niedziela, 22 grudnia 2013

O życzliwości i dobrym sercu, czyli coś na kształt świątecznych życzeń



Czego Wam życzyć moi drodzy? No bo, że zdrowych i pogodnych, spokojnych i rodzinnych to się rozumie samo przez się.

Dołączam do grona tych, którzy zapewne od kilku już dni głowią się nad oryginalnymi, pięknymi życzeniami z okazji tak ważnego dla nas Święta. Myślę, że nawet osoby niewierzące traktują je, jako szczególny okres, piękną tradycję i okazję do rodzinnych lub przyjacielskich spotkań. Oczywiście zaraz po tym, jak uda im się do nie zmęczyć do upadłego na świątecznych zakupach, świątecznym sprzątaniu i świątecznych przygotowaniach kulinarnych, nie pokłócić z rodziną i nie zużyć całego zapasu tabletek uspokajających.

Życzyć Wam Zdrowych? oczywiście życzę,

Życzyć Wam rodzinnych? życzę także,

Mogę nawet życzyć wam spokojnych i miłych,

Ale życzyć wam wypoczętych – bądźmy realistami, ale w porządku życzę i tego, a nuż się uda.

Ale tego, czego wam dziś życzę najbardziej to, abyście i w te najbliższe dni i te po nich nadchodzące spotykali na swojej drodze więcej życzliwości i dobroci niż złośliwości i agresji. Abyście spotykali i na waszej drodze osoby, które sprawiają, iż wiara w Boga dla jednych /i wiara w człowieka dla innych może nadal w nas trwać, a nasze tu i teraz jest całkiem znośne, a bywa nawet pogodne i radosne.

I przy okazji dziękuję tym wszystkim ludziom dobrej woli, którzy w tym roku okazali mi dużo serca i życzliwości. A w szczególności dwóm fantastycznym dziewczynom (i ich partnerom), dzięki którym mogłam gościć w Paryżu i Rzymie - Czaro i D., Edyto i Jerry dziękuję Wam z całego serca. Dziękuję też za możliwość spędzenia miłych chwil holly (która zaprosiła mnie na ciekawą wystawę oraz umożliwiła zobaczenie kawałka "jej Paryża” (z nadmiaru pomysłów nie zdążyłam jeszcze opisać wrażeń), kaye i hienie, z którymi spotkałam się w Gdańsku, no i dziękuję za miłe dowody sympatii i pamięci od moich blogowych koleżanek (lirael, momarcie, kaye). Edyto a Tobie w szczególności. No i też dziękuję wszystkim odwiedzającym - miło was gościć u siebie



A teraz i ja kończę pakować walizkę i udaję się na moje świąteczne kolędowanie i zapewne nie uda mi się odezwać wcześniej, jak po świętach, bowiem nowo nabyty sprzęt podróżny odmawia współpracy już teraz.

zdjęcia z kartek świątecznych :)

czwartek, 19 grudnia 2013

Podpatrzone, podsłuchane w podróży (1)





