wtorek, 27 listopada 2012

Kulturalny stosik jesienny


No i znowu się chwalę. Nie miałam pojęcia, że ze mnie taka chwalipięta. Myślałam zawsze, dziewczę skromne, oczy spuszcza, kiedy patrzą, nie pytanie się nie odzywa, a tu proszę. Wyszło szydło z worka. Miałam już nie zamieszczać stosików, ale kilka moich nabytków to otrzymane od innych blogerów książki, więc nie wypada mi o nich nie wspomnieć. No, nie wypada. Nie chcem, ale muszem. W ostatnim czasie moją nową biblioteczkę zasiliły takie wymarzone pozycje jak:
1) Karol Schulz Kamień i cierpienie (rzecz o moim ulubieńcu Michale Aniele), polecana w komentarzach u Łucji,
2) Julia Frey Henri Toulouse Lautrec (polecony przez Lirael),
3)  Jonatthan Jones Pojedynek mistrzów (Leonardo da Vinci -Michał Anioł),
4) Bożena Fabiani Moje gawędy o sztuce (dzięki wpisowi u Montgomerry), czytałam wcześniejszą część,
5) Llosa Vargas Pantaleon i wizytanki (dzięki recenzji u Karoliny),
6)  Magda Szabo Tajemnica Abigel (dzięki ZWL i wielu innym zachwytom oraz własnemu zauroczeniu prozą Szabo),
7) Guy de Maupassant - Bel Ami (Uwodziciel) - Edyta to z twego polecenia, no i własnego zachwytu opowiadaniami,
8) Doris Lessing Drugie opowieści afrykańkie - zakup w Biedronce; była tania, miała dużą czcionkę, no i dwie z trzech czytanych książek pisarki podobały mi się,
9) Delphine de Vigan Nic nie oprze się nocy - pod wpływem recenzji u Czary (pierwszy tak impulsywny zakup- przeczytałam recenzję, weszłam do internetowego sklepu i zamówiłam,
10) Maurice Druon -Prawo mężczyzn IV część serii Królowie przeklęci- przeczytałam III części bez wstrętu, a z przyjemnością, teraz muszę przeczytać pozostałe części,
11) Jean-Paul Carracalla Paryż śladami pisarzy - polecona u Marty, jako dobra książka z Paryżem w tle, a Marta współautorka książki o Paryżu wie, co mówi :),
12) Wiktor Hugo Ludzie morza- nabytek antykwaryczny- z miłości do Hugo.
Jak widać nie jestem zupełnie niepodatna na wpływy.

Ponadto w stosie siedzą:
- dwie książeczki Jana Grzegorczyka - Chaszcze i Piszczyk, które otrzymałam od Manniczytania - jako nagrodę za wierne czytelnictwo jej bloga :) Bardzo serdecznie dziękuję Magdo,
- wygraną u Sardegny w akcji Podaj dalej książkę mojego ukochanego pisarza Katedra Najświętszej Marii Panny w Paryżu Wiktora Hugo, lub jak kto woli Dzwonnika z Notre - Dame (jest to mój drugi egzemplarz tej książki, bowiem pierwszy wydany przez Zieloną Sowę pozostawia wiele do życzenia. Mam też audiobooka i ebooka tej powieści :) Bardzo dziękuję Zuzi za książkę. 
A przy okazji przypominam, iż u mnie można otrzymać książkę Wątpliwości Salaiego - wystarczy zgłosić udział i chęć podzielenia się inną książką z kolejnym uczestnikiem akcji.

No i na koniec jest Ryszard III (w przekładzie Barańczaka) W. Szekspira - pożyczony u monmarty.    Wielkie dzięki Moniko.
Od jakiegoś czasu nie zamieszczam podsumowań, znajdują się one w zakładce Przeczytane w 2012 roku. Tak więc, jeśli ktoś pała żądzą zapoznania się z ilością przeczytanych przeze mnie w tym miesiącu/ roku książek to niech czem prędzej uda się do w/w zakładki.


