czwartek, 30 sierpnia 2012

Jane Eyre Charlottr Bronte - bajka, romans, czy studium psychologiczne na temat zniewolenia słabszych

 Jane Eyre Wydawnictwo Zielona Sowa, rok wydania- 2009, ilość stron 448.


Przynaglona upływającym w zastraszającym tempie czasem zamieszczam ekspresową notkę z lektury ostatniej pozycji trójkowego wyzwania u Sardegny – powieść z motywem XIX wiecznej Anglii.Jako, że notka ekspresowa to z oczywistych względów też pobieżna. Może za jakiś czas uda mi się ją uzupełnić, ale dziś w obawie przed nie zaliczeniem wyzwania napisałam pierwsze co przyszło do głowy.
Można nazwać Jane Eyre romansidłem, czytadłem, gotycką powieścią wiktoriańską i każde z tych stwierdzeń będzie zarówno prawdziwe, jak i fałszywe, bowiem powieść Chartlotte Bronte jest wszystkim po trochu. Dla wielu czytelników na plan pierwszy wysuwają się elementy romansowe. Trójkąt, próba uwiedzenia, mezalians, ucieczka, kolejny trójkąt, kilkakrotne oświadczyny, propozycja wspólnej podróży misyjnej. Osobiście za romansami nie przepadam, dlatego też z pewnymi oporami sięgałam po książkę. Jednak Jane Eyre to zdecydowanie coś więcej niż tylko powieść o miłości.
Jane Eyre jest też powieścią pełną baśniowych elementów. Skojarzenia z Kopciuszkiem – ubogą sierotką wychowaną przez złą macochę (ciotkę) czy Piękną i Bestią – Rochesterem wydają się oczywiste, choć są skojarzeniami na zasadzie przeciwieństw; ani Kopciuszek – Piękna (Jane) nie jest piękna, ani Bestia-książę (Rochester) nie ratuje Pięknej – Kopciuszka (Jane), a to ona kilkakrotnie ratuje jego. Tych odniesień - skojarzeń i przeciwieństw jest oczywiście dużo więcej, jak gubienie pantofelka (zawiązywanie sandałka), wyjazd do chorego ojca (chorej ciotki), odzyskanie urody (utrata wzroku). Lekturę można by potraktować jako zabawę w odnajdywanie podobieństw i przeciwieństw. Ja jednak poprzestanę na wyżej wymienionych pozostawiając przyjemność poszukiwań przyszłym czytelnikom.
Jane Eyre jest także gotycką powieścią wiktoriańską, a co za tym idzie odnajdujemy tu ponure domostwa, budzące grozę pomieszczenia, napotykamy na niepokojący śmiech rozbrzmiewający w środku nocy, pojawiającego się znienacka jeźdźca na koniu. Atmosfera jest tajemnicza a ponury nastrój otoczenia (mgły i wrzosowiska) współgra z nastrojem duszy bohaterki.
Jane Eyre jest również powieścią obyczajową, w której zobrazowana została sytuacja osieroconych dzieci oraz niezamożnych kobiet pozbawionych opieki rodziny. Życie w Lowood odzwierciedla niedolę skazanych na opiekę instytucji publicznych sierot.
Jane Eyre to też powieść o zniewoleniu słabszych przez silniejszych. Motyw zniewolenia przewija się przez karty powieści; mała Jane więziona przez nienawidzącą ją ciotkę  (w pokoju, w którym zmarł jej wuj), wychowankowie szkoły w Lowood zamknięci w jej murach i skazani na opiekę wstrętnego typa - pana Brocklehurst, młoda nauczycielka zniewolona codziennością i powtarzalnością zdarzeń, czy wreszcie guwernantka zniewolona przez swego pana (tym razem zniewolona uczuciem). Każdy rodzaj zniewolenia czy to wykorzystanie swej przewagi fizycznej, materialnej, czy szantaż psychologiczny odbierają ofiarom szansę na normalną egzystencję. Główna bohaterka dopiero dzięki ucieczce uzyskuje upragnioną niezależność. Ale do tego potrzebna jest determinacja, a niewiele znajdzie się osób gotowych na podjęcie ryzyka. Jane się odważy, bo Jane nie należy do typowych przedstawicielek swojej sfery; nie jest potulną, omdlewającą panienką. Jako dziecko nad wiek dojrzałe, była buntowniczką, zadziorną, niepokorną i wygadaną, jako młoda kobieta stała się osobą wykształconą, namiętną, choć pełną rezerwy, ciekawską, trochę egzaltowaną, odważną, pełną pasji. Dla swych przekonań gotowa jest na sprzeciwienie się konwenansom.
Jane Eyre to wreszcie galeria ciekawych postaci; od głównej bohaterki poczynając, poprzez Edwarda Rochestera (bohatera w typie bajronowskim; z jednej strony wybuchowego despotę, sarkastycznego gwałtownika o mrocznej przeszłości ulegającego namiętnym żądzom, z drugiej troskliwego, opiekuńczego, odnoszącego się z szacunkiem do ludzi na to zasługujących, potrafiącego współczuć), Bertę Mason (chorą, pierwszą żonę Rochestera, stanowiącą alter ego Jane Eyre, kobietę reprezentującą tłumione przez bohaterkę uczucia i namiętności) aż po St. Johna Rivers (ambitnego pastora, którego szlachetność budzi tyleż podziw, co i obrzydzenie).  
Moja ocena 5/6
Książka została wydana przez Wydawnictwo Zielona Sowa. Piękna zielona, twarda oprawa i złocone litery to chyba jedyna zaleta tego wydania. Książka została wydana tak niestarannie, że ilość błędów literowych, stylistycznych, pominięcia wyrazów i ich nadmiaru przez długi czas utrudniały lekturę. Pierwsze sto stron czytałam dokonując jednocześnie korekty, co doprowadziło mnie do odpowiedzi na zadane u Lirael pytanie, dlaczego do książek nie dołącza się dziś erraty. Otóż jeśli na ponad 400 stronicowej stronie błędy znajdują się optymistycznie licząc na co drugiej stronie, to można z łatwością wyobrazić sobie, iż errata stanowiłaby małą książeczkę o objętości kilkunastu stron, a takie przyznanie się do braku poszanowania dla czytelnika z pewnością odstręczyłoby od zakupu książki.
Dlatego polecam Jane Eyre, ale zdecydowanie odradzam zakup tudzież wypożyczanie tej pozycji z serii Wydawnictwa Zielona Sowa.

