niedziela, 30 września 2012

Tak trzymać - trylogia S. Fleszerowej-Muskat


Wydawnictwo morskie - rok 1988, ilość stron łącznie 1628 stron. Na Trylogię; Wiatr od morza, Brzeg oraz Niepokorni, niepokonani czyhałam w bibliotece od dość dawna. Coś mi się majaczyło, że czytałam dość dawno temu, ale pewności nie miałam. Poza tym po obejrzeniu filmu „Miasto z morza” chciałam przeczytać książkę. Wiem, wiem. Film nie cieszy się dobrymi recenzjami, ale skoro jednym z głównych zarzutów stawianych filmowi było zniszczenie świetnego scenariusza w postaci I tomu trylogii tym bardziej byłam lektury ciekawa.


Nie będę opisywać każdego tomu z osobna, bo moim zdaniem trylogia stanowi nierozerwalną całość, którą powinno się przeczytać, jeśli nie ciurkiem, to przynajmniej zachowując chronologię. „Tak trzymać” to obok „Pozwólcie nam krzyczeć” moim zdaniem najlepsza z czytanych przeze mnie książek Fleszerowej. Być może na mojej ocenie zaważył fakt, iż dotyczy ona regionu szczególnie mi bliskiego. Jako rodowitej Gdańszczance nie mogła mi nie przypaść do gustu historia, której akcja rozpoczyna się w małej osadzie rybackiej Gdynia, która z czasem nabywa prawa miejskie, do czego niewątpliwie przyczyniła się budowa portu morskiego, mającego być alternatywą dla coraz bardziej proniemieckiego portu w Gdańsku. Wolne miasto Gdańsk także odgrywa niepoślednie miejsce w powieści. Czas akcji obejmuje okres od początku lat dwudziestych ubiegłego wieku do końca drugiej wojny światowej.

Tak trzymać! - to komenda, jaką dowódca okrętu rzuca załodze, kiedy jednostka osiąga właściwy kurs. Tak trzymać - jest zatem próbą uchwycenia tego właściwego kursu dla rzuconych w odmęty historii bohaterów dramatu. Ale, zanim los rzuci ich na wzburzone fale wojennej zawieruchy poznajemy ich w szczęśliwych latach dwudziestych. A szczęśliwe są przynajmniej dla tych, którzy czerpią radość przynależną pionierom z możliwości tworzenia czegoś całkowicie nowego i własnego, czegoś, co zapewnić im ma dobrą, dostatnią przyszłość, ale także ma pokazać, że po latach niewoli - potrafimy i wybudujemy port, który będzie naszym oknem na świat, nawet jeśli przy pomocy Francuzów, to wykorzystując własne umiejętności i siłę własnych rąk, stworzymy coś wielkiego, ważnego i nowoczesnego, coś, co będzie miała znaczenie nie tylko gospodarcze, ale i polityczne (militarne). Początki państwowości po latach zaborów, budzące się nadzieje, radości i rozczarowania najuboższej warstwy społecznej, coraz większe wpływy niemieckie w Wolnym Mieście Gdańsku podporządkowanym proniemieckiemu Komisarzowi Ligii Narodów, pierwsze antypolskie manifestacje, wrogość i nieufność rdzennych mieszkańców (Kaszubów) przeciwko ludności napływowej i w końcu współdziałanie wszystkich ku realizacji jednego celu - wybudowaniu nowoczesnego portu – to tło pierwszego tomu trylogii (Wiatr od morza).

Do Gdyni przybywa ze wsi pod Przeworskim, młody „nieukończony” gimnazjalista, poszukujący pracy w nowo tworzonym porcie. Gazety przedstawiają małą osadę, jako krainę miodem i mlekiem płynącą, gdzie każdy znajdzie i zatrudnienie i mieszkanie. Rzeczywistość okazuje się jednak dużo mniej obiecująca; ani pracy, ani miejsca do spania, ani pieniędzy ukradzionych w trakcie dalekiej podróży. Jest jedynie plaża, morze i opuszczona (jak się Krzysztofowi wydaje) łódź do spania. Łódź, która przez parę tygodni zostanie jego domem, a którą przyjdzie mu dzielić z trzema innymi poszukiwaczami szczęścia. Krzysztof poznaje przybyłego tu Wołodię Jazowieckiego, urodzonego w Kijowie, syna bogatego rodu, którego ojciec zatęskniwszy za Ojczyzną zdecydował się na morderczą podróż przez pół Rosji, w trakcie której stracił żonę, a Wołodia matkę. Podróż do kraju, w którym nikt nie witał ich z otwartymi ramionami, a rzeczywistość, w której się znaleźli daleko odbiegała od wyobrażeń o ukochanej Ojczyźnie. Krzysztof - prostolinijny, z ubogiej, acz wykształconej nauczycielskiej rodziny i Wołodia - człowiek „niezniszczalny”, taki, który zawsze ma uśmiech na twarzy i poradzi sobie w każdych warunkach, nie ma dyplomów ukończenia szkół, bo uczył się dla siebie, a nie dla papierka, ale zna się na wszystkim po trochu, a przede wszystkim doskonale znale parę języków obcych, dzięki czemu może załatwić pracę sobie i paru innym osobom u budujących port Francuzów. Tych dwoje tak różnych ludzi, z czasem staje się dobrymi przyjaciółmi. Głównych bohaterów książki jest o wiele więcej, jednak jądro powieści stanowi kaszubska rodzina Konków, wokół której osnuta jest akcja powieści. To głównie oni i wszyscy, których los splótł ich dzieje z tą kaszubską rodziną będą w dwóch kolejnych tomach (wybuch wojny okupacja, walka) postawieni przed najtrudniejszymi wyborami. Wyborami, które zaważą na całej ich przyszłości (i nie chodzi tu nawet o życie, ale czasami o godną śmierć). 

Postacie fikcyjne przeplatają się z postaciami realnymi, a fakty historyczne z literacką fabułą. Tadeusz Wenda (projektant i budowniczy portu), Stanisław Dąbek (dowódca Morskiej Brygady Obrony Narodowej oraz p.o. dowódcy Lądowej obrony wybrzeża podczas kampanii wrześniowej), Bruno Jasieński (pisarz-futurysta o lewicowych poglądach), obrona Oksywia, i obrona Helu, wyprowadzenie okrętów podwodnych do Anglii oraz tworzenie polskiej floty u boku Anglików, konwoje do Murmańska, obóz koncentracyjny w Stutthofie, partyzantka na Pomorzu, zatopienie niemieckiej jednostki u wejścia do portu w Gdyni to tylko niektóre z osób i wydarzeń występujących w trylogii.

