czwartek, 28 lutego 2013

Kolacja dla głupca - sztuka (dla mnie) zbyt lekkostawna

Ciekawa jestem, czy znacie to uczucie, kiedy podczas przedstawienia cała widownia pęka ze śmiechu, rży do upadłego, zagłuszając połowę dialogów, a wy zastanawiacie się, co tam robicie. Na spektakl Kolacja dla głupca warszawskiego Teatru Ateneum poszłam, jak w dym. Poszłam, bo ... (uwaga będzie znowu wyznanie) od dziecka kochałam się w panu Piotrusiu (Fronczewskim). Uwielbiam wszystkie jego role, teatralne, filmowe, kabaretowe. Łyknęłam nawet postać Franka Kimono (choć łatwo nie poszło).   
Czytałam opinie na temat sztuki; wybitna, majstersztyk, inteligentna komedia, zmuszająca do myślenia. 
Nie wiem, co poszło nie tak, ale zupełnie mnie sztuka nie śmieszyła, choć publika pękała ze śmiechu.
Grupa kolegów urządza sobie kolacje, na które każdy przyprowadza  nieszczęśliwca uznawanego za idiotę. Główną atrakcją wieczoru są konkursy, w którym wygrywa ten, kto przyprowadzi największego głupka. Pewnego wieczoru na przekonanego o zwycięstwie w konkursie Pierra (Fronczewskiego) spada cała plaga nieszczęść; od wypadającego dysku, poprzez odejście żony, najście kochanki, aż po wizytę kontrolera podatkowego. A wszystko to przy współudziale księgowego z Ministerstwa Finansów (tytułowego głupka), opuszczonego przez żonę nieszczęśliwca, którego pasjonuje robienie makiet znanych budowli. Sztuka jest typową komedią omyłek oraz popisem aktorskim grającego rolę głupka Krzysztofa Tyńca. Włożył on wiele pracy w rozbawienie publiki. Jego gra jest naprawdę fantastyczna. Jedyne, co mi się nie podobało to przypisanie bohaterowi sposobu mówienia niechlujnego i niewyraźnego, przez co trudno było zrozumieć część dialogów. A kiedy doda się do tego fakt, iż sporą część dialogów zagłuszały wybuchy śmiechu to w odbiorze pozostaje mniej niż połowa sztuki. Ale to chyba szczegół, bowiem, jak napisałam publiczność tarzała się ze śmiechu. Bardziej od treści podobała się forma; nerwowe tiki, chód niczym z Ministerstwa głupich kroków, gapiowatość i umiejętność pakowania w kłopoty gospodarza.
Dlaczego mnie sztuka nie bawiła? Chyba z tego powodu, że nie śmieszy mnie wywalanie się na scenie, wylewanie na siebie wody czy ograne numery, w których ktoś bierze żonę za kochankę i na odwrót. Najbardziej gromkie wybuchy śmiechu wywołało ulubione słówko niewybrednej publiczności s...syn. Może ktoś powie, że komedie są właśnie po to, aby się zrelaksować, aby zamiast mózgu pracowała przepona i może będzie miał rację. Dla mnie jednak taki rodzaj rozrywki jest zbyt lekkostrawny
Komedia wydaje mi się jedną z wielu kalek tej samej naiwnej sztuczki. Kiedy się ogląda pierwszą - człowiek świetnie się bawi, przy drugiej i trzeciewj śmieje się siłą rozpędu, ale kolejne wywołują jedynie znużenie. Może więc przyczyną mojego rozczarowania był nadmiar tego typu komedii. Oczywiście można powiedzieć, że sztuka niosła pewne przesłanie, że ten się śmieje, kto się śmieje ostatni... 
Choć może właściwszym byłoby pytanie do widzów - z czego się śmiejecie ....? sami z siebie się śmiejecie. 

A tak nawiasem mówiąc liczyłam na nieco bardziej zróżnicowany  repertuar na nowej scenie gdańskiego teatru, tymczasem przeważają komedie zbyt lekkostrawne.

