poniedziałek, 29 kwietnia 2013

O rozdźwięku między oczekiwaniami a rzeczywistością, czyli jak nie będę spieprzała np. z Paryża

Przypadkiem trafiłam na blog dziewczyny piszącej o podróżach, której nie podobało się w Paryżu, ponieważ rzeczywistość nie dorosła jej wyobrażeniom. Dlatego, jak napisała, znikąd nie spieprzała tak, jak stamtąd.
Akurat, jeśli o Paryż chodzi, to ja się bardzo cieszę, jeśli się komuś tam nie podoba. Nie miałabym nic przeciwko temu, aby większej ilości osób nie podobało się. Chętnie zaapeluję do potencjalnych turystów - nie podróżujcie do Paryża, Rzymu, Wenecji i innych moich ukochanych miejsc, nie podróżujcie tam, bo filmy i pocztówki kłamią. Nie chciałabym, aby moja wypowiedz została odczytana, jako krytyka wypowiedzi blogerki, to raczej ciąg dalszy moich przemyśleń na  temat podróżowania. Wydaje mi się zresztą mało prawdopodobne, aby wspomniana blogerka tu trafiła, a jeśli nawet mam nadzieję, że nie poczuje się urażona, bo tak jak ona ma prawo do spieprzania z Paryża, tak ja mam prawo do nie spieprzania zeń.

Autorce bloga nie podobało się, że Paryż nie był tym miastem, które znała z pocztówek i filmów. Miasto zostało ukształtowane przez skuteczny, silny i wszechobecny marketing, spotkała się tam z chamstwem, grubiaństwem i brakiem kultury. Autorka nie czuła się tam bezpieczna, nerwowo rozglądała za siebie, pełna obaw o to, że ktoś wsadzi jej nóż w plecy. Do tego ktoś zareagował nerwowo za zrobienie zdjęcia na ulicy, a policja nie wykazała żadnego zainteresowania zgłoszeniem. Ktoś inny zatarasował wejście do autobusu, a jeszcze inny krzywo patrzył na nią w metrze. Miasto tonęło w brudzie i smrodzie (nie było to najbardziej czyste i pachnące miasto świata), było tam pełno bezdomnych, tak, że potykało się o nich wszędzie, a wejścia do popularnych miejsc to lata świetlne stania. Bo wszystko w nadmiarze powszednieje, a zagęszczenie dzieł wielkich artystów na m2 jest wręcz przytłaczające. 

Mam nadzieję, że udało mi się paru potencjalnych turystów zniechęcić do odwiedzenia tego miasta.


Powiecie może, że gdzie indziej też jest brudno, są bezdomni, bywają ludzie nieżyczliwi, chamscy, agresywni, na wejścia do "popularnych miejsc"  czeka się godzinami w kolejkach. No tak, ale inne miejsca nie mają takiego PR, jak Paryż. Ten na filmach wygląda jak miasto z bajki, piękny, czysty i pachnący, romantyczny, ludzie się do siebie uśmiechają, są sympatyczni i życzliwi. Zastanawiam się, które to filmy zrobiły miastu taki PR. Czyżby np. Zakochany Paryż? Tyle, że ten wbrew tytułowi wcale miasta nie idealizuje. Nie pamiętam dokładnie wszystkich epizodów, ale przedstawia on różne obrazy miasta; niektóre mało przyjazne. A może O północy w Paryżu, które jest filmem o stereotypowym postrzeganiu miasta (ale nie tylko miasta), a także ostrzeżeniem przed uleganiu wyobrażeniom, co może doprowadzić do rozczarowań, a także o konieczności zachowania równowagi pomiędzy wyobraźnią a realnością.