A że stosik jest kulturalny, a że się chwalę na potęgę, to pochwalę się jeszcze innymi atrakcjami jakie czekają mnie w sezonie zimowym 2012-2013. Otóż w marcu przyszłego roku w Gdyni odbędzie się koncert grupy Gregorianie, a w Warszawie zespołu Vaya Con Dios (pożegnalny koncert) i na obie te imprezy się wybieram. Ponadto czekają mnie dwie wizyty w Teatrze Starym w Krakowie (Tartuffe Moliera z Krzysztofem Globiszem oraz Chłopcy nieznanego mi autora ze znaną mi Anną Dymną i Jerzy Trelą w obsadzie) oraz wizyta w nowym teatrze gdańskim na Kolacji dla głupca (z Piotrusiem Fronczewskim-aż mi się gęba śmieje). No a to co mi się jeszcze roi w główce to marzenie, które jeszcze pozostaje w sferze marzeń. 
No to moi drodzy- obyśmy tylko zdrowi byli.
A ja czem prędzej udaję się do "Ludzi morza", bo koniec miesiąca zbliża się szybkimi krokami, a ja dopiero w połowie lektury, bo zasłuchałam się w Zalotnicy niebieskiej M.Samozwaniec.      
 
 

niedziela, 25 listopada 2012

Moulin Rouge Pierre La Mure (audiobook)


Gdyby ktoś zapytał o malarza związanego z Montmartrem większość bez wahania wskazałaby Henryka Tulousse - Lautrec. Jego obrazy, jak rzadko które sportretowały życie tego niezwykłego zakątka Paryża z końca XIX wieku. Toulouse był duszą tej dzielnicy, jego obrazy przedstawiają życie artystycznej bohemy; bywalców kabaretów (w tym Moulin Rouge), teatrów oraz mieszkanek przybytków rozkoszy. Z dużym upodobaniem malował tancerki, prostytutki, śpiewaczki.

„Moulin Rouge” było pierwszą z powieści biograficznych, jaką czytałam kilkanaście lat temu i do dziś (po powtórnym jej wysłuchaniu) uważam je za jedną z lepszych tego typu powieści. W przeciwieństwie do tak dziś modnych powieści quasi biograficznych, w których nazwisko malarza ma być jedynie magnesem przyciągającym czytelników, ta powieść jest powieścią o malarzu.
Życie Lautreca było niezwykle ciekawe, a jednocześnie niezwykle smutne. W przeciwieństwie do wielu kolegów po fachu nie miał problemów z utrzymaniem się; pochodził z arystokratycznego, bogatego rodu hrabiów Tuluzy, miał środki do życia i to wcale niemałe.

Posiadał też ogromny talent. Był malarzem, grafikiem, plakacistą, litografem, rysownikiem, karykaturzystą, jednym z największych przedstawicieli postimpresjonizmu. Miał więcej szczęścia od wielu innych malarzy, gdyż został doceniony jeszcze za życia; jego prace podziwiali Van Gogh i Degas, otrzymał Legię Honorową (której nie przyjął), a jeden jego obrazów zawisł w Luwrze. Zabrakło mu w życiu tylko jednego, ale najważniejszego - miłości. Każdy człowiek jej pragnie, każdy jej potrzebuje, ale są osoby, których wrażliwość sprawia, że bez miłości nie potrafią żyć. I właśnie do tego typu osób należał Toulouse Lautrec. W wyniku nieszczęśliwego wypadku i wady genetycznej (spowodowanej prawdopodobnie zbyt bliskim pokrewieństwem rodziców) przestał rosnąć i pozostał karłem. Ten człowiek o posturze dziecka i twarzy dorosłego człowieka budził przerażenie i nierzadko wstręt otoczenia. Jedyną rzeczą, której pragnął było zostać pokochanym przez kobietę. Tymczasem jedyną kobietą, która kochała Henriego była jego matka. Adele Tapie de Celeyran była dobrą i mądrą kobietą, pozwoliła swemu dziecku na dokonywanie samodzielnych wyborów, choć wiedziała, że kiedyś doprowadzą one do jego zguby. Samotność, odrzucenie, wyśmiewanie towarzyszyły mu całe życie. Kolejne kobiety ze wstrętem odwracały od niego twarz, prostytutka, cynicznie wyśmiewała jego kalectwo i brzydotę, co nie przeszkadzało jej wyłudzać od niego pieniądze dla kochanka. 
Pustki życia nie zapełniły ani sukcesy, ani uznanie, niezależność, przyjaciele, czy kochająca matka. Coraz bardziej samotny, coraz bardziej zgorzkniały Henryk rzuca się w życie nocnego Paryża, aby zagłuszyć tęsknotę i głód uczuć; kabarety, alkohol, sprzedajne kobiety, hulanki, od baru do teatru, od kabaretu do Maxima, dorożką, fiakrem mknie ulicami Paryża mały brzydal w okularach, cylindrze, z nieodłączną laseczką w dłoni. Tutaj odnajduje akceptację swojej odmienności, a w loretkach, midinetkach, ulicznicach i prostytutkach, które portretuje widzi odbicie rzeczywistości. Maluje mieszkanki burdeli oraz artystki kabaretowe, bo są dla niego bardziej interesujące od pań z towarzystwa. A one pozują mu bez skrępowania, nawet w najbardziej intymnych sytuacjach, czując nobilitację z możliwości bycia modelkami. Powieść przenosi nas w czasie i pozwala pogłębić znajomość z miastem malarza i mekką artystów (dzielnicą na wzgórzu). To zamieszkałe przez biedotę miejsce przyciągało już wówczas artystów i turystów. La Mure pisze o początkach Moulin Rouge, narodzinach kankana, o tancerkach i aktorkach - La Goulue, Jane Avril, Yvette Guilbert, o wystawie światowej w 1889 roku i o budowie wieży Eiffla. Na kartach jego powieści pojawiają się Van Gogh, Gauguin, Degas, Renoir.
"Moulin Rouge" to dobre studium postaci złożonej z potrzeby uczuć, obaw, strachu, marzeń, lęków, postaci, która dosięgła zarazem nieba i piekła na ziemi. Postaci, którą samotność zepchnęła na same dno upodlenia. Nie potrafię stwierdzić, na ile powieść jest prawdziwą (przekonam się o tym czytając biografię autorstwa Julii Frey), ale mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że jest ciekawą powieścią o nietuzinkowym człowieku, którego autor nie idealizuje, ale którego opisuje z dużą dozą sympatii i zrozumienia. 
Powyżej portret Susan Valandon (o której pisałam tu) namalowany przez malarza. Lautrec uczył też modelkę sztuki malowania. 

