wtorek, 29 maja 2012

Hurtownia książek (1) Cukiernia .., Szczęśliwy Traf, Katarzyna Medycejska


Iza wybacz, ale wiele razy uprzedzałam, iż wykorzystam twój pomysł, a w końcu doń dojrzałam. Trochę z powodu bujania myślami gdzie indziej, trochę z powodu niemocy „twórczej” (koń by się uśmiał, a to ze mnie twórca-grafoman), a bardziej z powodu stresujących zaległości recenzyjnych postanowiłam wykorzystać pomysł Izy i jednym wpisem „załatwić trzy książki”
Cukiernia pod Amorem Hryciowie (audibook), czyli jak się nie powinno się zaczynać lektury od końca
Ilość stron- 504
Ilekroć widziałam recenzję tej książki coś we mnie budziło wewnętrzny opór. Parę miesięcy temu Cukierni było wszędzie pełno; od półek księgarskich po różne portale internetowe. Troszkę przyznam irytowało mnie to. Lukrowa okładka powodowała, że niemal czułam, zgrzytanie cukru pomiędzy zębami. Nie chciałam czytać, bo obawiałam się, że mi się nie spodoba. Skoro prawie wszyscy pieją peany na cześć Cukierni i skoro bije rekordy popularności w rankingach sprzedaży to pewnie nie dla mnie. Przypadkiem weszłam w posiadanie audiobooka – części III sagi. Zaczęłam lekturę niejako od końca. I pewnie to był błąd. Zapewne właśnie z tego powodu nie zostałam porwana w wir opowieści, nie wsiąknęłam w klimat cukierni na Gutowskim rynku (choć opis przygotowywania jesiennych rożków powodował szybszą pracę ślinianek), nie dałam się uwieść fabule. Owszem, książki słuchało się dobrze, z dużą przyjemnością i nie bez zainteresowania. Muszę przyznać, iż jest ona dobrze napisana, a moje obawy tyczące się przesłodzonej/ckliwej opowieści były całkowicie nieuzasadnione. Podobała mi się dwutorowa narracja, to przemieszanie przeszłości (historii) z teraźniejszością, wielowątkowość, polubiłam Celinę Hryc z jej „chłopską” filozofią przetrwania i mimo ciężkiego losu dużym optymizmem. Kilka wątków zainteresowało na tyle, że słuchałam długo w nocy. Ale z drugiej strony czuję pewien niedosyt po lekturze książki. Nie umiem go dookreślić, czegoś mi brakowało (może „głębi”) a czegoś było w nadmiarze (momentami akcja była przegadana) Czy sięgnę po wcześniejsze tomy? – czas pokaże. Pewnie sprawa wyglądałaby inaczej, gdybym czytała, jak należy, po kolei.
Moja ocena 4/6
Szczęśliwy traf Louise Shaffer (audiobook)
Ilość stron - 336
Szczęśliwy traf to saga o losach kilku pokoleń kobiet w pewnej amerykańsko-włoskiej rodzinie. Na audiobooka trafiłam przez przypadek w bibliotece, ponieważ pomyliłam go z inną książką i to był mój szczęśliwy traf. Książka opowiada o trudnych relacjach w układzie matki-córki oraz o poszukiwaniu własnej drogi życiowej. Główna bohaterka po śmierci matki podejmuje próbę wyjaśnienia, dlaczego matka nie utrzymywała kontaktu z babką, słynną piosenkarką musicalową. No, tak – przyznam się, że związek z musicalami choć nie najistotniejszy to dla mnie dodatkowy atut książki (wtajemniczeni wiedzą, że kocham musicale i jestem w stanie dla nich pokonać tych „parę”…. kilometrów). W trakcie poszukiwań, jak to zwykle bywa bohaterka odkrywa różne rodzinne sekrety, poznaje swoich bliskich, zaczyna rozumieć ich i motywy, jakie nimi kierowały, a to pozwala jej na odnalezienie siebie.
Muszę przyznać, iż książka zaskoczyła mnie pozytywnie. Niby nic odkrywczego, niby utarty schemat konfliktu pokoleń, niby zwykłe dążenie do znalezienia swego miejsca w życiu, a jednak całkiem dobra pozycja z dobrze zarysowanymi, ciekawymi postaciami kobiecymi. Czyta się wartko. Nie jest to może lektura obowiązkowa, ale naprawdę warto się zapoznać. W przypadku audiobooka- dodatkowym plusem jest interpretacja Magdaleny Wójcik.
Moja ocena 4,5/6 (czyli 4+/6)
Katarzyna Medycejska (Złowroga królowa Francji) Jean – Francois Solnon
Wydawnictwo Świat książki. Rok wydania 2003. Ilość stron 433
Po Wyznaniach Katarzyny Medycejskiej CW. Gortnera sięgnęłam po biografię Katarzyny. Jest to kolejna pozycja, w której autor podejmuje próbę przedstawienia królowej we właściwym świetle. Solnon opierając się na bogatej bibliografii tworzy wizerunek Katarzyny - królowej, kobiety, matki, człowieka. Tworzy go starając się zachować bezstronność, nie przesadzając z wybielaniem Katarzyny, ale też nie tuszując tego, co być może sama zainteresowana chciałaby zatuszować. Katarzyna Medycejska to jedna z bardziej kontrowersyjnych postaci w dziejach królestwa Francji, oskarżana przez jej współczesnych o niemal każdą zbrodnię, jaka miała miejsce w czasie jej rządów. Oskarżano ją o nadmierne parcie na władzę, o złe wychowanie i złe traktowanie dzieci, o likwidowanie politycznych przeciwników metodami niedyplomatycznymi (trucizna i sztylet), o praktykowanie czarnej magii, o sprzyjanie hugenotom, pozorną żarliwość religijną, no i oczywiście o wymordowanie tysięcy ludzi (głównie hugenotów) podczas Nocy Św. Bartłomieja. Dzisiaj kiedy większość historyków uwalnia królową od tej najcięższej zbrodni (rzeź hugenotów) i wielu pomniejszych okazuje się, że Francja więcej jej zawdzięcza, niż kiedyś była w stanie przyznać. Co do książki to jej lektura tak mniej więcej przez połowę biografii może się wydawać nużąca, czego przyczyn należałoby upatrywać w tle historycznym, jakie było udziałem Katarzyny. Jest to ciągłe lawirowanie pomiędzy katolikami, a Hugenotami, Kondeuszami, Gwizjuszami a Burbonami, ciągła walka o zachowanie pokoju, walka, jaką podejmuje regentka, królowa matka, doradczyni Franciszka II, Karola IX, Henryka III. Lawirowanie pomiędzy różnymi stronnictwami, koteriami, podejmowanie negocjacji, podpisywanie edyktów pokojowych po to, aby za chwilę rozpocząć całą tę dyplomatyczną robotę od początku. Czytając biografię królowej można odnieść wrażenie, że to syzyfowa praca, a jednak gdyby jej nadludzkie wysiłki związane z utrzymaniem jedności państwa historia mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej. Autor przytacza wiele powiedzeń samej Katarzyny oraz wypowiedzi o Katarzynie.
Balzac o Katarzynie mawiał, iż uratowała koronę francuską, ocaliła autorytet królewski w okolicznościach, w których niejeden władca musiałby ulec. Będąc zmuszona stawić czoło buntownikom i ambicjom, choćby takim, jak te Gwizjuszy i Burbunów, a także ludziom takim, jak dwaj kardynałowie de Lorraine, dwaj Pokiereszowani, dwaj książęta de Conde, królowa Joanna d`Alber, Henryk IV, konetabl de Montmorency, Kalwin, Coligny, Teodor Beza, musiała ona rozwinąć w sobie najbardziej niezwykłe zalety, najcenniejsze talenty męża stanu, cały czas będąc pod ogniem kpin ze strony kalwińskiej prasy.
Moja ocena – 4/6

