sobota, 6 października 2012

Hurtownia książek-cz.3, czyli jak nie dogonić Zacofanego w lekturze


Pretekstem do wpisu był komentarz kalio u ZWL, będący reakcją na moje stwierdzenie, iż w recenzyjnych zaległościach niedługo mu dorównam. Otóż Joanna napisała, że ona nawet w tym nie ma szansy mu dorównać, bo to wzór niedościgły i takie tam podobne rozpływanie się nad naszym blogowym recydywistą e-bukowym (dla niewtajemniczonych dwukrotnym zdobywcą nagrody EBUKE), a także wyróżnianym tu i tam, za zasługi na niwie blogosfery. No to głupio mi się zrobiło, że mogłabym ośmielić się do ZWL przyrównywać chociażby w ilości niezrecenzowanych książek. Znalazłam błyskawiczne rozwiązanie; kolejny odcinek hurtowni „recenzyjnej” z lektury, który pozwolił mi z dziewięciu zaległości zejść do sześciu.

Studium w szkarłacie Artur Conan Doyle

Umysł ludzki przypomina na początku pusty strych, który należy umeblować według własnego uznania. Głupiec pakuje tam każdy napotkany rupieć, tak że wiedza, która może być naprawdę przydatna lub zupełnie zablokowana, lub w najlepszym wypadku, pomieszana z inni rzeczami i z trudem można do niej dotrzeć. Zręczny rzemieślnik niezwykle ostrożnie urządza swój strych. Nie zabiera niczego oprócz narzędzi, które przydadzą mu się w pracy, ale gromadzi ich dużo i starannie układa. Błędem byłoby sądzić, że to niewielkie pomieszczenie ma elastyczne ściany i może się dowolnie rozszerzać. Przychodzi czas, kiedy każda nowa porcja wiedzy sprawia, że zapominamy o czymś, co przyswoiliśmy sobie wcześniej. W żadnym wypadku nie można pozwolić, aby zbędna wiedza eliminowała pożyteczne wiadomości.


Tymi słowy Sherlock Holmes tłumaczy swemu asystentowi doktorowi Watsonowi wybiórczość swoich zainteresowań. A ja podzielam ten pogląd, choć przyznaję, że coraz częściej przychodzi mi wątpić, czy słusznie czynię odcinając się np. o wiedzy o świecie współczesnym; telewizji, radia, gazet, pozostając przy wybiórczych informacjach na tematy związane z kulturą. No tak, ale zbaczam z tematu, a tematem jest książka mistrza gatunku; Artura Conan Doyla, który wykreował postać inteligentnego „detektywa” Sherlocka Holmesa. Studium w szkarłacie opowiada genezę znajomości detektywa z doktorem Watsonem, ale nie z tego powodu jest to książka niezwykła. O jej niezwykłości stanowi sposób narracji i przyjęte rozwiązania fabuły. Szczerze mówiąc sama dałam się autorowi nabrać. Po przeczytaniu pierwszej części opowiadania poczułam się nieco zawiedziona; poznałam historię odkrycia ofiary zbrodni, zapoznałam się z przykładem myślenia wstecz, miałam okazję podziwiać kunszt dedukcji Holmesa, a nawet zobaczyć człowieka, który jak zapewniał detektyw był mordercą. Ale nie otrzymałam żadnego wyjaśnienia, dlaczego ten właśnie człowiek popełnił zbrodnię i co naprowadziło genialnego Holmesa na trop przestępstwa.

Część druga, której tytuł sugerował inne opowiadanie; zaczęła się w kilkanaście lat wcześniej w innym miejscu kuli ziemskiej i dotyczyła, jak mi się wydawało zupełnie innych bohaterów. Historia ta była na tyle ciekawa i zajmująca, że już gotowa byłam autorowi wybaczyć to dziwne zakończenie poprzedniego opowiadania, kiedy oba opowiadania zaczęły się zazębiać i wszystko wskoczyło we właściwe tryby. Autor z rozmysłem stopniuje napięcie, zmienia temat, bawi się z czytelnikiem w kotka i myszkę, aby pobudzić jego szare komórki do myślenia i kojarzenia faktów. W każdym razie moje zostały pobudzone, co i tak nie pozwoliło mi na rozwiązanie zagadki.

