ale bardzo rozkapryszoną, a jej sądy i zachowanie są dosyć irytujące. Głównym i właściwie jedynym zajęciem Emmy jest bawienie się w swatkę. Nie mając ku temu zajęciu żadnych predyspozycji, a także nie potrafiąc prawidłowo oceniać ani ludzi, ani ich zachowań, zadufana w sobie panna nie dostrzega niebezpieczeństw, jakie niesie za sobą manipulowanie tak delikatną materią, jaką są uczucia. Popełnienie jednego błędu nie chroni Emmy przed popełnieniem kolejnego i wyrządzeniem krzywdy osobie, którą nazywa swoją przyjaciółką. Na szczęście dla niej - przyjaciółka jest osobą niewielkiego rozumu i mocno zmienną w uczuciach, dlatego dość szybko wymazuje z pamięci doznane krzywdy. 
Emma próbując układać życie innym w końcu sama wpada w sidła uczucia. Jest ona osóbką upartą, apodyktyczną, egoistką i hipokrytką. Taką bohaterkę trudno polubić. Ja jej nie polubiłam. Dopiero pod koniec książki ulega ona pewnej przemianie i zyskuje nieco sympatii. Jednak ta przemiana, jak dla mnie, jest nieprzekonywująca.
Muszę jednak przyznać, iż Austin doskonale ukazuje stosunki panujące na angielskiej prowincji w dziewiętnastym wieku; sztywny podział na klasy oraz życie podporządkowane konwencji, pełne obłudy, grzecznych formułek i zakłamania. Życie płynie leniwie, flegmatycznie, a jedyną rozrywkę mieszkańców stanowi omawianie i organizowanie życia sąsiadów. Wszystko oczywiście pod płaszczykiem szczerej troski o ich dobro.
Opisane przez Jane postaci są bardzo zróżnicowane i bardzo wyraziste, a przy tym, poza nielicznymi wyjątkami, mocno irytujące (pełne egoizmu, zarozumiałości, gadatliwe, głupiutkie, absorbujące swoją osobą otoczenie, hipochondryczne). 
Książka wyraża pogląd autorki na instytucję małżeństwa; wychodzenie za mąż dla pieniędzy to nikczemność, a wychodzenie bez nich to głupota.
Miałam duży kłopot z napisaniem recenzji. Czytało mi się ciężko i długo (cztery dni) i tak też ciężko pisało mi się recenzję.

czwartek, 8 grudnia 2011

Rodacy na wakacjach

Będąc na wakacjach często zastanawiam się dlaczego niektóre osoby wybierają, jako miejsce spędzenia swojego urlopu takie, a nie inne miejsce.
Co skłania ludzi do wydania całkiem niemałej ilości ciężko zarobionej mamony, aby za miejsce swoich wakacji wybrać Rzym, Paryż, Barcelonę, czy którąś ze stolic europejskich, tudzież jedno z miast egipskich.
To, co dla mnie jest „oczywistą oczywistością” poznawanie miejsc, kultury, ludzi nie jest już taką oczywistością dla wielu rodaków.
Trudno bowiem założyć, aby ktoś kto, ani nie zabiera ze sobą przewodnika, ani nie przestudiował go przed wyjazdem do kraju, który planuje odwiedzić miał jakiekolwiek ambicje poznawcze. Nie mówiąc już o bardziej dogłębnym poznawaniu nowych ziem i nowych kultur. W końcu nie każdy jest historykiem sztuki, nie każdy jest erudytą, nie każdy musi się znać na tych wszystkich niuansach, nikt nie wymaga od nas, abyśmy wiedzieli, czy oglądana świątynia pochodzi z XIII czy XVIII wieku, jakie dzieła zawierają największe muzea, czy też kto zamieszkiwał dany pałac czy rezydencję.
Ale wydawało mi się, że jedziemy, aby dowiedzieć się czegoś nowego, zobaczyć coś, co znamy jedynie z książek, telewizji, Internetu, czy z opowieści. Chcemy obejrzeć dzieła architektury i sztuki, dotknąć miejsc, w których toczyła się historia, pooddychać powietrzem, którym oddychali nasi praojcowie, poczuć wzruszenia, jakie towarzyszyły budowniczym wielkich świątyń i innych budowli. Tyle, że aby je poznać należałoby wiedzieć chociażby jak one wyglądają i jak się nazywają, a także z czym lub z kim się kojarzą.