Dodatkową radością było wysłuchanie audiobooka w miejscu tak bliskim malarzowi (w Paryżu i jego artystycznym sercu na Montmartrze).

Moja ocena 5/6

sobota, 24 listopada 2012

Tolerancja nietolerancji



Źródło zdjęcia
 Wdałam się kiedyś w dyskusję na temat tolerancji i jej granic z jedną z blogerek. Temat ten wraca do mnie, jak bumerang. Aby nie szukać przykładów daleko, wraca do mnie, kiedy czytam niektóre wpisy bądź komentarze pod wpisami, w których aż zionie od nietolerowania poglądów (światopoglądów), które są inne od poglądów adwersarza. Wówczas moja tolerancja ulega zachwianiu i zastanawiam się, czy należy być tolerancyjnym również wobec ludzkiej nietolerancji. Słownikowo tolerancja oznacza znoszenie, wytrzymywanie, czyli nie jest ona tożsama z akceptacją odmiennych poglądów, postaw, ludzi, ale z ich poszanowaniem, mimo tych odmienności. Nie sztuka szanować poglądy, które sami wyznajemy, sztuką jest szanować poglądy, postawy, zachowania, których nie rozumiemy, które często budzą nasz wewnętrzny opór. Poszanowanie odmienności jest dla mnie wyznacznikiem kultury człowieka i wartością samą w sobie. Zawsze zadziwia mnie, jak wielu ludzi pojmuje kwestie tolerancji. Jest w ich zachowaniu coś z filozofii Sienkiewiczowskiego Kalego; zły uczynek jest, jak ktoś Kalemu ukraść krowa, dobry uczynek, jak Kali ukraść komuś krowa. Znajomi nie znają mojego stosunku do spraw wiary. Czasami więc w rozmowie katolicy przekonują mnie, że wszystko jest dziełem Bożym i tylko idiota nie jest w stanie tego pojąć, innym razem ateiści mówią mi, że religia, to opium dla mas i tylko prostaczek może uwierzyć w bajeczkę o zmartwychwstaniu. Razi mnie postawa zarówno jednych, jak i drugich. Bo gdzie tu miejsce dla poszanowania cudzych, odmiennych poglądów.
Tolerancja ma oczywiście swoje granice, ale te granice wyznacza nie subiektywny osąd, ale prawo. Tam, gdzie odmienna postawa prowadzi do naruszenia prawa (użycia przymusu psychicznego, fizycznego, czy popełnienia przestępstwa) kończy się tolerancja i to nie budzi żadnych wątpliwości. Natomiast czy tolerancyjnym powinno się być wobec osób nietolerancyjnych?