Na ponad tysiąc sześciuset stronach autorka przedstawia niezwykle poruszające ludzkie historie, dramaty ludzi postawionych przed wyborami, dla których nie było dobrych rozwiązań, a jednak autorka opowiada się jedynej, właściwej stronie, żadnych kompromisów, żadnych układów z najeźdźcą. I nawet, jeśli usprawiedliwia, nawet, jeśli mówi, że wybaczenie będzie możliwe z czasem, to jej postawa jest jednoznaczna.

Książka wielowątkowa, wielowymiarowa, postacie nieszablonowe, niejednoznaczne. Pisząc o pobycie w niewoli, życiu w obozie, przesłuchaniach na gestapo nie epatuje drastycznymi scenami, a mimo to wyciska łzy z oczu. Muszę przyznać, że dawno się tak nie spłakałam podczas lektury.

Nie można tej książce zarzucić braku prawdy historycznej: od zachowania polskich władz zarówno w okresie międzywojennym, jak i w czasie wojny po politykę Francji, Anglii, czy Finlandii a nawet zasygnalizowanie, iż walczące u boku anglików jednostki nie będą miały powrotu do ojczyzny. Tylko Rosja w tym wszystkim jawi się (niczym w „Czterech Pancernych i psie”), jak dobry wujaszek Wania, który przyszedł i wyzwolił. No, ale czego innego można by się spodziewać po długoletniej działaczce PZPR, która wierzę, że wierzyła w to co pisze.

Jeśli coś poza tym raziło mnie w treści samej książki, to był to, występujący od czasu do czasu, nadmierny patos wypowiedzi bohaterów, którzy nie dość, że zachowali się, jak należy, to jeszcze wyjaśniali to w wielce podniosły sposób. Trafiłam też na kilka, rażących mnie metafor, ale w sumie są to drobnostki, które nie mogą mi przesłonić oceny całości dzieła. Uważam, że jeśli miałabym przeczytać w życiu jedną tylko książkę Fleszerowej – to byłaby nią trylogia Tak trzymać. I wam także polecam, a zwłaszcza tym, którzy kochają morze.

Moja ocena – 5,5/6

I jeszcze tylko króciutko film Miasto z morza w stosunku do książki jest, jak polukrowane ciasteczko o smaku makulatury, więc osoby, którym się nie podobał nie powinny sugerować się filmem podejmując decyzję dotyczącą czytać czy nie czytać (a będzie to decyzja ciężka, bo komu się dzisiaj chce czytać trzy książki o tak sporej objętości). I moim zdaniem nie wykreśliłabym żadnej z historii w książce opisanej.

Natomiast mnie film, mimo, że przyznaję nie najwyższych lotów bardzo się podobał (chyba zaraz obejrzę go jeszcze raz). I choć rzeczywiście z książką niewiele ma wspólnego to morze, fregata i Wołodia w mundurze, któremu trudno się oprzeć…

piątek, 28 września 2012

Kobiety w życiu Van Gogha Derek Fell


Wydawnictwo Twój styl, rok 2008, ilość stron- 201

Zanim przystąpię do dalszego ciągu opisów francuskich (głównie już paryskich) wakacyjnych wrażeń, aby przełamać monotematyczność wpisów podróżniczych oraz zadośćuczynić zobowiązaniu wynikającemu ze stosikowego losowania podzielę się z Wami garścią refleksji, jakie przyniosła lektura książki.

Książka historyka sztuki, Dereka Fell to próba ukazania prawdziwego portretu Vincenta Van Gogha z jego namiętnościami, poszukiwaniami, marzeniami, rozterkami, szaleństwem i geniuszem. Jest to portret malowany poprzez wpływ, jaki na życie Vincenta wywarły związki z kobietami; tymi które kochał Vincent (albo zdawało mu się, że kochał) oraz tymi, które kochały jego (jako mężczyzną i jako brata, przyjaciela).

Wiem, pierwsze skojarzenie dla tych, którzy troszkę znają jego biografię będzie - zaraz, chwila, moment, jakie kobiety. Przecież całe życie był sam, jedyne, z jakimi się związał były prostytutkami; Sien – nieczuła i ordynarna, pierwsza modelka (to jej postać przedstawia Smutek, którego reprodukcja zdobi okładkę książki) oraz Rachel – młodziutka mieszkanka burdelu w Arles, której Vincent ofiarował obcięte ucho. Okazuje się jednak, iż kobiet, które wywarły wpływ na jego życie było znacznie więcej. Poczynając od tej, która powinna być najważniejszą, w życiu każdego człowieka - matki, a kończąc na tej ostatniej, która choć może nieświadomie, przyczyniała się do tragicznego zakończenia życia malarza (Marguerite Gachet).

Całemu życiu artysty towarzyszyła determinacja w poszukiwaniu tej jednej, jedynej, z którą mógłby założyć rodzinę, która byłaby towarzyszką życia, wspierała i pomagała, tylko, że to poszukiwanie było z góry skazane na niepowodzenie.

W oparciu o bogatą korespondencję malarza do brata Theo, siostry Wilhelminy, matki Anny, szwagierki Jo oraz do znajomych i przyjaciół autor dokonuje pewnego rodzaju psychoanalizy Vincenta, a także zgłębia przyczynę tragicznego zakończenia życia malarza.
Obok portret matki Anny Van Gogh.
Począwszy od pierwszego najtragiczniejszego odrzucenia, które tak zaważyło na jego życiu, każde następne prowadziło do pogłębienia się jego choroby. To matka będąca w żałobie po zmarłym rok wcześniej synu Vincencie, pragnąc widzieć w nim kopię swego nieżyjącego dziecka, była tą, która pierwsza go odrzuciła. Rozczarowana, że nie jest wyidealizowanym pierworodnym, że nie zdołał złagodzić bólu straty wpadła w głęboką depresję i odsunęła się od Vincenta, który odtąd czuł się niepotrzebny i niekochany.

Każdy kolejny „związek”, każde kolejne uczucie, którego doświadczał niszczyło jego poczucie własnej wartości. Najpierw córka jego londyńskiej gospodyni Eugenie Loyer, będąca obiektem żarliwych uczuć, zaręcza się, potem Kee, jego owdowiała kuzynka, odrzuca matrymonialne wyznania, krzycząc mu, że nigdy nie będą razem. Po każdym takim bolesnym doświadczeniu pogłębia się jego depresja.

