czwartek, 28 czerwca 2012

Nasze euro, czyli zdążymy do piątku, czy nie?

Napisane pod wpływem zmęczenia i znużenia.
Euro - to bój, jaki corocznie prowadzimy w pracy z … no właśnie z kim? a może z czym?
Do końca czerwca musimy wykonać określoną ilość zadań. Ponieważ zwrot tyle, a tyle AO nic nikomu nie powie, napiszę, że to tak, jakbyśmy mieli w ciągu miesiąca przeczytać i streścić 30 książek. Teoretycznie może i byłoby to możliwe, ale w praktyce okazuje się, że połowa z tych książek, które miały być cieniutkimi broszurkami okazuje się pozycjami 2-3 tomowymi. Inna cześć jest wypożyczona i dostajemy ją w ostatnim tygodniu miesiąca, a jeszcze innym brakuje stron. W dodatku przez pierwszy tydzień miesiąca nie wiadomo, ile tych książek trzeba będzie przeczytać, jakie to będą tytuły, jak będzie miało wyglądać streszczenie, kto je będzie czytać i zatwierdzać. Natomiast znamy bardzo istotną informację - trzeba to będzie skończyć (co? jeszcze nie wiadomo) do końca miesiąca i ani dnia dłużej. Nie będzie żadnego przedłużania terminu (na co??) na coś - o czym dowiemy się w połowie miesiąca. Nie planujemy na ten miesiąc urlopów (przypominam, że miesiąc oznacza tu okres symboliczny, który trwa u nas około dziewięciu miesięcy), chorób, ciąży, zgonów, chrzcin, wesel, bo trzeba się sprężać, aha, w tym miesiącu trzeba się sprężać. Nie wiem, czy ktoś liczy na to, że otumanieni robotę nie pamiętamy już, że w zeszłym miesiącu i poprzednim było dokładnie to samo. A i w przyszłym będzie jeszcze gorzej.
Jest to termin ostateczny i nieprzekraczalny, bo jak nie to… (to co?). Czasami aż korci dowiedzieć się, co by było gdyby …. - urwą nam głowę, potrącą z pensji, czy też wyleją z roboty.
Jeśli komuś się wydaje, że na przeczytanie tych 30 książek mamy pół miesiąca (dopiero w połowie miesiąca dostajemy pełną listę lektur) to się myli, ponieważ wtedy dostajemy też zestaw pytań dotyczący lektur przeczytanych miesiąc temu, na które trzeba odpowiedzieć natychmiast. Oczywiście dzień w dzień sporządzamy też wykaz przeczytanych książek z krótkim omówieniem, ile i jakie strony zostały przeczytane. No i przynajmniej raz na miesiąc należy pojechać do zatwierdzających nasze streszczenia na przeszkolenie w zakresie szybkiego czytania książek, na którym z reguły wcale nie mówi się o czytaniu. Nasze streszczenia nie są zwykłymi streszczeniami, oprócz napisania co jest tematem powieści należy odpowiedzieć na około setki szczegółowych pytań, na które odpowiedz nie zawsze znajduje się na kartach książki, ponieważ ci, którzy pytania układają książek nie czytają, więc skąd mają wiedzieć, co one zawierają. Mają natomiast - szablon- wzór, co powinna taka książka zawierać.
Nasze streszczenia sporządzane są też wg szablonu, który zmienia się przynajmniej raz-dwa razy na miesiąc. Wnioski wynikające z naszych streszczeń należy skonsultować z centralą, której zdanie czasami potrafi wprawić w stan osłupienia, bo to co wczoraj było marną powieścią, dzisiaj zasługuje na nominację do literackiej nagrody Nike.
Z czym zatem walczymy? Na pierwszy rzut oka – walczymy z czasem (którego jest rok rocznie za mało), jednak jeśli się lepiej przyjrzeć walczymy z ludzką niesolidnością, nieposzanowaniem pracy drugiego człowieka, a może nawet ze zwykłą głupotą.
Czy w tym roku także uda nam się zdążyć? Pewnie tak.
Tylko nie jestem pewna czy to zwycięstwo jest warte zmęczenia, utraty zdrowia, czasu, jaki kradniemy naszym rodzinom, czy naszym pasjom.
Ponieważ czytam właśnie Noce i dnie mogę jedynie cytując Barbarę Niechcic zapytać- czy warto tak się zabijać, po to aby nabijać kabzę jakiemuś D.? (Dalenieckiemu?) Czy robimy to dla jakiejś wyższej idei? Ja w każdym razie nie potrafię znaleźć sensownej odpowiedzi. Bo poczucie misji, jakim nas karmią od kilku lat jakoś do mnie nie przemawia.
A na dodatek totalne zmęczenie sprawia, że padam natychmiast po powrocie do domu (co wygląda mniej więcej jak na zdjęciu), nie mam siły czytać i piszę takie rzeczy. I wcale bym się nie zdziwiła, gdyby u was wyglądało to podobnie.

wtorek, 26 czerwca 2012

Hair (film muzyczny) w reż. Milosa Formana


Na mojej musicalowej liście przebojów wysokie miejsce zajmuje musical Hair. Premiera musicalu Gerome`a Ragniego i Jamesa Rado (kompletnie nieznane mi nazwiska) odbyła się w 1968 roku w Bilmore Theatre. Pisząc „Hair” mam na myśli wspaniały film (musicalowy) w reż. Milosa Formana z 1979 r. Oczywiście oglądałam kilka przedstawień teatralnych, w tym broadwayowski występ w Hali Oliwi w Gdańsku oraz musical na deskach Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni, ale i tak największe wrażenie wywarł na mnie wspominany film Milosa Formana. A piosenka Let the Sun shine in jest jednym z najpiękniejszych protest-songów przeciwko wojnie.

