niedziela, 19 maja 2013

Słoneczniki Sheramy Bundrick (romans z Van Goghiem w tle)



Słoneczniki to kolejna pozycja na długiej liście książek, w których wykorzystuje się nazwisko znanego artysty dla przyciągnięcia czytelników. Nie ma w tym nic złego. Dla osób, które o życiu i twórczości Van Gogha mają niewielkie pojęcie, książka może stać się źródłem wiedzy na temat człowieka i malarza, a może nawet inspiracją, aby sięgnąć po inne źródła. Jeśli książka wzbudzi zainteresowanie, co było prawdą, a co fikcją  to już sporo. Z analizy entuzjastycznych opinii na portalu lubimy_czytać wnoszę, iż zyskała ona rzeszę zachwyconych czytelniczek. 
Z całą pewnością tej książki nie można traktować, jako powieść biograficzną. Choć występują tu zarówno autentyczne osoby jak i wydarzenia, to  jest ona przede wszystkim romansem. Myślę, że ambicją autorki (historyka sztuki, a więc osoby o sporej wiedzy na temat przedmiotu badań), było stworzenie dzieła o większych aspiracjach, niż "tylko romans". A skoro romans - to jakże mi go oceniać, wszak ja wręcz alergicznie reaguję na ten gatunek twórczości Próbując zachować obiektywny osąd (w subiektywnej ocenie) starałam się dostrzec w Słonecznikach też zalety wykraczające poza gatunek literacki.


Autorka przedstawiła w miarę wiernie, choć dość powierzchownie postać samego malarza; pokazując jego wrażliwość, niezaradność, niezrównoważenie, szaleństwo, podziw dla Gaughina, pasję malowania.  Ale bohaterką powieści nie jest Vincent, a raczej jest nim malarz widziany oczyma Rachel, prostytutki, której podarował obcięte ucho. Postać Vincenta jest zatem nieco wyidealizowana, bo widziana oczami zakochanej kobiety, która nie dostrzega jego wad, szaleństwa, która myśli wyłącznie o uwiciu gniazdka, a to całe malowanie jest jedynie pretekstem do kilku dialogów na temat doboru kolorów, dopełnianiu i przenikaniu się barw. 
Książka jest nasycona kolorami. Skóra w kolorze kawy, trzeba by żółtej ochry … karmin i pruski błękit,.. taka czerń wymaga zmieszania karminu z pruskim błękitem, a twoje oczy .... użyłbym oranżu z pruskim błękitem …
Tym, co mnie sprawiło pewną radość było odnalezienie śladów miasta w powieści, dzięki czemu mogłam puścić wodze wspomnień (dotyczące zeszłorocznych wakacji w Arles). Jest też parę scenek obyczajowych dotyczących życia półświatka w niewielkiem mieście oraz kilka krótkich opowieści o powstawaniu obrazów. Wszystko to ciekawe, acz po lekturze dwu innych książek o Vincencie nie dowiedziałam się niczego nowego (no może poza wiedzą na temat metody zapobiegania ciąży w postaci podmywania wodą z octem). Ale ponieważ ciąża już mi nie zagraża, a metoda nie budzi zaufania to raczej marna korzyść z lektury.

Dla mnie niestety Słoneczniki  to przede wszystkim romans. Momentami, kiedy przedmiotem opisu były autentyczne wydarzenia ciekawy, choć nie porywający, częściej jednak dość nudny, czasami egzaltowany, czasami  ckliwy romans.
O najmilszy, mon cheri, o maleńka, nigdy wcześniej nikt nie dotykał jej w taki sposób, nigdy wcześniej nikt nie był dla niej tak miły, kiedy dotknął jej piersi przeszył ją dreszcz podniecenia - zwroty tego rodzaju powodują, że zaczynają boleć mnie zęby i zaczynam używać imienia Pana Boga nadaremno. 
Wszystko to napisane, jak dla mnie, dość przeciętnie, bez porywu i  namiętności.
Błędem z mojej strony było sięganie po gatunek, który nie sprawia mi przyjemności. Niestety po raz kolejny uległam magnesowi nazwiska, za co zostałam sroga ukarana znudzeniem i poczuciem straconego czasu.
Czytelniczki, które niewiele wiedzą na temat artysty uzyskają pewną wiedzę na jego temat (fakty w większości są prawdziwe, czasami nieco nagięte na potrzeby książki). Ponieważ ja potrafiłam czerpać inspirację do poszukiwań na temat twórczości i życia innych artystów z niezbyt wybitnej literatury nie wykluczam, że część czytelniczek może podążyć tym tropem. 