środa, 27 lutego 2013

Cmentarz w Pardze Umberto Eco- o manipulacji doprowadzonej do perfekcji



Pierwsza refleksja, jak mi się po przeczytaniu książki nasunęła była taka, trudno mi tę książkę ocenić jednoznacznie. Momentami fascynowała, momentami nużyła. Może popełniłam ten błąd, że chciałam ją przeczytać zbyt szybko, od deski do deski. A tak nie powinno się postępować w przypadku tego rodzaju literatury. Może nieopatrznie początkowo odebrałam, ją wyłącznie, jako powieść sensacyjno – szpiegowską, kiedy teraz, jakiś czas po lekturze, wydaje mi się ona próbą przybliżenia nastrojów społecznych w XIX wiecznej Europie, analizą ludzkich zachowań i zdarzeń, w których rolę niezmiernie istotną odgrywała manipulacja. Cmentarz w Pradze niesie bowiem treści i dawkę wiedzy historycznej tak duże, że trudno je ogarnąć laikowi. Tak więc nie mam przekonania, czy to ja, jako czytelnik nie sprostałam zadaniu, czy też autor próbował w jednej książce zawrzeć zbyt dużo treści. 

Jedno jest pewne, książką jest warta przeczytania. Jest tak obfita w treści, że nie podejmę się jej streszczenia. Lektura powoduje poszerzenie horyzontów i zachęca do dalszych poszukiwań. Przyznam, że po raz pierwszy czytałam tu np. o Protokołach Mędrów Syjonu, "fałszywej" książce, która miała wywrzeć tak ogromne znaczenie w historii holokaustu. Cmentarz w Pradze to również połączenie powieści psychologicznej z powieścią sensacyjną. Narrator Simone Simonini, człowiek o podwójnej osobowości prowadzi czytelników poprzez najbardziej wstydliwe i budzące odrazę zakamarki ludzkiej natury i historii. Uosabia poglądy i lęki ludzi rządzących Europą w XIX wieku. Nienawidzi Żydów, Francuzów, kobiet, kleru, jest bezwzględny i zdolny do popełnienia każdej zbrodni. Mimo to autor skonstruował jego portret psychologiczny w taki sposób, iż trudno ocenić go jednoznacznie, zwłaszcza, że przeszkadza w tym jego alter ego, druga (jaśniejsza) strona jego osobowości ksiądz Dalla Piccola. Simonini irracjonalnie wzbudza w czytelniku pewien rodzaj sympatii. A tajemniczości dodaje postaci fakt, iż do końca nie wiadomo, czy narrator jest księdzem, czy też ksiądz jest narratorem (fałszerzem i zbrodniarzem).  

Myślę, że aby dobrze ocenić tę książkę należy nabrać do niej dystansu, oceniać z pewnej odległości czasowej. Im więcej czasu mija od lektury, tym więcej zaczynam dostrzegać w niej treści i tym bardziej zaczyna mi się podobać jej zamysł.

Jestem pełna szacunku dla erudycji autora. Nie znam tak dobrze historii XIX wieku, ale chociażby pobieżna jej znajomość potwierdza, iż opisane na łamach książki zdarzenia historyczne miały miejsce w rzeczywistości. Książkę dobrze się czyta, fabuła wciąga, choć muszę przyznać, że były momenty dłużyzn; zbyt drobiazgowe opisy pewnych zdarzeń, czy rytuałów, losów narratora i jego dziadka, a także wstawki kulinarne, które nie konweniowały z całością.

Książka jest również kopalnią ciekawych spostrzeżeń. Zacytuje jedynie dwa, któro bardzo przypadły mi do gustu:



„Ktoś powiedział, że patriotyzm to ostatnie schronienie łajdaków; ludzie bez zasad moralnych owijają się zwykle sztandarem, a bękarty powołują się zawsze na czystość swojej rasy. Narodowa tożsamość to jedyne bogactwo biedaków, a poczucie tożsamości oparte jest na nienawiści – na nienawiści wobec tych, którzy są inni. Należy podsycać nienawiść, jest cnotą obywatelską. Wróg to przyjaciel ludów. Potrzeba zawsze kogoś, kogo się nienawidzi, aby dzięki temu uzasadnić własną nędzę”.