Zależy, czy nietolerancja dotyczy poglądów, czy postaw. Temat na pewno nie jest jednoznaczny, budzi wątpliwości i kontrowersje. Pozostając w odniesieniu do wpisów na blogach i komentarzy; muszę stwierdzić, iż mam („może - tej pory miałam) szczęście do sporadycznych komentarzy osób, które uważają, iż mają monopol na rację, ale coraz częściej obserwuję to zjawisko na innych blogach. Nie rozumiem, skąd w ludziach tyle agresji, napastliwości, nieposzanowania cudzych poglądów.

Piszący powinien liczyć się z tym, że czytający może mieć skrajnie różne opinie od jego, ma prawo je wyrazić, jeśli robi to w sposób kulturalny, tak, jak komentujący powinien liczyć się z tym, że autor wpisu ma prawo do swojego zdania, nawet, jeśli wydaje się nam ono "niemądre". Wszak zarówno jedni, jak i drudzy wystawiamy sobie opinię (narażamy się na śmieszność) nie tyle poglądami, co sposobem ich prezentacji. Nie wiem, jak was, ale mnie szalenie rażą stwierdzenia typu, "tylko dla prawdziwych Polaków",  "prawdziwych patriotów", "prawdziwych katolików", aż chciałoby się rzec tylko dla "prawdziwych ludzi” (a każdy kto przeciwko nam to wróg. Tyle, że mury rosły, rosły, rosły, a śpiewak był sam). Stwierdzenia, które stawiają piszącego po jedynie słusznej stronie (oczywiście w mniemaniu piszącego), a wszystkim adwersarzom przypisuje się łatkę zdrajcy, niewiernego, obrazoburcy.

A czy można być tolerancyjnym wobec nietolerancji? Z założenia powinno się tolerować (znosić) nietolerancję innych, ale tylko do momentu, kiedy nam ona nie zagraża, mamy przecież prawo do obrony przed agresywnością, napastliwością, obrzucaniem nas inwektywami. Cóż więc nam pozostaje, aby się bronić, nie będąc posądzonym o atakowanie? Moim zdaniem najlepszą bronią (przynajmniej w blogowym światku) jest ignorancja.

Tak jak kiedyś pisałam – nie usuwam komentarzy, daję możliwość wypowiedzenia się każdemu (anonimowemu także), ale będę usuwała te komentarze, które będą wulgarne, napastliwe, agresywne w stosunku do pozostałych uczestników blogosfery.  Jeśli ktoś napisze, że autorka bloga jest „głupia” (to oczywiście skrót myślowy) to ma do tego prawo - wyraża swoją opinię i wystawia sobie cenzurkę, jeśli ktoś napisze, że inna blogerka lub bloger są „głupi”- to pozostawienie takiego komentarza byłoby (dla mnie) akceptacją poglądu komentującego. 
Zabrakło puenty? Czy można/ trzeba/ powinno się być tolerancyjnym wobec braku tolerancji? Nie mnie odpowiadać na takie pytania. Dopóki dotyczy blogowych wpisów - ignoruję.

I ponownie przypominam o akcji  Podaj dalej Można tu otrzymać  książkę, ale pod warunkiem, że samemu podzieli się książką z innymi. Jak na razie zgłosiła się tylko jedna osoba, więc są spore szanse na wzbogacenie księgozbioru i podzielenie się książką z innymi czytelnikami. 

środa, 21 listopada 2012

Kolejny łańcuszek, czyli o autorce bloga

I mnie dopadł wirus pod nazwą Liebster Blog. Oczywiście piszę to z przymrużeniem oka. Miałam co prawda nadzieję, że przemknę niezauważenie, bowiem, wydawało mi się, że podobna zabawa miała miejsce dość niedawno temu, ale skoro zostałam wywołana do tablicy odpowiem na zadane pytania. Wytypowana przez Bibliofilkę powinnam odpowiedzieć na 11 pytań przez nią zadanych, a następnie zaprosić do zabawy 11 osób i zadać im swoje 11 pytań. Ponieważ wydaje mi się, że wszyscy (lub prawie wszyscy) w zabawie wzięli już udział nie będę typowała kolejnych osób.

Oto moje odpowiedzi- mam nadzieję, że nie zaśniecie czytając o mnie to o czym pewnie, już nie raz pisałam.

