poniedziałek, 29 października 2012

Baryłeczka i inne opowiadania Guy de Maupassant


Wydawnictwo Czytelnik, rok 1956, ilość stron 299
Nigdy nie przepadałam za opowiadaniami, kiedy już zaczynała wciągać mnie fabuła, okazywało się, że historia nagle się urywała. Zapewne dlatego przeczytane opowiadania dość szybko ulatywały z pamięci i to zarówno ich warstwa fabularna, jak i klimat, nastrój i cała ta otoczka, która zostaje w pamięci najdłużej.

„Baryłeczka i inne opowiadania” mam nadzieję przełamie tę złą passę, a moje pierwsze spotkanie z Maupassantem na pewno nie będzie ostatnim.

„Baryłeczka” była pierwszym wydanym opowiadaniem Maupassanta. Stanowiło ono jego wkład do zbioru nowel różnych autorów. Ten literacki debiut był tak udany, iż zachwycił jego mistrza i przyćmił opowiadanie Zoli Atak na młyn.

"Spieszę donieść Ci, że uważam "Baryłeczkę" za arcydzieło. Tak, młody człowieku! Ni mniej, ni więcej, to robił mistrz. Koncepcja bardzo oryginalna, pełne zrozumienie rzeczy, styl wyborny. (...) Ta opowiastka przetrwa, możesz być pewien! Co za pyszne gęby ci Twoi bourgeois! Ani jeden nie jest chybiony! (...) Mam ochotę obcałowywać Cię przez kwadrans. Nie, doprawdy, jestem kontent! Ubawiłem się i podziwiam" – tak pisał do swego ucznia Gustaw Flaubert.

Akcja tytułowego opowiadania toczy się podczas wojny francusko-pruskiej. Z zajętego przez Prusaków miasta uciekają dyliżansem: hrabia, handlarz win i przedsiębiorca handlowy z żonami, demokrata Cornudet, dwie siostry zakonne i dziewczyna lekkich obyczajów, nazywana Baryłeczką. Czyli mamy tu przekrój całego społeczeństwa. Podróżni zatrzymują się w oberży. Są gotowi zapłacić za nocleg i jadło, jednak oberżysta może im zaoferować tylko suchy chleb. Jedynie pogardzana przez całe towarzystwo Baryłeczka była na tyle przewidująca, iż zabrała własny prowiant. Częstuje współtowarzyszy podróży, lecz oni dumnie odrzucają propozycje. Jednak po jakimś czasie głód zmusza ich do kapitulacji i ulegają instynktowi. Nawiązuje się rozmowa, wymiana zdań coraz bardziej zbliża ku sobie pasażerów, wszyscy ulegają złudzeniu zjednoczenia we wspólnej walce przeciwko nieprzyjacielowi. Po noclegu podróżni zostają zatrzymani w oberży, przez Pruskiego oficera do czasu, aż Baryłeczka spełni jego życzenie. Reakcja pasażerów na tak postawiony warunek ulega zmianie wraz z upływem czasu; od oburzenia z powodu żądania Prusaka, poprzez zniecierpliwienie uporem dziewczyny, aż po wywieranie na niej presji. Jaką decyzję podejmie dziewczyna i jaką ona wywoła reakcję - można się domyśleć, a mimo to lektura nie nuży.

Wojna francusko-pruska, która wywarła tak wielki wpływ na losy pokolenia pisarza, stanowi częsty motyw jego opowiadań. To na jej tle ukazuje on kontrast pomiędzy zakłamaniem i tchórzostwem wyższych sfer, a odwagą, patriotyzmem i szlachetnością ludzi prostych - przedstawicieli ludu. Nie oznacza to, iż autor nie widzi przywar ludzi prostych. Maupassant pisze o tym, co boli, wzburza, a czasem i wzrusza; pisze o świecie urzędników, chłopstwa, paryskich salonów. Piętnuje ludzkie wady; zachłanność, upór, próżność, głupotę. Pisze o niesprawiedliwości i nieuczciwości świata, ale przede wszystkim pisze o ludziach, ich postawach, charakterach. Opowiadania są odwzorowaniem otaczającego go świata. Maupassant jest świetnym obserwatorem. Bohaterowie jego utworów namalowani zostali jedynie paroma kreskami, a jednocześnie są szalenie wyraziści. Myślę, że właśnie w tym przejawia się mistrzostwo Maupassanta; mało słów, a wiele treści. Autor potrafił tak skonstruować swoje opowiadania, że na pewno na długo zapadną w pamięci. Ich fabuła jest szalenie prosta, powiedziałabym nawet, że często jest przewidywalna, a jednocześnie nie jest ona nudna. Jeśli dodać do tego zwięzłość i prostotę języka oraz celność puent to czegóż trzeba więcej.