„Zrozumiałem, że ona stale myśli o przeszłości i że pogrążyła się w niej całkowicie. A potem pomyślałem, że choć szanuję to uczucie i choć ta jej głęboka żałoba mnie porusza, to jednak wydaje mi się, że jest w tym trochę fatalizmu.”

Tak pisał do Theo po odrzuceniu przez Kee, ale jak pisze Derel Fell mogłoby się to równie dobrze odnosić do odrzucenia przez matkę.

W życiu Vincenta pojawiają się jednak także kobiety, które darzą go uczuciem, ale ponieważ są zbyt uległe, ponieważ nie wymagają jego pomocy i opieki nie budzą jego zainteresowania. Dla tej właśnie przyczyny pozostawia zbyt uległą Margot Begemann. Vincent bowiem chce być niczym rycerz w lśniącej zbroi, który ratuje z opresji, wybawia z kłopotów. Jak każda osoba o niskim poczuciu własnej wartości potrzebuje wystąpienia w roli zbawcy, aby udowodnić, iż zasługuje na miłość.

Obok Sien na Obrazie Kobieta  w białym czepku.                                         „Kobieta, bez względu na to jak dobra i szlachetna może być z natury, jeśli nie ma środków i nie jest chroniona przez własną rodzinę, we współczesnym społeczeństwie naraża się na wielkie i natychmiastowe niebezpieczeństwo zatonięcia z rozlewisku prostytucji. Cóż jest bardziej naturalne niż chronienie takiej kobiety? (z listu do Theo 11.04.1883 r.)

Pewnie dlatego właśnie pisał do Emile Bernarda (list z 4.08.1882 r.) usprawiedliwiając swój związek z Sien;

„Dziwka… ma u mnie więcej współczucia niż litości. Będąc istotą wygnaną, wyrzutkiem społeczeństwa, jak ty i ja, którzy jesteśmy artystami, z pewnością jest naszą przyjaciółką i siostrą. I w tym położeniu wyrzutka znajduje- tak samo jak my- niezależność, która wszak nie jest pozbawiona zalet…”

Pod koniec swej życiowej drogi spotyka wreszcie kobietę, która staje się dla niego przyjaciółką. Jest to Joanna Bonger, żona jego brata Theo. To ona wydaje się rozumie go, jak mało kto i to ona zmuszona okolicznościami zadaje Vincentowi ciężki cios. Cios, który w połączeniu z kolejnym odrzuceniem doprowadza go na cmentarz w Auvers.

Książka poza ukazaniem wpływu kobiet na życie Vincenta przedstawia także życie malarza na Montrmartre w otoczeniu paryskiej bohemy oraz jego trudny związek z Gauguinem.

„Nadwrażliwy Vincent nie za bardzo potrafił bronić się przed bolesnymi krytycznymi uwagami Paula, które większość osób ignorowała, jako przejaw bezmyślnej arogancji, czy zawodowej zazdrości. Zawsze bezbronny we władczej obecności Gauguina, Vincent po ich słownych konfrontacjach dotyczących sztuki często czuł, że jego ego zostało sponiewierane, a uczucia zranione. Jest prawdopodobne, że Paul upajał się każdą chwilą ożywionej dyskusji ze swoim żarliwym przeciwnikiem, postrzegał Van Gogha jako rywala i wręcz celowo występował w roli adwokata diabła, żeby sprawdzić, do czego może go sprowokować” (str. 111 książki).

Chyba nie bez powodu nigdy nie lubiłam Gaugina, w moim przekonaniu winiąc go za pogłębienie choroby Vincenta.

Największą zaletą książki jest wykorzystanie bogatej korespondencji Vincenta, a także stawianie śmiałych hipotez. Jedną z nich jest obarczenie winą za samobójczą śmierć artysty całego ciągu zdarzeń, na którego początku stoi opuszczenie malarza przez jego "przyjaciela" Gauguina (przynajmniej Vincent traktował ten związek, jako przyjaźń, Fell dementuje, jakoby miał on podłoże seksualne), następnie zapowiedź zaprzestania finansowania go przez bratową i w końcu przeważająca szalę kłótnia z doktorem Gachetem. Dzięki listom Vincenta poznajemy jego wnętrze, jego poglądy na życie, sztukę, jego autorytety, zdanie na temat przyjaciół, miast, ulubione lektury.

Zawiera ona również szereg fotografii członków rodziny Vincenta i przyjaciół oraz kilka kolorowych reprodukcji obrazów.

Dla mnie ciekawostką, w kontekście ostatniej podróży, było dowiedzieć się, iż Vincent miał nadzieję wybrać się z Gauguinem na pielgrzymkę do Marsylii, w której mieszkał jeden z jego artystycznych autorytetów Monticelli. Obok Krajobraz nadmorski pod Marsylią Monticellego.

"Mam stanowczy zamiar przechadzać się po tamtejszej ulicy Cannebiere, ubrany dokładnie jak on, Monticelli, tak jak go zobaczyłem na portrecie- w olbrzymim żółtym kapeluszu i czarnym aksamitnym żakiecie, białych spodniach, żółtych rękawiczkach, z bambusową laseczką i wspaniałym południowym stylem bycia. I znajdę tam Marsylczyka, który go kiedyś znał… Monticelli to malarz, który zrobił całe południe na żółto, na pomarańczowo, na kolor siarki"  (z listu do Will 27.08.1888 r).

Panie Van Gogh czy pocieszyłoby Pana, że dzisiaj tysiące osób udaje się do Arles, Paryża, Amsterdamu, aby to pana szlakiem kroczyć; oglądać miejsca, w których Pan malował, bywał, patrzeć na efekt dzieła pańskich rąk.

Książka stanowiła dobre dopełnienie lektury Pasja życia I. Stone oraz doskonałe tło dla wycieczki do Arles.

