niedziela, 24 listopada 2013

Piękno poza muzealnymi murami (Wewnątrz Santa Maria Gloriosa dei Frari)


 
Szalenie lubię odwiedzać muzea, chodzić na wystawy, czy choćby oglądać albumy z reprodukcjami, bo choć wiadomo, że nic nie zastąpi osobistego kontaktu z dziełem to jest to jakaś tego namiastka, a skoro nie zawsze ma się okazję intymnego tet-a-tet z wyrazem uczuć i talentów twórcy trzeba sobie jakoś radzić. Muzea jednak często poza całą gamą radości, którą dają, działają na mnie nieco przygnębiająco. Przygnębiają mnie nie poczuciem upływu czasu, jego (czy też naszą) przemijalnością (bo przecież to dzięki ich ekspozycjom udaje się zatrzymać chwilę, uchwycić moment, złapać porozumienie z twórcą bądź jego dziełem, odnaleźć to rzadkie, a jakże do życia potrzebne „pokrewieństwo dusz” sprawiające, że czujemy się lepiej wiedząc, że pięćset lat temu żył ktoś, kto potrafił wyrazić to, co nam w duszy gra). Przygnębiają nadmiarem dzieł. Odwiedzając takie miejsca, aby nie rozmienić wrażeń na drobne, miewam z reguły wytyczony cel wizyty; dzieła, które muszę zobaczyć. Nie da się jednak iść do celu zamykając oczy na wszystko, co jest po drodze. Zawsze robi mi się żal tych innych, niezauważonych, pominiętych, wśród których, jestem o tym głęboko przekonana, są setki równie pięknych, będących dla ich twórców często jedynym sposobem, próbą przekazania własnego „ja”, próbą nawiązania tej łączności z pokoleniami, które przyjdą, kiedy ich już zabraknie. I te setki (jak nie tysiące) obrazów, których nie jestem w stanie obejrzeć, poczuć, dotknąć wzrokiem przygnębia tak, jak setki, tysiące książek, których wiem, że nie zdołam przeczytać. 
Może właśnie dlatego tak chętnie odwiedzam świątynie, które są mini galeriami sztuki. Poza tą zaletą, że ich zbiory są policzalne, ich dzieła najlepiej współgrają z otoczeniem, dla którego zostały stworzone. I choć podziwiam Madonnę wśród skał Leonardo da Vinci w Luwrze to mogę sobie wyobrazić, o ileż właściwiej i piękniej prezentowałaby się ona w murach świątyni, dla której została namalowana.   
Wizyta w kościele Santa Maria Gloriosa dei Frari (Świętej Marii Maryi od Braci) w Wenecji była jedną z najpiękniejszych chwil w trakcie podczas tegorocznego pobytu w Serenissimie.

Powstała w XIII wieku (przebudowana na przełomie następnego stulecia) bazylika pełniąca początkowo rolę klasztoru następców Św. Franciszka z Asyżu spodobała mi się od pierwszego spojrzenia. Podczas moich podróży mam okazję odwiedzać dużą ilość miejsc kultu, nie każde z nich wzbudza od razu ciepłe uczucia. Świątynia jest ogromna (przewodnik National Geographic podaje, iż nawa główna mierzy 102 metry), czego się nie odczuwa  wchodząc do środka, nie przytłacza ona wielkością, a wręcz przeciwnie sprawia wrażenie przytulności i prostoty (pomimo mieszaniny stylów).

Świątynia jest miejscem pochówku wielu znanych wenecjan, w tym najsłynniejszego z nich Tycjana (choć nie urodzony tutaj życie swe związał z Wenecją). Jego nagrobek wykonany przez uczniów Canovy (dwa stulecia po śmierci malarza) wyróżnia się raczej monumentalnością i prostotą klasycznej formy niż pięknem. Zaprojektowany przez Canovę projekt (mający być jego hołdem dla malarza) z niewytłumaczalnych względów posłużył, jako jego miejsce spoczynku. Dziś naprzeciw siebie stoją dwa dzieła uczniów Canovy; pierwsze to egipska piramida z otworem przed którym postać w udrapowanej szacie trzyma wazę z sercem Canovy (sam rzeźbiarz został pochowany w Possagno), drugie to otoczona czterema kolumnami grupa postaci (w której wyróżnia się rzymski dostojny patrycjusz) ze zdobiącym całość na szczycie posągiem weneckiego lwa. 