Rzym - kościół Santa Maria Sopra Minerwa - jedno z moich ulubionych miejsc w wiecznym mieście. Po wysłuchaniu Moich gawęd Bożeny Fabiani z przyjemnością zauważam, że nie tylko moje. Pisałam już o nim na tym blogu, ale gwoli krótkiego przypomnienia jest to świątynia o ciekawej historii, niebanalnym otoczeniu i przebogatym wnętrzu. Świątynia wybudowana została pod koniec trzynastego wieku w miejscu pogańskiej świątyni Izydy (omyłkowo wziętej za świątynię Minerwy) dla zakonu dominikanów. Tutaj mieściła się siedziba Świętej Inkwizycji za czasów Galileusza, tutaj złożono prochy św. Katarzyny Sieneńskiej oraz papieży, między innymi tych szczególnie bliskich moim zainteresowaniom; papieży z rodu Medyceuszy (Klemensa VII - oskarżanego o sacco di Roma – na którego nagrobku próbowano mścić się na nieudolnym sprawcy jednej z największej rzezi w historii Rzymu, a także Leona X). Tutaj też złożono szczątki Fra Angelico (zakonnika, malarza, patrona ludzi sztuki, błogosławionego przez Naszego Papieża i autora najpiękniejszego,  jakie kiedykolwiek oglądałam Zwiastowania). Przed wejściem do świątyni znajduje się niecodzienny widok; obelisk umieszczony na słoniu dłuta GianLorenzo Berniniego. Wnętrze świątyni zdobi przepiękna kaplica Carrafy przyozdobiona freskami Fillipino Lippiego (o których pisałam tutaj i tutaj). Sklepienie nawy głównej barwy firmamentu niebieskiego przypomina mi bazylikę Mariacką w Krakowie. Po prawej stronie prezbiterium, w centralnym punkcie pod ołtarzem znajduje się figura Chrystusa dłuta Michała Anioła, pięknie wyrzeźbiona muskularna postać przypominająca antycznego (nieco atletycznego, jak to u Buonarottiego) Boga o twarzy Zbawiciela z tą okropną, dorobioną z brązu biodrową
przepaską. W kaplicy bocznej po lewej stronie zauważyłam obraz pędzla Benozzo Gozzolego, jakże odmienny w klimacie i wymowie od Pochodu Trzech Króli z Palazzo Medici. Jako ciekawostka w krypcie spoczywa tu także polski generał z czasów powstania listopadowego Józefa Szymanowski.

Ten przydługi wstęp miał uzmysłowić, czym jest ta świątynia, oczywiście poza tym, że jest miejscem kultu. Kręcę się od prawej nawy do lewej, siadam, wracam i kiedy już z żalem decyduję się wyjść widzę dużą grupę (turystów/pielgrzymów?). Grupie przewodzi ksiądz wraz z modnie ubraną przewodniczką/ pomocnicą (?). Rozpoznaję rodaków, (my Polacy wyróżniamy się za granicą  znerwicowaniem, zestresowaniem, niepewnością) jedyne za czym się rozglądają to postać przewodnika. Zaciekawiona postanawiam zobaczyć, co im pokaże, może opowie coś ciekawego, może i ja skorzystam z tej przypadkowej zbieżności w czasie. Polska wycieczka to dość niespodziewane wydarzenie w tej świątyni, nie leży ona na trasie wycieczek biur podróży, aczkolwiek znajduje się zaledwie parę kroków od Panteonu nie należy do standardowych celów turystycznych eskapad. Tymczasem przewodnik z koloratką wraz z pomocnicą w złotych butach, ze złotą torebką i krwistoczerwonych tipsach przemierzają świątynię szybkim krokiem nie zatrzymując się ani przy żadnej z kaplic, ani pod żadnym freskiem. Kiedy dochodzą do kaplicy Carrafy z freskami Lippiego żadne z nich nawet nie rzuca okiem na bajecznie kolorowe (niedawno odnowione) Zwiastowanie i Wniebowstąpienie. Ich szybki marsz przypomina raczej sprint niż dostojne zwiedzanie. Wyraźnie spieszą się do ściśle wyznaczonego celu. Przyklękają przed ołtarzem i niemal biegną w kierunku zakrystii, patrząc jedynie pod nogi i na czarną marynarkę przewodnika. Niemal wzorkiem hipnotyzuję go, aby się zatrzymał i choć słowem wspomniał o Chrystusie Michała Anioła, przecież ci ludzie są tu pewnie po raz pierwszy i ostatni w życiu, może nie słyszeli o Filipino Lippim, może nic nie mówią im imiona żyjących setki lat temu papieży, obce im też zapewne nazwisko Berniniego czy Fra Angelico, ale o Michale Aniele twórcy sklepienia kaplicy watykańskiej (znanej od imienia papieża Sykstyńską) słyszał chyba każdy. Tym czasem przewodnik zaabsorbowany celem, do którego zmierza nie dostrzega Chrystusa, a może nie ma pojęcia o jego istnieniu. Podobnie, jak grupa. Poza jedną parą. Ona – korpulentna pani w dość zaawansowanym wieku omiata wzrokiem tabliczkę informującą o autorze pięknego posągu, podnosi wzrok na Chrystusa, marszczy czoła i wskazując brodą w kierunku marmuru pyta Jego - chudego pana w średnim wieku To - to? Słyszy pomrukujące chrząknięcie i już odwraca się, aby nie zgubić przewodnika z zasięgu wzroku. Ksiądz wraz z pomocnicą usadzają grupę w bocznej kapliczce i idą do zakrystii, po chwili wychodzą, obiegają świątynię dwukrotnie i wracają do grupy.