Ameryka prowadzi wojnę w Wietnamie. Młodzi chłopcy dostają karty powołania do wojska. Claude Bukowski (John Savage), młody prostoduszny, chłopak z polskimi korzeniami, wyrusza z rodzinnego małego, prowincjonalnego miasteczka w Oklahomie, aby zaciągnąć się do wojska. Dostał powołanie, więc nie ma wyjścia musi spełnił swój patriotyczny obowiązek. Ojciec żegna go słowami; Niech mądrale się martwią, o prostaczków zatroszczy się Bóg. Może jest coś z prawdy w tej prostej chłopskiej filozofii, jeśli weźmiemy pod uwagę zakończenie filmowe zakończenie.

Claude ma swoje plany, zanim zamelduje się w jednostce chce obejrzeć Empire State Building oraz Statuę Wolności. Tymczasem w Nowym Yorku trafia na grupkę bezdomnych przyjaciół hipisów, którzy właśnie spalili swoje karty powołania do wojska. Przyjaciele mają jedynie siebie i … włosy. Włosy będące synonimem wolności, buntem przeciwko uporządkowanemu światu.
Nowo poznani przyjaciele zaznajamiają Claude z urokami hipisowskiego życia. Wspólnie spędzona z przyjaciółmi noc odmienia życia młodego poborowego na zawsze. Dzięki liderowi grupy - Bergerowi (Treat Williams) Claude poznaje piękną Sheile (Beverly D`Angelo), w której zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Mimo namów przyjaciół do pozostania z nimi, Claude następnego dnia melduje się w wojsku. Chcąc się odwdzięczyć Claudowi za okazaną w potrzebie pomoc nowo poznani przyjaciele postanawiają umożliwić mu spędzenie kilku chwil z Sheilą. Berger wywozi Claude z koszar, a sam wraca na jego miejsce. Kiedy Claude spędza miłe chwile u boku dziewczyny w koszarach ogłoszony zostaje alarm, a żołnierze transportowani do samolotów lecących do Wietnamu.
Dramatyczne zakończenie jest niezwykle wzruszającym apelem do sumień rządzących, apelem, który jak uczy historia pozostaje od lat bez odzewu.
Uwielbiam musicale, które oprócz radości, jaką daje muzyka (a muzyka w Hair jest przepiękna) także wzruszają i skłaniają do refleksji. Stawiają pytania, które często pozostają bez odpowiedzi, ale czasami, to przecież nie odpowiedzi są najważniejsze, a właśnie owe pytania.
Okazuje się po raz kolejny, że o wojnie, jej dramaturgii, o bezsilności człowieka wobec historii można opowiadać na wiele sposobów, można także z pomocą muzyki.

Muzyka jest jednym z największych atutów filmu Milosa Formana. Prawie wszyscy chyba znają wspaniałe Aquarius (Era Wodnika) – leitmotiv musicalu, czy finałowe Let the Sun shine In (Pozwólcie świecić słońcu) śpiewane przez protestujących przed Białym domem hippisów.

Nie bez znaczenia jest świetna gra aktorów, zwłaszcza fantastycznie kreuje swą postać Treat Williams. Jego charyzmatyczny Berger najpierw rozśmiesza, potem wkurza, dalej wzrusza, aby na koniec przekonać nas, jak złudne bywają pozory.

Wszystkie utwory z tego musicalu są fantastyczne, ale jedną z moich ulubionych piosenek jest śpiewana pięknym, silnym głosem przez Cheryl Barnes Easy to be hard. Przedstawia ona troszkę inne spojrzenie na pokolenie dzieci-kwiatów.

Zdjęcia: 1. Plakat filmu, 2. John Savage - kadr z filmu- w momencie pewnego odurzenia środkami niekoniecznie prawem dozwolonymi, 3. Treat William- kadr z filmu podczas brawurowego wykonania I got live (Mam życie)

niedziela, 24 czerwca 2012

Listy do młodego piarza Mario Vargas Llosa


Wydawnictwo Znak, rok wydania 2012, ilość str. 121
„Listy do młodego pisarza” to zbiór dwunastu esejów napisanych w formie listów, w których autor udziela rad młodemu, wyimaginowanemu adeptowi literatury na temat warsztatu twórczego. Sam Llosa pisze we wstępie: „Nie jest to podręcznik sztuki literackiej - tej prawdziwi pisarze uczą się sami. Jest to esej mówiący o tym, jak rodzą się i powstają powieści, oparty na moich własnych doświadczeniach, które nie muszą by identyczne z doświadczeniami innych prozaików, ani nawet ich przypominać”. Jeśli jednak ktoś myśli, iż lektura Listów pozwoli mu poznać tajniki warsztatu noblisty, wyjawi jego tajemnice bardzo się myli. Listy można by nazwać zbiorem wykładów na temat techniki pisania; doskonalenia warsztatu literackiego od strony formy, stylu, sposobu narracji, czasu powieści, powiązań wątków fabuły. Są to bardzo ciekawe wykłady, zwłaszcza dla osoby, która nigdy nie studiowała filologii polskiej i spotyka się po raz pierwszy z tego typu tematyką. 
Pewne spostrzeżenia czy poglądy wyrażone przez autora będące powszechnie znanymi prawdami zostały przedstawione w taki sposób, że czytając je najpierw odnosiłam wrażenie, jakbym odkrywała je po raz pierwszy, aby po chwili dojść do wniosku, że autor przelał na papier moje myśli, a to od razu wprawiało mnie w lepsze samopoczucie. Jednak już podczas lektury drugiego czy trzeciego listu zaczynał mi nieco przeszkadzać akademicki ton esejów. Chyba niepotrzebnie nastawiłam się na poznanie „duszy” noblisty. Pomijając tego rodzaju rozczarowanie lektura jest ciekawym doświadczeniem zwłaszcza dla takich laików, jak ja. 
Trudno nie zgodzić się z takimi tezami na temat pisania, jak np. te, że wypływa ono z wewnętrznej niezgody na zastaną rzeczywistość („ten, kto z upodobaniem koncypuje kształty życia różne od zastanych, daje tym samym do zrozumienia, że odrzuca i poddaje krytyce, te które widzi, a także realny świat, chcąc je zastąpić innymi, narodzonymi w jego wyobraźni i jego pragnień”), jest wynikiem powołania a nie zajęciem uprawianym w wolnych chwilach (powołanie jest poświęceniem wyłącznym i wyłączającym, sprawą pierwszorzędną, przesłaniającą wszystko inne, dobrowolnie przyjętym poddaństwem, które swe ofiary – szczęśliwe ofiary czyni niewolnikami), bezwzględnym imperatywem, który sprawia, że „nie żyjemy, aby pisać, ale piszemy, aby żyć”. 
„Siła przekonywania powieści…. niweluje dystans dzielący fikcje od rzeczywistości, a zacierając ową granicę, sprawia, że czytelnik przeżywa wymyśloną konstrukcję jako odwieczną prawdę; iluzję bierze za najbardziej spójny i solidny opis rzeczywistości.
Listy poza wykładem na temat techniki pisania są także wyrazem poglądów autora na temat literatury. Możemy z nich poznać nie tylko literackie fascynacje Llosy (Faulkner, Hemingway, Camus, Sartre), ale i poglądy na temat roli pisarza oraz pisania. 
Autor podczas prezentowania swoich tez odwołuje się często do prozy znanych klasyków. Niestety dla mnie, są to w przeważającej mierze pisarze iberoamerykańscy, których twórczość jest mało mi znana (Marquez, Cortazar). Może dlatego czytając Listy dochodzą do wniosku, jak wiele jeszcze przede mną książek, które muszę/ chcę przeczytać. Na szczęście pisarz nie omija także takich pisarzy jak Flaubert, Hemingway, Hugo, Steinbeck, Camus, czym poprawia moje samopoczucie, gdyż tu przynajmniej mogę powiedzieć, że wiem, o czym pisze. 
Konkluzja lektury prowadzi do znanej powszechnie prawdy, iż dobry pisarz potrzebuje warsztatu, bo bez niego ciężko stworzyć prawdziwą powieść, ale nawet najlepszy warsztat nie zmieni rzemieślnika w dobrego pisarza.
Lektura uświadomiła mi coś jeszcze. Do tej pory wydawało mi się, iż moja znajomość klasyki jest nie najgorsza, tymczasem teraz widzę, jak wielkie mam braki. 
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Trójka e-pik u Sardegny (literatura iberoamerykańska). Ponadto zaliczam ją do wyzwania Nobliści oraz wyzwania z półki.