niedziela, 27 maja 2012

Kaplica Trzech Króli (Capella dei Magi) we Florenckim Pałacu Medyceuszy

Czytając biografię Katarzyny Medycejskiej przypomniałam sobie tegoroczną wizytę w Palazzo Medici - Ricardi we Florencji. Lubię podczas lektury książki przenieść się w wyobraźni w miejsca, będące sceną opisywanych wydarzeń, zwłaszcza, kiedy miejsca te miałam okazję poznać.
Zbudowany w połowie XV wieku dla Kosmy Starszego (Cosimo de Medici) pałac wygląda niezwykle skromnie. Jego zleceniodawca odrzucił okazały, pełen przepychu i rozmachu projekt Brunelleschiego na rzecz prostego, surowego, ale eleganckiego projektu Michelozza. Kosma był człowiekiem niezwykle mądrym i wiedział, że chcąc cieszyć się szacunkiem mieszkańców Florencji nie należy epatować bogactwem.
Mimo całej swej prostoty Palazzo Medici stał się wzorem arystokratycznej rezydencji renesansowej. Służył on rodzinie niemal przez całe stulecie do 1540 r., kiedy Kosma I przeniósł siedzibę rodu do Palazzo Vecchio.
Patrząc na niepozorny, trzypiętrowy kamienny, gmach przy Via Larga niewtajemniczonemu turyście trudno domyślić się, jakie skrywa on skarby. Jest ich sporo, ale chyba najwspanialszym i najbardziej znanym jest Kaplica Trzech Króli (Capella dei Magi).
Kaplicę zaprojektował sam Michał Anioł. Jednak to nie jego nazwisko wymieniają wszystkie przewodniki opisujące Palazzo Medici. Z Kaplicą Trzech Króli nierozerwalnie łączy się nazwisko autora fresków zdobiących jej ściany - Benozzo Gozzoliego.
Gozzoli to żyjący w XV wieku włoski malarz renesansowy. Był uczniem Fra Angelico. Najbardziej znanym z jego dokonań jest fresk Pochód Trzech Króli w drodze do Betlejem znajdujący się w Pałacowej Kaplicy Florenckiego Pałacu. Rozpoczynając pracę Gozzoli musiał dostosować treść i klimat fresku do znajdującego się w ołtarzu kaplicy obrazu Fra Fillipa Lippiego Adoracja Dzieciątka. Po bokach obrazu Gozzoli namalował anioły oddające hołd Chrystusowi.
Na ściany boczne wybrał artysta pochód trzech króli z darami dla nowo-narodzonego.
Kaplica mieści się na niewielkiej przestrzeni, na tyle małej, że wchodząc doń można doświadczyć uczuć niemal klaustrofobicznych. Jeśli do tego wchodząc doń nie wiem się, że to właśnie jest cel naszych odwiedzin natychmiast można zostać pochłoniętym przez baśniowy świat fresków. Zdobią one trzy ściany niewielkiej kaplicy. Przedstawiona na nich historia to wędrówka trzech orszaków królewskich do Betlejem, wędrówka nie przez monotonne piaski pustyni, ale przez pełen fantazji krajobraz. Serpentynami skalistych gór, w otoczeniu wspaniałej przyrody oraz licznej zwierzyny zmierza barwny, bogaty orszak. Orszak ten przedstawia dwór Medyceuszy.
W osobie najmłodszego króla rozpoznano wyidealizowany obraz 11 letniego Wawrzyńca Wspaniałego. Ukazany został na tle drzewka laurowego (wawrzynowego) na koniu z herbem rodziny (kule). Malowidło to miało podkreślać potęgę i jej świetność rodu. W pochodzie przedstawiona także innych członków rodu Medicich między innymi; ojca Lorenza - Piero i jego dziadka - Cosimo. Na obrazie znalazło się także wielu przedstawicieli odbywającego się we Florencji w 1439 roku soboru. Freski się typowym przykładem malarstwa sponsorowanego, malarstwa na zamówienie, wychwalającego zleceniodawcę.
Mnie zachwyciły bogactwem szczegółów, wielością detali, różnorodnością i baśniowością. Nie są odkrywcze, czy nowatorskie, nie stanowią rewolucji w sztuce renesansu, są wynikiem odwzorowania artystycznej wizji Gozziego. Nie mniej należą do moich ulubionych dzieł, dzieł mojego nieistniejącego Muzeum Wyobraźni.
Zdjęcia: 1. Pochód Trzech Króli w drodze do Betlejem (zdjęcie ze strony) 2. Fragment obrazu (zdjęcie z kalendarza) 3. Lorenzo Medici wg Gozzoliego (zdjęcie z książki). 4. Benozzo Gozzoli ze strony internetowej (adres przy zdj. nr 1). Niestety w Kaplicy jest zakaz fotografowania wzmocniony obecnością pana pilnującego, aby nie łamać zakazu :(