Turyści/pielgrzymi po piętnastu minutach znudzonego oczekiwania (wykorzystujących czas na modlitwę jest niewielu) wraz z przewodnikiem wychodzą. To już, odhaczone, zaliczone kościół, przed którym stoi słoń ze słupem na grzbiecie już widzieli. W tym czasie kaplicę z freskami Lippiego, rzeźbę Chrystusa i płytę nagrobną Fra Angelico oglądają, chłoną, fotografują, łapią pod powieki Niemcy, Japończycy, Francuzi, Anglicy, Włosi, dorośli, starcy i dzieci, nie ma osoby, która nie zatrzymałaby się pod jednym z trzech „filarów” świątyni, poza grupką pielgrzymów z Polski.To oczywiście mógł być przypadek, wyjątek, ale zrobiło mi się smutno i przykro, jakby to ktoś mnie pozbawił możliwości pięknych przeżyć.
Zdjęcia; 1. freski Lippiego, 2. obraz Gozzolli Madonna z dzieciątkiem, 3. Chrystus Michała Anioła, 4. Nagrobek Fra Angelico

niedziela, 15 grudnia 2013

Florencja, Michał Anioł i ja



Stawianie się w jednym rzędzie w takim towarzystwie to z mojej strony zapewne bezczelność, ale co tam. Z wiekiem robię się bezczelna, kiedyś trzeba. Kiedy się ma to szczęście, że się TĘ Florencję miało u stóp (albo mniej dwuznacznie pod stopami) i to kilkakrotnie człowiekowi zaczyna się wydawać, że może zdobywać szczyty. Czytałam (chyba u pani prof. Ewy Bieńkowskiej) takie stwierdzenie, iż ogromną szkodą jest to, że nikt nie stworzył przewodnika po Florencji śladami Michała Anioła. Podzielam ten żal, choć z drugiej strony może to i dobrze, do miejsc, w których bywał Buonarroti dotrą jedynie najwytrwalsi i najwierniejsi admiratorzy sztuki i życia tego wielkiego człowieka. I to dotrą pustymi uliczkami bez konieczności przepychania się przez tłumy. Myślę, że za przewodnik mogłaby posłużyć Udręka i ekstaza Irvinga Stone`a. Autor nie podaje konkretnych adresów związanych z pobytem Michała Anioła w rodzimym mieście, podaje jednak pewne drogowskazy (padają tu nazwy ulic), no i przede wszystkim  buduje niesamowity klimat związany z osobą rzeźbiarza. Bo "florencki" Michał Anioł to przede wszystkim mistrz dłuta, a jedyny (z tego, co wiem) zachowany w Galerii Uffizi obraz Świętej Rodziny (Tondo Doni) to wyjątek potwierdzający regułę.