środa, 20 czerwca 2012

Palę Paryż Bruno Jasieński


Bruno Jasieński był współtwórcą i jednym z największych przedstawicieli polskiego futuryzmu. Był też zwolennikiem idei utopijnego komunizmu. Przedstawiciele tej ideologii nie odpłacili mu wzajemnością (rozstał rozstrzelany).
Młody pisarz zafascynowany był zarówno nową ideologią, jak i nowym prądem w sztuce europejskiej, odrzucającym min. tradycję (jako relikt przeszłości) i akcentującym związek człowieka z maszyną (jako wyraz postępu).
„Palę Paryż” jest odpowiedzią autora na nowelkę francuskiego pisarza i dyplomaty - Paula Moranda (której tytuł można przetłumaczyć, jako „Palę Moskwę”). Przedstawiała ona wyższość zachodniej, kapitalistycznej cywilizacji nad proletariacką, radziecką. Dla młodego socjalisty było to wyzwaniem do przeciwstawienia Moskwy - Paryżowi, a świata idei - światu pieniądza.

Pozbawiony środków do życia i przeżywający zawód miłosny Pierre postanawia się zemścić za swe życiowe niepowodzenia na znienawidzonym Paryżu. Lata dwudzieste zeszłego stulecia to ciążki okres w historii Europy. Jeszcze nie podźwignęła się po pierwszej wojnie światowej, a już zaczyna ją nękać widmo przyszłego kryzysu gospodarczego. Fabryki masowo zwalniają robotników, ludzie ubożeją, tracą pracę, miejsce zamieszkania, rozpadają się rodziny i związki. Paryż jest dla Pierra uosobieniem wszystkiego co najgorsze. Obwinia go zarówno za swoją nędzę, jak i za niewierność dziewczyny (która dlatego jest niewierna, bo żyje w tym ogarniętym zgnilizną moralną siedlisku kapitalizmu).

(…) we Francji, z racji kiepskiej koniunktury, ludzie przestali kupować samochody. Fabrykom groziło zamknięcie. Wszędzie redukowano do połowy personel. Celem uniknięcia zaburzeń usuwano po kilku ludzi o różnych porach dnia, z różnych oddziałów. Przychodząc z rana na robotę i stając nad warsztatem, nikt nie mógł być pewien, czy kolej dziś nie na niego.
Czterysta niespokojnych par oczu, jak psy węszące po ziemi, biegło chyłkiem, trop w trop śladem ociężałych stóp majstra, wolno, jakby z namysłem przechadzającego się między warsztatami, i usiłowało uniknąć spotkania z jego prześlizgującym się po twarzach wzrokiem. Czterystu ludzi schylonych nad maszynami, jak gdyby pragnęło stać się jeszcze mniejszymi, bardziej szarymi, niedostrzegalnymi, w gorączkowym wyścigu palców namotywało sekundy na rozpalone od pośpiechu obrabiarki i ochrypłe od niemego krzyku, plączące się palce zdawały się mamrotać: „Ja najszybciej! Nie mnie przecież! Nie mnie!”. (…)

Pierre dokonuje aktu zemsty, o dziwo, w chwili, kiedy los się do niego zaczyna uśmiechać (dostał pracę). Nieprzypadkowo na dzień zemsty wybiera dzień Rocznicy wybuchu Rewolucji Francuskiej. Wykrada z laboratorium zarazki dżumy i wprowadza je do systemu miejskich wodociągów. Nie trudno domyślić się, jakie skutki wywoła jego pragnienie zemsty. Rozprzestrzeniająca się epidemia odcina miasto od świata i więzi jego mieszkańców wewnątrz murów miejskich.
„Palę Paryż” ukazuje sposób zachowania się społeczności postawionej przed widmem unicestwienia wszystkich mieszkańców miasta.
Tworzą się małe państewka funkcjonujące w obrębie zamieszkujących miasto społeczności. Powstają państwa-dzielnice: Chińska, Żydowska, rosyjska (bolszewicka) oraz francuska (monarchistyczna). Wszystkie państwa toczą ze sobą walkę o żywność.
Kiedy epidemia zaczyna roztaczać coraz większe kręgi, a szansa na znalezienie antidotum maleje okazuje się, iż przeżyją jedynie…. no właśnie, kto może u Jasińskiego przeżyć i dać początek nowej, lepszej, cudownej społeczności?