Moja ocena 5/6
Po raz pierwszy spotkałam się z cytowanym kiedyś przez Lirael zapisem wydawcy - Do czytelnika - Prosimy o nadesłanie uwag o przeczytanej książce, dotyczących jej tematu, treści, języka, wyglądu zewnętrznego, popełnionych w niej błędów i omyłek oraz o wyrażenie życzeń, do których moglibyśmy się zastosować w swej dalszej pracy.   
To się nazywa poszanowanie Czytelnika.
 
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Trójki E-Pik u Sardegny  

niedziela, 28 października 2012

Obrazy Włoch - Rzym Paweł Muratow



Wydawnictwo Zeszyty literackie, rok 2008, ilość stron 136.
Rzym jest inny niż wszystkie inne miasta. Trudno powiedzieć na czym polega jego swoisty, jemu tylko właściwy urok. Ci, co doświadczyli jego mocy rozumieją od razu jego zagadkę. Niektórzy przyznają, że nie pojmują istoty owego tajemniczego czaru, sprawiającego, że przywiązujemy się do miasta niby do jakiejś żywej istoty. Inni znów udają, że odczuwają ów urok, ale wierni wielbiciele Rzymu po krótkiej chwili rozpoznają tych pozornie nawróconych i słuchają ich z takim uśmiechem, z jakim prawdziwy amator malarstwa, czy muzyki słucha uniesień rzekomego znawcy, który zachwycając się jakimś obrazem, ogląda go pod światło lub nie mając słów dla jakiejś melodii fałszywie wybija jej takt.

Tym cytatem ze szkicu o Rzymie Jana Jakuba Ampere zaczyna swoją opowieść Paweł Muratow. Mogłabym się pod nim podpisać oburącz. Rzym ma bowiem, jak to nazywa autor swoisty zmysł, który niełatwo zdefiniować, a który sprawia, że kiedy już go poczujemy, to jak pisał Goethe nigdy nie będziemy nieszczęśliwi (Kto dobrze poznał Włochy, a zwłaszcza Rzym, ten nigdy już nie będzie nieszczęśliwy). To chwile, ulotne i trudne do dookreślenia sprawiają, że chce się powiedzieć trwaj chwilo, jesteś piękna.

Doprawdy szczęśliwy jest ten, kto wstępując po tych schodach [hiszpańskich] w jakiś dzień grudniowy i zostawiając za sobą chłód zaciemnionych ulic, wchodził na tchnące błogosławionym ciepłem, wiecznie zalane słońce Pincio, kto stał u ich szczytu nocą, gdy wieje duszny sirocco, tłumiąc światła latarni i zginając ku ziemi bijące z fontanny strugi, kto w oślepiającym blasku późnej wiosny szukał tu ulubionych róż lub gałęzi jaśminu tchnących ostrym, staroświeckim aromatem. W tym szczęściu, którym pozwala napawać się Rzym jest jak gdyby coś ze szczęścia młodości, gdy niecierpliwie wyczekujemy każdego dnia, który ma nadejść, gdy usypiamy z uśmiechem, myśląc o jutrze, gdy wierzymy w nieprzebrane bogactwo życia, gdy trwonimy obficie własną radość, widząc wszędzie wokół siebie niewyczerpane jej źródło.

Często znajomi pytają mnie, dlaczego Rzym jest moim miejscem ukochanym, a ja nie umiem im tego wytłumaczyć słowami, bo tego nie można zrozumieć, to trzeba poczuć, bo nie kocha się za coś, a pomimo czegoś, bo kocha się sercem, a nie rozumem. Truizmy? Prawda, ale czemu wciąż pojawiają się takie pytania.