1. Ulubiona historia miłosna i dlaczego? /jedna/
Może banalnie to zabrzmi, ale porwana młodzieńczym uniesieniem Szekspirowskich bohaterów pokochałam miłością absolutną i bezwzględną "Romea i Julię". I choć książkę przeczytałam nie tak dawno temu, to filmowa ekranizacja na zawsze już ugruntowała pozycję młodocianych kochanków w moim sercu. Do dziś pamiętam wzruszenie związane z oglądaniem filmu podczas wakacji u babci i hektolitry łez, jakie wówczas wylałam. Po latach natrafiłam na inspirowany losami Romea i Julii musical West side story, który przez długie lata był jednym z ulubionych, a całkiem niedawno odkryłam musical Romeo and Juliet. I co? Nadal wzrusza. A wszystko dzięki staremu, dobremu Wiliamowi S.

2. Wolałabyś przenieść się do czasów starożytnych czy do XIX-wiecznej Anglii?

Ani do starożytności, ani do XIX wiecznej Anglii. Nie chciałabym być zmuszona do wyboru bez przekonania. Jako rogata dusza i jednostka ceniąca nade wszystko swą niezależność, która nie cierpi jak się ją do czegoś zmusza i nawet, jeśli ma na to ochotę, to na przekór tego nie zrobi wybieram renesans. Jakie to były ciekawe (choć i okrutne) czasy; odkrycie druku, odkrywanie nowych lądów, wzrastanie pięknych świątyń, może udałoby mi się spotkać gdzieś na uliczkach Florencji, czy Rzymu Michała Anioła, może mogłabym gościć na dworze Wawrzyńca Wspaniałego, może mogłabym podglądać Leonardo przy pracy, może wysłuchałabym któregoś z kazań Savonaroli (i wkurzała się tak samo, jak dzisiaj słuchając telewizyjnej debaty).

3. „Każde dobre wrażenie, jakie się wywołuje w świecie stwarza nam nieprzyjaciela. Aby być lubianym przez ludzi trzeba być miernotą.” Zgadzasz się ze słowami Oskara Wilde i czy starasz się tak postępować?

Jest w tym sporo prawdy. Osoby, które osiągają nazwijmy to "sukces" (w jakiejkolwiek dziedzinie) stają się źródłem powszechnej zawiści. Z drugiej strony, aby być lubianym powszechnie trzeba mieć umiejętność schlebiania innym, a ci którzy się na te pochlebstwa "łapią" sami najczęściej bywają miernotami, więc wydaje mi się, że zabieganie o powszechną sympatię - to sprawa z góry skazana na niepowodzenie. Co do mnie - raczej nie mam "problemu" z nieprzyjaciółmi, bowiem jestem jednostką, której życiowe credo to "wykonywać najlepiej jak potrafię, co do mnie należy i nie wyróżniać się", a jeśli to moje dobrze kogoś kuje w oczy - no cóż - to jego problem.

4. Większość kobiet piszących książki pisze o miłości, o braku miłości, o dawnej miłości, o nowej miłości albo o zranionej miłości. Czy zgadzasz się z tym, że kobiety piszą gorzej niż mężczyźni?

Pierwsze skojarzenie z piszącymi kobietami jest dokładnie takie. Przyznam, że sama czytam więcej pisarzy niż pisarek. No, ale po zastanowieniu odpowiem, że nie wszystkie panie pieszą wyłącznie romansidła i romansopodobne czytadła. Dla przykładu Magdalena Szabo, Joanna Olczak-Ronikier, Hanna Krall (to tylko te ostatnio czytane, których proza moim zdaniem nie ustępuje prozie męskiej). Tak więc moim zdaniem większość kobiet rzeczywiście pisze literaturę tzw. kobiecą (na obcasach), co nie znaczy, że generalnie kobiety piszą gorzej. Umiejętność pisania moim zdaniem nie jest przypisana płci.

5. Ulubiony zapach

Zapach dzieciństwa, albo zapach tradycji; czyli sobotnie pastowanie podłogi, kiedy tata z mamą na kolanach szczotkami wcierają w parkiet pastę, zapach pomarańczy, które rzucili do sklepów, bo przypłynął statek z dalekich krajów, zapach dziecięcych farbek plakatowych, zapach książki "Chłopcy z placu broni" ze szkolnej biblioteczki, no i zapach świąt Bożego Narodzenia: kapusty z grzybami, piernika, smażonej ryby.