Wszystkie cytaty listów Vincenta pochodzą z książki Kobiety w życiu Van Gogha

środa, 26 września 2012

Marsylia- kilka migawek




Dlaczego Marsylia?
Paryż wiadomo, Arles to Van Gogh, Awinion to most awinioński  i Pałac Papieski, ale dlaczego Marsylia. Wiele osób zadawało mi to pytanie, dlaczego właśnie Marsylia. Otóż muszę się przyznać do mojej słabości do nadmorskich miast portowych. Pisałam już pewnie o tym niejednokrotnie, morze jest dla mnie synonimem wolności, niczym nieskrępowanej przestrzeni, dzięki której wszystkie krępujące mnie więzy mogą zostać rozerwane, a ja wolna niczym ptak będę mogła ulecieć daleko do gwiazd, pokonując nie tylko portowy akwen, nie tylko basen morza śródziemnego, ale i przestworza oceanów. No tak, ale był też powód znacznie bardziej prozaiczny. Przeglądając mapę połączeń kolejowych trafiłam na dogodne i ciekawe połączenie Paryż Gare du Lyon - Marsylia Saint Charles. Jego zaletą była szybkość (750 km w trzy i pół godziny i jak się ma do tego relacja Warszawa-Gdańsk ze swoimi 350 km i ośmioma godzinami jazdy?) wygoda (dwupiętrowy pociąg składa się z dwóch rodzajów wagonów; dla ceniących spokój i ciszę - chcących czytać książki, spać, czy korzystać z komputera oraz dla pozostałych, którzy lubią rozmawiać, grać w gry, słuchać muzyki a także cena (koleje TGV wprowadziły coś w rodzaju odpowiednika tanich połączeń lotniczych - idTGV, gdzie im szybciej rezerwujesz bilet, tym mniej płacisz, tym sposobem rezerwując trzy miesiące wcześniej opłata była naprawdę bardzo atrakcyjna). A komu choć raz przytrafiła się podróż w towarzystwie  osób, które całą drogę prowadziły rozmowy telefoniczne ten na pewno doceni zaletę takiego sposobu podróżowania. Poza tym Marsylia okazała się świetną bazą wypadową dla wycieczek po Prowansji.

Zawsze staram się, aby moje relacje były zapisem moich odczuć, wrażeń, zachwytów, bądź rozczarowań, a nie zapisem informacji na temat miasta, jakie można znaleźć w Wikipedii, więc i tym razem nie będzie to przewodnikowy opis miasta, a jedynie kilka migawek z pobytu. 


Port Vieux (Stary Port) 
Jest to jedno z najbardziej urokliwych miejsc miasta, tzn. kiedyś takim było i pewnie będzie takim za jakiś czas. Dziś, jest to ogromny plac budowy. Wiedziałam, iż Marsylia dzięki  inicjatywie krajów basenu morza śródziemnego realizuje projekt przebudowy portu. Założeniem projektu jest zmiana oblicza miasta z biednego, zaniedbanego, niezbyt bezpiecznego (powiedzmy szczerze z miasta przemytu, narkotyków, prostytucji i wymuszania okupu) w atrakcję turystyczną. Odniosłam wrażenie, że Marsylia jest tym we Francji, czym Kalabria i Sycylia we Włoszech. Zgodnie z przewodnikowymi informacjami projekt przebudowy portu miał był zrealizowany do 2012 roku, tymczasem prace trwają w najlepsze. Tak więc romantyczną atmosferę pobytu w porcie, w którym cumują setki żaglowców, z którego wypływają małe stateczki wożące turystów na okoliczne wyspy i wysepki diabli wzięli. Portowe knajpki i restauracyjki serwują przepyszne jedzenie i w bonusie dodają doń odgłosy młotów pneumatycznych wwiercających się w mózg hałaśliwym zgrzytem. Oczywiście ilekroć wybiera się knajpkę jej otoczenie stanowi błoga cisza, zakłócona jedynie odgłosem morskiego ptactwa oraz szumem fal odbijających się od brzegu. Natomiast, kiedy tylko garson (ponoć nie wolno tak wołać, bo to obraza) - kelner przyniesie zamówienie, natychmiast robotnicy portowi przystępują do pracy, a konsumpcji towarzyszy mało przyjemne dla uszu warczenie i mało komfortowe dla reszty zmysłów unoszenie się tumanów piasku i kurzu. Wielka to szkoda, bo jedzenie tutaj jest naprawdę przepyszne. 
W porcie codziennie odbywa się targ rybny, gdzie można kupić świeżutką rybę, tak świeżą, że często jeszcze na straganie pływającą lub pełzającą, no a że przy okazji troszkę przyprószona betonowym pyłem - to drobiazg.

Bullaibesse, czyli marsylska specjalność
Co prawda moje zwiedzanie Francji nie było zwiedzaniem kulinarnym, ale przy okazji, czemu nie spróbować np. bullaibesse (ponoć właśnie tutaj przyrządzanej w jedyny, właściwy sposób. Nie wiem, czy moja zupa rybna (choć nie należy składać w ten sposób zamówienia, bowiem fish soup to zupełnie inna potrawa) była reprezentatywną przedstawicielką gatunku, w każdym razie była jedną z najdroższych potraw, jakie konsumowałam we Francji. Składały się nań; zupa, pieczone kartofle, cztery rodzaje ryb, trochę zieleniny, parmezan (albo coś w tym guście) i sos (chyba musztardowy), no i pieczywo, które tutaj podaje się do każdej potrawy. Do tego kieliszek białego wina i pełnia szczęścia. Wszystko to bardzo smaczne, choć jedna z ryb dość trudna w konsumpcji, bowiem nie chciała się dać pożreć; nie mogłam bowiem oddzielić mięsa od kości. Dwie rybki - niebo w gębie, trzecia całkiem smaczna. Porcja była tak ogromna, że nawet po zjedzeniu połowy dania czułam się nasycona. Całość skonsumowałam raczej dla wartości poznawczo-smakowych, niż dla zaspokojenia głodu.


Wycieczka na wyspę If 
Jeśli miałam jakieś marzenia związane z pobytem w Marsylii, to była to wycieczka na wyspę If. Każdy kto czytał Hrabiego Monte Christo Aleksandra Dumasa (ojca) zrozumie mnie bez słów. Nawiasem mówiąc czytałam ostatnio recenzję na jednym z blogów, zarzucającą lekturze naiwność dialogów (stylu). W podróż zabrałam audiobook, aby przypomnieć sobie fabułę, dotarłam do momentu ucieczki z zamku i jak dotąd nie trafiłam na rażące naiwnością dialogi, ale będę wypatrywać dalej. W każdym razie epizod z zamkiem If mam na świeżo w pamięci, mogłam więc odbyć tę podróż niejako wspólnie z Dumasowskim bohaterem. Jakiż był mój zawód, kiedy trzykrotnie odchodziłam z kwitkiem od kas przewoźnika, ponieważ warunki pogodowe uniemożliwiały odbycie rejsu na wyspę. Kiedy już poddałam się i kupiłam bilet na rejs na inną wyspę, okazało się, iż po drodze mija się wyspę z zamkiem If. Mogłam więc poczuć się trochę jak Edmund Dantes wieziony do więzienia. Szczęśliwie stateczek płynący w innym kierunku przepływał obok wyspy If, bowiem warunki pogodowe w postaci silnego wiatru skuteczne odwiodły mnie od kolejnego rejsu. Po podróży jeszcze przez dwa dni czułam na skórze smak soli. Fale były tak wysokie, że woda zalewała górny pokład statku, a i moje okulary i aparat fotograficzny mocno podczas tej podróży ucierpiały z powodu kontaktu ze słoną wodą. To, że sama byłam mokra nie miało większego znaczenia, bowiem podczas pobytu na wyspie w ciągu piętnastu minut silnego operowania słońca zdołałam wyschnąć całkowicie. Zobaczenie ruin zamku If, nawet bez ich zwiedzania ich robi spore wrażenie. Znajdujące się tam więzienie służyło głównie więźniom politycznym i religijnym. Prawie żaden z nich nie opuścił murów zamku. Czytając książkę wyobrażałam sobie, że wyspa If musi znajdować się dalej od wybrzeża. Faktycznie jest ona położona w odległości 3,5 kilometrów od lądu. Dzisiaj Zamek If stanowi  jedynie obiekt turystyczny.  