Wracając do książki – autor w rozdziale Zmysł Rzymu stara się wyjaśnić swój stosunek do tego miasta, próbuje oddać te ulotne chwile radosnego uniesienia, jakie przywołują uśmiech na twarzy na sam dźwięk słów Piazza Navona, Ponte Saint Angelo, Campo de Fiori, fontanna di Trevi, Piazza del Popolo i wielu innych. Pisze rzeczowo, ale z uczuciem.
Niektóre stwierdzenia zawarte na łamach książki uległy dezaktualizacji. Nie może to być jednak zarzutem w stosunku do treści książki, to raczej jej atut, bo pokazuje nam Rzym taki, jakim był jeszcze sto lat temu (książka powstała w 1911 r.) i jakim chcielibyśmy go widzieć i dzisiaj. Autor pisze np. o wyglądzie miasta w Wielki Piątek; jego odświętnej szacie i zamiłowaniu do nabożnych widowisk, czy tradycji spędzania Bożego Narodzenia w Santa Maria In Aracoeli (pisała o tym także Kuncewiczowa w Przezroczach). Niestety dzisiejszy Rzym w trakcie Wielkiej Nocy (a piszę to na podstawie Wielkanocy Anno Domini 2012) nie wyróżnia się niczym (poza wieczorną drogą krzyżową, która mnie rozczarowała, o czym pisałam tutaj) spośród współczesnych miast europejskich. Muratow pisze też o licznym uczestnictwie rzymian w nabożeństwach. Doświadczenie wizyt odbytych na przestrzeni ostatnich pięciu lat pozwala mi stwierdzić, iż rzecz dziś wygląda zgoła inaczej. Często odwiedzam rzymskie kościoły, gdyż są dla mnie nie tylko świątyniami, w których szukam duchowej pociechy, ale wspaniałymi galeriami sztuki z dziełami takich wielkich jak Michał Anioł, Caravaggio, Bernimi, Lippi i wielu innych. Rzymskie kościoły zieją pustkami, poza zwiedzającymi je turystami i siostrami zakonnymi nie ma w nich wiernych. To kolejna refleksja, jaka mi się nasunęła podczas lektury.

Po bardzo osobistym, nacechowanym emocjonalnym stosunkiem do miasta wstępie autor odbywa spacer przez kilka stuleci; antyk, Rzym chrześcijański, Melozzo da Forli, dojrzały renesans, barok, Piranesi, Kampania rzymska.

Z każdego wieku wybiera to, co jego zdaniem najlepiej charakteryzuje epokę, wskazuje miejsca, w których znajdują się najbardziej dla epok charakterystyczne pamiątki, pisze o największych mieszkańcach miasta każdej z epok, opisuje ich najpiękniejsze dzieła. Wybór jest oczywiście subiektywnym wyborem autora, ale często pokrywa się z moim własnym. Z wielkich nazwisk brakuje tu jedynie Caravaggio, którego Muratow pomija całkowitym milczeniem. Nie jest to typowy przewodnik, nie ma tu ilustracji; poza czarno-białymi zdjęciami kilku szczególnych dla autora miejsc. W rozdziale poświęconym antykowi sporo miejsca poświęca Muzeum Kapitolińskiemu w pałacu dei Conservatori oraz Termom Dioklecjana. To tam zachowały się najstarsze skarby starożytności. Przy okazji znajduję tu myśl, która zawsze nawiedza mnie, kiedy odwiedzam wielkie muzea, myśl o smutku, jaki niesie za sobą konieczność dokonywania wyboru. Nie można chociażby wzrokiem ogarnąć wszystkich ich bogactw, ich wielość nie pozwala na docenienie ich piękna.

Ich chłodny przepych tchnie melancholią; niekończące się rzędy białych rzeźb, symetrycznie rozstawione pod ścianami, wprawiają w rozterkę, niemal w rozpacz, ponieważ nie sposób wybrać spośród nich jakiś jeden posąg lub jakieś jedno popiersie, które by się nam naprawdę spodobały. W jednostajnym, martwym świecie zacierają się wszelkie różnice, nikną wszelkie odrębności, które stanowią przecież jedyne świadectwo rzeczywistego istnienia przedmiotów.

Tak pisze autor o zbiorach starożytności w Muzeach Watykańskich. Przyznaję, że sama przeszłam pomiędzy szpalerem posągów z podobnymi wrażeniami. 
Przy opisie wrażeń, jakie wywołuje zwiedzanie Term Diocklecjana napotykam na kolejną bliską mi myśl; dzieła najlepiej prezentują się w miejscach, dla których zostały stworzone, wówczas nie są one jedynie muzealnymi ekspozycjami, przestają być jedynie pozostałościami na cmentarzyskach historii, niepotrzebnymi nikomu rupieciami, lecz nadal żyją własnym życiem.
Pozostawione tu liczne odłamki rzeźb i sarkofagi toną w słońcu, w którego blasku trawertyn błękitnieje i staje się niemal przejrzysty, a marmur nabiera ciepła i życia. Za żywe piękno tych zwykłych rzeczy można śmiało oddać doskonałość arcydzieła troskliwie przechowywanego w zamkniętej na głucho Sali. Płatki uwiędłej róży w fałdach stroju kobiety, wyrzeźbionej nie wiadomo kiedy i przez kogo, nadają jej więcej uroku niż wszystkie wypowiedzi znawców i spory uczonych.
Bo przecież:
…przedmiotom sztuki antycznej bardziej przystoi godna śmierć zadana przez czas, niż letargiczny sen w muzeum…