 Trójka e-pik


niedziela, 26 sierpnia 2012

Iskra życia Erich Maria Remarque


Wydawnictwo Rebis, rok wydania 2010, stron 376

W dżungli zabijano by żyć, a nie żyło się po to, aby zabijać (w przeciwieństwie do obozowej rzeczywistości)

Na powieściach Remarque jeszcze się nie zawiodłam. Nie wiem, jak to się dzieje, ale każda mnie zaskakuje. Zaczynam lekturę, czytam, mówię sobie – no - może być, jednak w miarę czytania powieść zaczyna mnie oplątać, wciągać, jak wir w akcję, mimo, iż autor porusza tematy ciężkie i kreśli rzeczywistość w czarno-szarych barwach. Po takie książki sięga się rzadziej, bo kto z własnej, nieprzymuszonej woli, chce dziś czytać o sprawach brzydkich, wstydliwych, bolesnych, trudnych, o zabijaniu, o uśmiercaniu ludzi na setki sposobów, o obozach koncentracyjnych. Przyznam, że sama nie należę do tej nielicznej grupy czytelników, która sięga po takie książki. Z reguły dzieje się tak z przypadku. Wiem, że być może, nie najlepiej to o mnie świadczy, ale jak pisarz przypadnie mi do gustu wypożyczam jego książki bez czytania opisów na okładce, do których zresztą mam bardzo ograniczone zaufanie. Tym sposobem trafiłam ostatnio na kilka książek o tematyce zdecydowanie nie wakacyjnej. Są to książki trudne, których lektura wyczerpuje emocjonalnie, ale co tu dużo mówić książki niezwykle ważne i potrzebne, bo przestrzegają, przypominają i potrząsają sumieniami.
Jest rok 1945, wojna dobiega końca, jednak nie dla wszystkich. Więźniowie obozu koncentracyjnego w Mellern; w tym więzień o numerze 509 usiłują utrzymać się przy życiu; walczą nie tylko o każdy dzień, walczą o każdą godzinę, a nawet minutę życia, bo każda daje szansę przetrwania, bo kawałek suchego chleba pozwala żyć jeszcze kilka godzin, bo umiejętność udawania nieboszczyka i wstrzymania oddechu w zbiorowej mogile daje szansę wygrzebania się i ucieczki, bo zgłoszenie się do ciężkich robót pozwala na zejście z zasięgu wzroku kapo, który upatrzył sobie w więźniu ofiarę. Powieść jest opisem wydarzeń, jakie rozgrywały się w obozie i może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby jej autor miał za sobą obozowe doświadczenia, tymczasem Remarque zdołał przed wojną wyemigrować do Ameryki, a realia poznał w oparciu o wspomnienia ocalałych. Chylę czoła przed umiejętnością wczucia się w skórę więźniów. Książka jest … (chciałam napisać przejmującym, ale to słowo wydaje mi się nieodpowiednim określeniem)… wstrząsającym studium życia obozowego. Ekstremalne warunki egzystencji, życie w poczuciu ciągłego strachu przed bólem, głodem, poniżeniem powoduje obojętnienie wobec spraw ostatecznych. Iskra życia to doskonałe studium ludzkiej psychiki; u jednych życie w przedsionku piekła wywołuje zanik ludzkich uczuć i odruchów, u innych wręcz odwrotnie, próbę ich zachowania wbrew wszystkiemu, co dzieje się wokół. Iskra życia opisuje dwa etapy obozowego egzystowania; pierwszy będący oczekiwaniem śmierci, jako wyzwolenia od obozowej rzeczywistości i drugi, jako budzenie się nadziei doczekania wyzwolenia, kiedy tląca się w więźniach iskra życia roztaje rozdmuchana i daje im nadludzkie siły, pozwala czepiać się życia pazurami, aby tylko przetrwać.