Moja ocena 4,5/6

Lato przed zmierzchem Doris Lessing  
Mam dylemat. Chyba nie zrozumiałam tej lektury. Wydaje mi się, że wiem, co autorka chciała nam przekazać, ale moim zdaniem nie do końca mnie przekonała swoim pomysłem. Jest to kolejna książka, co do której przeczytałam kilka wielce entuzjastycznych recenzji (w stylu najlepsza książka, jaką przeczytałem/am), a która we mnie wywołała uczucia niezgody, sprzeciwu, znudzenia. 
Właściwie doczytałam do końca, wbrew sobie; jej lektura męczyła mnie okrutnie. Pomysł ciekawy, choć nie odkrywczy. Kate Brown, bohaterka, kobieta w średnim wieku, która zatraciła swoją osobowość, odłożyła na półkę dyplom wraz z perfekcyjną znajomością kilku języków obcych na rzecz bycia matką, żoną, gospodynią domową znajduje się na rozdrożu. Poszukuje punktu odniesienia, czegoś, co pozwoli jej nadać sens dalszej egzystencji, tak, aby kolejne lata nie były wyłącznie godnym starzeniem się; dbaniem o figurę, farbowaniem włosów, właściwym sposobem doboru strojów. Jaki sposób wybiera Kate, aby zmienić swoje życie? Najpierw decyduje się wziąć udział w międzynarodowej konferencji w charakterze tłumaczki, następnie wyjeżdża na urlop i wdaje się w romans (?) z dużo młodszym mężczyzną, po czym wraca i … no właśnie, czy odnajduje siebie sprzed lat, czy odnajduje sens - tego dowiecie się na kartach książki.

Życie głównej bohaterki było do tej pory strasznie powierzchowne, bo choć robiła wszystko perfekcyjnie, świetnie wyglądała, jej dom był dobrze utrzymany, mąż zadbany, dzieci wychowane, ona nie rozumiała, jak to się stało, że całe życie uciekało jej między palcami, że nie miała na nic wpływu, że została podporządkowana konwenansom, rodzinie, własnym przekonaniom na temat tego, co wypada, a czego robić nie wypada.

Mój sprzeciw budziła zarówno postać bohaterki, jak i pomysł książki, który moim zdaniem miał udowodnić, iż kobieta wyrzekająca się siebie na rzecz rodziny jest przez to obarczenie rodziną osobą niepełnosprawną. Streściłabym to założenie cytatem z książki „poczucie winy staje się definicją macierzyństwa”. Odebrałam książkę, jako próbę ukazania kobiety uwięzionej w roli matki, żony, gosposi, tyle, że moim zdaniem, często kobieta sama się w te kajdany zakuwa, aby usprawiedliwić swoją bierność i brak konieczności kierowania życiem. Jak łatwo potem mówić, że obowiązki domowe uniemożliwiły im samorealizację. A może przemawia przeze mnie mój brak akceptacji dla kobiet biernych i autodestrukcyjnych.  Ale może być też tak, że odebrałam tę książkę zupełnie niezgodnie z zamierzeniem autorki. Choć z drugiej strony jest też tak, że nie ma jednej książki, książek bywa tyle, ilu bywa czytelników.

Zaciekawia natomiast zderzenie wielości języków, które zna Kate z niemożnością porozumienia się z otoczeniem.

Nie było to moje pierwsze spotkanie z Noblistką. W tej chwili czytam Podróż Bena, będącą kontynuacją Piątego dziecka i przyznaję, że czytam z zainteresowaniem.