Podróż petit train na Notre Dame de la Garde
 
Już od pierwszego dnia intrygowała mnie bazylika Marii Panny de la Garde królująca nad miastem. Port marsylski otoczony jest górami. Na szczycie jednej z nich wznosi się piękna świątynia, zwieńczona złotym posągiem Matki Boskiej z dzieciątkiem. Madonna czuwa nad miastem. Przewodnik podaje, że czuwa ona nad rybakami wychodzącymi w morze. Trudno mi generalizować, ale w Awinion równie piękny posąg Madonny górował nad miastem. Może więc to taka prowansalska tradycja?
Świątynia intrygowała mnie, chyba głównie z powodu położenia i sposobu, w jaki można się tam dostać. No i eureka; malutki pociąg turystyczny, który obwozi po mieście, dowozi także na samą górę. W zasadzie nie korzystam z takich pociągów, wolę na własnych nogach przemierzać miasta i miasteczka, zawsze wtedy można zobaczyć więcej, inaczej, dogłębniej. Można zatrzymać się tam, gdzie człowiek ma ochotę. No, ale perspektywa podchodzenia pod górę była skutecznym argumentem dla zmiany zdania co do możliwości skorzystania z pociągu turystycznego. Znajdująca się na wzgórzu La Garde noeobizantyjska świątynia przeładowana jest złoconymi mozaikami i muralami. Pełno tam wot a także morskich elementów; ryb, roślin i ptaków. Świątynia jest dziś punktem pielgrzymek, zwłaszcza w dniu 15 sierpnia. Nie można jej odmówić uroku, jednak mnie znacznie bardziej podobała się inna neobizantyjska świątynia, nieco skromniejsza i nie tak tłumnie odwiedzana  Katedra de la Major, której zdjęcie poniżej. Reasumując Marsylia to urocze miejsce, ale miejsce, któremu dzisiaj trudno było konkurować z innymi odwiedzonymi przeze mnie miasteczkami. Muszę przyznać, że z pewną obawą spacerowałam wieczorem nieoświetlonymi (bo innych na mojej trasie do hotelu nie było) uliczkami portowymi, a nie należę do osób strachliwych. Natomiast chętnie wróciłabym tu na chwilę za jakiś czas, aby przekonać się, czy przebudowa portu dodała miastu nie tylko walorów atrakcyjności turystycznej, ale i poczucia bezpieczeństwa.
A dzisiaj kiedy ledwie wyściubiam nos spod pieleszy domowej kołderki zaczynam się zastanawiać, czy ta kąpiel morska podczas rejsu na wyspę na pewno nie miała żadnych konsekwencji.

niedziela, 23 września 2012

Awinion - stolica papiestwa i teatru




Oczywiście pierwsze skojarzenia z miastem stanowi most, na którym tańczą panowie i panie. Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby piosenki Sur le pont d`Avignon, w przekładzie Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i w wykonaniu Ewy Demarczyk.
Dla osób posiadających pewną wiedzę historyczną Awinion to stolica papiestwa w czasach średniowiecza.

Niewiele osób natomiast wie, iż Awinion jest miastem, w którym rok rocznie w lipcu odbywa się Festiwal Teatralny. O tegorocznym święcie teatru w Awinionie pisała Holly tu i tu i tu. Przeczytawszy owe wpisy pożałowałam, iż nie mogłam w tym święcie teatralnym miasta uczestniczyć, atmosfera musiała być niesamowita; ta mieszanina języków, barw, stylów, strojów, to teatralne misterium musiało wzbudzać zainteresowanie i poczucie współuczestniczenia w wielkim wydarzeniu.

Dzisiaj trudno uwierzyć, że pierwszy budynek teatralny wybudowano w mieście dopiero na początku XVIII wieku przy placu Crillon. Ja natomiast miałam okazję zobaczyć XIX gmach Teatru Miejskiego przy placu de' Horloge, z tympanonem ozdobionym twarzą Apolla oraz pomnikami Moliera i Corneille po obu stronach drzwi wejściowych.
Obok gmach Teatru Miejskiego  

Ale należałoby zacząć od początku. Dokładnie tydzień temu w piękny, słoneczny, niedzielny poranek jechałam pociągiem z Marsylii do Awinionu. Podróż zaczęła się miłą informacją, iż w tym dniu (Dni Dziedzictwa Kulturowego) bilet kosztuje jedynie pięć euro (zamiast zwyczajowych czterdziestu), możecie więc wyobrazić sobie moją radość i plany związane z zagospodarowaniem wolnych środków.

Zaraz po wyjściu z pociągu po przejściu  zaledwie paru kroków dociera się do historycznych murów obronnych z XIV wieku. Mury sprawiają wrażenie solidnych, chociaż z powodu pewnych uchybień w konstrukcji, między innymi braku machikuł, z których na atakujących wylewało się gorący wrzątek i smołę, nie stanowiły istotnej przeszkody dla wrogów, a jedynie miały opóźnić atak nieprzyjaciela. To, co najcenniejsze w Awinionie, a więc Pałac Papieski, mogło bronić się samo. 
Wystarczy przejść przez gotyckie mury, minąć dwie flankowane wieże i już jest się na ulicy prowadzącej do tętniącego życiem placu de' Horloge. A stamtąd już tylko krok do Pałacu Papieskiego, na słynny most awinioński, do katedry Notre Dame des Doms a także Muzeum Małego Pałacu. Czyli wszędzie tam, gdzie jednodniowy turysta musi zawitać. 