Muratow docenia w antycznej sztuce nie tylko jej naśladownictwo wzorów greckich, ale jej odrębność i samodzielność.
Nie będę tu opisywać każdego rozdziału. Z racji osobistych preferencji najbardziej zainteresował mnie rozdział poświęcony dojrzałemu renesansowi. Czytałam tak, jakbym czytała o dobrych znajomych; Michał Anioł, papież Juliusz II, Perugino, Rafael, Bramante – ludzie, bez których nie byłoby renesansu, ludzie, bez których Rzym wyglądał by dziś zupełnie inaczej. To tutaj opisuje, jak „najwspanialszy tryumf uduchowionej formy musiał podporządkować się kaprysowi papieża Juliusza II” (chodzi oczywiście o Kaplicę Sykstyńską, której nie tylko stworzenie, ale i obejrzenie to zadanie karkołomne). Tutaj pisze o wytchnieniu, jakie daje oglądanie w Kaplicy Sykstyńskiej fresku Perugina. W kaplicy pełnej dzieł największych wczesnorenesansowych malarzy i pełnej chaosu Oddanie kluczy Św. Piotrowi pozwala odpocząć oczom i skupić wzrok na obrazie. Obraz ten wyróżnia się na tle przeładowanych nadmiarem postaci i historii dzieł Botticellego, Pinturicchio, Ghirlandaio czy Signorrellego. Muratow pisze też o geniuszu Rafaela zawartym we freskach znajdujących się w apartamentach papieskich (słynne Stanze Rafaela). Szkoła Ateńska czy Dysputa o najświętszym sakramencie stanowią zdaniem autora najdoskonalszy przykład praw kompozycji. Autor wyraża też podziw dla sztuki architektonicznej złotego wieku.

Złoty wiek znalazł swoje natchnienie pod kopułą Panteonu. Jej majestatyczna prostota i niezwykła lekkość stały się hasłem wielkich budowniczych, których Rzym ku sobie przyciągał i wychowywał.

Chciałam już zakończyć moją relację z lektury, ale jak tu nie wspomnieć choć słowem o baroku, tym najbardziej widowiskowym stylu w architekturze.

W Rzymie trzeba szukać Rzymu antycznego, chrześcijańskiego i średniowiecznego. Ale Rzymu barokowego nie trzeba szukać wcale, do dziś bowiem jest to właściwie ów Rzym, z którym przede wszystkim zapoznaje się każdy z nas. Wszystko, co stanowi o charakterze miasta- najokazalsze budynki, najgłówniejsze place, najbardziej ożywione ulice – wszystko to stworzył tutaj barok i wszystko zachowuje na sobie jego piętno. Taki jest plac przed bazyliką Św. Piotra z kolumnadami Berniniego i fontanną Maderny. Taki jest Kwirynał i fontanna di Trevi, a wreszcie Corso z kościołami Gesu e Maria, San Marcello i Santa Maria In Via Lata oraz placami Ruspoli, Chigi, Sciarra i Doria.
 
Jeśli ktoś szuka w książkach podróżniczych przygód, ciekawostek, anegdotek, cen hoteli, polecanych restauracji, praktycznych porad tego tutaj nie znajdzie. Jeśli jednak szukacie pięknego opisu niezwykłego miasta, w którym antyk sąsiaduje z renesansem, a średniowiecze z barokiem, w którym klasycznej prostocie towarzyszy dekoracyjna scenografia baroku, w którym przeszłość spotyka się z teraźniejszością, w którym co krok można spotkać dziedzictwo pokoleń to gorąco polecam Obrazy Włoch. 
Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania Trójka E-pik u Sardegny

Zdjęcia: 1. Okładka książki, 2. Forum Romanum i Via Sacra, 3. Zwiastowanie MerMelozzo da Forli w Panteonie, 4. Posąg w Termach Dioclecjana, 5.Fragment Szkoły Ateńskiej z autoportretem Rafaela.
Tym razem wszystkie zdjęcia poza zdjęciem okładki są mojego autorstwa.

czwartek, 25 października 2012

Cuda się zdarzają



Źródło zdjęcia Moja krótka separacja okazała się jeszcze krótszą niż być miała i po pół dnia pobytu (po licznych pytaniach -   po co Pani właściwie do nas przyszła, kiedy coraz poważniej zaczynałam się zastanawiać, czy skierowanie, które trzymam w ręku jest na pewno moim skierowaniem, a wynik badania moim wynikiem, czy może w zaćmieniu umysłu coś na nim domalowałam, bo moim ulubionym sposobem spędzania czasu jest zacieśnianie kontaktów z służbą zdrowia), wypisano mnie do domu. Okazało się, że przyczyna planowanego zacieśniania kontaktów znikła samoistnie i na jakiś czas (oby jak najdłuższy) mogę się  przyssać do Internetu.  A propos - pytana o nałogi – w wywiadzie chorobowym zapomniałam wspomnieć o nałogu internetowym.
Wróciłam do domu oszołomiona i „pijana” szczęściem. Wróciłam – usiadłam i dopadł mnie stupor jakowyś bo przez kilka godzin nie mogłam się ocknąć.