Palę Paryż to rodzaj political fiction.

Powieść jest niezłym studium ludzkich zachowań w sytuacji bez wyjścia. Skojarzenia z "Dżumą" Camusa nasuwają się same. Epidemia uwypukla nie tylko indywidualne zachowania ludzi, ale też uwypukla wszelkie podziały społeczne.
Z drugiej strony książka jest świetną groteską na rodzące się idee komunizmu (być może niezamierzoną) oraz przykładem dużej wyobraźni autora. Za sprawą różnych doświadczeń życiowych autora i dzisiejszego czytelnika, nieco inaczej odbieramy treści, powstałe na początku ubiegłego stulecia. To, co być może zachwycało, czy też było powodem do dumy dla młodego socjalisty, dziś może budzić w najlepszym wypadku politowanie.

"- Ja, towarzysze, chciałem rzec słowo względem tych towarzyszy, co to z branży kryminalnej. Będzie między nami, towarzysze, ze trzy tysiące towarzyszy kanciarzy, wypuszczonych z więzień razem z pozostałym proletariatem. My, towarzysze, po sądach ich ciągnąć nie będziemy. Choć to niby i przestępcy, jak to mówią, ale przestępcy, można powiedzieć, przeciwko dawnemu państwu burżuazyjnemu, a kogóż to wtedy nie uważali za przestępcę? Niejeden z głodu, z nędzy, z bezrobocia świsnął gdzie funt kiełbasy albo jenszą szynkę, nie? Takiego zaraz pański, klasowy sąd - bach do ula! Złodziej i tyle. My tam, towarzysze, w tych drobiazgach grzebać się nie będziem. Jak rewolucja, to rewolucja, znakiem tego wolność dla całego proletariatu bez różnicy i wyjątku, nie? Innym słowem: starym grzechom, jakie by tam nie były - można powiedzieć, amnestia i koniec. Od dzisiaj wszystko na nowa, po naszemu".
Oczywiście obraz Paryża i jego mieszkańców jest obrazem nieco wypaczonym i nie pozbawionym przejaskrawień. Nie jest to jednak nieprawdziwy obraz ludzi, którzy w obliczu wizji zagłady tracą człowieczeństwo.

Podobał mi się natomiast sposób pokazania postaci, które początkowo jednoznaczne (z wyraźnym podziałem na tych dobrych i tych złych) stają się pod koniec powieści bardziej zróżnicowane. Zaciera się granica pomiędzy my a oni.

Palę Paryż podobał mi się ze względu na pomysł, ciekawe rozwiązania, charakterystykę postaci i dlatego, że mimo politycznych sympatii autor nie stanął po żadnej ze stron (IMO oczywiście).
Książka jest ciekawa i warta zapoznania.

Moja ocena 4,5/6

niedziela, 17 czerwca 2012

Nie tylko dla dziewcząt Magdalena Samozwaniec


Wydawnictwo "Śląsk"
Rok wydania 1966
Ilość stron 216.
Wnikliwy dar obserwacji, duży talent i ogromne poczucie humoru - to wszystko sprawia, że utwory autorstwa Magdaleny Samozwaniec potrafią rozbawić nie tylko czytelniczki, ale i czytelników.
„Tylko dla dziewcząt” to zbiór felietonów, w których autorka daje obraz odwiecznej wojny płci. Różnice w oczekiwaniach dziewcząt i chłopców co do kandydatów i kandydatek na życiowych partnerów opisane satyrycznym piórem pisarki wywołają nierzadko uśmiech na twarzy czytelnika, nie mówiąc o wybuchach śmiechu towarzyszących lekturze.
Wzajemne relacje pomiędzy dziewczętami a konkurentami do ich ręki wydają się dziś nieco anachroniczne, podobnie jak panująca wówczas moralność i dulszczyzna. Autorka uświadamia nam jednak iż, zarówno w kwestii doboru życiowych partnerów, jak i w kwestii mody, wychowania, moralności tak naprawdę niewiele zmieniło się od zarania dziejów.
To co dla naszych matek było nie do przyjęcia, dla naszych córek jest przeżytkiem, a dla naszych wnuczek, a może prawnuczek będzie rewolucyjnym rozwiązaniem.
Autorka pisze o sprawach ważkich i ważnych, ale pisze z przymrużeniem oka. Pisze o relacjach damsko-męskich, o konflikcie pokoleń, o braku szacunku dla dzieci i braku szacunku dla rodziców, o damskiej przyjaźni i męskich poszukiwaniach partnerki idealnej oraz damskich pragnieniach zdobycia męża. Wytykając damsko-męskie przywary robi to z uśmiechem. Jej satyryczny ton pełen jest ironii, ale jest to ironia pozbawiona złośliwości, chociaż nie jest ona wolna od goryczy.
Dzisiejsza nastolatka ze zdziwieniem może się przekonać z książki, jak żyła jej koleżanka przed ponad stu laty, kiedy dziewczyna nie mogła przebywać z chłopakiem sam na sam bez przyzwoitki, kiedy w wieku lat osiemnastu należało rozejrzeć się za mężem, a w wieku lat dwudziestu otrzymywało miano starej panny. Może też przekonać się, jak pomysłowość jej koleżanki sprzed wieku pozwalała jej omijać wszelkie przeszkody, jakie stawiała ówczesna moralność i opiekunowie.
Oto co pisała Samozwaniec;
O moralności i modzie
„Józinka znów upierała się, żeby nosić suknie tak krótkie, że jej prawie cały bucik było widać.
Prawdziwie dobrze wychowane panny nóg nie mają-mawiała ciocia-babcia.
Mama była, już troszkę bardziej postępowa.
Owszem-twierdziła- można mieć nogi, ale nie trzeba ich pokazywać, bo to i niemiłe i nieciekawe dla patrzącego”.
O moralności i wychowaniu
- "Ach, mąż….- zawołała histerycznie – Ale wiesz, mam wrażenie, że w małżeństwie dzieją się rzeczy, o których mama nie ma pojęcia, inaczej nigdy by na to nie zezwoliła.”
O całowaniu i kobiecej naturze:
"Mężczyźni wymyślili pocałunek, aby kobiecie nareszcie zamknąć usta. Gdy chciała coś powiedzieć, całowałem ją coraz gwałtowniej. Bałem się, czy nie zada mi żenujących pytań w rodzaju: Czy mnie kochasz” Bo i skąd można wiedzieć, czy się kocha dziewczynę, którą się całuje? I cóż to ma z miłością wspólnego? Ale one nigdy tego nie rozumieją…"
O kobiecej „przyjaźni”
"Kobiety zwykle całują się na przywitanie, ponieważ nie mogą się ugryźć".