Obok zdjęcie lawendy, której w Prowansji zabraknąć nie mogło

Place de' Horloge to turystyczny deptak, przy którym znajdują się liczne restauracyjki, kawiarenki, punkty sprzedaży pamiątek oraz uliczni malarze. Jest tu zawsze gwarno, rojno i kolorowo. Kiedyś mieściło się tu starożytne forum, a i dziś to miejsce jest sercem miasta. Przy placu stoi XIX wieczny ratusz oraz wspomniany wyżej Teatr Miejski. Atrakcją nie tylko dla dzieci, ale i dla dorosłych jest karuzela w stylu belle epoque.

No i już za chwilę moim oczom ukazuje się monumentalna, gotycka budowla, stanowiąca cel wycieczek i pielgrzymek. Jest to pałac papieski. Stojąc na placu wysoko zadzieram głowę do góry, aby objąć wzrokiem całość budowli i uff ... zapiera dech w piersiach. Jest ona imponująca i porażająca zarazem swą wielkością i surowością. Sprawia wrażenie niezdobytej twierdzy. Rezydujący tutaj Papieże musieli się czuć w niej bezpiecznie.


Obok pałac papieski w Awinionie

Skąd się wzięli papieże w Awinionie? Awinion został stolicą chrześcijańskiego świata w 1309 r. (przeniósł ją tu z Watykanu Klemens V osadzony na papieskim tronie dzięki wydatnej pomocy Filipa IV Pięknego- króla Francji) i pozostał nią do 1377 r. W tym okresie panowało w nim siedmiu wywodzących się z Francji papieży. Ostatni, Grzegorz XI, powrócił do Rzymu. Po jego śmierci w Kościele katolickim doszło do wielkiej schizmy i dwuwładzy - papieży w Rzymie i antypapieży w Awinionie.

Zasługą pierwszego z awiniońskich papieży było między innymi przeprowadzenie niezależnego śledztwa w sprawie Templariuszy, które doprowadziło ostatecznie do ich uniewinnienia i oczyszczenia z zarzutu herezji. Jednak z powodu nacisków Filipa IV Pięknego wyrok został utajniony. Pergamin z Chinon odnaleziono dopiero całkiem niedawno w 2001 roku.

Pałac Awinioński składa się z dwóch części; starego (Palais Vieux) i Nowego (Palais Neuf) pałacu. Stary Pałac wybudowany przez trzeciego z papieży awiniońskich, Benedykta XII ma charakter romańskiej twierdzy warownej, charakteryzuje się surowością i ascetyzmem. Nowy Pałac wybudowany przez Klemensa VI, mecenasa sztuki, papieża rozrzutnego i nie stroniącego od uciech życia doczesnego ma charakter lekkiej gotyckiej budowli z dwoma strzelistymi wieżyczkami.


Obok zdjęcie górującego nad Pałacem Papieskim posągu Matki Boskiej

Wnętrze pałacu może troszkę rozczarować; niewiele tu dzisiaj mebli i dzieł sztuki, które świadczyłyby o przepychu, w jakim żyli papieże. Wszystko przepadło w okresie rewolucji francuskiej. Za to przestronne wnętrza dobitnie świadczą o potędze jego dawnych mieszkańców. Niczym w labiryncie gubię się w licznych korytarzykach i salach pałacu, aby w końcu dotrzeć na taras widokowy, z którego podziwiam plac pałacowy. Kiedy wychodzę z pałacu oślepia mnie słońce, które o tej porze dnia zaczyna powoli doskwierać. Choć muszę przyznać, że mam dużo szczęścia, temperatura dochodzi zaledwie do 28 stopni.

A zatem najlepiej udać się na krótki odpoczynek do parku. Po drodze jeszcze tylko odwiedzam romańską, XII- wieczną katedrę Notre Dame des Doms, nad którą króluje złocona figura Matki Boskiej wykonana z ołowiu. Najbardziej interesują mnie anioły otaczające znajdujący się przed wejściem do kościoła krzyż Chrystusa.

No i w końcu docieram do znajdującego się z tyłu świątyni Parku Roche des Doms. Tutaj w zielonym sercu miasta mogę odpocząć na jednej z licznych ławeczek, w otoczeniu posągów, stawów, fontann, złotych rybek, kolorowych kwiatów. Stąd też rozciąga się piękna panorama miasta i widać w całej okazałości most Św. Benezeta (Benedykta), czyli słynny most awinioński.

Obok zdjęcie mostu awiniońskiego

Most awinioński, znany z piosenki o tańczących paniach i panach, powstał w XII wieku. Jak mówi legenda jego budowę rozpoczął młody pobożny pasterz o imieniu Benedykt, który usłyszawszy głos Pana, aby w tym miejscu zbudował most dźwignął ogromnej wagi kamień i przeniósł go na brzeg rzeki Rodan, kładąc podwaliny mostu. Zobaczywszy to mieszkańcy miasta poszli za przykładem Benedykta i dokończyli budowę mostu. Benedykta ogłoszono świętym, ma on symboliczny grób w zachowanej kaplicy mostowej. Most kilkakrotnie był podmywany przez wzbierające wody Rodanu i tyleż razy odbudowywany. Jednak po kolejnym kataklizmie w XVII wieku postanowiono nie odbudowywać mostu. I tak do dnia dzisiejszego słynny awinioński kończy się w połowie rzeki.

Tańce, o których mowa w piosence odbywały się nie na moście (jest on na to za wąski), ale pod mostem. Dziś wszyscy robiący sobie zdjęcie na moście wykonują taneczne pląsy.

Obok zdjęcie Madonny z dzieciątkiem Botticellego źródło zdjęcia
I jeszcze tylko krótka wizyta w Muzeum Petit Palais, aby przyjrzeć się Madonnie Botticellego i już trzeba wracać do Marsylii. I znowu mieszane uczucia, cieszę się z tej jednodniowej wizyty z jednej strony, a z drugiej czuję pewien niedosyt. Jeden dzień to zaledwie przelotne spojrzenie na miasto, które warte jest dużo głębszej znajomości.

Awinion spodobał mi się już po wyjściu z pociągu, już wówczas poczułam, że jest to miasto posiadające dobrą aurę i już wiedziałam, że kiedyś tu jeszcze wrócę.