„Organizujemy demonstracje przeciwko sobie, aby udowodnić ludowi, iż jesteśmy niezbędni, do tego, aby przywrócić porządek”. (drugi cytat podaję z pamięci, więc nie ręczę, za jego dosłowność)

poniedziałek, 25 lutego 2013

Maison de Victor Hugo


 
                                     
 Odkąd dowiedziałam się o udostępnionym zwiedzającym miejscu, w którym pisarz mieszkał kilkanaście lat wiedziałam, że prędzej, czy później tam dotrę.  Wielbicielka twórczości pisarza nie mogłaby przejść obojętnie wobec takiej gratki. Maison de Victor Hugo mieści się przy Place Vosges i jest udostępniany zwiedzającym bezpłatnie. Brak znajomości języka uniemożliwia co prawda pełne zapoznanie się z eksponatami, ale nie przeszkadza w chłonięciu atmosfery miejsca tak ważkiego dla pisarza. Bardziej niż na wartościach poznawczych zależało mi na znalezieniu się w miejscu, w którym pisarz przez 16 lat wynajmował mieszkanie (1832-1848). Jeśli prawdą jest to, co pisze ciotka Wiki, to minął rok od wydania Katedry Najświętszej Marii Panny w Paryżu, kiedy pisarz wraz z żoną i czwórką dzieci wprowadził się do domu przy wówczas jeszcze Place Royal. Prawdopodobnie tutaj narodził się pomysł i zarys powieści Les Miserables. Całą klatkę schodową na piętro zdobią portrety pisarza od najmłodszych lat do schyłku życia. Mój wzrok przyciąga portret ponad osiemdziesięcio-letniego pisarza z podpierającą głowę dłonią. Ponieważ moje uczucia do Wiktora są niemal bałwochwalcze, to tak właśnie wyobrażam sobie uosobienie mądrości, dobroci i spełnionego życia. I niech nie krzyczą mi tu zaraz przeciwnicy pisarza, że jaka tam dobroć, mądrość i sprawiedliwość, że niewierność małżeńska, że zmienność poglądów, że styl nie ten…., bo ja i tak wiem swoje, a raczej czuję swoje, a z uczuciami, jak wiadomo dyskusji się nie prowadzi, bo miłość, jak temida ma przewiązane oczy.

Z całej serii portretów krewnych i przyjaciół zachował się w mojej pamięci portret Juliette Drouet (kochanki), Zupełnie natomiast nie pamiętam, czy był tam portret żony.

W kolejnych pomieszczeniach możemy oglądać kolekcję książek, listów, rysunków, mebli, kałamarzy, piór, ilustracji do książek, rzeźb pisarza i jego literackich bohaterów. Na mnie największe wrażenie sprawiły różnojęzyczne wydania Nędzników i z dumą wpatrywałam się w polskie wydanie Instytutu Wydawniczego w Warszawie z 1962 r. Nie mniejsze wrażenie, jak na każdym bibliofilu uczyniła wspaniała biblioteczka pisarza oraz zbiór… talerzy, zajmujący całe pomieszczenie.
Zdjęcia: nr 1 fragment biblioteki, nr 2 portret Victora Hugo, nr 3 zdjęcie kolekcji talerzy, nr 4 polskie wydanie Nędzników.
Często, kiedy mi smutno i źle sięgam do mojej ukochanej lektury i czytam jakiś urywek. Dzisiaj w przeddzień 201 rocznicy urodzin pisarza padło na poniższy:

„Miasta, podobnie jak lasy, mają swoje ostępy, w których kryje się to, co najzłośliwsze i najniebezpieczniejsze. Tylko że to, co się tak ukrywa w miastach, jest okrutne, plugawe i małe - czyli szpetne; to zaś, co ukrywa się w kniejach, jest okrutne, dzikie i wielkie - czyli piękne. Jeśli wybierać między norami, lepsze są nory zwierząt niż ludzi.”  (Tom 2 Nędzników)

Może dziś nie wydaje się to odkrywcze, ale niestety wciąż prawdziwe. Wiem, że pisarzowi zarzuca się wśród wielu grzechów literackich także naiwność. Daj mi Panie zatem być naiwną do końca i wierzyć w to, co piękne, choć nierealne. 