Tylko myślę, że nie tu jest pies pogrzebany i że to wcale nie chodzi o konkretne miejsce. Każdy mógłby wymienić dowolne miasto, które nie zdało egzaminu w starciu z jego oczekiwaniami.
Podróżuję chyba niemało i z doświadczeń kilkudziesięciu lat mogę napisać, że jeśli gdzieś mi się nie podobało, to zawdzięczam to głównie sobie bądź kiepskiej organizacji wycieczki. Pewna mądra osoba powiedziała mi kiedyś, iż odwiedzane miejsce daje nam tyle z siebie, ile wcześniej my mu damy z siebie. Jeśli jadę w oczekiwaniu na cud, na zobaczenie pocztówkowego widoczku z natury, to ten cud zdarza się naprawdę niezmiernie rzadko. Jeśli nie przygotuję się do podróży, jeśli nie zapoznam z miejscem do którego jadę, jeśli nie poznam jego kultury i sztuki, jeśli nie sprecyzuję moich oczekiwań, co do miejsca odwiedzin, nie mogę spodziewać się, że trafię do raju na ziemi, gdzie wszyscy będą czekali na mnie z wyciągniętymi ramionami, kelnerzy będą się do mnie uśmiechać, a sprzątacze wymiotą całe miasto ze śmieci, niesympatyczni ludzie przemienią się w anioły, a bandyci trafią za kratki. To ja sama sprawiam, że dobrze się czuję w miejscu do którego podróżuję, bo wiem, czego odeń oczekuję. I nie są to czyste ulice, uśmiechnięci współpasażerowie, pachnące metro, choć nie miałabym nic przeciwko temu. Są to miejsca, którymi chadzali pisarze, malarze, literaccy bohaterowie, miejsca, których często już nie ma i trzeba uruchomić wyobraźnię, aby je dostrzec, są to świątynie, które od lat nęcą swymi strzelistymi wieżami sięgającymi gwiazd i pięknymi witrażami, są to malutkie kapliczki, są to obrazy moich malarzy, rzeźby, o których czytałam latami, gmachy teatrów i oper, w których odbywały się przedstawieniach, o których już tylko mogę pomarzyć, kawiarenki, w których niespiesznie wypijam kawę, ławeczki w parku, na których rozkoszuję się lekturą lub nic nie robieniem, spacery nad rzeką, bukiniści ze swoimi skarbami. Jeśli wiem, czego oczekuję to nie doznaję zawodu w stosunku do miasta, z tego powodu, że kelner uporczywie udaje, że mnie nie dostrzega, ktoś mnie popchnie w przejściu do metra, a ktoś inny oszuka wydając resztę. I wtedy udaje mi się zobaczyć różne twarze miasta, czasami piękną, czasami interesującą, acz pokrytą szramami, a czasu brzydką lub nawet ohydną. Ale zdarza się też, że widzę miasto, którego nie poznał i nie widział nikt poza mną; bo jest sumą moich wyobrażeń, moich wizji i realności; miasto piękniejsze niż to ze snów.
Oczywiście lata doświadczeń powodują, że umiem minimalizować szkody, wybór odpowiedniego terminu wyjazdu, zakup biletów przez internet, odwiedzanie muzeów w dni robocze i płatne (bezpłatne wstępy oznaczają dłuższe oczekiwanie na wejście, krótsze oglądanie, nerwy, zmęczenie, a na to mnie nie stać), wczesne zaczynanie dnia, wybór mniej zatłoczonych miejsc.  

Inna sprawą jest to, że nie każdy lubi spędzać urlop w mieście, bo np. woli wypoczynek na łonie natury, bez tłumów (albo z mniejszą ich ilością). Tyle, że wtedy po po jechać w zatłoczone i  brudne aglomeracje miejskie.

Może być i tak, że jakieś miejsce nie będzie nam odpowiadać, będziemy się w nim źle czuć, bo z jakichś powodów z miastem nie konweniujemy. Tak, jak nie lubimy, czy wręcz nie tolerujemy pewnych osób, tak możemy nie polubić miejsca i sami nie wiemy dlaczego tak się dzieje. Tyle, że wydaje mi się, że nie ma brzydkich miejsc, w każdym można znaleźć coś pięknego, trzeba tylko wiedzieć, czego się chce i umieć to dostrzec. Jak do tej pory nie zachwyciły mnie dwa kraje i wiem, że to była moja wina, bo pojechałam bez entuzjazmu, bez chęci i bez wiedzy i czekałam - a teraz przekonaj mnie kraju, że jesteś wart mojego czasu i moich odwiedzin. A może się mylę, może są miejsca, do których nie pasujemy, miejsca, które mimo, iż zrobimy wszystko, aby je polubić/obłaskawić nie odpłacają nam tą samą monetą. Czy macie takie miejsca? Oczywiście nie chodzi mi o miejsce pracy, bo to rzadko kiedy daje się lubić.
No i jest jeszcze rodzaj preferencji wypoczynku. Jeśli wiem, że na urlopie typu leżę i  smażę się na słoneczku cierpiałabym katusze to nie wybieram się na wyspy, plaże, spa i tego typu atrakcje. 
Zdjęcia 1. Paryż piękny -dach Opery Garnier, 2. Paryż brudny- rano sprzątany, aby po dniu utonąć w śmieciach, 3. Paryż artystyczny - Montmartre, 4. Paryż w naturze- Ogród Luksemburski