Moje pierwsze spotkanie z rzeźbiarzem we Florencji (pomijając kopię kolosa na Piazza Signoria) zaczęłam od miejsca spoczynku (zdjęcie nr 2), czyli od kościoła Santa Croche. Nie miałam wówczas pojęcia (było to ponad dziesięć lat temu) że tak niedaleko (jakieś dwieście metrów od kościoła) znajduje się dom, w którym mały Michelangelo spędził swe dziecięce lata. Stojąc plecami do placu Santa Croche wchodzę w ulicę Anquillara, gdzie pod nr 15 na skrzyżowaniu ulic z via Bentaccordi stoi dom, w którym mieszkał wraz z ojcem, macochą i czwórką braci. Dom nie wyróżnia się absolutnie niczym, gdyby nie pamiątkowa tabliczka (zdjęcie nr 1) minęłabym go obojętnie. Tak jak minęła go spora grupka turystów bardziej zainteresowana znajdującym się w pobliżu sklepem Duty free niż niepozorną kamienicą. To tutaj rozpoczyna się akcja powieści Stone`a;
Siedział przed lustrem w sypialni na piętrze (M.A) i szkicował swą szczupłą twarz, wystające kości policzkowe, ciężkie powieki nad szeroko rozstawionymi oczami koloru bursztynu i ciemne kędziory, bezwładnie spływające na szerokie płaskie czoło. …. Uniósł lekko swe gibkie ciało, tak by nie obudzić czterech braci, którzy z nim spali, i nastawił ucha w stronę Via Dell` Anquillara, nasłuchując gwizdu przyjaciela, Granacciego.
W powieści obaj młodzieńcy powędrowali do pracowni Ghirlandaio, w której starszy od Michała dziewiętnastoletni Granacci terminował. Powędrowałam i ja, odbywając dwie podróże; w przestrzeni i w czasie. Mijając Piazza Signoria z Palazzo Vecchio, (w którym oglądałam Geniusza unicestwiającego dziką siłę - późniejsze dzieło mistrza, w którym w malarskim pojedynku polegli i Leonardo da Vinci i Michał Anioł), znalazłam się naprzeciwko kościoła Orsanmichele, gdzie na rogu via dei Tavolini znajdowała się bottega Girlandhaio. Niestety mimo kilkakrotnego obejścia uliczki nie dojrzałam nań żadnej tabliczki pamiątkowej wskazującej, że w tym domu, bądź w tym miejscu kształtował się przyszły talent malarski twórcy Kaplicy Sykstyńskiej, bo i on zaczął pobierać nauki u Domenico Girlandhaia. Za to widok przepięknych posągów zdobiących nisze fasady Kościoła Orsanmichele, (czyli Św. Michała z Orto), wykonanych przez takich mistrzów; jak Donatello (zdjęcie nr 3 Św. Piotr Donatella), Verrocchio, czy Ghiberti może wprawić oglądającego w dobry nastrój.
A posągi te oglądał codziennie przez niemal rok młody Michał Anioł. Jego pierwsze próby malarskie znalazły swój finał na ścianach kościoła Santa Maria Novella. Nie wiadomo dziś dokładnie, który fragment obrazu zdobiący bajecznie kolorową kaplicę Tornabuonich jest autorstwa czternastoletniego Michała. O kaplicy Tornabuonich pisałam tutaj.
Z bottegi (pracowni) malarza trafił do bottegi rzeźbiarza Bertoldo di Giovanni mieszczącej się w Ogrodach Medyceuszy przy via Larga w pobliżu konwentu San Marco. Tu tutaj kilkadziesiąt lat wcześniej przebywał błogosławiony Fra Angelico, a dziś (1488 r.) mieszka tu szalony mnich Savonarola. Ogarnięty ideą odnowy kościoła walczy z człowiekiem, usiłując zniszczyć piękno i radość życia. Jego stosy próżności, w których płoną zarówno piękne szaty, biżuteria, jak i dzieła sztuki będące hołdem dla mistrzów antyku (obrazy, rysunki, posążki i księgi) przez kilka lat stają się codziennością Florencji. Za dziesięć lat ta sama Florencja pozbędzie się początkowo uwielbianego, potem przerażającego, a w końcu znienawidzonego mnicha. A na Piazza Signoria jeszcze dziś możemy zobaczyć miejsce, w którym Savonarola został spalony na stosie nienawiści i odwetu.
Plac położony przed kościołem Św. Marka to dziś dość ruchliwe miejsce. Vis a vis wejścia do klasztoru San Marco przyozdobionego przecudnej urody freskami błogosławionego brata Angelico (z najpiękniejszym ze wszystkich Zwiastowaniem) znajduje się przystanek autobusowy. O istnieniu ogrodów, będących miejscem spotkań renesansowych rzeźbiarzy, (a zapewne odwiedzanych także przez wszystkie najświatlejsze umysły piętnastego i szesnastego wieku), świadczy dziś pamiątkowa tabliczka na kamiennym murze. Tabliczkę (zdjęcie nr 4) łatwo można przeoczyć, gdyż zasłonięta jest przez bujnie wychodzące poza ogrodzenie gałęzie drzew.
Na Via Larga, naprzeciw kościoła znajdowała się furtka…. Był tu ogromny podłużny ogród, w środku którego wznosiło się casino, mały budynek. Na froncie ogrodu, na końcu prostej dróżki, widać było staw i fontannę, a obok na piedestale marmurowy posąg chłopca wyjmującego cierń z nogi. Na szerokim krytym ganku pracowała przy stołach grupa młodych ludzi. Cztery mury ogrodu tworzyły otwarte loggie, w których widniały marmurowe starożytne popiersia Hadriana, Scypiona, Augusta, Agrypiny, matki Nerona i wiele śpiących kupidynków. Wysadzana cyprysami droga wiodła wprost na casino. Poprzez rozległe trawniki podobne do łąk wiły się z każdego rogu prostokąta cieniste ścieżki ku centralnemu budynkowi. … Ten Ogród należał do Clarice de Medicci. Lorenzo kupił go dla niej, aby w razie jego śmierci miała tu dom. Clarice umarła w lipcu (1488 r.) i Lorenzo założył tu szkołę dla rzeźbiarzy.
To tutaj w tym ogrodzie powstała pierwsza z rzeźb Michała Anioła Faun, ten sam, któremu na skutek uwagi mecenasa artysty (Wawrzyńca Medycejskiego) młody rzeźbiarz wybił kilka zębów i zmienił układ twarzy. Przy Via Larga (dziś via Cavour) mieści się także pałac Medyceuszy, w którym młody Michelangelo bywał; miał okazję uczestniczyć w spotkaniach najświatlejszych umysłów cinquecenta i czerpać z ich wiedzy, przysłuchując się dyskusjom i wymianie myśli. Dziś jedną z największych ozdób pałacu jest fresk Pochód trzech króli Benozza Gozzolego. Palazzo Medici (zdjęcie nr 5) to pierwsze miejsce związane z osobą Michała Anioła, które mogę obejrzeć od środka. Wrażenie z pobytu opisałam tutaj.
Aby odwiedzić wszystkie miejsca związane z Michelangelo trzeba dużo czasu, bowiem pozostawił tu sporo dzieł. Wędrując uliczkami Florencji trudno zachować chronologię zdarzeń, bowiem dzieła zostały przemieszane. Ja wrócę na chwilę na Piazza Santa Croche, aby wejść w boczną uliczkę via Ghibellina, gdzie pod nr 70 znajduje się dom (zdjęcie nr 6) zwany Domem Michała Anioła (Casa Buonarroti), tj. dom, który zakupił jego bratanek, a który został przez jego spadkobierców przekształcony w poświęcone mu muzeum. Pamiątek po artyście nie ma tu za wiele, ale zachowany został autentyczny wystrój renesansowej posesji; meble, obrazy, rzeźby, posągi. Można tu poczuć klimat przeszłości snując się małymi, przytulnymi pokoikami. Zwiedzających tu niewiele, więc istnieje taka dość intymna atmosfera przebywania w domu potomków Michała Anioła w otoczeniu przedmiotów codziennego użytku oraz poświęconych artyście wyrazów podziwu (obrazów, popiersi, rzeźb). Tutaj znajdują się dwie płaskorzeźby młodego twórcy; Madonna przy schodach oraz Bitwa centaurów. Kiedy uświadomi się, że ich twórcą był szesnastolatek trudno w to uwierzyć. 