 

niedziela, 10 lutego 2013

Ja, Klaudiusz Robert Graves, czyli ścieżka kariery w starożytnym Rzymie



Państwowy Instytut Wydawniczy, rok wydania 1957, ilość stron 437
Ja, Klaudiusz to fikcyjna autobiografia Tyberiusza, Klaudiusza, Druzusa, Nerona, Germanika, który dziwnym zbiegiem okoliczności wbrew woli został rzymskim cesarzem. Z jednej strony - Klaudiusz; kaleka, jąkała i kuternoga, Klaudiusz odsuwany przez rodzinę od życia politycznego i uważany za głupca, z drugiej Klaudiusz; historyk, bystry obserwator panujących na dworze stosunków, zwolennik republiki zostaje wybrany na następcę pierwszego rzymskiego imperatora Augusta Oktawiana. Zostaje następcą cesarzy: Tyberiusza i Kaliguli. Powieść Gravesa obejmuje okres od zamachu na Juliusza Cezara w 44 roku p.n.e. do zabójstwa Kaliguli w 41 roku n.e.
Jak każda powieść historyczna niesie ona ze sobą pytanie, ile w niej historycznej prawdy, a ile literackiej fikcji. Odpowiedz może stanowić cytat z Tacyta zamieszczony, jako motto książki
"...Dzieje, których obraz ulegał wszelkiego rodzaju zniekształceniom nie tylko z winy współczesnych, lecz i żyjących w późniejszych czasach. Albowiem doniosłe zdarzenia zawsze spowija mgła wątpliwości i niejasności. Jedni najbłahsze plotki poczytują za prawdę, inni fakty podają za zmyślenia, a potomni przejaskrawiają poglądy jednych i drugich".
Tak, jak trudno dziś ustalić nie tylko, kulisy wydarzeń sprzed lat pięćdziesięciu, ale nawet sprzed kilku miesięcy, tak niemożliwym jest ustalenie historycznej prawdy sprzed wieków. Jedno nie ulega wątpliwości, żadne z opisanych w książce zdarzeń nie przekracza granicy prawdopodobieństwa. Ani trucicielska działalność Liwii, która miała uśmiercić wszystkich pretendentów do schedy po cesarzu, ani budzące przerażenie i wstręt opisy objawów szaleństwa Kaliguli nie wychodzą poza ramy epoki. Obraz początków ery nowożytnej  opisany przez Gravesa jest bardzo sugestywny.  
Graves przedstawia wydarzenia, jakie miały miejsce na przestrzeni wieku. Zawiłości genealogiczne tego okresu, w którym na porządku dziennym było wymienianie się żonami, adoptowanie dzieci swych poprzedników, związki pomiędzy członkami własnych rodów są tak duże, że nawet podane na wstępie książki drzewo genealogiczne może spowodować zawrót głowy, kto z kim i przeciwko komu. Z tego powodu nie podejmę się choćby krótkiego streszczenia historii opisanej  na łamach książki. Napisze jedynie tyle, że nie ona jest najważniejsza, nie wzajemne powiązania i relacje pomiędzy członkami cesarskiej dynastii, a raczej przedstawienie mechanizmów dochodzenia do władzy, które, chociaż na przestrzeni dziejów posługują się innymi narzędziami, wciąż są niezmienne. Okres rządów pierwszych cesarzy to czasy brutalne i krwawe. Można odnieść wrażenie, że przeżycie na dworze graniczy z cudem, trzeba nie lada umiejętności dyplomatycznych aby dożyć sędziwego wieku. Jednak, jak pisze Klaudiusz życiu zwykłych ludzi nie zagrażało bezpośrednie niebezpieczeństwo zgładzenia, dopóty dopóki nie zagrażali oni sukcesji rządzących, czy intratnej posadzie pochlebców. Zwykły smiertelnik mógł wieść w miarę spokojny żywot, przynajmniej za czasów Augusta i Tyberiusza. Nieco inaczej wyglądało to za rządów szaleńca Kaliguli.
Klaudiuszowi, który ma nieszczęście urodzić się potomkiem rodu cezarów udaje się to jedynie dzięki umiejętności udawania głupca. Stosuje się do udzielonej rady „utykaj przesadnie, umyślnie jąkaj się, udawaj chorego, jak najczęściej, a przy wszystkich oficjalnych wystąpieniach zamyślaj się gapiowato, trzęś głową, przebieraj nerwowo palcami. … to jedyna droga, aby żyć bezpiecznie i na koniec dojść do sławy”. (str. 124-125)
Tak na marginesie- niezwykle cenna to rada i dzisiaj, jeśli nie chcesz popaść w niełaskę - udawaj, żeś głupszy niż jesteś, nie wykazuj żadnych ambicji, ani inicjatywy, a spokojnie dożyjesz wieku sędziwego. 