sobota, 26 maja 2012

Muzeum ciszy Yoko Ogawa - rozminięcie z oczekiwaniami

Lubię muzea, lubię ciszę. Intrygujący tytuł i piękna recenzja u Nemeni spowodowały, że książka powędrowała na moją półkę. Powędrowała i pewnie długo by tam czekała na swoją kolej, gdyby nie trójkowe wyzwanie u Sardegny, które zakładało w maju przeczytanie jednej pozycji z literatury azjatyckiej.
Młody muzealnik przybywa na zaproszenie nieznanej mu kobiety (zwanej Staruchą) do prowincjonalnego miasteczka, aby stworzyć tutaj niecodzienne Muzeum. Muzeum to nie ma nic wspólnego z powszechnie rozumianą definicją tego rodzaju przybytku, która stanowi, iż "Muzeum to niekomercyjna, trwała instytucja publiczna, która służy społeczeństwu i jego rozwojowi, prowadzi różnorodne badania nad materialnymi dowodami działalności człowieka oraz nad jego środowiskiem, ponadto zbiera i przechowuje owe materiały, ogłaszając wyniki swoich badań, a także wystawia swoje zbiory w celach naukowych, edukacyjnych i rekreacyjnych."
Muzeum, jakie na zlecenie Staruchy ma stworzyć Muzealnik to muzeum pamiątek po mieszkańcach miasteczka, ale pamiątek nie byle jakich, pamiątek, które były bardzo osobiste i bardzo ważne dla tych osób, które przeszły już na drugą stronę, w krainę ciszy. W zwykłym obserwatorze zestaw zgromadzonych „eksponatów” budzić może mieszane uczucia; drwiny, lęku, niesmaku, a może zaciekawienia. Jaki związek z mieszkańcami miasteczka mogą mieć spirala antykoncepcyjna, tubki po farbach, piędź trawy. Każdy z eksponatów potrzebuje swojej legendy, opisu, który spowoduje, iż dawno zmarli staną na powrót przed oczyma żyjących. Muzealnik przy pomocy adoptowanej córki Staruchy porządkuje, kataloguje i gromadzi pamiątki po zmarłych.
Do stworzenia tego osobliwego Muzeum potrzeba wielkiej wyobraźni, bo „bez wyobraźni, która sprawia, że najzwyklejsza pamiątka budzi szacunek i czułość nie powstanie muzeum z prawdziwego zdarzenia”.

Powieść od pierwszej strony wprowadza w klimat; prowincjonalnego, cichego, dziwnego miasteczka, w którym życie toczy się jak senna wizja. W niespiesznie toczącą się opowieść autorka wplata wątki kryminalne, które czynią atmosferę bardziej dramatyczną i jeszcze bardziej odrealnioną. Przez całą opowieść bezimiennym bohaterom (Starucha, muzealnik, dziewczynka, ogrodnik) towarzyszy cisza. Cisza której nauczają mnisi z klasztoru, cisza, jaka wypełnia muzeum, cisza, którą przemawiają pamiątki po zmarłych, cisza, która towarzyszy odchodzeniu, i wreszcie cisza, którą od czasu do czasu przerywają dramatyczne wydarzenia (wybuch bomby, kolejne zabójstwo, odwiedziny policjantów).

Muzeum ciszy to niewątpliwie ciekawa pozycja, która wciągnie swą duszną atmosferą, mrocznym klimatem, subtelnością opisu, prostotą przekazu, refleksyjnością niejednego czytelnika.

Niestety, chyba mój obecny nastrój nie współgrał z nastrojem powieści. Książkę przeczytałam do końca nie bez zainteresowania, ale odłożyłam na półkę bez żalu. Może to za sprawą wątku makabrycznych pamiątek po zmarłych, a może zbyt dosadnych opisów fizycznych ułomności Staruchy książka momentami wzbudzała we mnie niesmak i odrazę.

Moja subiektywna ocena 3,5/6

poniedziałek, 21 maja 2012

Przezrocza Maria Kuncewiczowa, czyli włoskie reminiscencje

Wydawnictwo Lubelskie, Rok wydania 1997. Stron 175
Książeczkę przeczytałam dzięki uprzejmości Lirael.
Przezrocza nazwała Kuncewiczowa „podróżą przez miejsca i czasy”. Ale jakie to miejsca i jakie to czasy chciałoby się powiedzieć. W okresie od 1970 do 1983 roku Włochy były areną niecodziennych wydarzeń (od porwania Aldo Moro przez Czerwone Brygady po wybór Karola Wojtyły na papieża). Przezrocza to zbiór wspomnień, z pobytów we Włoszech. Jak w kalejdoskopie przewijają się tutaj obrazki (przezrocza), w których bohaterami są ludzie, zdarzenia, natura. A wszystko to okraszone refleksją autorki na temat sytuacji społeczno-politycznej, wiary, przemijania. Pisane przez osobę stojącą u kresu drogi pełne są melancholijnej zadumy.
Obrazki Włoch, jakie wyłaniają się z kart wspomnień niewiele mają wspólnego z utrwalonym w powszechnej świadomości wizerunkiem Italii, wizerunkiem, jaki prezentują „turystom” biura podróży. Obrazki Włoch tu prezentowane są taką małą impresją na temat doświadczeń, doznań, wzruszeń, przeżyć religijnych, na temat chwil zatrzymanych w czasie, na temat ludzi żyjących we wspomnieniu, na temat wielkich zdarzeń postrzeganych przez wnikliwego obserwatora. Wnikliwego i niezwykle wrażliwego.
Przezrocza to wspomnienia niezwykle osobiste, a jednak pomimo całej melancholii i pewnego rodzaju smutku, jaki zawsze towarzyszy wspomnieniom, nie można mieć wątpliwości co do temperatury uczuć, jakie żywiła do tego niezwykłego kraju autorka. Dostrzegając absurdy życia polityczno-społecznego zachwyca się architekturą, krajobrazem, aurą i klimatem.
Jej wspomnienia koncentrują się głównie na Rzymie, bo tam spędziła gro czasu. Mnie natomiast w pamięci zapadł szczególnie pewien obrazek z Amalfi.

„W rynku wznosi się niestosowna katedra, należna jakiemuś wielkiemu placowi. Staje się przed katedrą i wzdycha; Memento Mori. Promenada nad morzem jest długa, wąska, ze skrętami na dwa mola, o które – zima była- roztrącają się z hukiem grzywiaste fale. Słodyczy szukać trzeba w prostopadłych ogródkach za murami. Do nich prowadzą serpentyny i stamtąd im wyżej- można ogląda coraz dalszy teatr morza i Czu coraz bliższy zapach wiosny. […] Szliśmy na płaską promenadę, biegnącą wzdłuż jezdni. Przed zachodem Jerzy nieodmiennie skręcał na molo, to dalsze. Tak jak ja szukałam słodyczy, tak on zdawał się szukać dramatu. Stawaliśmy na cyplu wysuniętym w żywioł, bryzgi oblewały twarze, kamienny wał pod nogami robił się wątły, prawie niematerialny, nad głowami zaczepnie krzyczały mewy, wiatr porywał czapki i włosy. Coś napastliwego zbliżało się i cofało. Teatr morza podpływał pod stopy i kusił w głąb sceny. To co się na niej działo, było większe od przyrody. Ściany, przepaście i smugi światła pod rozdartym niebem ziały przestrzenią międzyludzką. Także takich ciemnych filetów, takich płomiennych cynobrów, takich stężałych od gęstości farb, nie było mi dane nigdzie indziej oglądać. Chwilami blask wody i blask powietrza zlewały się w kipiel oderwaną od samego początku: ciemniała, rosła i stawała się chmurą.”