Dla sprawiedliwości dodam, że być może wina tkwi w tłumaczu, który całkiem sensowne zwroty i wyrażenia przetłumaczył tak potocznym (potoczystym?) językiem. Kiedy bohaterowie po raz pierwszy uprawiają seks Rachel mówi do Vincenta - Dobrze się bawiłam, na co Vincent odpowiada jej- też dobrze się bawiłem.

Zainteresowanym polecam takie lektury na temat Van Gogha, jak Pasja życia I. Stone, Kobiety Van Gogha Fell Derek czy Listy pisarza do brata.

Moja ocena książki 3,5/6 
Zdjęcia: 1) słoneczniki (jedna z wielu wersji), 2) Arles na dziedzińcu szpitala - Hotel Dieu

9 komentarzy:

  1. Tytuł zapowiadał się zachęcająco. Po Twojej recenzji, odpuszczę sobie.
    Wolę przypomnieć sobie Pasję życia I. Stone, Kobiety Van Gogha Fell Derek czy Listy pisarza do brata.
    W lipcu wybieram się do Prowansji. Tym razem odwiedzę Arles. W ubiegłym roku zabrakło mi czasu...
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie także ten tytuł skusił. A pobytu w Arles ci zazdroszczę. Ja w tym roku niestety tam nie dotrę. No cóż trzeba wybierać. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Już jakiś czas temu odkryłam, że niestety bazowanie na zachwyconych opiniach czytelniczek LC może zaprowadzić na manowce... Ale cytat "genialny", uwielbiam takie głodne, romansowe kawałki. Nic, tylko zgrzytać zębami..Jak już romans, to niech chociaż jest napisany ze smakiem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Na portal zerknęłam już po skończeniu lektury, aby przekonać się, czy ktoś podziela moje zdanie. Większość jest zachwycona książką, znalazła jedynie dwa głosy rozczarowania.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie ma to jednaka jak "Pasja życia":)) Nie jestem wielbicielką "Słoneczników" ani nie przepadam za van Goghem, może dlatego, że jakiś porypana osobowość miał. Ale z drugiej strony który z tych artystów nie miał?:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie jest on też moim ukochanym artystą, ale mam jakąś słabość do tego rudego szaleńca, im bardziej go poznaję tym bardziej -hmm rozumiem to za wiele powiedziane - odczuwam. Rzeczywiście rzadko który artysta prowadził uregulowane życie. Myślę, że wielka wrażliwość i potrzeba niezależności są przyczynami, dla których naprawdę wielcy artyści rzadko wchodzą w "normalne" związki.

    OdpowiedzUsuń
  7. No tak, a może nie jest aż tak źle? Może zawiniła tłumaczka, wywiązując się ze swojego zadania szybko i na kolanie? Bo przecież takiej grafomanii to chyba by nie wydali...Nie wiem, ale może gdzieś kiedyś przy okazji natrafię na tę autorkę i będę miała okazję zweryfikować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiałam się nad tym, infantylne tłumaczenie może zmienić wydźwięk. Niestety nie jestem w stanie tego ocenić, więc liczę, że jak natrafisz to dasz znać, a ja zaraz zrobię dopisek dot. wątpliwości z tłumaczeniem. Bo gdyby nie położenie punktu ciężkości na wątku romansowym to książka nie byłaby taka -dla mnie- nużąca, ale te wstawki o mizianiu (nie wnoszące nic do treści) jakoś mnie irytowały. A co do grafomanii to zaraz poszukam linka do pewnej recenzji - to złapiesz się za głowę, co się u nas wydaje.

      Usuń
    2. Uff znalazłam- odnośnik był na blogu dziewczyny, która produkuje recenzje z szybkością karabinu maszynowego- więc trochę czasu mi to zajęło http://zpopk.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?5#axzz2TlIPwdTY -wpis zaczęło się od drimowania (cokolwiek to oznacza) oraz odnośnik - http://polaherbaciane.blogspot.com/2013/04/krolowa-matka-znowu-szarga.html - choć jak się czyta tę recenzję (opinię) to oczy robią się jak spodki, bo ta pani "pisarka" ma ogromną rzeszę wielbicielek.

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).