Tymczasem …parę historyjek (być może już opisanych we wpisach wcześniejszych)
Rzym. Stoję na Piazza Navona jednym z piękniejszych placów Rzymu, nie napiszę, że najpiękniejszym, bo obruszą się wielbiciele Piazza San Pietro, Piazza del Popolo, Piazza Spagna, czy któregoś z licznych, acz pięknych placów stolicy świata. Stoję przed – moim zdaniem - najpiękniejszą fontanną Berniniego - Fontanną Czterech Rzek. Przepiękna baśniowa kompozycja składa się z personifikacji czterech rzek (Nil, Ganges, Dunaj, La Plata), z tych części świata, które w okresie baroku symbolizowały te cztery części świata, do których sięgała władza papieska. Posągi otacza fauna i flora właściwa tym regionom; wąż, lew, palma, koń i smok. Pośrodku fontanny stoi obelisk, który w odróżnieniu od innych rzymskich obelisków nie został sprowadzony z Egiptu, ale zrobiony w Rzymie. Na jego szczycie znajduje się gołąb z gałązką oliwną w dziobie.
Stoję i próbuję zespolić się z otoczeniem, chłonę atmosferę placu, wypowiadam za Faustem po tysiąckroć zaklęcia o zatrzymaniu chwili w czasie, oddycham lekko, a twarz moja rozjaśnia się uczuciem zadowolenia i niemal szczęścia. W tym właśnie stanie słyszę rodaczkę, która mówi do swej koleżanki; poczekaj stań tutaj - to zrobię ci zdjęcie na tym ryneczku z tą wieżyczką. W pierwszej chwili wydaje mi się, że to mi się śni, nie mam pojęcia, co też ta pani ma na myśli; skąd jej się tutaj pojawił ryneczek i o jaką wieżyczkę jej chodzi. Wtedy wiodąc wzrokiem za ręką fotografki widzę obelisk znajdujący się pośród fontanny stojącej Piazza Navona.
Castel Sant`Angelo. Pierwotne Mauzoleum cesarza Hadriana, w średniowieczu budowla obronna, w końcu rezydencja papieska połączona zadaszonym przejściem (Passetto) z Pałacem Watykańskim. Tutaj podczas sacco di Roma (zdewastowania Rzymu przez wojska cesarza Karola V) schronił się papież Klemens VII (z Medyceuszy). Zamek Św. Anioła był zresztą niejednokrotnie wykorzystywany, jako azyl papieży i innych dostojników kościelnych w czasach licznych historycznych zawieruch. Nazwę swą wziął od stojącego na szczycie posągu Archanioła Michała. Legenda mówi, iż w VI wieku w wyniszczonym zarazą mieście prowadzącemu procesję błagalną papieżowi ukazała się postać Anioła chowającego miecz do pochwy, co miało oznaczać przebłaganie gniewu bożego i rychłe zakończenie epidemii.
Wewnątrz znajduje się spiralny korytarz, po którym wjeżdżało się konno po wyższy poziom. Swoją drogą nie jedyny to przykład dostosowania budowli do możliwości konnego transportu. Zamek Św. Anioła można zwiedzać, znajdują się tam sale muzealne z kolekcją rzeźby, malarstwa i broni, a z górnego tarasu rozciąga się wspaniały widok na Plac Św. Piotra, Bazylikę i kolumnadę Berniniego. Ponadto dla wielbicieli Dana Browna jest to kolejne miejsce poszukiwań tajnej siedziby Iluminatów.
Uwielbiam stać na Moście Św. Anioła i podziwiać tę okrągła twierdzę. Otóż stojąc tam usłyszałam rodaka - cicerone, który tłumaczył swej towarzyszce głosem pełnym znajomości tematu, iż to tutaj „spierdzielali papieże", kiedy się coś działo w Watykanie, ale w środku nie ma nic ciekawego i nie warto tam wchodzić. Trzeba przyznać, że Pan wykazał się dużą znajomością tematu, aczkolwiek nie zgodziłabym się, iż nie ma tam nic ciekawego. Zamek Anioła właśnie z powodu swojego nietypowego kształtu, historii i aury, uważam za wart obejrzenia także „od środka”.
Pantheon – Świątynia Wszystkich Bogów wzniesiona za Marka Agrypę - zięcia cesarza Augusta w 27 r. n.e. i przekształcona za cesarza Hadriana w chrześcijańską świątynię. Jest to najstarszy chrześcijański kościół w Rzymie. Kopuła nad Panteonem jest największą w Rzymie. Świątynia jest idealnie symetryczna, ma 43,5 metra wysokości, szerokości i długości. Jedynym źródłem światła jest dziewięciometrowy occulus w dachu Kopuły. Nie wyobrażam sobie wizyty w Rzymie bez zajścia pod Panteon i wejścia do jego wnętrza, aby po raz kolejny pokłonić się Rafaelowi. Jego to grób z przepiękną rzeźbą Madonny i epitafium napisanym ręką przyjaciela „Tu spoczywa Rafael; za życia Wielka matka Natura obawiała się, że mu ulegnie, a wraz z jego śmiercią, że umrze” ściąga tu tłumy turystów.