Wszystkie wspaniałości Awinionu, czyli całe historyczne centrum wraz z opasującymi je murami, w 1995 r. wpisano na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

A na zakończenie piosenka Tańczą panowie, tańczą panie na moście w Awinion 




wtorek, 18 września 2012

Spacer z Vincentem po Arles

Do Arles udałam się głównie w poszukiwaniu Van Gogha, chciałam odnaleźć miejsca, w których bywał i tworzył, a jeśli nie miejsca to jakiś cień tamtych dni. Powyżej replika kawiarni, którą uwiecznił w obrazie Taras kawiarni nocą.
W czasie swego pobytu w Arles i w pobliskim St. Remy stworzył Van Gogh setki obrazów i rysunków. Nic z tego nie pozostało w mieście, którego mieszkańcy napisali do władzy żądanie, aby zamknąć go w szpitalu dla obłąkanych. Dokument ten opublikowała lokalna gazeta. Znajduje się on w Muzeum w Arletan w gablotce, ku wiecznej hańbie episjerów. Wnukowie wybaczyliby dziadkom okrucieństwo, ale nie to, że pozwolili przejść mimo ogromnej fortunie, jaką reprezentuje obecnie najmniejszy szkic podpisany imieniem Vincent (Zbigniew Herbert Barbarzyńca w Ogrodzie).
Rzeczywiście, niewiele pozostało w Arles pamiątek po Vincencie, nie ma już miejsc, w których mieszkał i przebywał. Słynny most w Arles, żółty domek, kawiarnia, której życie nocne uwiecznił padły ofiarą amerykańskich nalotów bombowych w czasie drugiej wojny światowej. Natomiast szpital, który tak często malował przekształcono w galerię multimedialną Espace Van Gogh. Zostały pamiątkowe tabliczki i reprodukcje obrazów w miejscach, w których je tworzył.

Ale jest coś innego, coś co znajdują nieliczni, to unoszący się w powietrzu duch szalonego rudzielca, coś co tworzy więź pomiędzy przeszłością a współczesnością, coś co pozwala współ-odczuć radość człowieka z powodu utrwalenia pięknych doznań, coś co pozwala zobaczyć to, co widział malarz pod powłoką zewnętrzności, coś, co pozwala dostrzec jądro rzeczy, a nie jedynie kolorowe, niepokojące pociągnięcia pędzlem szaleńca.
Vincent przyjechał do Arles w lutym 1888 roku. Przyjechał, jak pisał do siostry Will z dwóch powodów; dla podratowania zdrowia oraz dla poprawienia techniki malarskiej. Zafascynowany sztuką japońską pragnął odnaleźć tutaj tło dla obrazów wzorowanych na prostocie przekazu. 

Na pierwszą pamiątkową tabliczkę natknęłam się pod Areną. Jest to reprodukcja obrazu Widzowie na Arenie w Arles. Arena (rzymski amfiteatr) zbudowany około pierwszego roku p.n.e. należy do największych atrakcji turystycznych miasteczka. Do dziś wykorzystywana jest do walki byków, koncertów oraz przedstawień operowych i teatralnych. Za czasów Vincenta często odbywały się tam walki byków, a ponieważ okna jego pokoju wychodziły na amfiteatr był on kilkakrotnie świadkiem tych przedstawień. Jednak to nie corrida fascynowała malarza, lecz kolorowy tłum, ludzkie zbiorowisko. To właśnie ono stanowi główny temat obrazu, podczas, gdy arena jest jedynie tłem wydarzenia, które nie tylko mało obchodziło Vincenta, ale i część widowni.
Podobnie, jak malarz nie zachwycam się walką byków i nie potrafię zrozumieć zachwytów publiki nad tym okrutnym widowiskiem, niezależnie od tego, kto kogo zwycięży (człowiek zwierzę, czy zwierzę człowieka). Co do areny porównania z rzymskim Koloseum nasuwają się same, przy czym Arena w Arles wypada tu niezbyt imponująco; dwa poziomy i 20.000 widzów na widowni to  niewiele, aczkolwiek na potrzeby małej społeczności to całkiem spora budowla. 

Arles urzekło Vincenta feerią barw.
Niebiosa miały kolor tak jaskrawy, tak bezlitośnie i głęboko błękitny, że nie czyniły już wrażenia niebieskich; zdawały się raczej bezbarwne. Zieleń rozpostartych pól i łąk była tak intensywna, jak sama esencja tej barwy. Cytrynowe ogniste słońce, krwawoczerwona ziemia, krzycząca biel samotnej chmury nad Montmajour, co chwila zmieniająca się różowość sadów owocowych… nieprawdopodobne zaiste były to barwy. Jak mógł je ktoś odmalować?  I jak mógł zmusić kogoś do uwierzenia, że są prawdziwe, choćby mu się udało przenieść je na płótno? Cytrynowy, błękitny zielony, czerwony i różowy- pięć straszliwych środków ekspresji rozszalałej, nieokiełznanej przyrody. [Pasja życia Irwing Stone].

Kiedy ma się to szczęście i przybywa do Arles w gorący, słoneczny dzień można zrozumieć zachwyt malarza dla intensywności barw. Słońce oślepia i przenika wszystko, od przyrody poczynając na budynkach i budowlach kończąc i trudno się dziwić, że obrazy nie są fotograficznym odbiciem rzeczywistości. Rzeczywistość miała odtwarzać dopiero co wynaleziona fotografia. Obraz miał być przetworzeniem rzeczywistości poprzez wizję artysty.

W liście do Will pisał;
Intensyfikując wszystkie barwy, dochodzi się do spokoju i harmonii. W naturze występuje coś podobnego do tego, co dzieje się w muzyce Wagnera, która, choć grana przez wielką orkiestrę jest pomimo to kameralna. […]A słońce w tych okolicach!- coś zupełnie innego […] Zapewniam cię, że w kraju, w którym się urodziliśmy, ludzie są ślepi jak krety i karygodnie głupi, ponieważ nie wysilą się bardziej i nie przeprowadzą… gdzieś, gdzie świeci słońce.[…] To co mnie uderza, i co czyni malowanie tak atrakcyjnym, to przejrzystość powietrza… tu człowiek może odróżnić kolory przedmiotów znajdujących się w odległości, na której przebycie potrzeba godziny; na przykład szara zieleń drzew oliwnych, trawiasta zieleń łąk, różowoliliowa bara przekopanego pola. [Derek Fell Kobiety w życiu Van Gogha]
Kolejną tabliczkę spotykam u wejścia do parku.
Już chociażby patrząc na zdjęcie można odnieść wrażenie, jak mocno operuje tu słońce, jego promienie prześwietlają obraz. I podobnie, jak na wcześniejszym obrazie najważniejszy jest dobór barw, intensywność odczuć, a nawet przerysowanie uczuć. Prostota tematu, przewaga doznań nad treścią, oddanie radości istnienia. Powaga rzeczy najprostszych; jestem, czuję, tworzę.