6. Film, na którym płaczesz.
Może łatwiej byłoby mi wymienić film, na którym nie płaczę. Należę do osób, które mają oczy w mokrym miejscu i wzruszam się na niemal każdym filmie, poza tymi na których się śmieję, albo, tymi, które mnie denerwują. Ostatnio spłakałam się na teatralnej adaptacji Cyrana de Bergarac (z Piotrem Fronczewskim w roli tytułowej).

7. Co kupisz ukochanej osobie pod choinkę?
Lubię obdarowywać czymś, co wymaga pomysłu, a nie wyłącznie pieniędzy. Czasami jest to bilet do teatru, czasami na koncert, raz była to napisana przeze mnie książka, raz kalendarz ze zdjęciami bliskich, a kiedyś wycieczka. Nie napiszę, co tym razem będzie prezentem choinkowym, bo lubię robić niespodzianki.

8. Obraz, który Cię inspiruje. /niekoniecznie malarski/

Chyba będę strasznie nudna i powtarzalna, ale kiedy mi smutno i źle, kiedy potrzebuję odskoczni, od rzeczywistości, kiedy potrzebuję murów obronnych przed światem zewnętrznym przed oczami przywołuję obrazy moich ukochanych musicali i koncertów. Wówczas natychmiast na buzi pojawia się uśmiech. I nawet, kiedy nic się nie chce, kiedy nie ma pomysłu, kiedy jest źle zaraz pojawia się chęć do życia, energia, pomysł. Ostatnio, od roku jest to obraz Notre Dame de Paris (koncert na Bercy).

9. Tekst piosenki, z którym się identyfikujesz.
Nawet dwa:
1) Piosenka Edith (Padam, Padam, Padam) mogłaby stanowić moje motto życiowe.
A ja przez życia zmienne koleje
Pójdę dalej na wprost
Niosąc w sercu ten głos
Co pozwala zachować nadzieję
Że choć życie ma kres
Jednak coś przecież jest
Co zostaje, nie idzie donikąd
Jakaś reszta na dnie
Co nie ciszą jest, nie
Bo ta reszta jest właśnie muzyką
Muzyką

2) Piosenka Budki Suflera- Błękitna Arka

Tak niewiele i tak wiele dzieli nas
Tak nam blisko, a daleko jak do gwiazd
Wciąż fałszywy śpiewa chór
Coraz większy rośnie mur
Gdy z rozumem nasze serca wiodą spór
Nawet gdy ktoś przy swej prawdzie zostać chce
Czemu pięknie nie umiemy różnić się
Słowa ranią raz po raz
Myśli ciążą niby głaz
Tak niewiele i tak wiele dzieli nas...

10. Danie, które zawsze Ci wychodzi.

Prozaiczne danie, które podobno robię rewelacyjnie- bigos. Choć niektórzy mówią, że trudno nazwać je bigosem, tyle w nim mięsa :)

11. Jesteś raczej introwertykiem czy ekstrawertykiem?

Zdecydowanie introwertykiem. A ponadto nie ciepię być w centrum zainteresowania, nie lubię być, ani chwalona, ani ganiona, a także nie lubię publicznych występów

I żeby nie umknął wpis dotyczący możliwości otrzymania książki będę zamieszczać linka do wpisu Podaj dalej do końca miesiąca przy każdym wpisie.


niedziela, 18 listopada 2012

Moja biblioteczka - moja radość

Od jakiegoś już czasu targało mną podstępne i niegodziwe uczucie zazdrości względem tych wszystkich koleżanek i kolegów blogerów, którzy prezentowali na blogach swoje biblioteczki. Dzisiaj i ja dołączam do ich grona.
Od teraz moja stara biblioteczka została "odchudzona"; książki starsze i podniszczone zosta przeszeregowane z dwóch rzędów do jednego. Książki nowsze zyskały zaszczyt zaprezentowania się na półkach nowych regałów. I co najważniejsze i jest powodem mojej olbrzymiej radości biblioteczka jest przyszłościowa, więc dzisiaj zapełniona została zaledwie w części. Co prawda nie zdążyłam ustawić jeszcze wszystkich książek (część ciągle tkwi w pudłach), ale już teraz widzę, że mogę jeszcze przez kilka miesięcy nie martwić się o ich lokum. Zniknęły książki spod łóżka, z biurka, z nocnej szafki, z paru pudeł, z szaf i z biura. Dzisiaj zamieszczam zdjęcia jeszcze nie do końca przemyślanej kompozycji. Okazało się bowiem, iż nie jest to takie proste wybrać odpowiedni system ustawiania lektur. Idąc po najmniejszej linii oporu ustawiłam je tematycznie i według wzrostu.  Powinnam może zaczekać do końca dzieła, ale ponieważ wybywam na pasjonujący wyjazd służbowy nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła zamieścić kilka fotek na blogu. No cóż wychodzi cała moja "małość". I moja radość i nadzieja na nowe zbiory - jakieś sześć nowiutkich i jeszcze puściutkich półek.