Bardzo serdecznie wszystkim dziękuję za życzenia, było mi bardzo miło, kiedy zobaczyłam, że tyle osób dobrze mi życzy. Vox populi sprawił, że wpisu nie usunę, tak jak pierwotnie zamierzałam. A Tym, których w najbliższym czasie czeka podobne przeżycie życzę równie dobrego zakończenia.

poniedziałek, 22 października 2012

Krótka przerwa


Ku mojemu wielkiemu żalowi czeka mnie kilka dni separacji z internetem :( a za to bliskich kontaktów z służbą zdrowia. 
Jak ja to przeżyję - sama nie wiem, tzn. nie wiem, jak przeżyję odłączenie od netu, myślę, że nawet kroplówka nie pomoże :(
A potem mam nadzieję kilka dni będę mogła sobie 
po-odpoczywać i poczytać i popisać
Zgodnie z vox populi i w związku z serdecznymi komentarzami wpisu nie usunę, jak pierwotnie zamierzałam, zwłaszcza, że wszystko dobrze się skończyło :)

sobota, 20 października 2012

W ogrodzie pamięci Joanna Olczak-Ronikier


Nazwisko autorki znane mi było dotąd wyłącznie z pojawiającej się na blogach entuzjastycznej recenzji biografii  Korczaka. Kiedy w bibliotece zobaczyłam książkę zatytułowaną "W ogrodzie pamięci" nie mogłam się jej oprzeć. "Ogród pamięci" – jak to pięknie brzmi, jak powiew wiosny na zapomnianej i dawno nie odwiedzanej polanie. Pamięć to paradoksalnie jedna z najtrwalszych rzeczy na świecie. Cóż innego zostaje po tych, co odeszli, co pozostanie po nas? Żyjemy tak długo, jak długo istnieją ludzie, którzy nas pamiętają.

Autorka z zakamarków pamięci, posiłkując się zachowaną w szczątkowej formie dokumentacją, starymi fotografiami, spisanymi wspomnieniami babki (Janiny Mortkowicz) i matki (Hanny Mortkowicz - Olczakowej), a także rozmowami z żyjącymi, a rozsianymi po całym świecie członkami rodziny przywołuje cienie przeszłości.

Zaczęłam lekturę i zatraciłam się w niej. „W ogrodzie pamięci” to historia kilku pokoleń przodków pani Joanny, począwszy od urodzonego na początku XIX wieku praktycznego protoplasty rodu; rabina Lazara Horowitza; poprzez jego niezaradnego życiowo syna, filozofa Gustawa aż po kilka pokoleń jego dzieci, wnuków, prawnuków do czasów nam współczesnych. Historia rodziny jest niezwykła, losy jej bohaterów mogłyby z pewnością posłużyć za niejeden scenariusz filmowy. Jest tu i wielka historia, stawiająca przed trudnymi wyborami (rewolucje, wojny, przewroty, zamachy), jest cała plejada fantastycznych postaci, są podróże – czasami będące koniecznością, a nie wyborem, (Zakopane, Kraków, Ustka, Paryż, Wiedeń, Bruksela, Baden Baden, Berlin, Gandawa, Zurych, Rosja, Japonia i wiele innych miejsc), są nazwiska znane z kart historii (od polityków; Lenin, Stalin, Piłsudski, Narutowicz, Dzierżyński, Anders, Nowak-Jeziorański, Wieniawa - Długoszewski do pisarzy; Żeromski Stefan, Dąbrowska Maria, Asnyk Adam, Kuncewiczowa Maria, Lechoń Jan). A wymieniłam zaledwie małą ich cząstkę.

Historię rodu rozpoczął niezaradny filozof Gustaw Horowitz (pradziadek autorki), który; 

W przyziemne, prozaiczne życie warszawskiej kupieckiej rodziny wniósł tęsknotę do czegoś więcej niż tylko wygodny byt. Następne pokolenia zawdzięczały mu trudny czasem do zniesienia niepokój, ale także przeświadczenie, że dzięki sztuce i literaturze można łatwiej znieść życie. To niemało.
Była to spuścizna, która pozwoliła pokoleniom Horowitzów przetrwać ciężkie lata niewoli, trudy I wojny światowej, niepokoje dwudziestolecia i hekatombę II wojny światowej.

Pozostała z dziewięciorgiem dzieci wdowa po Gustawie Julia Horowitz ...
przestała przestrzegać przepisów religijnych i nie wymagała tego od dzieci. Jakby obraziła się na Boga za to, że nie chciał go [Gustawa] ocalić.