W parku widzę kilku potencjalnych Van Goghów, którzy bądź to pozazdrościli mistrzowi sławy, bądź poczuli bezwzględny imperatyw zatrzymania chwili w czasie. Nie ośmielam się jednak zakłócać ich aktu tworzenia pstrykaniem zdjęć, bo jest w tym ich zajęciu coś z misterium.

Siadam na parkowej ławeczce i pozwalam, aby czas i słońce przepływały przeze mnie leniwie i nieśpiesznie. Siedzę i wyobrażam sobie, że kilka metrów dalej w znoszonym, obszarpanym odzieniu, w słomkowym kapeluszu maluje Van Gogh maluje nie rozglądając się wokół, zatopiony w swój wewnętrzny świat. I tylko od czasu do czasu jakieś dziecko krzyknie "fou roux" i tylko od czasu do czasu wiatr szarpnie sztalugami. 
 Zostawiam malarza pogrążonego w pracy i udaję się na poszukiwanie nekropolii Les Alyscamps. Stare nekropolie mają w sobie coś, co sprawia, iż lubię je odwiedzać, a jak wyczytałam z pozostawianych u mnie komentarzy nie jestem w tym lubieniu osamotniona. Alyscamps to zniekształcona nazwa pól elizejskich; cmentarzysko sięgające czasów starożytnych. Legenda mówi, iż pochowano tu Rolanda i dwunastu parów, którzy ponieśli śmierć pod Ronncevaux. Dziś wśród opustoszałych sarkofagów stojących wzdłuż topolowej alei trudno byłoby odnaleźć rzeczone grobowce. Podobno trumny zmarłych, którzy chcieli być tu pochowani spuszczano na fale Rodanu, a specjalny cech grabarzy wyławiał je w Arles pobierając za to stosowną opłatę. W topolowej alejce wiodącej do kościoła Saint Honoreat malowali Van Gogh wraz z Gauguinem walcząc między sobą o palmę pierwszeństwa.                 I znowuż słońce operowało tak mocno, że nie udało się zrobić zdjęcia będącego dokładnym odwzorowaniem rzeczywistości i wyszła z tego jakaś impresja, gdzie gałęzie drzew (albo raczej ich cień) odbijają się na obrazie, jak w lustrze. I tutaj spotkałam kolejnych adeptów malarstwa, którzy próbowali realizować własne wizje. Właściwie alejka poza paroma Van Goghami w spódnicy była zupełnie opustoszała. Myślę, że tutaj malarz mógł spokojnie pracować nie narażony na drwiny i szyderstwa. 

Inaczej rzecz się miała na tarasie kawiarni nocą. Na pewno nie było tam pusto, na pewno malarz wzbudzał kontrowersje, na pewno nie raz doszło do awantur i kłótni. Kawiarnia już nie istnieje, ale powstała niemal dokładna replika tamtej na Place du Forum. Stanowi ona kolejną z atrakcji turystycznych. Można tutaj zjeść całkiem smaczny posiłek oraz napić się kawy, a ceny nie są wcale zaporowe.

Vincenta fascynowało malowanie nocy. Nie ma w tym nic dziwnego, tak niespokojny duch odżywał w nocy. 
Ogromnie mnie zajmuje malowanie nocy w plenerze. Inni rysują i malują takie obrazy w ciągu dnia, po wykonaniu wstępnego szkicu. Lecz ja znajduję satysfakcję w malowaniu takich obrazów natychmiast… to jedyny sposób, by pozbyć się konwencjonalnych scen nocnych z ich kiepskim bladożółtym, białawym światłem, podczas, gdy już zwykła świeca daje nam intensywne żółcie i pomarańczowe odcienie (Derek Fell Kobiety w życiu Van Gogha).
Malując swoje nocne obrazy wykorzystywał, jako źródła światła latarnie gazowe. Wydawało mu się, że barwy nocy są intensywniejsze niż w dzień. Sztuczne oświetlenie lamp przeciwstawione zostało naturalnemu światłu gwiazd oraz płonących w oknach świec, co nadaje obrazowi cech romantyzmu i tajemniczości. 
Skoro nawet Van Gogha było stać na jadanie w Cafe de la Gare, tj. w kawiarni, którą malował i ja pozwoliłam sobie na małe co nieco w postaci owoców morza.
Skoro jestem przy temacie nocy kolejna pamiątkowa tabliczka znajduje się nad Rodanem, gdzie powstała Gwieździsta noc nad Rodanem. I znowu intensywność barw, sztuczne światła latarni odbijające się w wodzie i migocące gwiazdami niebo. Aż żałuję, że nie mogę odwiedzić tych miejsc nocą, w takiej samej scenerii, w jakiej malował Vincent. Niestety mój pociąg odchodzi przed zmrokiem. 
Mogę natomiast podziwiać migocące w wodach Rodanu małe iskierki słonecznych promieni, które wymuszają mrużenie oczu. Mogę też obserwować wypoczywających na zacumowanych do brzegu statkach ludzi, z których całkiem sporo oddaje się lekturze.
A ponieważ ten wpis rozrasta się do nadmiernych rozmiarów na zakończenie jeszcze tylko jedna tabliczka.

Miejsce, które przetrwało do dziś, choć zmieniło radykalnie swoje przeznaczenie. Jest to dawny szpital – Hotel Dieu w Ares, a dzisiaj centrum kulturalne. Na dawnym dziedzińcu nadal kwitną kwiaty, a w środku nadal znajduje się sadzawka. I w tym właśnie symbolicznym miejscu zakończyłam mój spacer z Vincentem po Arles, miejscu, w którym jego styl się ukształtował, miejscu, w którym powstały najpiękniejsze obrazy, miejscu, które wreszcie doprowadziło go do kresu wędrówki. Uff, a mnie ten wpis doprowadził prawie do kresu wytrzymałości, bo choć dziś internet chodzi dużo lepiej, to ma odmienne od mojego wyobrażenie, jak powinien wpis wygladać i wstawia mi zdjęcia w zupełnie innej kolejności niz zamierzałam. Dlatego też - nie chcąc mu dzisiaj podpaść zostawię tak jak jest, a korektą zajmę się po powrocie.
Udał mi się ten spacer z Vincentem. Udał tak bardzo, że Arles odwiedziłam dwukrotnie.
Wrażenia trochę chaotyczne, spisane na gorąco zaraz po powrocie z Arles z wykorzystaniem cytatów zapobiegawczo wynotowanych wcześniej  podczas  lektury Barbażyńcy w Ogrodzie oraz Pasji życia (Kobiety Van Gogha mam ze sobą), jedynie zdjęcia wstawiałam i wstawiałam i wstawiałam.