I muszę tu napisać, że generalnie nie jestem zwolenniczką opisów przyrody w literaturze. Zdecydowanie bardziej wolę ją w naturze, albo w malarstwie, ale czyż ten opis ustępuje najlepszym malarskim dziełom? Dla mnie to majstersztyk, jest tak plastyczny, że wyobraźnia bez trudu pozwala przenieść się do Amalfi i do tej niezapomnianej atmosfery, jaka była udziałem autorki.
Nie znalazłam w internecie dorównującej pięknem powyższemu opisowi fotografii.
Był piękny opis przyrody, a zatem dla równowagi coś z architektury:
„Barokowy kościół Jezuitów w Rzymie, jest chyba najbogatszym, jaki widziałam. Znajduje się tam, pod bocznym ołtarzem, zdobnym w oślepiające klejnoty, urna złocona Az prochami założyciela zakonu, Św. Ignacego Loyoli. Na stropie są bezcenne malowidła sławiące tryumf Jezusa. Podłoga z najdelikatniejszej mozaiki, statua św. Ignacego cała pokryta srebrem. Człowiek się czuje we wnętrzu fantastycznego pałacu, pełnego blasku i tęczy, strach zbiera czynie naruszyło się jakiegoś prześwietnego ceremoniału. Strach i dziw, że taka pyszna świątynia została ofiarowana bosonogiemu Synowi Boga i jego misjonarzowi, Ignacemu, który nauczał, pielgrzymując o żebraczym chlebie”.
To co w książce Kuncewiczowej najpiękniejsze wymyka się opisom, takie jest ulotne i nieuchwytne.
Moja ocena 5/6

sobota, 19 maja 2012

Drzwi Raju, czyli anioły we Florencji

Kiedy liczba zaległych recenzji dobiega do dziesięciu (na dzisiaj jest ich osiem) naszła mnie ochota do kolejne anielskie spotkanie.
Od chwili, kiedy założyłam bloga Pod skrzydłami aniołów zaczynam dostrzegać ich wszechobecność. Będąc we Florencji odnajdywałam je w kościołach, muzeach, pałacach. Odnalazłam je także na Baptysterium San Giovanni we Florencji. Baptysterium jest jednym z trzech cudów na florenckim placu Katedralnym, obok Katedry Santa Maria del Fiore oraz Kampanili. Kiedy mowa o Baptysterium to pierwszym skojarzeniem są jedne z drzwi wejściowych, nazwane przez Michała Anioła Drzwiami Raju (ze względu na to, iż są one tak piękne, że byłyby godne, aby zdobić wejście do Raju). Są one dziełem złotnika Lorenzo Ghibertiego. Lorenzo w ogłoszonym przez Arte di Calimala (cech kupców i przedsiębiorców) w 1401 r., pierwszym w dziejach historii sztuki, konkursie pokonał Filippo Bruneleschi. Konkurs dotyczył realizacji drugich drzwi (portalu północnego) do Baptysterium. Wykonanie pierwszych drzwi powierzono Andrei Pisano siedemdziesiąt lat wcześniej.
Urażony Bruneleschi zajął się od tej pory architekturą, a jego nazwisko nierozerwalnie do dziś kojarzone jest z kopułą florenckiej katedry.
Portal północny, zgodnie z zamówieniem zleceniodawców ozdabiało 28 kwater, każda wielkości 39/39 cm. Ponieważ drzwi portalu północnego zyskały uznanie zarówno zleceniodawców, jak i mieszkańców złotnikowi powierzono wykonanie kolejnych, trzecich już drzwi do Baptysterium. Tym razem, mistrz, któremu pozostawiono całkowitą swobodę stworzył dziesięć kwater, każda o powierzchni 80/80 cm. Każda kwatera zawiera płaskorzeźbę przedstawiającą scenę ze Starego Testamentu. Każda scena to dwie lub trzy historie. Większa powierzchnia kwater pozwoliła na lepsze ukazanie perspektywy, większą przejrzystość scen oraz umożliwiła wplecenie w całość elementów architektury i przyrody. Przedstawione tam postacie wzorowane są na antycznych posągach.
Wykonane z brązu drzwi zostały pozłocone oraz pokryte rtęcią, co sprawia, że przy pięknej, słonecznej pogodzie widok jest niezapomniany. Drzwi, aż mienią się złotym blaskiem. Moją szczególną uwagę zwróciła kwatera nazywana Abraham, na której oprócz ofiarowania Izaaka znajduje się scena ukazania się aniołów Abrahamowi.
Zastanawia, w jaki sposób można opowiedzieć historię Abrahama przy pomocy trzech scenek na tak niewielkiej (mimo wszystko) powierzchni. Patrząc od lewej strony mamy namiot, z którego wyłania się Sara, żona Abrahama oraz klęczącego przed trzema aniołami Abrahama. W scenie tej bez trudno można domyślić się nowiny, jakiej właśnie wysłuchał wiekowy hebrajski patriarcha. Po prawej stronie zostali przedstawieni Abraham z Izaakiem, synem zdziwionym brakiem baranka na ofiarę. No i prawa górna strona – dramatyczny finał, w którym anioł powstrzymuje Abrahama przed poświęceniem syna na ofiarę panu, ofiarując mu w zamian baranka. Anioły są i tutaj głosicielami dobrej nowiny. Zarówno aniołowie, którzy mówią Abrahamowi, że jego sędziwa małżonka urodzi mu syna, jak i anioł, który wyjawia mu wolę Pana i pozwala zachować przy życiu Izaaka. Jeśli dokładnie przyjrzymy się kwaterze zauważymy mnogość występujących tu szczegółów; namiot, drzewa, krzewy, palenisko, naczynia, skały, góry, zwierzęta.
Drzwi Raju mimo, iż pokryte patyną czasu wciąż urzekają. Zarówno oryginał znajdujący się w Museo Della Opera, jak i kopia u wejścia do Baptysterium.
Nad Porta del Paradiso znajduje się kompozycja rzeźbiarska Chrzest Jezusa, na której oprócz postaci Jezusa i Jana Chrzciciela znajduje się z lekko pochyloną głową i złożonymi w modlitewnym geście kolejny Anioł.

Zdjęcia: 1. Abraham- fragment Porta dell Paradiso, 2. Głowa Ghibertiego - fragment Porta dell Paradiso, 3. Drzwi Raju, 4. Chrzest Chrystusa nad Drzwiami Raju

poniedziałek, 14 maja 2012

Wyznania Katarzyny Medycejskiej C.W. Gortner

Wydawnictwo Książnica, rok wydania 2011, stron 438

W czasach, w których przyszła na świat Katarzyna Medycejska, historia - gdyby patrzono na nią z punktu widzenia uczciwości- wydawałaby się jakąś powieścią niemożliwą – takimi słowami wyraził się Honore de Balzac, gorący obrońca znienawidzonej przez historię królowej.