Największe wrażenie wywarł na mnie fakt, jak łatwo prześladowani mogą stać się prześladowcami. I wcale nie chodzi tu o odwet ofiar na katach. W obozie znajduje się też grupa „politycznych” (komuniści) i kiedy wokół niepodzielnie panują strach, śmierć, terror oni planują strategię przyszłego układu sił i agitują więźniów. I co zadziwiające ich lider wcale nie ukrywa, iż w przyszłości przeciwników politycznych będą zamykać w obozach, być może takich samych, jak ten, w którym się teraz znajdują. 
Dyskusja z komunistą nie ma tak samo sensu, jak dyskusja z faszystą.
Tak więc, kiedy jedni „organizują” żarcie, aby nie umrzeć z głodu, inni organizują szeregi, aby objąć przewodnictwo w przyszłym, powojennym świecie. Jest też i trzecia grupa - oprawcy, kaci, prześladowcy, ci którzy w chwili wyzwalania obozu stają się tylko wykonującymi rozkazy, niczego nieświadomymi żołnierzami. Widzimy ich w momencie, kiedy gorliwie i z pasją wymyślają coraz to nowe sposoby tortur i powolnego zabijania, aby za chwilę zobaczyć, jak zacierają wszelkie ślady swego zezwierzęcenia.
W tym miejscu wypadałoby napisać - uwaga książka zawiera drastyczne sceny. Sama czytając wbijałam paznokcie w dłonie i miałam ochotę zamknąć oczy, aby nie widzieć.
Iskra życia to jedna z najmocniejszych i najbardziej wstrząsających powieści na temat obozów zagłady, jakie czytałam (wiem, że brzmi to jak zapis z okładki, ale inaczej nie potrafię jej określić). To też kolejny manifest Remarqua przeciwko totalitaryzmowi w każdej postaci (czy to nazizmowi  czy komunizmowi).
Remarque porusza prostotą, pozorną obojętnością opisu dramatycznych zdarzeń oraz ważkością poruszanych treści.
Jedną z najbardziej przejmujących scen była dla mnie scena, w której więzień nr 509 próbując ulżyć   współtowarzyszowi w chwili jego umierania – daruje mu błysk światła, aby nie odchodził w ciemności i samotności. Wyżebraną zapałką podarował mu piętnaście sekund światła, myśląc, czy to dużo, czy mało „piętnaście sekund światła na 45 lat życia”.

Ocena – 5,5/6
To była ciężka książka, na pewno do niej nie wrócę, ale też na pewno jej nie zapomnę. I myślę, że powinniśmy od czasu do czasu czytać i takie książki, aby pamiętać.I jeśli już zdecydujecie się na taką tematykę polecam Iskrę życia Remarqua. 
Polecam również Łuk Tryumfalny , Na zachodzie bez zmian  oraz Trzej towarzysze

piątek, 24 sierpnia 2012

Barbarzyńca w ogrodzie Zbigniew Herbert


Wydawnictwo Czytelnik 1964 r., 265 stron
Tylko takie miasta są coś warte, w których można się zgubić (str.101).

Po lekturze Mistrza z Delf moje oczekiwania w stosunku do prozy Herberta były wysokie. Myślę, że rozpoczęcie znajomości od książki, która oczarowała niesie ryzyko rozczarowania na przyszłość.
Barbarzyńca w ogrodzie to zbiór esejów o podróży marzeń, jaką odbył autor ponad pół wieku temu; podróży geograficznej po Francji i Włoszech i podróży historycznej po epokach i stylach. I znowu podobnie, jak w Mistrzu z Delf książkę cechuje duża różnorodność opowiadanych historii; wędrujemy z autorem od jaskini w Lascaux, poprzez ruiny w Paestrum, pola Arles, katedrę w Orvieto, muzea i świątynie w Sienie, Chartres aż do małych rozsianych wokół Paryża miasteczek, od czasów prehistorycznych, poprzez średniowiecze, renesans po współczesność. Z pozoru brakuje tu klucza, który spajałby opowiadane historie. Raz poznajemy historię odwiedzanego miejsca, innym razem szukamy świadków, którzy mogliby nam coś opowiedzieć o Van Goghu, za chwilę odwiedzamy gotycką katedrę, wysłuchujemy mowy obrończej w sprawie zakonu Templariuszy, aby zaraz zachwycać się obrazami ukochanego malarza (Piero della Francesca). A wszystko to przeplatane wizytami w jadłodajniach, degustacjami wina oraz obserwacją otoczenia.

Gdyby ktoś chciał potraktować Barbarzyńcę w ogrodzie, jak przewodnik będzie zawiedziony, bowiem Herbert nie wytycza szlaków zwiedzania, nie wskazuje, co trzeba obejrzeć, a co można sobie podarować, to przecież zależy od indywidualnych preferencji. Autor podkreśla, iż znajomość z miejscem powinno się rozpocząć od przysłowiowego pójścia tam, gdzie oczy/nogi poniosą, aby potem trafić do celu wędrówki.

Jeśli kogoś Bogowie uchronili od wycieczek, jeśli ma za mało pieniędzy lub za dużo charakteru, aby wynająć się przewodnikom, pierwsze godziny w nowym mieście należy poświecić na łażenie według zasady prosto, potem trzecia na lewo, znów prosto i trzecia w prawo (str. 71).

Wiele razy autor punktuje różnice pomiędzy włoskim, a francuskim podejściem do życia, kultury i sztuki, jak choćby w tak prozaicznej sprawie jak kulinaria.