Moja ocena coś pomiędzy 4-/6 a 3+/6

Psy wojny Frederick Forsyth

Psy wojny są powieścią sensacyjną, która przedstawia zamach stanu przeprowadzony w fikcyjnym państwie afrykańskim przy pomocy międzynarodowego oddziału najemników pod dowództwem Brytyjczyka na zlecenie szefa koncernu górniczego, pragnącego przejąć kontrolę nad złożami platyny w Zangaro. Książka zawiera sporo odniesień do rzeczywistych wydarzeń, które w mistrzowski sposób przeplata z fikcyjną opowieścią. Nie będę się wymądrzała, na kim wzorował się autor, bo moja znajomość afrykańskich realiów jest delikatnie mówiąc słaba. Natomiast sam schemat zamachu stanu, opis stosunków w postkolonialnej Afryce, zagadnienia handlu bronią oraz wykorzystanie najemników przedstawione zostały w sposób bardzo realistyczny. Książka przypomina dziennikarską relację autentycznego wydarzenia. Wartka akcja, sprawny język, zaskakujące rozwiązanie sprawiają, iż książkę pochłania się wyjątkowo szybko.

Nie jest to mój ulubiony gatunek literacki, ale moja ocena jest dość wysoka 4/6

35 komentarzy:

  1. Tylko trzy zaległości? :) W moim przypadku pisanie notek o książkach to proces czasami baaardzo długotrwały, ale jeśli mi kompletnie nie idzie, to nie piszę o danej lekturze. Rzadko się to zdarza, ale miało miejsce parę razy. Teraz mam "na tapecie" pięć notek o książkach w różnym stadium zaawansowania ;) Możemy więc stworzyć małe kółko "zacofanych w lekturze" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ chyba nie wyraziłam się precyzyjnie. W hurtowni udało mi się zamieścić jedynie 3 z 9 zaległych recenzji, po to właśnie, aby zdystansować się do ZWL, który z tego co pamiętam przyznał się do dwunastu (ok) zaległości. Tak więc zostało mi jeszcze trochę. Czeka Pustelnia parmeńska, która jakoś mi nie podpasowała, a bardzo podobała się sukience w kropki, czeka Blaszany bębenek, który i oczarował i wywołał całą gamę różnorakich uczuć, a którego czuję się niegodna zrecenzować. Czeka Lot nad kukułczym gniazdem; świetna, ale ciężka i przygnębiająca, no i czekają trzy inne (wymienione w zakładce przeczytane w 2012 r. Tak więc przy twoich pięciu moje sześć bardzo nas w owym zacofaniu recenzyjnym zbliża.

      Usuń
    2. :) Chyba nie przeczytałam dyskusji u ZWL z należytą uwagą ;) Ale i u mnie bywały momenty większego niż obecnie zapóźnienia blogowego. :)
      Dodam tylko, że Twoje zaległości to lektury "wagi ciężkiej". "Pustelnię parmeńską" czytałam wieki temu i nawet mi się podobała, a przez "Czerwone i czarne" nie mogłam się przebić, choć próbowałam parę razy. Ale, co ja tam będę tu się wypisywać! Czekam na Twoje wpisy. :)

      Usuń
    3. Ja natomiast dawno temu czytałam Czerwone i czarne i wydaje mi się, że bez wstrętów, ale ponieważ całe morze czasu od tamtej chwili popłynęło- głowy nie dam. Mój wpis? Myślę, że kiedyś w końcu nastąpi:)

      Usuń
  2. E no to nieuczciwe:) Sam się zostanę na tym stosie przeczytanych i niezrecenzowanych? "Blogowy recydywista" mnie wzruszył do łez, ale chyba powinienem jakąś grypserę obczaić na okoliczność? :DD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że moje próby zdystansowania się w recenzowaniu zaległości nie na wiele się zdadzą, bo książek wciąż przybywa, podobnie jak wrażeń "podróżniczych".
      Co do grypsery - jak najbardziej wskazana, jak recydywa, to i grypsera musi być.

