sobota, 28 lipca 2012

Oby do września, czyli w oczekiwaniu urlopu

Wiem, że dla wielu zabrzmi to jak herezja, ale dla mnie wrzesień to najpiękniejszy miesiąc w roku. Miesiąc mojego urlopu. Od kilku już tygodni odliczam dni pozostałe do odrobienia pańszczyzny, czyli dni robocze i wykreślam je w moim urlopowym kalendarzu. Od dziś pozostało mi tych roboczo-dni 29, a potem żegnajcie głupoto i indolencjo, żegnajcie bzdurne zalecenia, żegnajcie zadania wykonywane ku chwale ... żegnajcie poczucie misji i niespełnienia. Witajcie beztroskie chwile wakacji, szybsze bicie serca, przyjemne podniecenie startem i lądowaniem, witajcie francuskie TGV, witaj zatłoczone metro, kolorowi mieszkańcy południa, witaj rezydencjo papieży, witaj więzienie na wyspie If, witaj mieście malarzy, nawet ty deszczu paryskich ulic - witaj. Kiedy myślę o moich wakacjach oczyma wyobraźni widzę siebie w tylu miejscach, że sama sobie zaczynam zazdrościć.
Teraz pozostaje tylko dotrwać do tego czasu i przeżyć koszmarnie upalne dni w robocie.
Niektórzy moi znajomi ze zdziwieniem patrzą, kiedy mówię, że na urlop wybieram się do Francji. Znowu? Przecież byłaś w Paryżu i marszcząc czoło przypominają sobie usilnie, na Wielkanoc? Nie, we wrześniu i w grudniu. Ano właśnie. A co tym razem chcesz tam oglądać?
No i jak tu wytłumaczyć osobom, które chcą poznawać wciąż nowe i nowe miejsca (albo tym, którzy preferują przypiekanie się na piękny, brązowy kolor), że można tak kochać pewne miejsca, ze chce się do nich wracać. Że wystarczy mi wysiąść w Porte Mailot z lotniskowego autobusu, aby poczuć się troszkę jak w domu. Że widok Notre Dame, Luwru, Ogrodów Tulieries, Monmartru i paru jeszcze miejsc wynagradza mi paryskie niedostatki i to, co brzydkie, krzykliwe, nachalne. Bo kocha się i za coś i pomimo czegoś. I za te urocze kawiarenki, stragany bookinistów nad Sekwaną, parkowe ławeczki i krzesełka pod fontannami, kasztany pod nogami (niekoniecznie na Placu Pigalle), słodkie crepes na przekąskę, za wschody i zachody słońca, przyspieszone bicie serca i nawet za zmęczenie po dwunastu godzinach wędrówek, podczas których najbardziej narażone na zużycie są oczy, które chcą zapamiętać jak najwięcej i jak najdłużej. Ulotna pamięć obiecuje przechować sekwencje zdarzeń (dla postronnego obserwatora - bez znaczenia), aby potem odświeżyć je w zimowy, mroźny poranek i rozgrzać to głupie serce.
Na wytłumaczenie (swoją drogą, dlaczego wciąż mi się wydaje, że powinnam się tłumaczyć z moich gustów, moich upodobań i moich miłości) mogę wykazać, że tym razem nie lecę do Paryża, że Paryż to tak przy okazji, że przelotem, przejazdem, że celem podróży jest Marsylia i Lazurowe Wybrzeże, że może uda się zahaczyć o Prowansję, że Arles, a może Awinion. Co prawda Arles większości nie kojarzy się absolutnie z niczym, a Awinion jedynie z piosenką Demarczyk o tańczących paniach i panach na moście, ale to bez znaczenia. O Marsylii słyszeli chyba wszyscy a Lazurowe Wybrzeże to taka ładna nazwa, więc w porządku dostaję błogosławieństwo na wyjazd. A guzik, kto chce niech wierzy, a ja wiem swoje. Gdyby w tej podróży nie było Paryża, to nie byłoby i Marsylii i nic więcej.
Zdjęcia: 1. Dworzec Saint Lazaire Monet, 2. Szybki pociąg TVG, 3. Widok Arles Van Gogh

20 komentarzy:

  1. Widzę, że w planach Twoich jest i Avinion?
    Ja też mam go w planie. Mam nadzieję, że dojedziemy... Szkoda, że się tam nie spotkamy bo różnica czasowa, ja końcem sierpnia a Ty we wrześniu.
    Też spotykam się ze dziwieniem, przecież tam już byłaś i znowu jedziesz. Ileż razy można to oglądać...
    Gdy jetem czymś oczarowana to mogę to oglądać 10 razy a nawet 100 razy...Bardzo grzecznie odpowiadam, że jadę bo to coś mnie przyciąga.
    I wiesz Gosiu? temu komuś robią się oczy wielkie i bardzo dziwne. Nic z mojej pasji nie kuma.
    Niech mu będzie.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, jak ja Ci zazdroszczę tych francuskich wakacji. Byle do września :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyżby Francja także leżała w granicy twoich marzeń? Bo Rzym to na pewno :)

      Usuń
  3. Raczej nie dojdzie do spotkania w Awinionie :( Szkoda, bo na pewno miałybyśmy sobie wiele do powiedzenia na moście w Awinion i nie tylko.
    Zastanawiam się, po co my się tłumaczymy? Aha, już wiem, bo pytają, to wypada grzecznie odpowiedzieć. Chyba wymyślę jakiegoś Jeana w tym Paryżu, wtedy będzie całkiem zrozumiałe po co tam latam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. O, ja również na urlop jeżdżę we wrześniu i wcale się nie dziwię, że chcesz wracać do ulubionych miejsc. Też mam kilka takich miejsc, do których często wracam; najczęściej są to wyspy greckie i choć lubię wygrzewać się na słoneczku, lubię też zwiedzać ciekawe miejsca, takie, o których rzadko piszą w przewodnikach. Wypożyczam samochód i jadę przed siebie i zawsze trafię na coś godnego uwagi. Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magdo Też lubię wyspy greckie. Fajnie, że masz prawo jazdy, daje ono pewną niezależność, możesz dotrzeć do miejsc, które mnie są niedostępne Pozdrawiam

      Usuń
  5. Twój post powinni przeczytać ci, którzy w każde miejsce jadą raz, a potem właśnie tak dziwnie się dziwią: po co jedziesz? przecież już tam byłaś! I tłumacz, że miejsca mają duszę! To jak niewidomemu tłumaczyć kolory albo niesłyszącemu dźwięki. Nie potrafię. Włochy i Francja to moje dwa marzenia. Czekam na Twój wyjazd, żeby się pocieszyć razem z Tobą:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bogusiu bardzo mi miło. Będę starała się chłonąc po troszę i dla Ciebie i innych moich miłych czytelników. Sama cieszę się każdym wyjazdem moich znajomych, jeśli wiem, że on sprawia im radość. Jeśli ktoś lubi wygrzewać się na gorącym piasku - życzę mu dużo słoneczka, jeśli ktoś lubi odwiedzać wciąż nowe miejsca, cieszę się, kiedy udaje mu się to marzenie realizować, jeśli ktoś wreszcie jest domatorem i nie lubi podróżować, życzę mu wakacji we własnych czterech ścianach lub na działeczce. Nie rozumiem jedynie tych ludzi i współczuję takim, którzy nie podróżują, bo szkoda im na to pieniędzy (nie mówię o tych, których po prostu nie stać). Ale niech im tam przyrasta kapitalik, skoro tak lubią :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie zazdroszczę nadchodzących wakacji, bo sama właśnie wróciłam :)))
    I to z Chorwacji, w której byłam czwarty raz, z czego trzeci raz w tej samej miejscowości - więc doskonale Cię rozumiem :)
    Dla mnie pobyt wakacyjny w tym samym miejscu ma wiele uroku - niektórzy mieszkańcy już nas rozpoznawali ;), nie trzeba wszystkiego "rozpracowywać", a wciąż jeszcze jest sporo miejsc do odkrycia (o niektórych przeczytałam w ulotce w drodze powrotnej, haha).
    Pozdrawiam i razem z Tobą odliczam dni :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeśli przeczytałaś w ulotce w drodze powrotnej to znak, że trzeba tam jeszcze wrócić :) Chorwacja to piękny kraj-tak słyszałam, nie słyszałam ani jednego głosu przeciwnego. Sama jeszcze nie byłam, ale kto wie może i tam uda mi się kiedyś dotrzeć. Jeszcze tylko 29 dni roboczych :)))

    OdpowiedzUsuń
  9. Pozazdrościć planów :-) Ja niestety w tym roku bez żadnych wojaży... Za to jest parę cudownych miejsc, w których już byłam i do których ciągnie mnie ponownie - bo jest w nich coś fantastycznego i powrót do nich daje wiele radości.