Potrawa ta jak wiadomo (spagetti), podawana jest jako entree, stanowi więc wstęp do właściwego posiłku. Francuzi zaczynają od podniecających przystawek, Włosi postępują rozsądniej, zgodnie z naturą swojej wyśmienitej kuchni, która jest chłopska, solidna i pożywna. Filozofia gustu polega na tym, że naprzód należy zaspokoi głód,a potem dopiero myśleć o wrażeniach smakowych (str. 91).
Obok Maesta Duccia - obraz, który wywarł spore wrażenie na poecie źródło zdjęcia
Najbardziej podobał mi się rozdział "Kamień z katedry", w którym autor przy okazji wizyty w Chartres snuje rozważania dość nietypowe, rozważania dotyczące bardziej sfery materialnej, niż duchowej.
Może więc warto zamiast pisać o witrażach, które modulują światło i o tajemniczych chimerach, dumających nad otchłanią wieków, pomyśleć, jak ten kamień zawędrował tutaj w górę. A zatem o robotnikach-muratorach, kamieniarzach i architektach i nie o tym, co się działo w ich duszy, kiedy wznosili katedrę, ale jakich używali materiałów, narzędzi i sposobów, a także ile zarabiali. Zamiar skromny, jakby buchalter pisał o gotyku, ale średniowiecze uczy także skromności (str. 118).

Poznajemy więc zarówno sposób wydobywania budulca i jego transportu, umiejętności robotników, rolę pierwszych architektów, sposoby strzeżenia planów budowy, rodzaje podpisów budowniczych, a także nieoficjalnych sponsorów świątyń i rodzaje środka płatniczego. A wiedza ta mówi nam wiele o epoce, wiele więcej niż sama przepiękna katedra. Nawiasem mówiąc zachwytu nad gotykiem nie podzielali nasi przodkowie, styl ten przez wieki był nienawidzony i potępiany "wszędzie pełno okien, rozet i iglic, kamienie zdają się tak powycinane, jak karton; wszystko jest dziurawe, wszystko wisi w powietrzu" (str.118), tak cytował za jednym z nieprzyjaciół gotyku Herbert. A skutkiem tego potępienia było zniszczenie ogromnej ilości przepięknych świątyń. 
W buchalterii średniowiecznej obowiązywała romantyczna zasada mierzenia sił na zamiary. (Str. 119)

Zdziwiło mnie, iż te ogromne, masywne i "trwałe" budowle wznoszone były na tak kruchych fundamentach: jak brak fachowców-budowniczych, brak planów budowy, no i brak środków, co skutkowało dużą ilością katastrof budowlanych, z których najbardziej spektakularna miała miejsce w Beauvais, gdzie znajduje się najwyższa z gotyckich katedr w Europie.

Obok kopuła katedry w Sienie (nieszczególnie nieudana, jak pisze Herbert) źródło zdjęcia

Przy ogromnej erudycji autora zdziwiła mnie trafność obserwacji, kiedy czytam poniższe scenki, czuję się tak, jakbym właśnie siedziała na jednej z głównych uliczek któregokolwiek z włoskich miast i patrzyła na nie oczami autora.
Passeggiata. Jeśli powiem, że to jest spacer, nie wyjaśnię nic. W każdym włoskim mieście wieczór zapełnia tłum mieszkańców, przechadzających się godzinę, czy dwie, tam i z powrotem, po niewielkiej przestrzeni. Przypomina to próbę statystów w monstrualnej operze. Starsi demonstrują swoją żywotność i weryfikują dyplomy; Buona sera, dottore, Buona sera, avvocato. Dziewczęta i chłopcy chodzą osobno. Porozumiewają się tylko oczami, stąd oczy stają się duże i czarne i wyraziste; deklamują sonety miłosne, miotają płomienie, skarżą się, przeklinają. (Str.85)

Zjadłem dwie takie porcje i zamawiam trzecią. Właścicielka małej trattorii jest wyraźnie wzruszona. Mówi, że jestem gentile. Potem pyta o narodowość i dowiedziawszy się, że jestem polacco, woła z niekłamanym entuzjazmem: bravo! Wzywa też na świadka tego historycznego zdarzenia zaspanego męża i grubą córkę. Wszyscy oni stwierdzają, że Polacy są molto gentile e inteligenti. Jeszcze chwila, a będę musiał zatańczyć zbójnickiego i zaśpiewać arię z kurantem. (Str.85)

Nie mogło też zabraknąć uwag na temat turystów, którzy niczym stado baranów jadą bez przygotowania, zdają się na przewodników, a potem patrzą nic nie widząc.