Katarzyna Medycejska to kolejna postać, z którą historia obeszła się bardzo okrutnie. Jeszcze za życia została osądzona i skazana na miano królowej przeklętej. Przypisywano jej brak skrupułów perfidię, dwulicowość, makiawelizm, eliminację politycznych przeciwników przy pomocy trucizny oraz uprawianie czarnej magii. To wszystko jednak nie byłoby niczym niezwykłym w tych okrutnych czasach, ale Katarzynę obarczono także zbrodnią największą, krwawą, okrutną i niewybaczalną, przypisano jej odpowiedzialność za wymordowanie kilku tysięcy innowierców, czyli za rzeź hugenotów podczas Nocy Św. Bartłomieja.
Niemały udział w tym wizerunku królowej miał także mój ukochany pisarz Aleksander Dumas (Pani z Monsoreau oraz Królowa Margot). Jak wiadomo literatura potrafi tworzyć mity, które nawet historykom trudno jest obalić (vide Lukrecja Borgia).

Katarzyna pochodziła ze słynnego rodu florenckich Medyceuszy, w jej żyłach płynęła krew francuska (po matce) i florencka (po ojcu). Życie nie szczędziło jej ciężkich doświadczeń. Została osierocona jako dziecko, jako nastolatka wygnana z domu rodzinnego (w odwecie za postawę jej wuja, papieża Klemensa VII). Następnie, jako czternastolatka, będąc ostatnią nadzieją Medyceuszy na przywrócenie świetności podupadającej rodu, a także w odwecie Klemensa VII na cesarzu Karolu V, została przeznaczona na żonę francuskiego księcia Henryka II Walezego. Publicznie upokarzana przez męża i jego kochankę (Dianę de Poitiers), nieciesząca się sympatią na francuskim dworze, jako córka kupieckiego rodu, bezskutecznie usiłowała dać Francji następcę tronu, co nie było łatwe, gdyż królewski małżonek nie tylko nie pojawił się na ślubie, ale także unikał małżeńskiej sypialni.
Była matką kilkorga dzieci, w tym Henryka Walezjusza, który przez pewien czas był królem Polski (porzucił jednak ofiarowaną mu koronę, aby przejąc sukcesję francuskiego tronu po zmarłym bracie). Katarzyna miała nieszczęście żyć w czasach wojen religijnych, w tym najgorszej wojny domowej pomiędzy hugenotami a katolikami. Za wszelką cenę usiłowała bronić jedności Francji, zapewnić jej pokój, a swoim dzieciom sukcesję. Popełniła na pewno sporo błędów, ale też podejmowała wiele prób pogodzenia dwóch wrogich religii i wprowadzenia tolerancji religijnej. Dzisiaj wielu historyków uważa, iż to nie ona ponosi odpowiedzialność za wydarzenia Nocy Św. Bartłomieja, choć niewątpliwie popełniła błąd w ocenie sytuacji i pozwalając na wyeliminowanie Colignego nie przewidziała następstw takiego kroku (przekształcenia aktu zemsty w rzeź sześciu tysięcy ludzi; głównie hugenotów, ale nie tylko).
Katarzyna mawiała: „Religia jest płaszczykiem, którym ludzie często się posługują, by ukryć złą wolę”.

C.W Gortner w książce „Wyznania Katarzyny Medycejskiej” podejmuje próbę oczyszczenia wizerunku Katarzyny oraz pokazania nie tylko żelaznej królowej, wielkiego polityka, ale przede wszystkim kobiety, żony, matki. Autor próbuje pokazać jej ciężkie życie we wrogim otoczeniu (Gwizjuszy), nieudane dzieci (Franciszek i Karol zbyt słabi, aby samodzielnie rządzić, Herkules – niedorozwinięty umysłowo i Henryk III o skłonnościach homoseksualnych, nazbyt rozpustna Margot), upokorzenia ze strony męża i jego kochanki, a także motywy jej postępowania (zapewnienia jedności i trwałości królestwa, równowagi pomiędzy różnowiercami oraz sukcesji własnego rodu, nawet kosztem wprowadzenia na tron syna swej zaciętej przeciwniczki, królowej Nawarskiej Joanny.
Czy próba oczyszczenia królowej autorowi się powiodła? Zachęcam do lektury, aby odpowiedzieć sobie na to pytanie. Mnie szczerze mówiąc bardziej przekonuje posłowie autora i przywołanie historycznych dokumentów, niż sama postać Katarzyny, jaka wyłania się z kart powieści. Jak na władczynię silną, zdecydowaną, jedną z najbardziej wpływowych kobiet XVI wiecznej Europy Katarzyna przedstawiona przez Gortnera wydaje mi się nieco mdła i papierowa. Katarzyna jawi się tutaj, jako słaba kobieta, której jakimś cudem udało się doprowadzić do porozumienia z Henrykiem Nawarskim, tak jakby to nie jej działania doprowadziły do zachowania jedności kraju, ale jakiś dziwny splot okoliczności.
Nie mniej książkę czytało mi się z dużym zaciekawieniem i szybko. Powieść rzuciła trochę więcej światła na postać kontrowersyjnej Medyceuszki, wokół której narosło tyle mitów, że ciężko dziś dojść prawdy.
Książka doskonale oddaje klimat epoki, w której homo homini lupus fuit, w której wczorajszy sojusznik był dzisiejszym wrogiem, współczucie i dotrzymywanie słowa było oznaką słabości, a okrucieństwo i brutalność były na porządku dziennym.
I co stanowi dużą zaletę powieści historycznej jej lektura zaciekawiła na tyle, że sięgnęłam po biografię Katarzyny Medycejskiej autorstwa Jean - Francois Solnon.
Moja ocena 4/6
Książkę przeczytałam dzięki stosikowemu losowaniu u Anny. Zaliczam je także do wyzwania z półki oraz Trójka e-pik. A książkę nabyłam zachęcona recenzją u Nemeni, którą można przeczytać tutaj. Dziękuję dziewczyny za inspirację.