Babka autorki Janina pisała w swoich wspomnieniach, iż po śmierci ojca ich dom nie różnił się niczym od innych polskich domów, co autorka skomentowała: 
Poniżej zdjęcie Janiny i Jakuba Mortkiewiczów (dziadków autorki)- źródło zdjęcia 
Skraca i upraszcza trudny proces asymilacji. Bo przecież, zachowawszy wyznanie mojżeszowe, zachowano także podstawowe tradycyjne obyczaje: bracia obchodzili bar micwę, ślubów udzielał rabin, bliskich grzebano na żydowskim  cmentarzu. Owszem, dzieci mówiły po polsku, nie znały jidysz, chodziły do polskich szkół i czytały polską literaturę, ale żyły dalej w kręgu ludzi pochodzenia żydowskiego.

Przedstawieni na kartach powieści bohaterowie budzą różne uczucia, od sympatii, po niechęć. Socjalistyczne, a później komunistyczne poglądy Maksymiliana Horowitza (Henryka Waleckiego), czy jego siostry Kamili Kancewicz wydają się niezrozumiałe. Ale zawsze członkom tej rodziny przyświecała jedna wcielana przez prababkę Julię swoim dziewięciorgu dzieciom dewiza; uczciwość, pracowitość, dyscyplina i wytrwałość.

W duszach tych przybyszy z innego świata, garnących się do polskości musiał panować spory zamęt. Trzeba było zmobilizować całą energię życiową - dziedzictwo matki by znaleźć dla siebie miejsce w życiu, nie tracąc przy tym wewnętrznej kultury ojca, jego wrażliwości i dobrego wychowania. Iść naprzód, nie rozpychając się łokciami i nie tratując nikogo po drodze. Być dumnym ze swoich osiągnięć, nie myląc dumy z pychą. Walczyć z poczuciem niższości, nie wpadając w arogancję. Nie pozwalać, by gorycz zamieniała się w rozgoryczenie. Dbać o ludzką sympatię bez służalczości i obłudy. Najogólniej rzecz biorąc, budować wewnętrzną zgodę na swój los, nie opuszczając rąk i zachowując godność. Brzmi to wszystko szalenie patetycznie. Ale też traktowano wtedy życie bardzo poważnie.”

Losy tej rodziny były naprawdę niezwykłe. Historie opowiedziane przez autorkę są tak nieprawdopodobne, że ich autorem mogło być jedynie życie; człowiek nie mógłby czegoś podobnego wymyślić. Te aresztowania, więzienia, ucieczki, kryjówki, podróże są niezwykłe, a jednak to wszystko się zdarzyło. Z jednej strony jest tu fatalizm towarzyszący życiu Maksymiliana Horowitza, z drugiej strony jest tu historyczny cud, na który wskazuje jeden z krewnych autorki podczas rodzinnego spotkania. 

Wydaje się cudem, że po dwóch wojnach światowych, po tylu historycznych i życiowych kataklizmach spośród dziewięciorga ich [Julii i Gustawa] dzieci aż pięcioro ma swoich przedstawicieli przy tym stole.

To naprawdę cud, że tylu członkom tej ogromnej, wielopokoleniowej rodziny udało się przeżyć wojnę, mimo, iż niebezpieczeństwo czaiło się nie tylko ze strony okupanta, nie tylko ze strony "bratniego sojusznika", ale także ze strony „życzliwych” Polaków.

Jestem pod wrażeniem nie tylko opowiedzianej historii ale i sposobu jej przedstawienia. Prosty język z dziennikarską dokładnością snuje historię niemal każdego z członków rodu, bo każdemu należy się pamięć. A snuje ją w taki sposób, że trudno się od książki oderwać. Nie mam odwagi pokusić się o streszczenie losów choćby jednego z bohaterów opowieści, bo podobnie, jak autorka uważam, że każdy z nich zasługuje na pamięć i każdy jest niezwykły.

Ta powieść to także piękny obraz Warszawy na przestrzeni wieków połączony ze wspaniałym opisem życia codziennego jej mieszkańców.

I to co jeszcze mnie urzeka to obiektywizm, autorka nie wysuwa do nikogo pretensji i żalów, nikogo nie rozlicza z przeszłości, nie staje po żadnej ze stron, przedstawia tylko i aż rzetelny obraz zdarzeń. Nie osądza przodków, którzy w pewnym momencie zdecydowali się na oderwanie od własnych korzeni;
 
Trudno sobie dziś wyobrazić, jak bolesny był ten proces odrywania się od swoich korzeni. Ile upokorzeń trzeba było znieść na drodze ku polskości. Ile w tej wspinaczce na szczyt lodowej góry trzeba było popełnić zdrad, nielojalności, większych i mniejszych uchybień wobec opuszczonych. Ileż tam musiało się kłębić kompleksów, uprzedzeń, żali.