Przewodnicy krzykliwie poganiają stada turystów. Spoceni farmerzy z dalekiego kraju filmują każdy kawałek muru, który wskazuje objaśniacz, i posłusznie wpadają w ekstazę dotykając kamieni sprzed wieków. Nie mają zupełnie czasu na oglądanie, tak bardzo pochłonięci są fabrykowaniem namiastek. Włochy zobaczą wtedy, gdy będą u siebie, kolorowe, ruchome obrazy, które nie będą w niczym odpowiadały rzeczywistości. Nikt nie ma ochoty studiować rzeczy bezpośrednio. Mechaniczne oko niezmordowanie płodzi cienkie jak błona wzruszenia. (str.99)


Obok Narodzenie Pierro della Francesca źródło zdjęcia
Niektóre ze esejów były dla mnie cięższe do przebrnięcia, inne czytałam z dużym zainteresowaniem. Zniechęcały mnie te, w których opowieść historyczna brała górę nad opowieściami o sztuce.
Książka zawiera sporo informacji dotyczących odwiedzonych przez pisarza miejsc, informacji, których trudno byłoby szukać w przewodnikach, poza informacjami z zakresu historii są tam też informacje na temat wyglądu świątyń, a ich opis jest tak bogaty, ze można tylko pozazdrościć autorowi bystrości spostrzeżeń i umiejętności opisu. Książka to też opis wrażeń, jakie na autorze wywarły obrazy Signorelliego, Duccia, Fra Angelico. I mimo, iż opisywanych miejsc (w większości) nie znam, podobnie, jak opisywanych obrazów to czytałam książkę z zainteresowaniem, no może troszkę zabrakło mi tu tej pasji, z jaką pisał Herbert o sztuce i świecie w pierwszej jego - czytanej przeze mnie książce.
Barbarzyńca w ogrodzie nie wywarł na mnie tak dużego wrażenia, jak Mistrz z Delf (ocena 6/6), co nie oznacza, jakobym miała zamiar się poddać.

Moja ocena 4,5/6
Znowu chochlik robi mi psikusa nie pozwalającego wyrównać wielkości czcionki :( Próbowałam przepisywać tekst dwukrotnie, ale poddaję się. Dzięki Lirael troszkę sobie poprawiłam wygląd wpisu.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Żona piekarza Marcel Pagnol - bo piękno jest w prostocie



Wydawnictwo Esprit SC, rok 2010, ilość stron- 235

„ I serce dał jak ciepły chleb…”

W poszukiwaniu odmiany od pozycji stricte klasycznych oraz zmęczona ciężką tematyką wojenno - psychologiczną (Zdążyć przed panem Bogiem Hanny Krall, Iskra życia Erich Maria Remarque, Lot nad kukułczym gniazdem Kena Keseya) postanowiłam sięgnąć po lekturę lżejszego kalibru. Żona piekarza wydawała mi się idealną do tego pozycją. Pisarza nie znałam, ale kilka pochlebnych recenzji na blogach sprawiło, że książeczka znalazła się w mojej biblioteczce.  

Ta niewielkiej objętości książeczka opisuje bardzo prostą historyjkę. Do małego, francuskiego miasteczka, gdzie wszyscy wszystkich znają, przybywa piekarz z żoną. Piekarz jest poczciwy, dobroduszny, niezbyt urodziwy i sporo od żony starszy. Żona jest piękna i młoda i chyba niezbyt z małżeństwa zadowolona. Wtedy pojawia się ten trzeci; młody, silny i piękny pasterz. Jedno spojrzenie, błysk oczu wystarczyły, aby piekarz został bez żony, a miasteczko bez chleba. Załamany mąż oświadcza bowiem, że dopóki żona się nie odnajdzie chleba wypiekał nie będzie. Skłóceni dotychczas waśniami, często przechodzącymi z pokolenia na pokolenie, mieszkańcy miasteczka jednoczą się we wspólnej sprawie, porzucają wzajemne animozje dla dobra piekarza i dla dobra ogółu i odzyskania chleba.
Żona piekarza stanowi scenariusz filmu, napisana jest zatem prostym, oszczędnym językiem, sporo tutaj dialogów, parę didaskaliów.
Zadziwiające jest to, że przy tak niewielkiej ilości słów można wypowiedzieć tak wiele treści, a zwłaszcza wszystko co niezbędne, aby zarysować charakter postaci i ich wzajemne relacje. Żonę piekarza czyta się jak bajkę dla dorosłych. Jest napisana lekko, zgrabnie i z humorem.
Moja ocena 4/6
Ja chyba jestem strasznie tępa, skoro co jakiś czas mam problemy techniczne i włączają mi się różne kolory :(  co wcale mi się nie podoba, wolałabym, aby było jednolite tło, jak dawniej.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Chartres katedra sięgająca gwiazd


Nie ma mocy z granitu, której nie podważy
nikłość,
przenikliwa i łatwa,
rozpędzona nikłość promienia.
Nie ma ziemi, jest tylko
wyrzutnia do zewnętrzy otwieralnych świata,
do wielowymiaru,
gdzie rodnia gwiazd i barw i gdzie zaród
widzenia –
dokąd moja źrenica wzniosła się – i spadła.
(fragm. Wiersza Juliana Przybosia Widzenie Katedry  w Chartres)


Powinnam napisać, że o katedrze w Chartres dowiedziałam się czytając listy Wyspiańskiego do Rydla, albo przeglądając podręczniki architektury, ale nie byłaby to prawda. Listy, a właściwie ich fragmenty czytałam dużo później. O Chartres po raz pierwszy przeczytałam u Dana Browna, to jemu zawdzięczam zainteresowanie Berninim, Rafaelem, Dürerem, paroma rzymskimi świątyniami i właśnie Chartres. Jakiś czas później przeczytałam wpis u Sary-Marii i zafascynowana opisem, pięknymi zdjęciami a także znajdując się na fali uwiedzenia pięknem średniowiecznych świątyń, których urodę sławił Wiktor Hugo w mojej ukochanej powieści Katedra Najświętszej Marii Panny w Paryżu (znanej też jako Dzwonnik z Notre Dame) postanowiłam odwiedzić Chartres i jej gotycką świątynię Notre Dame. 