Idąc dalej via Ghibellina dochodzimy do Pallazzo del Bargello (gdzie mieści się Muzeum Narodowe). Podczas tegorocznych wakacji udało mi się powiększyć kolekcję dzieł Michała Anioła o znajdujące się tutaj cztery rzeźby; Tondo Pittich (Madonna ucząca czytania Dzieciątko i małego Jana Chrzciciela, Dawid lub Apollo, Brutus oraz najwspanialsze ze zbiorów Bargello (moim zdaniem) Bachus. Cudowny posąg nadużywającego życia bożka z gronami winnymi na czole i czarą napoju w dłoni. Stone opisał pragnienia twórcy związane z rzeźbą:
Jego rzeźba musi mieć w sobie wesele, musi wyrażać poczucie płodności, cechujące Dionizosa, boga przyrody, a także moc upajającego napoju, który pozwala człowiekowi zapomnieć o ziemskiej niedoli. A może uda mu się jednocześnie pokazać, że zbytnie zapominanie sprowadza upadek, to co zwykle się dzieje, gdy człowiek podporządkowuje duchowe i moralne wartości przyjemnościom ciała.
I kiedy patrzy się na Bachusa (zdjęcie nr 7źródło) odczuwa się i radość i wesołość i przestrogę. Zamglony wzrok zniewieściałego Bachusa, który bardziej przypomina człowieka, niż półboga stanowi ostrzeżenie przez zbytnim folgowaniem przyjemnościom, a jednocześnie całość utrzymana jest w pogodnym nastroju pozbawionym moralizatorstwa. Radosny nastrój buduje postać małego chłopczyka, który podbiera nietrzeźwemu, zniszczonemu nałogiem Satyrowi winne grona. Bachus to chyba najpogodniejsza z rzeźb Michała Anioła.
Nie sposób być we Florencji i nie widzieć Dawida. Nie wszyscy wiedzą, że znajdujący się na Piazza Signoria posąg to kopia. Oryginał znajduje się w Gallerii dell Accademia  przy via Ricasoli. Oprócz Dawida, zwanego kolosem znajdują się tu trzej niewolnicy (więźniowie, jeńcy  - spotykam różne nazwy) i Pieta Palestrina. Chcąc odwiedzić tę Galerię należy zarezerwować sobie sporo czasu na odstanie w kolejce do wejścia (czasami dorównuje ona rozmiarami kolejce do Uffizi).
Dawid na Piazza Signoria i Dawid w Galerii wywołują zupełnie inne wrażenia i choć generalnie preferuję sytuację, kiedy dzieło sztuki znajduje się w miejscu dla którego zostało stworzone, to tutaj Dawid – oryginał moim zdaniem prezentuje się piękniej, okazalej, bardziej majestatycznie. Na Placu jego wielkość ginie w otoczeniu innych rzeźb i jest przytłoczona murami Palazzo Vecchio. W Galerii ogląda się z większym skupieniem i nabożnością (ja przynajmniej tak to odebrałam). Jednak tym co zrobiło na mniej bardzo duże i niespodziewane wrażenie były rzeźby uwięzionych w kamieniu mężczyzn, z tym zamierzonym niedokończeniem.