wtorek, 8 maja 2012

Chłopi Władysława Reymonta

Czy jest osoba, która nie przeczytała Chłopów? Za moich czasów licealnych była to lektura obowiązkowa, wszystkie cztery tomy. Lektura, której nie wypożyczyłam w porę z biblioteki a potem usiłowałam przeczytać w ciągu weekendu, co jak wiemy jest niewykonalne. Ponieważ nauczycielkę języka polskiego miałam wymagającą denerwowałam się, że zostanę przyłapana na nieznajomości lektury. Udało mi się przez weekend przeczytać półtora tomu, a następnie w trakcie tygodnia omawiania książki doczytać (przekartkować pozostałe dwa i pół tomu). I tak skończyłam szkołę bez gruntownej znajomości Chłopów (jakkolwiek by to zabrzmiało dwuznacznie). I szczerze mówiąc nie czułam z tego powodu dyskomfortu. Dopiero niedawno przeczytana Ziemia obiecana zmieniła moje zdanie na temat Reymonta.
Chłopi to powieść, za którą, jak podają niektóre źródła Reymont otrzymał literacką nagrodę Nobla w 1924 r.
W zeszłym miesiącu skończyłam słuchać audiobooka. I jakoś nie mogłam się zebrać za napisanie tej recenzji i to wcale nie dlatego, aby mi się nie podobało. Wręcz przeciwnie jestem pod wrażeniem bogactwa treści, języka powieści, malowniczości.
Nie będę opisywała fabuły, bo ta znana jest zapewne, jeśli nie z lektury, to z filmowej adaptacji powieści ze wspaniałymi rolami; Władysława Hańczy, Emilii Krakowskiej, Ignacego Gogolewskiego.
Fabuła nie jest tutaj rzeczą najistotniejszą, ona służy jedynie ukazaniu tego, co jest esencją powieści. Jest to przekrojowa opowieść o społeczności zamieszkującej wieść Lipce pod koniec XIX wieku. Akcja utworu obejmuje cztery pory roku i ukazuje życie mieszkańców wsi determinowane naturą. To ona wyznacza rodzaj zajęć wykonywanych przez Lipczan. A każdą z pór roku wyróżnia nie tylko pogoda, ale także święta liturgiczne i obrzędy. Takich opisów Wielkanocy, jak u Reymonta daleko by szukać w naszej literaturze.
Reymontowskie Lipce to wieś barwna i ciekawa, wieś, którą chętnie się odwiedza. O jakże mi się podobały te jarmarki, te zabawy w karczmie, te procesje, na których aż skrzy się od kolorowych; wstążek, korali, chustek, zapasek, pasiastych spódnic, haftowanych bluzek. Pełno tam opisów strojów, tańców, zwyczajów, przypowiastek, zagadek.
Ale Reymontowskie Lipce to nie jest cepelia; to nie tylko pisanki, wycinanki, piękne stroje i zwyczaje, Lipce to przede wszystkim ludzie. Ludzie prymitywni, zezwierzęceni, prości, aby nie napisać dosadniej. No tak, ale można by powtórzyć za bohaterką Orzeszkowej - skąd oni mają być inni, skoro tacy są zubożeni i tacy niewykształceni. Trudno ich winić za brak wyższych uczuć. Tam wszyscy walczą ze wszystkimi; ojciec z synem, siostra z siostrą, dzieci z matką, krewni z krewnymi. I walczą o wszystko; od morgów poczynając, na starej pierzynie kończąc. Tam liczy się tylko instynkt przetrwania. W tym naturalistycznym spojrzeniu przypomina mi Reymont Zolę i jego Germinal.
Chociaż czytałam o zarzutach dotyczących błędów narracyjnych polegających na myleniu języka narracji używanego przez poszczególnych bohaterów - ja byłam zachwycona gwarą przedstawioną w powieści. Te wszystkie; a dyć, a juści, mojściewy, wama, mę, me, jucha, swynia, podczas czytania i długo jeszcze po lekturze kołaczą się w głowie. A słynne- ja wójt wama to mówię stanowi do dzisiaj ulubione powiedzenie mojej koleżanki, kiedy chce nas do czegoś przekonać.
Czytając Chłopów miałam przed oczyma Lipczańską wieś, jak żywą, wraz z jej pejzażem, mieszkańcami, ich sposobem mówienia i myślenia, z ich naiwnością i zawziętością, ich głupotą i ich walką o przetrwanie.
Oczywiście na temat Chłopów można by napisać całe opracowanie, bo to powieść wielopłaszczyznowa, bogata, ważna, piękna, ale moje opisy i tak nie są w stanie oddać uroku, jakim będzie zapoznanie się z powieścią. I nie obawiajcie się, Chłopi wcale nie są nudni. Gorąco polecam.
Moja ocena 5,5/6
Wczoraj była 145 rocznica urodzin Władysława Reymonta, co zmotywowało mnie do zamieszczenia krótkiej notki na temat wysłuchanej lektury.

I mały fragment opisu jarmarku:
Jarmark był wielki, co się zowie, narodu skupiło się tyla, że i przejść było niełatwo, a już w rynku pod klasztorem to Boryna przez siłę pchać się musiał, taki gąszcz się czynił między kramami.
Było też tego, że ani przeliczyć, ni objąć - gdzieby zaś tam kto poradził.
A najpierwej te płócienne, wysokie budy, co stały wzdłuż klasztoru we dwa rzędy, zapchane całkiem towarem kobiecym - a płótnami, a chustkami, co wisiały na żerdkach i jako te maki były czerwone, że aż się w oczach ćmiło, a drugie zasię całkiem żółte się widziały, a insze buraczkowe... i kto je tam wszystkie spamięta! A dzieuch i kobiet pełno tu przed nimi, że i kija nie było gdzie wrazić - która targowała i wybierała sobie, a drugie aby ino popatrzeć i oczy se ucieszyć ślicznościami.
A potem znów szły kramy, co się aż lśniły od paciorków, lusterek, szychów, a wstążek, a kryzków onych na szyję, a kwiatuszków zielonych, złotych i różnych... a czepków i Bóg ta wie czego jeszcze.
Gdzie znowu święte obrazy przedawali w pozłocistych ramach i za szkłem, że choć stały pod ścianami albo i zgoła na ziemi leżały, a szedł od nich blask, że jaki taki do czapki sięgał i znak krzyża czynił świętego.