A tak nie na temat - pozdrawiam wszystkie mamy prowadzące bloga; przez dwa dni miałam u siebie siostrzeńców. Wpis usiłowałam zamieścić od piątku. To chyba brak doświadczenia.

I żeby nie umknął wpis dotyczący możliwości otrzymania książki będę zamieszczać linka do wpisu Podaj dalej do końca miesiąca przy każdym wpisie.



piątek, 16 listopada 2012

Podaj dalej. Czyli zapraszam do podzielenia się książką


Jakiś czas wzięłam udział u Sardegny z blogu książki Sardegny w nowym projekcie o nazwie "Podaj dalej". Zabawa ma na celu podzielenie się książkami i wysłanie ich w świat.
Akcję zapoczątkowała Giffin z blogu Magnolie. Ja zgłosiłam się do zabawy widząc u Sardegny książkę Katedra Marii Panny w Paryżu Wiktora Hugo, której stałam się szczęśliwą posiadaczką. Jako wielbicielka twórczości Hugo bardzo ucieszyłam się z możliwości wzbogacenia swej biblioteki o egzemplarz tej właśnie książki. Jako że zasadą akcji "Podaj dalej" jest to, że osoba obdarowana również dzieli się swoimi zbiorami, przystępuję do kontynuacji zabawy i ogłaszam, że pod tym postem można zgłosić swą gotowość do przygarnięcia mojej książki i zadeklarowania, że będzie się akcję kontynuować.
Na początek:
Zasady akcji "Podaj dalej" (ze strony Giffin: http://magnolie.blogspot.com/)





1. Poniżej poda tytuł książki, którą oddam komuś z Was, wystarczy się zgłosić, ale... Osoba obdarowana lekturą będzie musiała także wziąć udział w akcji, to znaczy opublikować u siebie na blogu podobny post i wysłać w świat jedną książkę (oczywiście można więcej) w stanie co najmniej dobrym i o wartości podobnej do tej, którą otrzyma (odpadają wydania kieszonkowe itp.).

2. Z przyczyn technicznych w zabawie mogą wziąć udział tylko i wyłącznie osoby, które posiadają blogi.
 
Ja ze swej strony chciałabym się z Wami podzielić książką:

"Wątpliwości Salaiego" Rita Monaldi i Francesco Sorti   (z podtytułem tajemnicze epizody z życia mistrza Leonarda da Vinci)

Zapraszam do zgłaszania się po książkę i deklarację kontynuacji zabawy. Na Wasze komentarze czekam do końca listopada. Książkę otrzyma osoba, która wyrazi ochotę wzięcia udziału w akcji, a w razie zgłoszenia się większej ilości osób wylosuję zwycięzcę.

środa, 14 listopada 2012

Wojna światów G. Wellsa oraz Obsługiwałem angielskiego króla B. Hrabal



Zawsze kiedy czytam entuzjastyczne opinie na temat książki, której lektura mnie nuży zastanawiam się nad powodem tego stanu rzeczy.  Wojna światów - Georges Wells - klasyka gatunku s-f, niesamowita wyobraźnia, porażająca, wyprzedzająca swe czasy, realistyczna, takie opinie na temat książki krążą tu i tam, a ja nie mogę się skoncentrować na lekturze. Czytam i nie mogę zapanować nad ziewaniem.

Rozumiem, że Wojna światów powstała ponad sto lat temu, że jak na tamte czasy była nowatorska, że Wells wykazał się sporą wyobraźnią, ale co ja na to poradzę, że mnie nie książka nie wciągnęła. Być może wyjaśnieniem tego stanu rzeczy, jest fakt, że tekst książki znalazłam w Internecie. Nie wiem, kto go tam zamieścił i zaczęłam się nawet zastanawiać, czy to na pewno oryginalny tekst powieści, czy też może jakiś domorosły tłumacz albo złośliwy chochlik dokonał przeróbki. Pomijając to, że tekst jest pełen błędów literowych, stylistycznych, interpunkcyjnych, mam wątpliwości, czy jest to tekst Wellsa. Razi mnie archaiczny język; naiwność pewnych sformułowań i język powieści pełen niezrozumiałych figur stylistycznych czy zdrobnień (nie znali oni okresowego ugasania-snu, dzień stawał się upalniejszy, księżyc wzszedł, stateczek, parowczyk, czyściutki, śliczniutki).