Wbrew tytułowi „Tylko dla dziewcząt” to książka skierowana nie tylko do jednego kręgu odbiorców. Stąd tytuł wpisu nie jest moją pomyłką, a raczej komentarzem dotyczącym tegoż tytułu.
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania u Sardegny (Trójka e-pik), w którym w czerwcu należało przeczytać między innymi kobiece czytadło.
Moja ocena 4,5/6


niedziela, 10 czerwca 2012

Anioł Zwiastowania w Madryckim Prado


Zwiastowanie Fra Angelico
tempera na desce
194 na 194 cm
Muzeum Prado

Poszukując aniołów w Madrycie trafiłam na kolejne Zwiastowanie pędzla błogosławionego braciszka z Fiesole. Fra Angelico należy do moich ulubionych malarzy. Miałam szczęście mogąc podziwiać oryginały jego dzieł między innymi we Florencji i Paryżu. Uderza w nich ogromny spokój, pokora i głęboka wiara. Jego obrazy były nie tylko wyrazem artystycznej wizji, były też modlitwą ich twórcy. Bijący z nich spokój udziela się też oglądającemu.
Zwiastowanie jest obrazem ołtarzowym namalowanym na początku XV wieku (źródła podają sprzeczne daty; jedne piszą o 1426 r., inne 1430-1432 r.) dla klasztoru Św. Dominika w Fiesole. Dzisiaj obraz znajduje się w Muzeum Prado w Madrycie. Pewnie mało kto zwróci na niego uwagę, bo wybierając się do madryckiej galerii po raz pierwszy i często po raz ostatni w życiu nastawiamy się raczej na obrazy Goyi, Velazquesa, Rembrandta, El Greco czy Boscha.
Skąd obraz włoskiego zakonnika wziął się w hiszpańskiej galerii narodowej? Jak pisze Giorgio Vasari (najlepsze źródło informacji o epoce) obraz umieszczono w jednej z kaplic kościoła Św. Dominika w 1435 roku, gdzie znajdował się aż do początku XVII wieku, kiedy to dominikanie sprzedali go księciu Mario Farnese. Stamtąd obraz trafił do dominikańskiego kościoła w Valladolid, a następnie do Madrytu, by w roku 1861 ozdobić ściany Muzeum Prado.
Obraz został namalowany metodą tempera z użyciem złota na desce o wymiarach niemal dwa na dwa metry.
Zarówno układem, jak i rozplanowaniem przestrzeni przypomina on fresk Zwiastowanie znajdujący się w Klasztorze Św. Marka we Florencji, jednak jest od tamtego o wiele bogatszy (u góry strony anielskiego bloga).
Podobnie jak na florenckim Zwiastowaniu scena głoszenia dobrej nowiny rozgrywa się pod portykiem o konstrukcji cienkich kolumienek. Anioł i Maryja znajdują się w podobnych pozycjach; ona siedzi pochylona w ukłonie, on przyklęka przed nią schylając głowę. Oboje mają skrzyżowane na piersiach ręce. Po lewej stronie kompozycji znajduje się ogród.
Lecz w przeciwieństwie do florenckiego fresku na madryckim obrazie w głębi ogrodu rozgrywa się scena wygnania Adama i Ewy z Raju. Scena grzechu pierworodnego i wygnania pierwszych rodziców z Raju łączy się ze sceną Zwiastowania Maryi narodzin Zbawcy. Połączenie dwóch odległych w czasie zdarzeń, a jednak ściśle ze sobą powiązanych; grzechu z zapowiedzią jego odkupienia.
Tym co odróżnia oba Zwiastowania jest też większe nasycenie barwami madryckiego obrazu. Więcej tu niebieskości, różowości i złota.
No i jako obraz ołtarzowy znajdująca się poniżej predella ukazuje sceny z życia Maryi.
W obrazie możemy dostrzec charakterystyczną dla Fra Angelico dbałość o szczegóły, przestrzenność architektury oraz połączenie jej z naturą.
Kiedy patrzy się na anioły Fra Angelico wydaje się, iż nie sposób ich pomylić z jakimikolwiek innymi aniołami. No i kiedy patrzę się na anioła zwiastowania na obrazie madryckim, natychmiast staje mi przed oczami Anioł Zwiastowania znajdujący się w paryskim Luwrze; ta sama uduchowiona twarz, ta sama aureola złoto-blond loczków, ten sam pokłon przed matką Zbawcy.
Uwielbiam patrzeć na anioły błogosławionego braciszka. Ich spokój udziela się wówczas i mnie, a dobra nowina, którą głosi napawa nadzieją.
Zdjęcia: 1. Zwiastowanie Fra Angelico w Muzeum Prado (obraz ze strony internetowej), 2. fragment obrazu Zwiastowanie Fra Angelico - zdjęcie własne reprodukcji. 3. Anioł zwiastowania Fra Angelico z obrazu znajdującego się w Luwrze - zdjęcie własne z widokówki