    OdpowiedzUsuń
  10. A ja myślałam, że twoja chwilowa (3 tygodniowa) nieobecność na blogu spowodowana była urlopem :( Życzę, abyś jak najszybciej mogła wrócić w te cudowne miejsca a także w całkiem nowe. I czekam na twój powrót do blogowania, bo z niepokojem obserwuję, jak znikają blogerki z blogosfery.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoje słowa są dla mnie mobilizacją do zebrania się w sobie i napisania czegoś wreszcie na blogu :-)
      To takie dziwne, bo czasu wolnego mam bardzo dużo, ale jakoś myśli zupełnie w innym kierunku mi odpływają, komputer mnie jakoś odstrasza i weny zupełnie brak. Jednocześnie czuję jednak, że tego pisania mi brakuje...

      Usuń
    2. Paradoksalnie czasami łatwiej się zmobilizowac przy niewielkiej ilości wolnego czasu niż przy jego nadmiarze. Brak weny- mam wrażenie, że od paru tygodni mam totalną pustkę i piszę "na siłę".

      Usuń
    3. Oj, zdecydowanie zbyt dużo czasu wolnego rozleniwia. Ja teraz siedzę w domu, na zwolnieniu, przede mną jeszcze bardzo długi czas takiego siedzenia i widzę, że do niczego się nie mogę zebrać. Fakt, nie wszystko mogę robić, ale w końcu cały czas leżeć się nie da i - jako że czuję się w miarę dobrze - miałam plany żeby coś konstruktywnego z tym czasem porobić, a tu nic, co najwyżej trochę książek mogę poczytać i puzzle poukładać.

      Usuń
    4. Zwolnienie- ileż to człowiek sobie nie naobiecuje nadrobić, a potem co- wychodzi jak zwykle. Z reguły nie dostaje się go na piękne oczy, więc często ono uziemia i jedyne o czym się marzy, aby można było wrócić do normalnego obiegu (oczywiście nie mam na myśli pracy :), bo do tej nie tęsknię. Ale możliwość czytania- to jedna z większych przyjemności zwolnienia. Życzę powrotu do zdrowia-sprawności.

      Usuń
  11. Miejsca mają duszę i często wiele warstw, które pokazują się dopiero po tym, gdy minie tzw. pierwsze wrażenie. To ma duży sens odwiedzać ulubione miejsca wielokrotnie... Są kraje, do których można wracać przez całe życie... Cieszę się, że przed Tobą kolejna Francja, Małgosiu :-) serdeczności

    OdpowiedzUsuń
  12. A jak ja się cieszę :), ale miło mi jest, kiedy są osoby o podobnych pasjach i zainteresowania, które mają podobnie i które nie tylko rozumieją, ale i podzielają te pragnienia powrotów :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Twoje wakacyjne plany brzmią wspaniale! Jeśli masz tylko ochotę, to ja zapraszam na Twoją ulubioną kawę w Paryżu, choćbym miała dojechać na chwilę do Porte Maillot (znam lepsze miejsca;). Jaka jest Twoja ulubiona, mała czarna (un café), z kroplą mleka (une noisette), café crème, cappuccino?
    Uwielbiam Arles i Awinion, zdecydowanie bardziej mi się tam podoba niż na Lazurowym Wybrzeżu. A Maryslia to miasto o prawdziwym charakterze, znam słabo, ale już mam ochotę na bouillabaisse ;)
    Oby te pozostałe dni upłynęły Ci szybko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porte Mailot nie jest moim ulubionym miejscem w Paryżu:) to tylko przenośnia, miejsce, od którego czuję, że już jestem, bo tu właśnie dowozi mnie autobus z lotniska. Moja ulubiona zawsze i wciąż to nie kawa z mlekiem, a mleko z kawą, a więc cappucino albo latte, czyli całkiem nie francuska kawa :) A smakuje najlepiej w dobrym towarzystwie lub w pięknym otoczeniu. lubię ją pic pod Notre Dame, albo w Galerii Lafayette, ale z chęcią poznałabym twoje ulubione miejsce spożywania kawy i wypiła ją razem z tobą. Odezwę się mailowo :) A zupę rybną koniecznie spożyję w Marsylii.

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).