Stojąc pod Panteonem i podziwiając lekkość tej monumentalnej budowli słyszę, jak jeden pan informuje drugiego, iż zrobi mu zdjęcie „pod tym czymś”. To coś to właśnie Pantheon proszę pana.
Egipt. Dwutygodniowa wycieczka do Hurgardy z bogatymi planami obejrzenia wszystkiego, co tylko będzie możliwe do zwiedzenia. Przede wszystkim Kair z jego Muzeum i skarbami Tutenhamona, piramidy w Gizie i Sfinks, Dolinę Królów w Luksorze z tamtejszymi grobowcami, Świątynię Ramzesa II w Karnaku oraz Świątynię Hatszepsut.
Pierwszy wieczór w hotelu. Po kolacji idziemy z grupka znajomych na spacer. Znajomy zaczepia parę rodaków, którzy mieszkają w hotelu już od tygodnia z pytaniem, jak im się podoba i co mogą doradzić nowicjuszom; co zobaczyć, z jakich atrakcji skorzystać, co zejść, pić, a czego się wystrzegać. On - młody, opalony i umięśniony, ona bywalczyni dyskotek, solarium i studio paznokcia z kolorowymi tipsami patrzą na nas ze znudzeniem. Maccho mówi ze znawstwem „no, więc tak- drinki są beznadziejne, gin z tonikiem nie zawiera ani ginu ani toniku, beznadzieja rozcieńczona wodą, inne nie lepsze, ruskie się panoszą i wszędzie ich pełno, nie ma leżaków przy basenach, jedzenie podłe, animacje bezsensu- jesteśmy już 4 raz w Egipcie, ale tu jest beznadziejnie”. Pytamy - a reszta, a poza jedzeniem i piciem? „Pokoi nie sprzątają jak nie dasz bakszyszu, jak nie dasz w łapę nie podadzą wina do posiłku”. No, ale czy jest coś fajnego, coś co polecacie; jakieś wycieczki? „Hurgada nieciekawa, jest jedna fajna knajpa, ale nic poza tym, a w sklepie wolnocłowym, kilka godzin po przylocie można kupić Finlandię, aha no i wino czerwone jest niezłe. A wycieczki nie wiem, nie jeździłem - do Kairu to aż 8 godzin i nic tam nie ma, te piramidy to można na zdjęciu zobaczyć. Luksor - też daleko i drogo i nie wiem po co tam jechać; jakieś kamienie, czy ruiny. Tak że ogólnie beznadzieja”.
Luksor - Dolina Królów. To tutaj chowano faraonów wraz z całym ich ziemskim dobytkiem, a ściany grobowców przyozdabiano pięknymi reliefami, które mimo tych tysięcy lat, jakie minęły od chwili ich powstania są świetnie zachowane.
Wychodzimy z jednego z grobowców, a moi współtowarzysze narzekają „To po tłukliśmy się tyle czasu w autokarze, żeby wejść do jakiejś dziury, a tam nic nie ma ciekawego. Jakieś rysunki na ścianach - wyblakłe i pościerane. Zupełnie inaczej to sobie wyobrażaliśmy. Nie ma nic ciekawego do oglądania. Jeszcze gdzieś jedziemy? To może lepiej już wracajmy do hoteli”. Nie wiem, czego spodziewali się ci ludzie w grobowcach; skarbów, mumii a może czegoś na kształt Disneyladu, gdzie przebrany za faraona człowiek będzie machał do nich rączką i rozdawał papirusy.
To tylko kilka przykładów, z jakimi spotkałam się podczas moich podróży. Koleżanka pisała mi natomiast o turystce, która fotografując regalia (insygnia władzy królewskiej; w tym berło) mówiła, iż musi zrobić zdjęcie tej „pałki”.
Kiedy spotykam tego typu turystów, którzy pokazując po powrocie zdjęcia z wakacji nie potrafią nawet powiedzieć, co zdjęcie przedstawia, nie potrafią podać nazwy fotografowanego obiektu, a także nazwy miasta, a nawet… o zgrozo kraju (tak, tak- oglądałam zdjęcia z Rzymu, które według słów koleżanki przedstawiały Paryż, albo Madryt) zastanawiam się po raz kolejny po co ci ludzie podróżują.
Czyżby to była moda?
Wracając z wycieczki narzekają na drożyznę, nie najlepsze hotele, niedobre jedzenie, zmęczenie i to, że właściwie, to ten Rzym .. to tylko kupa kamieni… same ruiny.
O jakże mi żal tych ludzi. Mogliby przecież tak wspaniale spędzić czas na grillu z butelką piwka i pieczoną kiełbaską na ciekawej pogawędce ze znajomymi, a nie tłuc się tyle czasu nie wiadomo po co.
Zdjęcia: 1. Ryneczek z wieżyczką, 2. Miejsce, dokąd s... papieże, 3. to coś wewnątrz, 4. Dziury w ziemi