Poza szczątkami wielkich w świątyni pozostały także stworzone
przez nich rzeźby i obrazy. W jednej z bocznych kaplic możemy oglądać przepiękne dzieło Giovanniego Belliniego (mistrza i nauczyciela Tycjana)  Madonnę z dzieciątkiem na tronie, wśród muzykantów i świętych. Być może gdybym zobaczyła ten obraz w którymś z muzeów nie zwróciłabym nań uwagi, jako jeden z wielu, przytłoczony sąsiedztwem z prawej i lewej strony, a może też z dołu, lub z góry (tak to wygląda np. w Galerie dell` Accademia w Wenecji) byłby po prostu kolejną pozycją ekspozycyjną. Tutaj na ołtarzu kaplicy przykuwa uwagę i znajduje właściwe sobie miejsce. Dwukrotnie wracałam, aby przyjrzeć się zamyślonej twarzy Madonny. Zaraz po wyjściu z kaplicy, nazwanej przeze mnie kaplicą "Belliniego", w nawie głównej natrafiłam na kolejne dzieło. Jest to drewniana rzeźba Donatella przedstawiająca Jana Chrzciciela. Mało znane dzieło artysty zadziwia tym, jak bardzo odległe jest od jego
brązowego Davida znajdującego się w Muzeum Bargello we Florencji, a jak bliskie drewnianej postaci Marii Magdaleny z Museo dell Opera del Duomo (także we Florencji). Giovanni Baptysta wygląda jak frasobliwy Chrystus przydrożny, zabiedzony, zmęczony, wychudzony, jak pustelnik odżywiający się korzonkami i wodą. Jedynym bogatym elementem świętego jest złota szata-płaszcz, narzucona na ramiona. Tę rzeźbę przygarnę do Mojego Muzeum Wyobraźni do działu rzeźb. Znajdują się tutaj niemal wszystkie dzieła Michała Anioła i GianLorenzo Berniniego, a także Pocałunek Canovy.

W świątyni znajduje się jeszcze wiele innych pięknych, znanych i nieznanych dzieł, znajdują się też wspaniale dekorowane, rzeźbione, drewniane stalle i balustrada oddzielająca nawę główną od prezbiterium, jednak tym, co sprawia, iż bazylika jest celem pielgrzymek licznych odwiedzających jest jedno z najsłynniejszych i najpiękniejszych dzieł Tycjana Assunta (Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny). Obraz został namalowany na zlecenie franciszkanów. Początkowo nie wzbudził on podziwu zamawiających, gdyż nie odpowiadał przyjętej wówczas konwencji. Twarz Matki Boskiej była za mało uduchowiona, za bardzo kobieca; taka zwyczajna, natomiast gestykulacja apostołów wyrażała przestrach i zdumienie, co nie powinno mieć miejsca. Z czasem jednak musieli braciszkowie
zaakceptować dzieło, gdyż dzisiaj zdobi ono główny ołtarz świątyni. To do tej Matki – Dziewicy - Kobiety modlą się kolejne pokolenia wenecjan i to tej Madonnie składają pokłon kolejne pokolenia wyznawców sztuki. Nie wiem, co bardziej przykuwa wzrok, sam obraz, czy otoczenie, w którym się znajduje, kompozycja obrazu (podział na trzy warstwy; ziemską, niebiańską i królestwa bożego) czy jego ekspresja (wzniesione ręce, poskręcane postacie apostołów, stłoczone aniołki podtrzymujące chmurę na której płynie Madonna) a może żywe kolory (czerwień i poblask złota). Postać Maryi spaja całą kompozycję; oderwana od ziemi wznosi się ku Bogu ojcu, aby otrzymać za chwilę koronę przygotowaną przez Archanioła Michała.

Kiedy odwiedzałam świątynię przed dziełem Tycjana zgromadziła się duża grupa adeptów sztuki, którzy szkicowali Madonnę, miałam więc niepowtarzalną okazję być otoczona zwielokrotnionym urokiem dzieła mistrza, bo choć te często niezupełnie udane kopie były jedynie cieniem dzieła to były przecież wyrazem uczuć młodych ludzi, uczuć, jakich można tylko pozazdrość i jakie radują moje serce.
Przed chwilą zajrzałam do książki Pamięć Włoch i ze zdumieniem i radością odnalazłam następujące wrażenia Wojciecha Karpińskiego z odwiedzin w świątyni.