Nie osądza rodaków, którzy nie zawsze postępowali godnie i uczciwie. Opisuje to w liście do ojca walczący w RAF polski lotnik, kuzyn autorki;

Dziś po roku systematycznego mordu (…) społeczeństwo żydowskie w Polsce przestało właściwie istnieć? Jak na tę bezprzykładną zbrodnię z rąk wspólnego wroga zareagował naród polski? Moi koledzy w lotnictwie i w armii byli albo obojętni albo otwarcie się cieszyli. Przez całe tygodnie widziałem chłopców uśmiechających się pogardliwie na widok nagłówków „Dziennika Polskiego” o mordach Żydów. Nie chcieli kupować „Dziennika”, bo ciągle tylko o tych Żydach.

Ona tylko przywołuje duchy przodków;
 
Przywołałam Cienie, odpowiedzieli mi Żywi. I tak odnaleźliśmy się znowu w ogrodzie pamięci.
  
Zapamiętam Maksymiliana, który choć błądził, pozostał uczciwym człowiekiem, postępową, samodzielną i odważną Kamilę, która dzięki swojemu uporowi zdobyła wykształcenie, Janinę (kolejną z serii niezwykłych, silnych kobiet w tej rodzinie), dzięki której przetrwało założone przez jej męża Jakuba Mortkowicza wydawnictwo (w którym wydawano m.in. Dąbrowską, Tuwima, Żeromskiego, Staffa, Korczaka, Nietzschego), Ryszarda Bychowskiego, kolegę Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, lotnika RAF-u, który nie chciał spokojnie przeczekać wojny za oceanem.

Moja ocena – 6/6

Pani Joanna była też współzałożycielką Piwnicy pod Baranami oraz
scenarzystką serialu "Z biegiem lat, z biegiem dni".

czwartek, 18 października 2012

Kochankowie róży wiatrów Stanisława Fleszerowa - Muskat


Wydawnictwo EDIPRESSE POLSKA, rok 2012, ilość stron 369

W ramach Trójki E-pik u Sardegny – autor naszego dzieciństwa sięgnęłam po II część Milionerów. Kiedy byłam nieco starszym dzieckiem powieści Fleszerowej – Muskat czytali wszyscy; mama i córka, koleżanka i sąsiadka. Czytanie ich było na Wybrzeżu bardzo rozpowszechnione (można by rzec, że panowała moda na Fleszerową). Autorka pisała o codziennym życiu ludzi morza i ich problemach, a czytelnik mógł się identyfikować z bohaterami powieści.

Tym razem bohaterami powieści są członkowie kilku rodzin, których bliscy wypływają w morze, w kilkumiesięczny rejs do Japonii. Akcja powieści toczy się dwutorowo; z jednej strony towarzyszymy załodze statku w ich codziennej pracy na morzu, z drugiej strony przeżywamy z czekającymi na brzegu kobietami i ich rodzinami. Małe troski, codzienne smutki i wielkie dramaty, które kobiety, a nierzadko i dzieci zmuszone są dźwigać same na swych barkach, aby ich mężczyźni (ojcowie) mogli zaspokoić tę odwieczną tęsknotę morskich podróży. Męska solidarność i braterstwo, jakie wywołuje wspólnota doświadczeń i walka z żywiołem. No i przede wszystkim to obezwładniające poczucie samotności, jakie towarzyszy tym co na morzu i tym co na lądzie. Kilkumiesięczna przymusowa rozłąka osładzana listami oraz rzadkimi rozmowami łączonymi przez Gdynia – radio.

W sposób lekki i dowcipny autorka pisze o sprawach ważnych i ważkich; o tęsknocie, samotności, zmaganiu się z zawiścią otoczenia, niezrozumieniu, o kupowaniu miłości prezentami, o świadomości utraty wspólnych chwil. Podobnie, jak część I - Milionerzy książka powstała w oparciu o słuchowisko radiowe, stąd sporo w niej dialogów, co przyspiesza lekturę.