      Usuń
    2. Dobra, potrenuję grypsowanie:PP Ja już czytam to, co mam najgrubszego, żeby mi za szybko zaległości nie narastały:D

      Usuń
    3. To jest jakieś wyjście. Też próbowałam. Przeczytałam ponad 1600 stronicową Trylogię Tak trzymać. No i co? I okazało się, że natychmiast po zakończeniu lektury bezwzględny imperatyw nakazał mi spisać natychmiast swoje wrażenia. :)

      Usuń
    4. No ale nie chodzi o to, żeby nie spisywać, tylko żeby zyskać czas na opisanie zaległości. "Biednych ludzi z miasta Łodzi" czytałem ze dwa tygodnie i akurat ze trzy zaległości zdążyłem zrecenzować:)

      Usuń
    5. Wezmę tę uwagę pod rozwagę przy kolejnej lekturze. Bowiem ze względu na chudość ostatnich lektur w międzyczasie od zamieszczenia wpisu do teraz przybyły mi jeszcze dwie "zaległości". :( :)

      Usuń
    6. Gdybym się tak wziął za Prousta, albo nawet Noce i dnie, to raz dwa bym z tych zaległości wyszedł:)

      Usuń
    7. Noce i dnie przerobiłam i to całkiem niedawno, ale nad Proustem się zastanawiam całkiem serio, zwłaszcza, że znalazłam Paryskie odniesienia, a Paryż niebezpiecznie zaczyna wypiera mi Rzym z jego ciepłego miejsca w moim sercu.

      Usuń
    8. O Paryżu tam sporo, pierwszy tom jest paryski na pewno, a i potem sporo. Powodzenia w lekturze, ja od wieków tkwię na początku trzeciego tomu:))

      Usuń
  3. No w życiu bym nie pomyślała, że czytasz też takie książki (chodzi mi o "Psy wojny" oczywiście) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Psy wojny to trochę wypadek przy pracy- zostały mi przyniesione (pożyczone), a skoro oglądałam kiedyś film byłam ciekawa, co to jest właśnie to, co mam na myśli. A czy pomyślałabyś, że jednym z moich ulubionych pisarzy jest odsądzony od czci i wiary Dan Brown i podkreślam to przy każdej okazji, aby nie było, że się nie przyznaję, czy że się wstydzę, że czytuję i taką literaturę.

      Usuń
    2. No nie, nie pomyślałabym. Ja próbowałam, naprawdę próbowałam i poddałam się gdzieś w połowie. Nie dałam rady, strasznie mnie drażniła ta książka (Kod oczywiście, bo od tego zaczęłam - i na tym skończyłam :p).

      Usuń
    3. Nawet nie będę próbowała cię namawiać, bo rozumiem, że jak nie idzie, to nie ma co się zmuszać, tym bardziej, że książka do wybitnych nie należy, ale mnie się podoba i już. Pewnie nie małą rolę odegrały tu nawiązania do różnych artystów i dzieł sztuki, ale nie tylko. Jeśli byś chciała wiedzieć dlaczego to recenzja znajduje się na tym blogu. Jednak nie sądzę aby moja recenzja mogła tu cokolwiek zmienić :) Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    4. To prawda, już się zraziłam mimo wieeeelu pozytywnych recenzji i więcej próbować nie zamierzam. Marqueza jeszcze raz spróbuję, owszem, bo też pierwsze podejście okazało się porażką, ale to raczej inna kategoria i z pewnością warto dać mu jeszcze jedną szansę :)

      Usuń
    5. Ja nie wiem, jak to jest. Z reguły staram się nie zrażać po pierwszym czytaniu, a jednak niektórym autorom dziękuję od razu i nic nie pomoże, aby to przełamać, a niech tylko ktoś spróbuje mnie nakłaniać do zmiany zdania, to murowane, że była to pierwsza i ostatnia lektura. I to nawet nie chodzi o kategorię (chociaż.. sama nie wiem). Tak właśnie podpadli mi Zafon z Cieniem wiatru, Pilch Pod mocnym aniołem czy Clarke ze swoim Paryżem na widelcu. Widać nie wszystkim razem jest po drodze :)

      Usuń
  4. To jest hurtownia? Toż to full size notki, przynajmniej te dwie.
    Lato przed zmierzchem było przedmiotem dyskusji w klubie dyskusyjnym Maioofki- kobiecym piórem, mam nadzieję, że uda Ci się znaleźć przez google, jeśli będziesz chciała.