„Ze wszystkich obrazów Wenecji Assunta Tycjana działa chyba najsilniej. Panuje nad całym kościołem. Taką zobaczyłem za pierwszym spotkaniem, zawieszona bez ramy, płynie w powietrzu. Otoczona bijącym z okien kręgiem świetlnym, sama uderza najpierw wewnętrzną światłością, później różnorodną czerwienią (czerwienią sukni Marii i dwóch apostołów) wreszcie doskonałą harmonią troiście koncentrycznego ruchu; apostołów kłębiących się w dole, płynące ku górze Madonnie, o szacie rozwianej, lecz twarzy doskonale spokojnej i Boga, będącego ruchem w bezruchu, pierwszą przyczyną i sensem całego wydarzenia. Dzieło Tycjana jest jednym z tych obrazów przy których nie myśli się o doskonałości kompozycji, o wierności wobec natury, o rzemiośle i sztuce. Intuicja chwyta od razu, nie formy lecz sens, wewnętrzne przesłanie. Ile korzystamy na tym, że możemy oglądać Assuntę w kościele dei Frari, który cały wydaje się jej ramą, wspaniałą oprawą. W dziewiętnastowiecznych opisach podróży często padały skargi na zły stan i złą ekspozycję tego płótna, które tkwiło wówczas w Akademii.”

Pamięć Włoch Wojciech Karpiński str.19-20 Zeszyty Literackie.
 Zdjęcia poza zdjęciami monumentalnych grobowców (te z wikipedii) są mego autorstwa (te wyraźniejsze zrobione z pocztówek, te mniej wyraźne zrobione ukradkiem z powodu zakazu fotografowania).

9 komentarzy:

  1. Rzeczywiście Maryja na obrazie Tycjana jest kobieca, jej twarz wyraża ludzkie emocje, z którymi można się utożsamić, choć sytuacja pokazana przez Tycjana jest oczywiście wyjątkowa. Moją uwagę zwróciła też wojownicza czerwień szaty w połączeniu ze smutnym granatem. Zwykle Maryja przedstawiana jest w barwach subtelniejszych, kojarzy się przede wszystkim z błękitem i bielą. Może chodziło o nawiązanie do krwi Chrystusa, może o podkreślenie tego, że Matce Boskiej nie oszczędzono również głęboko ludzkich cierpień.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czerwień to kolor symbol - życia, miłości, zwycięstwa, odwagi, kolor zarezerwowany dla monarchy. Dziś kojarzy się z namiętnością i żądzą. Za czasów Tycjana musiał mieć inne znaczenie. Jestem pod wrażeniem twojej interpretacji, tych skojarzeń z krwią i cierpieniem, przyznam, że sama o tym nie pomyślałam, a przecież to takie oczywiste.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem tylko na ile ta interpretacja jest zgodna z zamiarami Tycjana. :) Na całym obrazie te czerwone akcenty są rozłożone bardzo harmonijnie, ależ przemyślana kompozycja! W najdrobniejszych szczegółach. A szaty Madonny Belliniego są w identycznych kolorach, tylko zamiast granatu szafir.

      Usuń
    2. W sztuce piękne jest to, że każdy może ją odczytywać po swojemu, nawet jeśli to nasze odczytanie rozmija się z intencją twórcy. Dobrze dla odbiorców, niekoniecznie dla twórców. Jako twórcy małej formy mamy okazję przetestować to na własnej skórze :)