Temat w trakcie tworzenia wyprzedzający swoje czasy, dzisiaj wydaje się banalny. Na ziemię napadają kosmici (Marsjanie), którzy błyskawicznie unicestwiają sporą część ludności Wielkiej Brytanii siejąc wokół strach i pożogę. Narrator, będący naocznym świadkiem wydarzeń opowiada o pojawieniu się Marsjan, ciekawości, jaką wzbudzili, zniszczeniu, jakie zasiali i łatwości, z jaką tego dokonali. Strach, groza, przerażenie wobec wizji totalnej zagłady, wydaje się, że przetrwają tylko najsprytniejsi i najsilniejsi. Reakcje ludzi na niebezpieczeństwo zniszczenia cywilizacji; ucieczka, pijaństwo, próba opracowania ideologii przetrwania (z przerażającą wizją artylerzysty). Tak naprawdę książka zainteresowała mnie właśnie od chwili pojawienia się artylerzysty snującego wizję urządzenia się w świecie rządzonym przez Marsjan. Wojnę światów u Wellsa (powstałą jeszcze w XIX wieku) można odczytać, jako wizję wojny totalnej, jaka miała miejsce dopiero w wieku XX, tak więc wyobraźnia autora rzeczywiście była niesamowita. Ale ja chyba nie jestem zwolenniczką gatunku s-f (albo trafiłam na jakąś Wells-podobną powieść). I mam nadzieję, iż wizja Wellsa co do ataku kosmitów pozostanie jedynie literacką opowieścią.

Obsługiwałem angielskiego króla Bohumila Hrabala to moje pierwsze spotkanie z czeskim pisarzem. Jak podkreśla polecający książkę Mariusz Szczygieł poznajemy tu „złotą zasadę przetrwania; po pierwsze – nic nie widziałeś i nic nie słyszałeś, po drugie – wszystko widziałeś i wszystko słyszałeś. To powieść o sposobie na przeżycie. Innym niż sposób polski”. Jan Dite – bohater książki jest postacią równie zagadkową, co zadziwiającą. Trudno go przejrzeć i zaszufladkować. Poznajemy go, jako młodego chłopaka uczącego się na kelnera, którego jedynym marzeniem wydaje się szybkie zdobycie fortuny i założenie własnego hotelu. Jan nie przebiera w środkach; małe i większe świństwa oraz szczęśliwy traf fortuny pozwalają mu dość szybko zostać milionerem. Wówczas okazuje się, iż to nie pieniądz był dla niego celem samym w sobie, był on jedynie środkiem do osiągnięcia celu. Można książkę odczytać przez pryzmat krytycznego spojrzenia na społeczeństwo czeskie, na jego konformistyczną i poddańczą postawę, ja jednak widzę tu potwierdzenie uniwersalnej prawdy o ulotności ludzkich marzeń, o złudzeniach, jakie daje bogactwo, o nieprzewidywalności losu. Generalnie książka podobała mi się, nie potrafię jej nic zarzucić (no może poza tym, że jej bohater nie przypadł mi do gustu - co raczej trudno nazwać wadą), natomiast czytało mi się ją bez zachwytów. Na plus lektury zaliczam piękny język, jakim została napisana. A oto jego mała próbka:

…… życie przy tej drodze coraz bardziej kojarzyło mi się z drogą mojego życia, które widziałem wstecz tak, jakby należała do kogoś innego, jakby całe moje życie aż dotąd było powieścią, książką napisaną przez kogoś innego, z tym, że do tej książki życia klucz miałem tylko ja, to ja byłem jedynym świadkiem swego życia, chociaż i ta moja droga życia na początku nieustannie zarastała zielskiem. A wspomnienia podobnie, jak kilof i łopata, pozwalały mi utrzymać przejezdność drogi mojego życia, którą cofałem się do miejsc, jakie chciałem odgrzebać z pamięci...

Obie książki przeczytałam w ramach trójkowego wyzwania u Sardegny.