Ostatnio jakoś nie mam serca do recenzowania, zdecydowanie lepiej idzie mi czytanie.

niedziela, 6 maja 2012

Cudzoziemka Maria Kuncewiczowa

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Rok wydania 2005, ilość stron 224
Od chwili przystąpienia do Wyzwania Marzec z Marią i przeczytania u Lirael jej zachwytów nad twórczością Kuncewiczowej i ja poszukiwałam takiej książki, która poruszy we mnie jakieś czułe struny, która porwie tak bezwarunkowo i do końca, która sprawi, że powiem to jest TO. Po nazbyt moim zdaniem metaforycznej Twarzy mężczyzny, po ciekawym Tristanie 1946, po dobrych Przezroczach trafiłam w końcu na Moją Kuncewiczową. Ta książka wciągnęła mnie od pierwszej strony i myślę, że zapadnie w mojej pamięci na długo.
A wszystko to za sprawę głównej bohaterki - Róży. Cóż to za wyśmienity portret psychologiczny kobiety nieszczęśliwej, niespełnionej, zawiedzionej, kobiety niekochanej i niepotrafiącej kochać, kobiety irytującej, ziejącej jadem nienawiści do wszystkich i wszystkiego poza muzyką.
Róża nie wzbudza uczucia sympatii, przeciwnie Róża irytuje. Zawsze interesowało mnie skąd się bierze taka zajadłość i nienawiść do życia w tych pozornie miłych i cudownych kobietach. Jakie nieszczęście sprawia, że wrażliwa kobieta (w tym przypadku utalentowana artystka, kobieta wielu zalet i umiejętności) zamienia w piekło życie męża, dzieci i swoje własne.
Czy coś usprawiedliwia Różę w jej nienawiści do męża, że okazał się nie być NIM (wyidealizowanym niedoszłym kochankiem), do dzieci, że nie są JEGO dziećmi (i tak bardzo przypominają ojca), do ludzi wokół, że nie potrafią zrozumieć kobiety, artystki, cudzoziemki, do świata wreszcie, że nie tańczy tak, jak mu ona zagra. Róża, jako młoda dziewczyna przeżyła trzy „tragedie”. Musiała opuścić ziemię, na której się urodziła i gdzie spędziła młode lata, została opuszczona przez młodzieńca, w którym ulokowała pierwsze uczucia, została zawiedziona przez nieodpowiedzialnego nauczyciela muzyki, który złamał jej artystyczną karierę. Czy to dużo? Dla młodej, wrażliwej osoby niemało. Ale czy to powód, dla którego można by zamienić życie w piekło? Róża postanawia odtąd żyć zemstą. Za swoje „zmarnowane życie”, za brak uczucia, za złamaną karierę dręczy wszystkich wokół, a skoro najłatwiej skrzywdzić najbliższych to oni stają się jej ofiarami.
Adam dobry, kochający, troszkę niezaradny życiowo człowiek żyje w ciągłym strachu przed każdym nowym dniem, przed gniewem, histerią, irytacją, złością, napastliwością żony, której ulubionym zajęciem wydaje się dręczenie męża, wyśmiewanie go, pogardzanie nim. Dzieci wychowywane w poczuciu winy nie potrafią wyzwolić się spod dyktatury i terroru matki. Z jednej strony się jej boją, a z drugiej pragną zasłużyć na jej aprobatę, jej miłość, Róża je zarówno przeraża, jak i fascynuje. Róża, jest jak tornado, które niszy wszystko co spotka na swojej drodze. A jej niszczycielska siła polega na tym, że najbliżsi nie są w stanie wyzwolić się spod jej wpływu nawet, jeśli zdołali założyć własne rodziny i ograniczyć kontakty do minimum. Najbardziej dramatycznym wydaje się to, iż „pozorna przemiana Róży” (uświadomienie sobie, jak bardzo skrzywdziła swoich bliskich) bardziej ich przeraża niż uspokaja. To przypomina mi strach człowieka ciężko chorego przed myślą, że mógłby wyzdrowieć, kiedy on już pogodził się z tym, że nie ma nadziei na jakąkolwiek zmianę. W tym przejawia się cały paradoks sytuacji szantażu w rodzinie; ofiary nie pragną niczego więcej, jak wyzwolenia, ale kiedy pojawia się nadzieja, że mogłoby do niego dojść one nie potrafią w to uwierzyć.
Największe wrażenie zrobiło na mnie stwierdzenie Róży „jak ja mogę umrzeć, skoro wcale jeszcze nie żyłam”. Jeśli Róża naprawdę uświadomiłaby sobie do czego doprowadziło jej postępowanie, może zrobiłoby mi się jej troszkę żal. Jednak trochę mało wiarygodne wydaje mi się zakończenie powieści.
Pomimo to książka moim zdaniem wspaniała i obok Gron gniewu Steinbecka najlepsza, jaką w tym roku przeczytałam.
Moja ocena 6/6


sobota, 5 maja 2012

Kwietniowe spotkania z morzem


Ostatni weekend kwietnia postanowiłam spędzić nad morzem. Wiem, jak śmiesznie to może tutaj zabrzmieć, mieszkam w Gdańsku, morze mam na „wyciągnięcie ręki”, ilekroć spotykam ludzi z południa czy choćby centrum kraju słyszę, jakie mam szczęście mieszkając nad morzem i jak mi wszyscy tego morza zazdroszczą, a ja wstyd się przyznać nad polskim morzem bywam bardzo rzadko.
W sobotę wybrałam się na plażę na Stogach, natomiast w niedzielę do Sopotu.
Stogi – widać, że to jeszcze nie sezon, co ma zarówno swoje zalety, jak i wady. Niewątpliwą zaletą jest mała ilość turystów, dzięki czemu jest spokojniej, przyjemniej i czyściej, ale z drugiej strony, skoro nie ma plażowiczów, niewiele jest czynnych knajpek, punktów małej gastronomii, niewiele też na Stogach atrakcji. Można jednak powiedzieć – słońce, piasek i woda, czegóż trzeba więcej. Dla osób spragnionych słonecznych i morskich kąpieli jest tu zatem wszystko, czego im potrzeba. Gorzej z takimi, dla których smażenie się na złoty kolor jest męką i co tu dużo mówić - nudą. Mnie osobiście brakuje na Stogach promenady, takiej jaką ma na przykład Gdynia. Promenady, którą można leniwie spacerować, delektując się pięknymi widokami wsłuchując w uspokajający szum fal, na której można spocząć i zanurzyć się w lekturę.
Mimo to spacer był dla mnie nostalgicznym powrotem do przeszłości. Bose nogi brodzące w piasku, spacer linią brzegową, zbieranie muszelek, wiatr we włosach, wpatrywanie się w horyzont, gdzie się żagiel bieli i myśli nieodstępne, jak dobrze byłoby odpłynąć stąd daleko poza czasu kres. A potem w tę poezję wkrada się proza życia wraz z gorącym gofrem z owocami, który niestety nie przypomina w smaku tych gofrów z lat szczenięcych.
Sopot - tutaj niemal zawsze jest gwarnie, tłumnie i głośno. Sopocki „Monciak” oraz sopockie molo przyciągają turystów, jak magnes. Ulica Bohaterów Monte Casino – zwana przez tubylców Monciakiem to serce miasta, deptak spacerowy, który wabi kafejkami, knajpkami, lodziarniami, punktami z goframi, ciekawymi kamieniczkami i „Krzywym Domkiem". Od kilku lat można bez przechodzenia przez jezdnię dojść deptakiem prosto na molo. Sopockie molo liczące ponad pół kilometra w głąb zatoki jest najdłuższym nad Bałtykiem pomostem spacerowym. Z mola można podziwiać Grand Hotel oraz Kępę Redłowską.
I wcale się nie dziwię, iż te miejsca przyciągają tutaj tłumy. Sama uwielbiam spacery w głąb morza, przyglądanie się falom rozbijanym o drewniane pale białej promenady, wsłuchiwanie w odgłosy wody i krzyki mew. Kiedy jestem na molo mogłabym godzinami wpatrywać się w wodę. Szum fal działa na mnie, jak narkotyk i pewnie nie tylko na mnie. Właściwie sopockie molo jest tak urokliwe, że pogoda nie gra tutaj większej roli. Studiowałam w Sopocie, dlatego molo było częstym celem wędrówek, jakie odbywaliśmy pomiędzy wykładami i ćwiczeniami. Bywałam tu w słońcu, deszczu, wietrze i śniegu i zawsze było równie urokliwie. Turystom jednak chyba najbardziej podoba się tu latem. Można oddawać się wówczas nie tylko kontemplacji wspaniałych okoliczności przyrody, ale także obserwacji niezliczonej rzeszy ludzkich postaci.
W ostatni kwietniowy weekend było słonecznie, choć dość rześko.
Długi spacer zaostrzył apetyt i wizyta w kurorcie zakończyła się w smażalni ryb degustacją świeżutkiego halibuta.
Kolejny wolny dzień wolny poświęciłam na spacer Gdańską Starówką i wizytę w Muzeum Morskim.
Zdjęcia 1 i 2 Plaża na Stogach, 3, Sopockie Molo, 4. Krzywy Domek na Monciaku