Coś niesamowitego, chodziłam, patrzyłam, odchodziłam i wracałam. Fragmenty torsów uwięzione w skale, na reprodukcjach wyglądają mało zachęcająco, w rzeczywistości to pełne ekspresji, przejmujące dzieła, które wyrażają o wiele więcej, niż te piękne oszlifowane i połyskujące gładzią marmuru.
Inną fantastyczną rzeźbą, jedną z moich ulubionych jest Pieta Florencka znajdująca się w Muzeum Katedralnym (Museo Dell` Opera del Duomo). O tej Piecie powstał cały wpis.
Kiedy opuścimy Muzeum Katedralne tylko parę kroków dzieli nas od Kościoła San Lorenzo. Wystarczy skierować się w Via Zannetti i idąc wzdłuż straganów z pamiątkami i wyrobami ze skóry dojdziemy do Nowej Zachrystii, w której artysta oddał hołd rodzinie Medyceuszy tworząc fantastyczne pomniki nagrobne dla dwóch przedstawicieli rodu wraz z cudownymi personifikacjami pór dnia (Dzień i Noc, Zmierzch i Jutrzenkę), o których pisałam tutaj.
Nie wspomniałam jeszcze o jednym miejscu, związanym z Michałem Aniołem, jest to Kościół San Spirito (zdjęcie nr 9), przy którym młody człowiek, narażając się na wielkie niebezpieczeństwo studiował anatomię (dokonując sekcji zwłok), co było wówczas absolutnie zakazane. Tutaj znajduje się wyrzeźbiony przez niego drewniany krucyfiks. To chyba ostatnie miejsce we Florencji, związane z osobą Michała Anioła, które pozostało mi do odwiedzenia.
Cytaty pochodzą z książki Udręka i ekstaza I. Stone tom I
Przeczytane biografie Michała Anioła;
Michał Anioł Jerzy Cepik
Michał Anioł Nieszczęśliwy Rzymianin Ewa Bieńkowska
w oczekiwaniu Pojedynek geniuszy Jonathan Jones