Kiedy wysiadłam z pociągu na stacji kolejowej w Chartres niemal od razu ukazały mi się górujące nad dachami zabudowań dwie smukłe, sięgające nieba wieże. Z daleka wyglądają one niemal identycznie, jednak kiedy przyjrzeć im się bliżej różnice dostrzegalne są gołym okiem. Różni je nie tylko dziesięć metrów wysokości (cóż to znaczy przy wysokości 115 metrów wyższej z wież), ale także styl. Do miasteczka przyjechałam w dość ładny, chwilami słoneczny wrześniowy dzień, nie miałam więc okazji ujrzenia katedry w nocnej oprawie, tak jak zobaczył ją 8 czerwca 1890 roku Stanisław Wyspiański. A wrażenia swoje opisał w liście do przyjaciela „oblana pełnem światłem księżyca wyglądała jak widmo wiekowe zastygłe i zakamieniałe z pojęciami średniowiecznymi - panujące dziś jeszcze ogromem swoich kształtów - bogactwem dekoracji i 
zdobności - fasada płaska - bez silnych zagłębień - ubrana wielolistną różą czerniejącą na jej czole, ujęta ramionami dwu wież, spinających się w górę-i prześcigających się wzajemnie; niższa romańska pełna powagi i dumna wybiegła w górę wysokim szczytowym dachem, druga ubrała się w XV wieku wielą szczegółów architektonicznych. upstrzona łukami i różami - panuje swoją wesołą i swobodną wyższością w portalach na dole stanęły szeregiem długie wąskie zastygłe postacie królów I świętych”[listy tom 2, cz.1, str. 51] Nie ujrzałam zatem świątyni oblanej światłem księżyca, ale ujrzałam w majestacie dnia ze wszystkimi detalami i zdobieniami. Gotycka katedra musi być ogromna, musi sięgać chmur iglicami wież, musi sprawić monumentalne wrażenie na wiernych a tym bardziej na niewiernych. Gotycka katedra to wszak Dom Boga z kamieni oraz szkła, więc kolana same zginają się ku ziemi po przekroczeniu jej progu. Mnogość rzeźb i posągów, figur, mieniące się świetlne, kolorowe refleksy witraży sprawiają, iż odwiedzający zostaje przez świątynię „uwięziony” i jest to szczególny rodzaj niewoli, takiej niewoli, o którą można by prosić w modlitwie; Panie, daj mi się znowu zniewolić przez kamienne ramiona świątyń w Chartres, Reims, Rouen, Paryżu i pozwól mi jeszcze raz oglądać te cuda. 
Katedra pochodzi z przełomu XII i XIII wieku i powstała w miejscu, w którym stały wcześniej cztery inne świątynie. Zgodnie z legendą w III wieku do Chartres przybyli pierwsi chrześcijanie i odnalazłszy w grocie celtycką rzeźbę brzemiennej kobiety, którą uznali za wyobrażenie Najświętszej Panienki przyjęli to za cud i wybudowali tutaj pierwszy drewniany kościół. Oczywiście, jak to często bywa chrześcijańska świątynia powstała w miejscu, w którym wcześniej znajdowało się miejsce kultu pogańskich bogów. 

O katedrze w Chartres wielu mówi, że to najpiękniejsza z gotyckich katedr we Francji. Pewnie znajdzie się tyle samo zwolenników tej teorii, co i przeciwników. Jedno jest pewne Katedra Najświętszej Marii Panny w Chartres robi wrażenie. Myślę, że nie tylko z powodu jej ogromu (130 metrów długości i 17 metrów szerokości nawy), nie tylko z powodu znajdujących się tutaj ponad 10000 rzeźb z kamienia i szkła, nie tylko z powodu około dwustu kolorowych witraży (ze sławną Błękitną Różą oraz Najświętszą Marią Panną Pięknego Szkła), nie tylko z powodu Welonu Maryi – skarbu - relikwii, utkanego z jedwabiu pięciometrowego welonu, który miała nosić Maryja, a także tajemnic, jakie skrywa świątynia oraz największego w Europie znajdującego się na posadzce świątyni labiryntu. 

Labirynt będący symbolem poszukiwania duchowego centrum, dążenia do samopoznania w symbolice katolickiej miał umożliwić człowiekowi średniowiecza odbycie na kolanach pielgrzymki do Ziemi Świętej. Ten labirynt dzisiaj jest prawie niewidoczny, gdyż posadzkę zastawiono niemal w całości krzesłami. O katedrze w Chartres mówi się, że jest miejscem tajemniczym, miejscem zetknięcia dwóch światów.
Dla mnie gotyckie katedry to nie tylko przesłanie o potędze i chwale, to nie tylko połączenie kamieni oraz szkła, to wyraz marzeń człowieka; dla jednych będzie to marzenie o zbliżeniu się do Boga, dla innych marzenie sięgnięcia do gwiazd. 
No i na zakończenie nie mogłam sobie podarować Les Cathedrales w wykonaniu Bruno Pelletier (utwór od którego zaczęła się moja fascynacja gotyckimi katedrami)


A kiedy zastanawiałam się, czy wpis o katedrze opublikować (ostatnio ciężko mi się zabrac do pisania i publikowania, nic mi się nie podoba, mam dołek "twórzy" przeczytałam przepiękny wpis na temat gotyckich katedr w Reims i Paryżu u Nutty i jej zachętę do publikacji.