wtorek, 1 maja 2012

Staroświecka historia Magdy Szabo i podsumowanie miesiąca

Mój biblioteczny egzemplarz nie posiada okładki, tylko nieatrakcyjną czarną obwolutę, jest to wydanie PIW z 10988 r. Ilość stron - 425

To już moje trzecie spotkanie z twórczością pani Szabo. Po wielu entuzjastycznych recenzjach na blogach i własnych, dobrych wrażeniach spowodowanych lekturą książek „Świniobicie” oraz „Tylko sam siebie możesz ofiarować” bez obaw sięgnęłam po jedyną, jaką znalazłam w bibliotece książkę Szabo, po "Staroświecką historię".
Zdecydowanie nie jest to książka dla wielbicieli szybkiego czytania, dla osób nie mających cierpliwości do wolno snutych opowieści. Mnie jej przeczytanie zajęło sporo czasu. Pierwsze kilkadziesiąt stron szło mi, jak po grudzie. Przebrnięcie przez historyczno-geograficzne odniesienia, zawikłane historie rodzinne, węgierskie nazwiska wykrzywiające buzię, wzajemne koligacje i powiązania nawet przy pomocy wykazu bohaterów zamieszczonego na początku lektury było nie lada wyzwaniem. Do tego trafiłam na wydanie z malutką czcionką, za co wydawca powinien zostać posłany na lata ciężkich robót, bowiem czytanie bardzo męczy wzrok.

"Staroświecka historia", to książka której się nie pochłania, to książka, która pochłania czytelnika, mnie w każdym razie pochłonęła. Nie potrafię wskazać dokładnie w którym miejscu coś zaskoczyło podczas lektury i zaczęła mnie ona wciągać coraz głębiej i głębiej. Jest to książka z rodzaju tych, którymi należy się delektować, które powinno się smakować i które jeśli wykaże się cierpliwość odpłacają nam z nawiązką. Nie będę pisała, o czym opowiada książka, bowiem napisać, że "Staroświecka historia" jest opisem dziejów rodziny pisarki, rodziny wywodzącej się ze starych zamożnych rodów mieszczańsko - szlacheckich przedstawionym na tle historii Węgier i Europy to jakby nic nie napisać. Dzieje rodziny są bowiem tak skomplikowane, tak zagmatwane, opowieści tak drobiazgowe, że trudno byłoby je opowiedzieć w paru zdaniach, bo to co najważniejsze umknęłoby w opisie faktów, zdarzeń, tego co zewnętrzne. A w historii staroświeckiej najważniejsze jest to co znajduje się pod powierzchnią zdarzeń. Są to świetnie zarysowane postacie (silnych kobiet dzierżących w swoich delikatnych rączkach ster rządów oraz słabych mężczyzn trwoniących rodzime majątki i doprowadzających do rozpaczy zarówno swoje matki jak i żony) oraz niepowtarzalny klimat czasów, które bezpowrotnie odeszły. Jest to także książka o ciągłości dziejów, o tym, że nie istniejemy w oderwaniu od historii, a życie naszych przodków na większy wpływ na nasze życie, niż czasami chcielibyśmy przyznać. Postacie przedstawione na łamach książki zostały odmalowane tak wyraziście, że odnoszę wrażenie, jakbym znała je od bardzo dawna. Są one ciekawe, pełnokrwiste, żywe, targane emocjami.
Zadziwiające jest też, jak wielu informacji mogą udzielić nam z pozoru błahe i prozaiczne zapiski w kalendarzach, księgach gospodarskich, starych zeszytach. Autorce udało się z niezwykłą precyzją i drobiazgowością ożywić ludzi, którzy odeszli oraz przenieść czytelnika w czasy i miejsca, których już nie ma.
Gdybym miała w kilku słowach scharakteryzować książkę napisałabym, że jest to emocjonalna monografia rodziny pisarki.
Moja ocena 5/6

W kwietniu popełniłam błąd zabierając się równocześnie za czytanie dwóch książek, którym należy poświecić nieco więcej czasu niż innym, aby móc się nimi delektować i w pełni doceni ich urok (Staroświecka historia Szabo oraz Przezrocza Kuncewiczowej), dlatego odłożyłam lekturę Przezroczy na maj.

PODSUMOWANIE KWIETNIA (lista przeczytanych książek na stronie Przeczytane 2012)
W kwietniu przeczytałam osiem książek (3 w ramach wyzwania u Sardegny, w tym jedną ze stosikowego losowania u Anny, trzy w ramach wyzwania klasyka, w tym jedna z wyzwania nobliści), nie zdążyłam z Kuncewiczową i nie udało się przeczytać nic JIK-a, ale już to nadrabiam, zabrałam się za "Dziennik Serafiny". Słuchałam też audiobooka "Blaszany bębenek" (ale idzie mi ciężko, bo jakoś nie jestem w nastroju na tego typu książkę) i przejdzie on na maj. Ponieważ kwiecień był dla mnie miesiącem wyjazdowym (tydzień we Włoszech), a jego końcówka z pewnych powodów, o których nie chcę tu pisać nie sprzyjała czytaniu uważam kwietniowy wynik za satysfakcjonujący.