    P.S. Ja już nei wiem, ile mam zaległych, natomiast tylko tych, o których chcę napisać to 6.
    reszta niestety zostanei neiopisana, chyba, że będzie mi tematycznie do którejś hurtowni pasować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać lakoniczną być nie potrafię i nawet hurtowo rozwlekam :) Do klubu postaram się zaraz dotrzeć, bo ciekawa jestem, czy moja opinia jest osamotniona, czy jeszcze ktoś odebrał lekturę podobnie.
      Skoro u ciebie sześć książek to prawie tyle, co u mnie, prawie, bo właśnie skończyłam czytać kolejną a następna pewnie jutro będzie zakończona :(

      Usuń
    2. Poczytałam, bardzo ciekawa dyskusja i poczułam się lepiej uświadomiwszy sobie, iż nie tylko mnie lektura nie powaliła, iż nie tylko mnie Kate wkurzała. Niemal w każdej wypowiedzi znajdowałam jakąś cząstkę swoich przemyśleń i refleksji. Dzięki

      Usuń
  5. Obfita hurtownia, miło poczytać. Lessing bardzo lubię, ale "Lata..." nie doczytałam, nie szło mi jakoś.
    Co do zaległości - wracam (staram się powrócić przynajmniej) do czasów, gdy nieliczne przeczytane książki opisywałam, lub kwitowałam uwagą,a nie każdą, bo czuję od pewnego czasu, że zaczynam gonić w piętkę. "Korzeńcowi" słówko poświęcę na pewni z tych zaległych.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to dobrze, że chociaż komuś Lato tak samo nie podeszło, jak mnie. Piąte dziecko mi się dość podobało, a Podróż Bena jeszcze bardziej (właśnie skończyłam czytać).
      Im więcej, a może im dłużej się pisze, tym większe mam problemy z opisywaniem niektórych książek. Idzie mi dobrze (w moim mniemaniu), jeśli książka mnie bardzo poruszy, lub bardzo wkurzy, kiedy jest mi obojętną pisanie idzie jak po grudzie.

      Usuń
    2. Mnie też "Lato" się nie spodobało, chociaż lubię Lessing.
      "Pustelnia palmeńska" Ci nie podpasowała? O, widzisz, ja kiedyś wypożyczyłam tę książkę, ale czytanie mi nie szło i zrezygnowałam. Lubię klasykę francuską, Zolę, Gide'a, Mauriaca i nawet Balzaca, choć jest trudny, a Stendhala w żaden sposób nie udaje mi się polubić :)

      Usuń
    3. Wydaje mi się,że Czerwone i czarne kiedyś czytałam i chyba mi się podobało, ale muszę to sprawdzić, natomiast Pustelnia jakoś mi nie podeszła :(

      Usuń
  6. Podoba mi się ten cytat o meblowaniu mózgu, układaniu, wprowadzaniu porządku, niemal katalogowaniu wiedzy i zainteresowań. W rzeczywistości ma się bałagan, chęć zajrzenia w inne rejony bywa inspirująca, ale też i kończy się przytrzaśnięciem ciekawskiego nosa drzwiami ledwo uchylonymi.
    Hurtownia mała, ale cenna.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mnie także cytat przypadł do gustu. Trudno mi powiedzieć, czy u mnie tam panuje porządek, ale faktem jest, że staram się go nie zaśmiecać tym, co żywo mnie nie interesuje, z drugiej strony starając się mieć ten umysł otwartym. A wychodzi to różnie.:) Hurtownia - stanowi przykład tego, iż nie umiem napisać krótko, esencjonalnie, tego co najważniejsze, jak to bywa u Izy (Filety z Izydora)