niedziela, 28 kwietnia 2013

Emil Zola według Haliny Suwały

Szukając biografii pisarza trafiłam na książkę Haliny Suwała pod tytułem Emil Zola (a prawdę mówiąc to jakiś czas temu wskazał mi ją Zacofany w lekturze). Na początku jedna uwaga książka Emil Zola nie jest typową biografią, nazwałabym ją raczej książką o twórczości i poglądach pisarza.
Wydana w 1968 roku pozycja jest bogatym źródłem informacji na temat kształtowania się Zoli, jako pisarza (lektur i literackich fascynacji z lat młodzieńczych), jego doświadczeń dziennikarskich, na temat pisanych powieści (pomysłów, zamierzeń, oddźwięku, jaki wywoływały), przyjaźni artystycznych, no i chyba przede wszystkim poglądów autora cyklu Rougnon - Macquartów oraz trylogii Trzy miasta. Sam Zola, jako człowiek zaledwie przemyka się przez karty książki; urodził się, uczył, mieszkał na Prowansji, pochłaniał książki, pracował, jako dziennikarz, ożenił, prowadził dwa domy (drugi z matką jego dwójki dzieci). A wszystko to autorka zaledwie wspomina gdzieś pomiędzy wierszami; jednym zdaniem, bo jak pisze przy okazji wzmianki o romansie z Jeanne Rozerot „w życiu prywatnym człowieka, nawet wielkiego, są sprawy, o których mówić mają prawo jedynie najbliżsi”.
Książka jest kopalnią wiedzy o autorze Nany i Germinal (dzieła chyba najbardziej znane w powszechnej świadomości). Autorka nie snuje domysłów, nie pozwala sobie na żadne niedopowiedzenia, jeśli nie dysponuje wiedzą na jakiś temat to pomija go milczeniem, powstrzymuje się od ocen, a jeśli już wypowiada swoje opinie na temat którejś z książek to są one bardzo wyważone. Pani Suwała oddaje głos samemu Zoli, jego przyjaciołom i oponentom, z rzadka też jego dziełom. Na stronach książki aż gęsto od cytatów; z bogatej korespondencji pisarza, wypowiedzi o pisarzu, artykułów prasowych, przedmów do książek oraz fragmentów samych książek.
W najbardziej osobistej z jego książek tj. w Dziele (powieści o sztuce), w której pomiędzy jej trzech bohaterów rozdzielił własną osobowość pisze Zola o swoim stosunku do aktu tworzenia;
Praca zabrała mi całe życie. Powoli ukradła mi matkę, żonę, wszystko co kocham [..] Kiedy byłem w nędzy marzyłem o wypoczynku na wsi, o dalekich podróżach, dzisiaj gdy mógłbym spełnić te marzenia, zaczęte dzieło trzyma mnie na uwięzi.[… ]Są podobno tacy, dla których tworzenie jest przyjemnością […] Są pełni podziwu i zachwytu dla samych siebie, wszystko, co napiszą, jest niezwykłe, wytworne, nieporównywalne.. Ja rodzę z pomocą kleszczy i dziecko wydaje mi się zawsze ohydne. Czyż podobna do tego stopnia być wolnym od wątpliwości, żeby wierzyć w siebie[..]

Przy każdym nowym dziele przeżywam ogromne wzruszenie debiutanta, serce mi bije, niepokój wysusza usta, słowem straszliwa trema. […] Radością nie jest osiągnięcie szczytu, ale zdobywanie go, rozkosze wspinaczki. […]Przed nami nadzieja, marzenia, bezgraniczne iluzje.[…] A potem skończone, szczyt zdobyty, należy tylko utrzymać się na nim. I wtedy zaczyna się udręka.