sobota, 9 czerwca 2012

Pan Wołodyjowski - audiobook


Wydawnictwo: Agora
audiobook: czas trwania 16,5 godziny
lektor: Janusz Gajos
Pana Wołodyjowskiego czytałam po raz pierwszy, jako nastolatka wygrzebawszy spod szklanego stoliczka (zamieszkałej na wsi) cioci. Czasy mojej wczesnej młodości przypadały na okres, kiedy o dostęp do książek nie było tak łatwo, jak dzisiaj. Pamiętam uczucie radości, kiedy na książkę trafiłam (znając jedynie filmową jej adaptację) oraz żal, że nie będę jaj mogła zabrać ze sobą.
Oczywiście podczas tej pierwszej lektury zakochałam się w małym rycerzu, a w mojej główce roiło się, iż mogłabym zostać damskim odpowiednikiem pana Michała, albo co najmniej dzielnym hajduczkiem.
Po audiobooka Pan Wołodyjowski sięgnęłam dzięki trójkowemu wyzwaniu u Sardegny oraz jej rekomendacji.
W Panu Wołodyjowskim niemal każdy może odnaleźć coś dla siebie. Znajdują się tam wątki; miłosne, historyczne, przygodowe, obyczajowe. Jest cała galeria ciekawych i zróżnicowanych postaci z panem Onufrym Zagłobą na czele z jego krotochwilnymi przypowiastkami.
Ponowna lektura zaowocowała odkryciem i innych atutów powieści. Przede wszystkim u Sienkiewicza zachwyca przepiękny, staropolski język. Swego czasu Lirael zaproponowała akcję przywracania do użytku dawno zapomnianych słów. Ja ze swojej strony chętnie zaadoptowałabym takie perełki jak: amicycja, abominacja, mydłek, pobratymstwo, larum, animusz, afekt i moje ulubione zali (czy).
Czy uchował się jeszcze ktoś kto nie wzruszy się na słowa:

Dla Boga, panie Wołodyjowski! Larum grają! Wojna! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz! Szabli nie chwytasz? Na koń nie siadasz? Co się stało z tobą, żołnierzu? Zaliś swej dawnej przepomniał cnoty, że nas samych w żalu jeno i trwodze zostawiasz?

Dla wielbicieli powieści historycznej gratką będzie umiejscowienie akcji na tle wojen z Turcją w latach 1668-1673, elekcji Michała Korybuta Wiśniowieckiego, obrony Kamieńca Podolskiego i bitwy pod Chocimiem. Na ile zgodne z historyczną prawdą- to już inna sprawa. 
Uwagę zwraca też warstwa obyczajowa XVII wiecznej Polski (elekcja, życie na stanicy, stosunki damsko-męskie) a także opis życia Polaków wziętych w jasyr.

Znajdzie się też coś dla wielbicielek romansów. Mały rycerz jest nie tylko pierwszym rycerzem Rzeczpospolitej, ale i niezwykle kochliwym człowiekiem. Jeszcze nie zdążył opłakać Anusi Borzobohatej, a już w serce zapadła mu Krzysia, żeby za chwilę zapałać afektem do Basi. W Panu Wołodyjowskim jest tych miłosnych historii i dramatów więcej (Krzysia i Ketling, Pan Nowowiejski i panna Boska, Azja i … Ewa Nowowiejska/Basia Wołodyjowska). No bo jak mawiał Ketling:

Kochanie to niedola ciężka, bo przez nie człek wolny niewolnikiem się staje. Równie jak ptak, z łuku ustrzelon, spada pod nogi myśliwca, tak i człek, miłością porażon, nie ma już mocy odlecieć od nóg kochanych... Kochanie to kalectwo, bo człek, jak ślepy, świata za swoim kochaniem nie widzi... Kochanie to smutek, bo kiedyż więcej łez płynie, kiedyż więcej wzdychań boki wydają? Kto pokocha, temu już nie w głowie ni stroje, ni tańce, ni kości, ni łowy; siedzieć on gotów, kolana własne dłońmi objąwszy, tak tęskniąc rzewliwie, jako ów, który kogoś bliskiego postradał... Kochanie to choroba, gdyż w nim, jako w chorobie, twarz bieleje, oczy wpadają, ręce się trzęsą i palce chudną, a człowiek o śmierci rozmyśla albo jak w obłąkaniu ze zjeżoną głową chodzi, z miesiącem gada, rad miłe imię na piasku pisze, a gdy mu je wiatr zwieje, tedy powiada: "nieszczęście!"... i ślochać gotów...”
A jednak - Jeśli miłować ciężko, to nie miłować cięże jeszcze, bo kogóż bez kochania nasyci rozkosz, sława, bogactwa, wonności lub klejnoty? Kto kochanej nie powie: „Wolę cię niźli królestwo, niźli sceptr, niźli zdrowie, niźli długi wiek?...” A ponieważ każdy chętnie by oddał życie za kochanie, tedy kochanie więcej jest warte od życia...

Ale, że Pan Wołodyjowski jest ostatnią częścią Trylogii pisanej „ku pokrzepieniu serc” to bohaterowie ponad szczęście osobiste i kochanie przedkładają obowiązek obrony umiłowanej Rzeczpospolitej w imię hasła Bóg, honor, ojczyzna. Obraz jest mocno wyidealizowany.
Jest w Panu Wołodyjowskim coś z pięknej baśni, gdzie bohaterowie, są szlachetni, rycerscy, odważni, gotowi na wszystko w imię przyjaźni i w imię miłości (szeroko pojętej, czy do kobiety, członka rodziny, czy ojczyzny), a przy tym nie są postaciami papierowymi, czy pozbawionymi wad.
Dodatkową zaletą audiobooka jest piękna interpretacja pana Janusza Gajosa.
Z książką zapoznałam się dzięki wyzwaniu Trójka e-pik, a zaliczam także do wyzwań klasyka i nobliści.