Książka napisana jest niezwykle ciekawie, nawet niezbyt interesujące historyczne fakty podane są w sposób budzący zainteresowanie, lekko i przystępnie. Lektura wciąga. Z jednej strony czyta się ją, jak powieść historyczną, z drugiej jak powieść sensacyjno-kryminalną. Pełno tu spisków, potajemnych sojuszy, zabójstw jawnych i potajemnych. Nie brakuje też jednostek szlachetnych i uczciwych, dla których jedynym wyjściem pozostaje honorowe samobójstwo. Z jednej strony powieść przybliża nam czasy początków nowożytnej ery, lata okrutne i krwawe, z drugiej zawiera uniwersalne przesłanie o cynizmie rządzących, ich bezwzględności i okrucieństwie. A zatem Ja, Klaudiusz to metafora nie tylko czasów przeszłych, ale i współczesnych. Pisząc powieść historyczną Graves wyrażał sprzeciw wobec czasów mu współczesnych (książka wydana została w 1934 r.). Dzisiejszy czytelny odczyta ją także przez pryzmat XXI wieku. Czy tak odległego od czasów Augusta, Liwii, Tyberiusza i Kaliguli?  Jeśli chodzi o żądzę władzy niestety zadziwiająco bliski to wiek. 
Kolejna książka, która uczy, że historia nigdy, niczego nas  nie nauczy.  

Moja ocena książki – 5/6

Książkę zaliczam do kilku wyzwań; sięgnęłam po nim dzięki losowaniu u Anny, jest też książką z półki (otrzymaną od Sardegny - dzięki wielkie), oraz książką z historią w tle (wyzwanie to już było

czwartek, 7 lutego 2013

Autorytet nauczyciela (?)

W związku z pewną nieprzyjemną historią, jaka była niedawno moim udziałem przypomniało mi się pewne zdarzenie, które lata temu bardzo mnie wzburzyło. I chociaż minęło już sporo czasu moja ocena tego wydarzenia nie uległa zmianie.

Pierwsza klasa ogólniaka. Jedna z pierwszych lekcji języka polskiego. Polonistka zadaje pytanie uczniowi. Ten go nie usłyszał, ma spory ubytek słuchu i zwracając się do niego trzeba mówić nieco głośniej. Nie usłyszawszy pytania, nie udzielił odpowiedzi. Próbował się tłumaczyć, ale robił to dość nieporadnie (trochę to krępujące publiczne opowiadanie o ułomności zwłaszcza, jeśli napotyka się na mur niewiary). Nauczycielka uznając wyjaśnienia za próbę oszustwa stawia ocenę niedostateczną. Cała klasa próbuje sprawę wyjaśnić, potwierdzamy, iż kolega zna odpowiedz, a jedynie nie usłyszał pytania. Polonistka nie chce słuchać, kiwa głową i twierdzi, iż na następnej lekcji uczeń będzie mógł poprawić ocenę. I rzeczywiście na kolejnej lekcji otrzymuje on piątkę, sprawa się wyjaśnia, ale dwójka pozostaje nadal w dzienniku. Na nic tłumaczenia. Nauczycielka uwierzyła w końcu w ułomność kolegi, ale niesprawiedliwie postawionej oceny nie anulowała.
Nie mogłam tego zrozumieć wówczas, nie potrafię tego zrozumieć i dzisiaj.
Nie wiem, czy tylko mnie się wydaje, że pozbawienie prawa do „obrony”, nieumiejętność przyznania się do błędu, autorytaryzm zamiast budować autorytet pozbawiają go. A może się mylę? Może właśnie nauczycielka (a przecież nie chodzi tu o konkretną profesję) postąpiła właściwie. Może autorytet buduje się z pozycji siły i należy pokazać, kto tu rządzi.
Tu przypomina mi się jeden z moich ulubionych filmowych cytatów „Dopóki z Tobą dyskutują, dopóki się z tobą ścierają  jest dobrze, z chwilą, kiedy zaczną ci przyklaskiwać miej się na baczności”.                                                                 
                                                                                źródło zdjęcia