Zdjęcia. 1 Obraz Katedra w Chartres Corota Luwr, 2. Katedra od strony fasady zachodniej 3. fragment witraży od strony ołtarza, 4. Dziewica Maryja przy filarze, 5. Posągi Apostołów i Jezusa w Portalu południowym. 6. Fragment labiryntu

sobota, 18 sierpnia 2012

Brzuch Paryża Emil Zola


Państwowy Instytut Wydawniczy-rok 1957, tłumaczenie Nina Gubrynowicz, stron - 283
 
Jedna książka  – wiele oczekiwań. Z jednej strony Zacofany w lekturze polecił mi ją w konkursie z Paryżem w tle, jako sposób na poznanie miasta  z jego kolorami, smakami, zapachami i zapaszkami. Z drugiej strony zafascynowana Zolą Czara - stwierdziła ostatnio po lekturze tejże książki, iż Zola po raz pierwszy ją irytował, a litanie opisów zdawały jej się zbędne, a fabuła schematyczna. Z trzeciej strony jestem ja - czytelnik, któremu lektura Zoli sprawiała, jak dotąd dużą przyjemność i  moje pragnienie poznawania miasta przez literaturę.
Książkę nie tyle czytałam, co smakowałam. W przeciwieństwie do Czary nie wyrzuciłabym z niej ani jednego opisu. To właśnie one moim zdaniem stanowią o wartości książki, to one są jej istotną treścią.

Dziewiętnastowieczne dzieło Wiktora Baltarda – dwanaście żeliwno-szklanych pawilonów  Hal (Halles) stanowi tło i jądro powieści Brzuch Paryża. Hale były miejscem, w którym zaopatrywał się cały Paryż. Budziły się one do życia, kiedy całe miasto pogrążone było jeszcze w głębokim śnie. Wówczas to nadjeżdżały z okolicznych wiosek i miasteczek wozy pełne tego, co urodziła ziemia. To tutaj na ogromnej przestrzeni 10 hektarów odbywał się handel.
Najpierw hurtowy, kiedy zaspani jeszcze kupcy przed wschodem słońca odbierali towar od dostawców, potem detaliczny, kiedy wystawiony na straganach za pomocą specjalnych „układaczy”  kusił przez cały dzień  potencjalnych nabywców.
Stragany stanowiły imponujące widowiska, godne pędzla nie tylko jednego z bohaterów powieści - malarza Klaudiusza.  Pęta kiełbas, góry szynek, osełki maseł, kobiałki serów, piramidy owoców i warzyw, bukiety kwiatów, kompozycje ryb i owoców morza to tylko niewielka cześć asortymentu, którym handlowali straganiarze z Hal. Każdy pawilon miał swoją specjalizację.

Obok Hale Baltarda

Wędliniarnia, która płonęła we wschodzącym słońcu…
Radowała oczy. Śmiała się, cała jasna z przymieszką żywych kolorów, które grały wśród bieli marmurów. Szyld był to obraz za szkłem, gdzie w obramowaniu gałęzi i liści, wyrysowanym na delikatnym tle, lśniły duże złote litery… Obie boczne ściany wystawy, również malowane i oszklone przedstawiały małe, pyzate amorki, które igrały wśród kłów dzików, kotletów wieprzowych, wieńców parówek, a te martwe natury zdobne w spirale i rozety miały tę pastelową subtelność, że surowe mięso przybierało różowe, cukierkowe tony. W tej miłej oprawie wznosiła się wystawa sklepowa. Ustawiono ją na posłaniu z cienkich skrawków niebieskiego papieru; miejscami liście paproci, misternie ułożone, zmieniały niektóre talerze w bukiety okolone zielenią. Było to mnóstwo smacznych rzeczy, soczystych, tłustych rzeczy.  

Hale to nie tylko bogactwo i różnorodność towarów oraz piękne dekoracje  godne uwiecznienia na płótnie.  Hale to również mieszanina zapachów. Można łatwo sobie wyobrazić, jakie zapachy, czy też raczej, jaki smród,  wydobywał się z Hal po kilku godzinach przechowywania żywności bez lodówek, przy chociażby- kilkunastostopniowej temperaturze, nie mówiąc o upalnych letnich dniach. Słodkawo - mdły zapach rozkładającego się mięsa, ryb, owoców, czy serów mógł przyprawić nie tylko o ból głowy. 
 
Stały żegnając się wśród zmieszanych w finale woni serów. W tej chwili wszystkie równocześnie grały. Była to kakofonia smrodliwych zapachów, począwszy od szwajcarskich serów, ich gnuśnej, ciężkiej woni gotowanego ciasta aż do odrobiny alkalicznego zapachu olivet. Było w tym głuche sapanie organów-kantal, cheser, kozie sery-podobne do swobodnej na basie pieśni, gdzie jak urywane tony odcinały się nagle zapaszki neufchatel,  troyes i Mont d`or. Po czym wonie płoszyły się, spływały jedne na drugie, gęstniały w nagłych kłębach zapachów port-salut, Limburg, gerome, marolle, livarot, pont-l`e- veque, rozwijały się powoli zlewając w jeden buchający smród. Te zmieszane ze sobą wonie rozchodziły się, utrzymywały wśród ogólnej wibracji, oszałamiające jak nieustanne nudności i o straszliwej, duszącej sile. 