piątek, 8 czerwca 2012

Utracona Willa Cather, o dziwo to też klasyka

Utracona Willa Cather
Wydawnictwo Książka i Wiedza
Rok 1976
Ilość stron 149
Tytuł oryginału A lost lady
No, a teraz z ręką na sercu, kto słyszał nazwisko Cather. Zapewne znajdzie się parę osób, ale ja przyznaję się bez bicia nie miałam pojęcia kim była Willa Cather. Tymczasem okazuje się, iż wydane przez żyjącą w latach 1873-1947 amerykankę książki zalicza się do klasyki literatury amerykańskiej. Jej twórczość pozostawała pod dużym wpływem Edith Whorton i Henrego Jamesa.
Utracona (mam wątpliwość czy to właściwe tłumaczenie tytułu, bo mnie osobiście bardziej pasowałoby zagubiona, pogubiona - sugerując się treścią, ale nie jestem anglistką) to niewielka objętościowo książeczka.
Gdzieś na środkowym zachodzie Stanów Zjednoczonych w małej mieścinie Sweet Water dobiega schyłku epoka wielkich pionierów. Jako jedna z ostatnich enklaw starego porządku istnieje jeszcze posiadłość Forresterów. Kapitan Forrester, zasłużony dla nowego kraju budowniczy setek mil torów kolejowych nabył niewielką posiadłość i wraz z żoną prowadzi latem dom otwarty dla licznych krewnych i znajomych.
Wcielający się w rolę narratora – siostrzeniec miejscowego sędziego - Neil Herbert pozostaje pod ogromnym urokiem pani domu Marianny Forrester. W jego przekonaniu reprezentuje ona wszystko, co najlepsze; w kobiecie i w człowieku. Kiedy epoka pionierów zaczyna odchodzić w przeszłość a pojęcia zaczynają się dewaluować, zanika poczucie wspólnoty, braterstwa, giną ideały wspólnego budowania zrębów nowej społeczności, jako jedna z niewielu osób - pani Forrester (zdaniem Neila) stoi na straży dawnych wartości. Neil podziwia w Mariannie; wierność przekonaniom, poczucie wolności, dystynkcję, dobroć, odniesiony sukces, godność i piękno.
Wykształcony na klasykach narrator stawia bohaterkę niemal na piedestale, czyniąc ją ostatnią ostoją ładu w ginącym świecie romantycznych ideałów. Tymczasem Neil staje się przypadkowym świadkiem pewnego zdarzenia, które burzy jego idealistyczny obraz pani Forrester.

W owej krótkiej chwili pod drzwiami sypialni pani Forrester – między schylaniem się, a wyprostowaniem- utracił coś najpiękniejszego w swym życiu. Zanim wyschła rosa, ranek był już dla niego stracony. I wszystkie następne poranki – powiedział do siebie z goryczą. Tego dnia skończyło się jego uwielbienie i oddanie- uczucia, które w jego życiu były jak kwitnące kwiaty. Nigdy już tego nie odzyska. Skończyło się jak poranna świeżość róż. […] Pogwałciła nie zasady moralne, lecz pewien ideał estetyczny. Piękne kobiety, których piękność więcej znaczy niż wyraża. Czy te piękne stworzenia zawsze karmią się czymś pospolitym i zakazanym? Czy na tym polega ich tajemnica?

Książeczkę cechuje bunt przeciwko odchodzącemu światu, prostota i pewnego rodzaju naiwność narratora (a może i autorki). Bohaterowie są zróżnicowani, choć ich postacie są ledwie zarysowane.

Autorka dobrze oddaje klimat czasów, a przynajmniej odpowiada on mojemu wyobrażeniu o nim.

A mimo wszystko lektura nie poruszyła we mnie żadnych czułych strun. Przeczytałam jakoś tak beznamiętnie i obawiam się, że za parę miesięcy, a może i tygodni nie będę pamiętała jej treści. Niestety ja nie dostrzegłam w niej wartości ponadczasowych.

Moja ocena 3/6


czwartek, 7 czerwca 2012

Trzej towarzysze Erich Maria Remarque


Remarque to moje osobiste odkrycie pierwszej połowy tego roku. Po jednej z najlepszych, jakie czytałam opowieści antywojennych „Na zachodzie bez zmian”, po fantastycznym obrazie Paryża z okresu dwudziestolecia międzywojennego w „Łuku Tryumfalnym” trafiłam na „Trzech towarzyszy”.
W przeciwieństwie do „Łuku tryumfalnego”, w którym życie bohaterów determinuje świadomość bliskości kolejnej wojny, kiedy echa poprzedniej jeszcze nie przebrzmiały w „Trzech towarzyszach” bohaterowie, którzy „szczęśliwie” przeżyli wojnę uczą się żyć normalnie.
Robby wraz z dwójką przyjaciół powracają w rodzinne strony i spędzają ze sobą niemal każdą chwilę; prowadzą warsztat, naprawiają samochód, wspólnie upijają się w knajpach. Tyle, że okaleczeni psychicznie patrzą na powojenną normalność z dużą dozą cynizmu, a życie wydaje się im pozbawionym sensu trwaniem. Mimo to łączy ich coś pięknego i głębokiego, coś co sprawia, że życie jest nie tylko codziennym zatracaniem się w oparach alkoholu.

Picie szybko przenosiło człowieka nad czasem, ale między wieczorem a początkiem dnia tworzyła się znów przestrzeń, jakby to były lata.
[…] Wypijemy za naiwność, głupotę i wszystko, co się z nią wiąże - miłość, wiarę w przyszłość, marzenia o szczęściu — za cudowną głupotę, raj utracony...