Książki o morzu są książkami o ludziach z nimi związanych. Morze bez nich jest wielką, pustą wodą – wielkim pustym milczeniem. Nie jest ani walką, ani milczeniem, ani miłością. Staje się tym wszystkim dopiero przez namiętność i wolę człowieka. [….] Rozumieć morze, to znaczy rozumieć siebie w zetknięciu z nim, poznać swój upór, swoją zaciętość w dążeniu ku niemu, swoją słabość, gdy grozi rozstanie. Widziałem ludzi tak związanych z morzem, że wydawało się prawie niemożliwością, aby po ich śmierci morze istniało nadal. I zawsze sprawdzały się moje przypuszczenia. Morze broniło się przed śmiercią, wchłaniając ich w siebie, stapiając ich z sobą w jedno, nieprzemijające istnienie. Ponieważ ci, którzy naprawdę kochają morze, nie umierają na nim…. Przestają tylko istnieć osobno…

Książka nie należy może do wybitnych, trudno nazwać ją wielką literaturą, ale moim zdaniem autorka potrafi zrozumieć duszę morza, potrafi pisać o morzu (czyt. o ludziach z nim związanych) z uczuciem. 
Wszyscy tłoczą się przy burcie, każdy chce jak najdłużej widzieć swoich bliskich. Kobiety powiewają chusteczkami, ale gdy tylko statek się oddali, podnoszą je do oczu. Podnoszą je do oczu i stać tak będą, dopóki statek nie zacznie ginąc w oddali, a one same nie staną się małym punktem w lornetce. A potem wrócą do domu, zaczną udawać, że coś robią, a wszystko będzie im lecieć z rąk i znowu będą płakać do późnej nocy. Tak żegnają kobiety tych, których kochają, a których muszą oddać morzu. Nigdy żaden mężczyzna na lądzie nie wzbudzi takiej tęsknoty. Potem się zaczną noce bez nich i dni bez nich i czekanie na list, na telefon... One żyją tylko po to, żeby czekać.

Był to powrót bardzo miły i to nie tylko do autorki, był to też powrót do lat dzieciństwa i młodości, do własnych strachów i radości, do czasów oczekiwania na połączenie przez Gdynia-radio, do chwil oczekiwania na nabrzeżu na zawinięcie statku do portu oraz do pięknych listów w kopertach z czerwono-niebieskimi obwódkami, z egzotycznymi znaczkami i mnóstwem tajemniczych pieczątek, w których pewien kapitan opisywał córce inne światy. 
Obok stosik listów i widokówek, które osładzały nieco gorycz tęsknoty. 
Kochankowie róży wiatrów była to dla mnie podróż sentymentalna. A sentymenty trudno oceniać. Książeczkę mogę jednak z czystym sumieniem wam polecić. Czyta się szybko, momentami bawi, momentami wzrusza, można się pośmiać, zastanowić i zapłakać. I można znaleźć się w świecie, którego już nie ma.

Dzisiaj rodziny marynarzy mają do dyspozycji nieco inny wachlarz środków (od telefonów komórkowych poczynając na internecie kończąc).
Książka przeczytana w ramach;
 

poniedziałek, 15 października 2012

Myszy i ludzie John Steinbeck (audiobook)



Trzecie spotkanie z prozą Johna Steinbecka i trzecie udane. Myszy i ludzie to nowela*. W czasach wielkiego kryzysu w Stanach dwoje przyjaciół (George i Lenny) tuła się od farmy do farmy poszukując możliwości zarobienia kilku groszy i przetrwania tego ciężkiego okresu. Lenny wysoki obdarzony nadludzką siłą mężczyzna o mentalności lekko upośledzonego dziecka wywołuje coraz to nowe „kłopoty”. To zadusi zwierzątko, to kogoś przestraszy, to kogoś zrani, a wszystko to dzieje się bez jego woli. George musi wykazać wiele cierpliwości, aby opiekować się Lennym i czuwać, aby nie został skrzywdzony, ani też sam nikogo nie skrzywdził i to wszystko w imię „przyjaźni”, którą nań nałożyło złożone przyrzeczenie.

Siłą, która pozwala przetrwać dwójce bohaterów ciężki okres w dramatycznej rzeczywistości Wielkiego kryzysu, a także smutny los odmieńców są marzenia. Ten amerykański sen o spokojnym i dostatnim życiu, które ma się urealnić pod postacią własnej farmy sprawia, że George nie poddaje się i mimo przeciwności losu idzie wciąż naprzód.
Steinbeck po raz kolejny zadziwia mnie połączeniem prostoty (zarówno pomysłu, jak i języka) z bogactwem treści. W tej banalnej historii, której zakończenie nasuwa się niemal od pierwszej sceny autor umiejętnie stopniuje napięcie, aby mimo wszystko wprawić czytelnika w finałowej scenie w zaskoczenie i zakłopotanie. Zakończenie sprawia, że lektura na długo zapada w pamięć i zmusza do przemyśleń.

W tej niezwykle esencjonalnej formie (na stu dwudziestu stronach) znalazła się cała gama treści; jest i o bogactwie przyjaźni i o samotności odmieńców i o sile marzeń i o obronie słabszych.

Moja ocena 5/6

W lutym tego roku Pruszyński Media wydał książkę Myszy i ludzie (powyżej okładka).
*Nowela - to moje określenie książki, inne źródła podają powieść. Książka liczy 120 stron.