Obok Hale w 2007 r.

Hale - miejsce bogate w żywność, którą można było zarówno kupić, znaleźć, wyłudzić, jak i ukraść przyciągało, jak magnes wszelkie miejskie szumowiny. Nędzarki, które w zamian za jaki - taki ochłap na kolację sprzedawały prawdziwe lub zmyślone historyjki, podrzutki i sieroty, które znajdowały tu wraz z kawałkiem chleba i opiekunów, złodziei, którzy okradali zarówno pracodawców, jak i obcych.
Na tym tle sama fabuła wydaje się dużo mniej interesująca. Florentyn, były więzień polityczny (więzień z przypadku) ucieka z miejsca deportacji i powraca do  Paryża. Tutaj znajduje schronienie u brata, który prowadzi ustabilizowany, mieszczański żywot właściciela masarni  i ojca rodziny. Kiedy brat z bratową opływają w dostatki, niczym pączki w maśle, Florentyn – niepoprawny idealista i romantyk szuka możliwości zemsty na znienawidzonym rządzie; czyta radykalne pisma i organizuje kółko lewicowe, które ma za zadanie przygotować przewrót. Niestety Florentyn zupełnie nie nadaje się do czynu, co doprowadza do przewidywalnego finału.
Fabuła, początkowo nawet wciągająca, z czasem staje się jedynie tłem dla opisu codziennego życia mieszkańców Hal; biedoty (Chudych) i żyjących w dobrobycie (Grubych). 


Po raz kolejny zadziwia mnie kunszt opisu błahych i niegodnych opisu tematów. Tak jak kiedyś zachwycało bogactwo opisu towarów Galerii Handlowej, tak tutaj zachwyca (mnie zachwyca, innych być może znudzi nadmiarem i drobiazgowością) malarski opis żywnościowego asortymentu, wystroju wnętrz sklepików i dekoracji wystaw. Opis pierwszej czytam z zainteresowaniem, przy drugiej myślę sobie ten sam pomysł, co we Wszystko dla pań, przy trzeciej zastanawiam, na ile jeszcze wystarczy pisarzowi pomysłu, aby nie zanudzić czytelnika, przy czwartej myślę to trzeba geniuszu, aby pisać pięknie o marchwi i rzodkwi, tak, aby chciało się to czytać, przy piątej cieszę się, że tyle jeszcze przede mną lektury.
Raduje mnie to bogactwo barw, kształtów, smaków i zapachów, raduje to  ożywienie martwej natury na kartach powieści, uchwycenie jakiejś cząstki Paryża, którego już nie ma. 

 
Obok Hale z 2011 r.

Dzisiejsze Hale – bez charakteru i stylu w niczym nie przypominają tamtejszych trzewi miasta. Ponieważ jednak rozpoczęła się przebudowa Hal, kto wie, co objawi nam się za parę lat, w miejscu dawnych Hal Baltarda.
W tym wszystkim trochę umknął mi obraz społeczny II Cesarstwa, w którym obok głodującej wśród nadmiaru żywności biedoty funkcjonowała warstwa zamożnego mieszczaństwa, przedstawiona została tak samo krytycznie, jak w innych dziełach przedstawił Zola burżuazję. A to z powodu jej pędu do bogacenia się , dążenia do utrzymania istniejącego status quo za wszelką cenę, jej dwulicowej moralności.

W tyle, wzdłuż półek znajdowały się rzędy melonów, pokiereszowane od brodawek kantalupy, melony inspektowe niby szarą gipiurą  okryte, małpi chleb o nagich guzach. Na straganie piękne owoce, delikatnie przyozdobione w koszach, na pół widoczne pod zasłoną liści, miały krągłość lic, co się kryją, oblicza dorodnych dzieci; zwłaszcza rumiane brzoskwinie z Montreuil, o cienkiej i jasnej skórze córek północy, i żółte, spalone słońcem południowe brzoskwinie ogorzałe, jak prowansalskie dziewczęta. Morele przybrały na mchu ciepłe bursztynowe tony jak u brunetek, które w zachodzącym słońcu grzeją swój meszkiem pokryty kark. 
Zdecydowanie w książce na plan pierwszy wysuwają się Hale - te jego wnętrza, które strawią wszystko, co doń trafi.
Czytając książkę nieodmiennie przychodziły mi na myśl porównania z Wszystko dla pań, chyba właśnie z powodu tego bogactwa opisów i klimatu Paryża.
Moja ocena Paryża i Hal – 5,5/6, moja ocena książki 4/6
Serdecznie dziękuję Zacofanemu w lekturze za udostępnienie mi książki. Z powodów tylko sobie wiadomych odeślę ją po powrocie z Paryża. 
Dzisiejszy wpis to były krew, pot i łzy- bowiem po raz kolejny technika odmówiła mi posłuszeństwa i raz miałam pół tekstu na czarno, a pół na biało, raz pojawiało mi się dziwnego koloru tło i ramka, innym razem... słowem zamieszczenie wpisu zajęło mi szmat czasu.