Trójkę przyjaciół połączyła wspólnota przeżyć (okopy, walka z wrogiem, śmierć współtowarzyszy, ratowanie życia). Kiedy w tym męskim gronie pojawia się piękna kobieta, w której zakochuje się Robby wydaje się, iż będzie ona stanowić konkurencję dla męskiej przyjaźni i solidarności. Tymczasem okazuje się, że pod wpływem miłości zmienia się nie tylko Robby, ale i jego towarzysze. Robby odnajduje sens życia, a przyjaciele jednoczą swe siły, aby wspomóc go w zmaganiu się z coraz nowymi przeciwnościami losu. Okazuje się, iż wojna której odgłosy dawno już przebrzmiały nie daje o sobie zapomnieć nawet po kilku latach wkraczając w życie szczęśliwie zakochanych i burząc ich plany i nadzieje.
Ale to nie fabuła jest u Remarque najistotniejsza. Podobnie, jak w wymienionych przeze mnie wcześniej utworach tak i tu uderza umiejętność niezwykłej obserwacji pisarza i wspaniałe oddanie obrazu „straconego” pokolenia. Pokolenia ludzi, którzy przeżywszy koszmar wojny nie potrafią odnaleźć się w zwyczajnym, normalnym, codziennym życiu, pozbawionym huku dział, wystrzałów granatów, gazów trujących, wszechobecnej śmierci.
Mimo beznadziei towarzyszącej życiu bohaterów wydźwięk powieści napawa optymizmem. Wojna nie zdołała zniszczyć w bohaterach uczuć przyjaźni i miłości. Takich przyjaciół, jakich miał Robby mógłby sobie życzyć każdy.

Remarque pięknie oddaje klimat okresu powojennego; kryzys wartości, ubożenie społeczeństwa, brak perspektyw, początki wielkiego kryzysu, nocne życie mające być odtrutką na wszelkie bolączki. W powieści podobała mi się prostota i mądrość przekazu, liryczna historia miłosna, no i piękna opowieść o przyjaźni. Sympatię budzili też bohaterowie, którzy nie poddawali się, chociaż życie rzucało im kłody pod nogi, nie upadali, a nawet, jak upadli podnosili się i szli dalej.

A oto garść wyznawanych przez przyjaciół Robbiego filozofii;

W życiu zwycięża tylko głupi; mądry widzi przed sobą zbyt wiele trudności i traci pewność siebie, zanim zacznie działać.
Człowiek wpada w melancholię kiedy rozmyśla o życiu, a staje się cynikiem kiedy widzi jak inni sobie z nim radzą.
Najlepszym środkiem przeciw prawu jest bezczelność.
Grunt to nie przywiązywać się do niczego. […] Do czego się przywiążesz, to chciałbyś zatrzymać. A zatrzymać w życiu nie można nic.
Filarami ludzkiego społeczeństwa są: chciwość, strach i przekupność. Człowiek jest zły, ale lubi dobroć w innych.
Im mniej człowiek wie, tym łatwiej mu żyć. Wiedza daje wolność, ale unieszczęśliwia.
Zasady należy łamać, inaczej nie sprawiają żadnej przyjemności.


Książkę przeczytałam w postaci e-booka (jest to moja pierwsza książka przeczytana na czytniku).

Moja ocena książki- 5/6

wtorek, 5 czerwca 2012

Ciężki miesiąc zakończony, czyli nowo narodzona


Przez ponad miesiąc żyłam w zawieszeniu, w oczekiwaniu, w niepewności i strachu. Strach ma wiele oczy, a mój miał ogromne. Przez miesiąc czasu po prostu się bałam. Pod koniec kwietnia okazało się, iż czeka mnie zabieg i biopsja. Najpierw badania, zabieg, potem długie czekanie na wynik.
Odebrałam wynik i jestem, jak nowo narodzona i mogę zaśpiewać, że czuję się jak królowie życia.
Skoro otrzymałam kolejną szansę od jutra wracam intensywnie do blogosfery.
Dziękuję tym wszystkim, którzy wiedząc o moich obawach dodawali mi wsparcia i otuchy. Wasze słowa; znaczyły dla mnie ogromnie dużo. W takich chwilach chce się usłyszeć cokolwiek, nawet kłamstwo. A wystarczy zwykłe trzymaj się, będzie dobrze. Najgorsze co może spotkac w takiej chwili to cisza i zostawienie kogoś samemu sobie.

To pewnie niemądre, irracjonalne i nieuzasadnione, ale postanowiłam kupić sobie pierwszego w życiu aniołka, aby czuwał nade mną w ten trudny czas oczekiwania. I możecie wierzyć lub nie, ale ja jestem przekonana, że czuwał nade mną.

Mogę znowu planować wakacje, kolejne musicale. Życie jest cudowne.

Zdecydowałam się na tak osobisty wpis, aby uświadomić moim wirtualnym przyjaciołom i znajomym, że nie należy odkładać niczego na później, zarówno korzystania z życia, jak i badań.


piątek, 1 czerwca 2012

Podsumowanie maja, o rety nie czytam?

Obraz zamieszczony obok to Cisza Jamesa Tissot.
Chyba po raz pierwszy od dawna zakończyłam miesiąc bez czytelniczych zaległości. Tzn. przeczytałam wszystkie książki, które czytać w maju zaczęłam. Wróć- nie przeczytałam (odsłuchałam) Blaszanego bębenka, ale czuję się rozgrzeszona, ze względu na kompletny brak nastroju na tego typu literaturę w tym akurat okresie (kiedy wciąż w zawieszeniu oczekuję ważnej dla mnie wiadomości). Skończyłam zatem czytać wszystko, co rozpoczęte, a jeszcze nie zaczęłam nic nowego.
Udało mi się przeczytać 12 książek - dwunastą "Trzej towarzysze" Remarque skończyłam czytać dziś nad ranem. :) Gorzej z recenzjami - opublikowałam zaledwie osiem :(. No cóż nie można mieć wszystkiego.
Lista przeczytanych książek i opublikowanych recenzji w zakładce PRZECZYTANE W 2012.
Co do realizacji wyzwań wygląda to jak niżej:
Klasyka - 5,
Kuncewiczowa-2,
Kraszewski-1,
Nobliści-1,
Francuska kawiarenka internetowa- 1,
Wyzwanie Trójka e-pik- 3,
Losowanie stosikowe- 1,
Z półki - 2
Ponadto - anielskie wyzwanie - 1

Ponownie ubolewam nad zbyt szybkim tempem czytania i brakiem czasu na pisanie o tym, co kocham najbardziej (muzyce, sztuce, podróżach).