      Usuń
  3. Bardzo trafnie ubrałaś w słowa to co chyba czuje większość ludzi, którzy nie tyle zaliczają dzieła sztuki, ale starają się je "przeżyć".Kilka razy zdarzyło mi się być w ogromnych muzeach i miałam bardzo podobne odczucia, mimo mojego najszczerszego zainteresowania ich nadmiar powodował, że czułam się wręcz zniechęcona co z kolei niosło mi dodatkowy stres, gdyż mieszkając w niedużym mieście musiałam na co dzień ograniczyć się do albumów a tu zamiast się napawać tym co było dla mnie tak ważne, padałam ofiarą syndromu Stendhala...Z muzeum wychodziłam z bólem i zawrotem głowy, nudnościami i czym tam jeszcze! A na dowód że pojedynczy obraz fascynuje bardziej niż cała ich ściana, przytoczę jeden fakt, mianowicie w Mediolanie swego czasu wystawiano w Palazzo Marino obrazy, które przyjechały w celu oczyszczenia i konserwacji. Widziałam dwa z nich "Drogę do Damaszku" czyli "Nawrócenie Szawła" Caravaggia i "Kobietę przed lustrem" Tycjana. Ten drugi wisi w Luwrze w długiej galerii wysoko prawie pod sufitem wśród wielu innych i zapewne można go minąć bez dłuższego zatrzymywania się. Natomiast w Mediolanie wystawiono te obrazy pojedynczo, w ciemnej sali, precyzyjnie oświetlone, a dodatkowo historyk sztuki opowiadał o nich bardzo ciekawe rzeczy. Za każdym razem w kolejce stały tłumy ludzi czekające po kilkadziesiąt minut na zimnie i deszczu (była późna jesień) aby je zobaczyć z bliska...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są takie muzea, do których czuję sympatię już na wejściu, są to te mniejsze, bądź te, w których obrazy nie wiszą warstwowo i są dobrze oznakowane. Poza tym są to często muzea mieszczące się w miastach, do których wiem, że tam wrócę i będę miała kolejną szansę. Ale są też takie, które zniechęcają i z których wychodzę z jednej strony z natłokiem wrażeń, z drugiem z negatywnymi uczuciami spowodowanymi tym, że w mojej pamięci wszystko zachodzi na siebie i mam jakąś plątaninę barw, nazwisk, postaci i krajobrazów. A warstwowe wieszanie obrazów powoduje, że zaczynam zgrzytać zębami, kiedy tylko to spostrzegę. Taki właśnie dyskomfort czułam w Galerii Pitti we Florencji, czy w Palazzo Pamphilj Doria, gdzie nie dość, że natłok, że warstwy, to jeszcze pod częścią obrazów nie było podpisów, a w tym ostatnim za mapkę, którą w większości muzeów rozdają bezpłatnie dla ułatwienia poruszania się, aby dotrzeć do tych najbardziej poszukiwanych dzieł należało zapłacić. Nawrócenie Szawła mogłam podziwiać w Santa Maria dell Popolo obok Ukrzyżowania Św. Piotra i gdyby przybył kiedyś do Gdańska (co jest nierealne) sama ustawiłabym się w kolejkę. A Kobiety z lustrem Tycjana rzeczywiście nie pamiętam z Luwru, pamiętam jedynie Wenus z lustrem z NG w Londynie.

      Usuń
  4. Jak zwykle przeczytałam Twój wpis z dużym zainteresowaniem! I chyba mam podobne zdanie, jeśli chodzi o muzea. Dzieła, które można w nich podziwiać, są oczywiście wspaniałe, ale cały klimat pryska, kiedy samo muzeum nie jest klimatyczne, a nowoczesne i suche. W takim miejscu nawet najpiękniejsze obrazy stracą połowę swojego uroku. Co innego, kiedy obrazy można oglądać bezpośrednio w pałach, rezydencjach czy właśnie kościołach- wtedy o wiele łatwiej jest poczuć ich niezrównany klimat i przenieść się w czasy, kiedy powstały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie jak zwykle miło czytać taki komentarz. Prawdę mówiąc miałam na myśli raczej nadmiar i dzieł i sposób ich ekspozycji, ale myślę, że pewien rodzaj nowoczesnej prezentacji (nie mówiąc o sztuce współczesnej której nie rozumiem, nawet z Picasso mam problem) mógłby być i dla mnie przeszkodą. Kiedy czasem nawet piękne wnętrza, jak właśnie wspomniane wyżej Palazzo Pamhilij Doria (nie mogę zapamiętać prawidłowej pisowni :() mające piękny wystrój; meble, złote ramy, tapety, lampy, świeczniki, itp. przytłacza tym wystrojem obrazy (do tego nie zawsze podpisane). Ale już np. taka Galeria Borghese z moim ukochanym Berninim oraz wieloma fantastycznymi obrazami Caravaggia ujęła mnie smakiem przejawiającym się w harmonijnym połączeniu wystroju z jego zawartością. Tę Galerię polecam wszystkim, tylko trzeba wcześniej zarezerwować bilet, nie ma wejść bez rezerwacji.

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).