    OdpowiedzUsuń
  8. Kryminały podczytuję i właśnie mam zamiar napisać coś o kolejnym J.Koryla. Lessing - jestem zrażona i nie sięgnę więcej, a Forsyth chyba całkiem nie dla mnie. U mnie z recenzowaniem jest tak, że czasem nic się w głowie nie kluje, choć książka niezła. Nie piszę wtedy i tyle. To chyba jak z byciem gorącym lub zimnym, ale nie letnim. Tradycyjnie chylę czoła przed twoim tempem czytania i pisania:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja także pomalutku wracam do kryminałów, na razie tych należących do klasyki gatunku. Do Forsayta raczej nie wrócę, bo choć czytało się nieźle i szybko, to troszkę szkoda mi czasu, kiedy do drzwi pukają inne, wytęsknione książki. Lessing pamiętam, jak bardzo nie przypadła Ci do gustu. Niedługo napiszę o Podróży Bena, która mnie się podobała, to może nie czytaj :)
      W takim razie ja chylę czoła przed Twoim czytaniem, bo jestem przekonana, że czytasz, jeśli nie więcej, to na pewno porównywalnie dużo.

      Usuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam, że to całkiem niezła książka i osobom, które lubią ten gatunek może sprawić wiele przyjemności jej lektura. Jak widzisz, jak także oceniłam ją dość wysoko, zważywszy, że mało czytam tego typu książek.

      Usuń
  10. Kiedyś nie miałam problemu z zaległościami na blogu - jakoś na bieżąco udawało mi się sklecić jakąś notkę, co najwyżej jeden albo dwa tytuły gdzieś wpadały do "poczekalni". Ale teraz już liczba przeczytanych a nieopisanych książek rośnie. Zdarza mi się nieraz jakiś tydzień, kiedy trochę "podgonię", ale wówczas mogę mieć pewność, że w następnym znów zaległości urosną. Chyba nie ma co z tym walczyć ;-)
    Ostatnio wiele dobrego słyszę o Doyle'a - mam wrażenie, że jego powieści przeżywają prawdziwy renesans. Muszę i ja po nie sięgnąć.
    Z Lessing mam mieszane odczucia - podobnie jak Ty, doceniłam "Piąte dziecko" i "Podróż Bena", ale później czytałam też np. "Znów na miłość" i tu ewidentnie coś mi "nie leżało", choć nie powiem, że powieść zupełnie mi się nie podobała.
    A Forsyte'a podczytywałam trochę w pierwszej połowie lat 90-tych, ale już prawie nic nie pamiętam...

    OdpowiedzUsuń
  11. Wiesz, kiedyś dopóki nie prowadziłam bloga nie miałam zaległości w czytaniu, z tej prostej przyczyny, że nie kupowałam książek dopóki nie przeczytałam tych, które mam w domu, a wypożyczone z biblioteki czytałam i oddawałam. Ale też wtedy nie czytałam tak dużo jak teraz, a w związku z tym i zaległości nie było. To chyba prawidłowość, im więcej czytam, tym wiem, ile jeszcze nie przeczytałam. Jeszcze trzy lata temu termin zaległości w czytaniu był dla mnie pustym słowem. A w końcu nie tylko czytaniem człowiek żyje. Zawsze podkreślam, że to jedynie jedna z trzech moich pasji i wcale nie najważniejsza. Tak więc przyznaję rację nie ma co walczyć, stresować się, a wszelkie zapiski jak ten wyżej popełniony stanowią jedynie żart piszącego :) Doyle znam kiepsko to dopiero druga (lub trzecia- coś mi się tam majaczy do trzeciej, ale pewności nie mam) Cieszy mnie kolejna wypowiedz w sprawie Lessing nie hurra optymistyczna, ale to przecież tylko dowodzi różnicy gustów.

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).