Autorka bardzo dużo miejsca poświęca na analizę utworów Zoli, przedstawienie wywodów autora dotyczących konspektu planowanej powieści, zamysłu, idei utworu oraz opinii na ich temat wśród współczesnych mu pisarzy, dziennikarzy i krytyków. Jakkolwiek o utworze najwięcej mówi sam utwór, ciekawym jest poznanie opinii twórcy oraz jego kolegów po fachu. A zwłaszcza ciekawym jest, to, jak jedno dzieło wywołuje tak skrajne reakcje; od oburzenia Wiktora Hugo czy braci de Goncourt po zachwyt Maupassanta, czy Flauberta.
Ci zresztą, którzy najbardziej krytykowali powieści Zoli byli jego pierwszymi mistrzami.
Przez trzy miesiące przymusowych wakacji [podczas cholery w 1854 r.] pochłonąłem całą bibliotekę publiczną; babka odważna kobieta, przynosiła mi z miasta książki paczkami po kilkanaście tomów naraz. Połknąłem wtedy wszystkich wielkich bajarzy, Dumasa, Eugeniusza Suego, Fevala, Eliasza Bertheta, Gonzalesa.
[..]przedmiotem naszej miłości byli wtedy przede wszystkim poeci […]Przez rok panował nad nami niczym absolutny monarcha Wiktor Hugo. Podbił nas swoimi tezami olbrzyma, porwał swoją potężną retoryką.[…]Umieliśmy na pamięć całe poematy i wracając o zmierzchu do domu dostosowywaliśmy krok do rytmu jego poezji, dźwięcznej, jak głos trąby.
Jednak jakiś czas później na firmamencie Zoli jaśnieją już inne gwiazdy.
Czy czytałeś już całego Balzaka? (pytał w 1867 r. przyjaciela) Co za człowiek! Czytam go w tej chwili na nowo. Przytłacza sobą całe stulecie. Przy nim bledną dla mnie Wiktor Hugo i inni.
Nowy nurt powieści zwany realistyczną, czy później naturalistyczną nie znajduje akceptacji u Wiktora Hugo, który np. o książce W matni wyraził się słowami:
To zła książka. [..]Są obrazy, których nie wolno pokazywać. I niechaj nie mówią mi, że to wszystko prawda, że tak właśnie się dzieje. Wiem o tym, sam zstąpiłem do otchłani tych wszystkich nieszczęść, ale nie chcę, aby wystawiano je na widowisko [..] Ja rozpatrywałem je jako moralista, lekarz, ale nie chcę, aby ktokolwiek wchodził w nie jako obojętny lub ciekawy widz; nikt nie ma do tego prawa.
Zolę fascynuje twórczość nie tylko Balzaka, ale też Flauberta.
Ten ostatni o Podboju miasta Plassans, jednego z pierwszych utworów Zoli pisał;
Przeczytałem Podbój miasta Plassans jednym haustem, tak jak się wypija szklankę dobrego wina [..] Co za wspaniały typ ten Mouret, ze swoją ciekawością, skąpstwem, rezygnacją i płaskością! Ksiądz Faujas jest groźny i wielki, prawdziwy spowiednik! Jak doskonale włada kobietą, jak zręcznie opanowuje tę tutaj, biorąc ją najpierw miłosierdziem, a potem brutalizując! Co do niej, Marty, nie potrafię nawet Panu wyrazić jak bardzo wydaje mi się udaną, z jaką sztuką pokazany jest rozwój jej charakteru, a raczej choroby! Rozkład małżeństwa doskonały! Ale wszystko zaćmiewa koniec, który jest ukoronowaniem dzieła. Nie znam nic bardziej wstrząsającego niż to rozwiązanie.I tak dalej. Opinia pełna pochwał i wykrzykników.

Ze względu na dość szczegółową analizę dzieł Zoli książkę należałoby przeczytać dwukrotnie; raz całościowo przed lekturą jego powieści, gdyż rzuca ona światło na intencje pisarza. Drugi raz fragmentarycznie po lekturze każdej z książek, aby skonfrontować, czy nasz odbiór dzieła jest zgodny z intencją jej twórcy, czy odebraliśmy lekturę, tak jak przyjaciele pisarza, czy raczej należymy do grupy oburzonych, którzy będą domagać się ukarania pisarza za obrażę moralności czy np. zmiany wyrokiem sądowym nazwiska bohatera powieści. (Nie będzie sobie szargał mojego nazwiska jakiś pisarzyna, bo ja na to nie pozwolę)
Gdybym miała w paru słowach scharakteryzować Zolę po lekturze książki pani Suwały napisałabym; to pisarz impresjonista, który maluje piórem otaczającą go rzeczywistość; rzadko piękną, ale zawsze prawdziwą, albo taką, jaka jemu wydaje się być prawdziwą. Jego powieści nie napawają optymizmem, pełno w nich nędzy, brudu, ohydy, a jednak niosą one nadzieję. Tą nadzieją jest wiara w naukę, postęp, rozum, miłość. Zola to także ten, który zawsze staje po stronie zwyciężonych, na początku swej drogi, kiedy ledwie wiąże koniec z końcem i wtedy, kiedy zyskał już uznanie i sławę. Zawsze, bez względu na koszty.
Bibliografia zawiera zestawienie wszystkich jego dzieł; zarówno tych opublikowanych, jak i materiałów rękopiśmiennych, a także wykaz publikacji na temat dzieł i życia Zoli (imponująca lista, wśród której nie ma ani jednej wydanej w Polsce, aczkolwiek znajduje się tu przetłumaczona na j.polski książka Bonjour Monsieur Zola A. Lanoux). Dodatkową zaletą książki jest duża ilość fotografii, rycin, ilustracji do powieści i karykatur pisarza.
Chcąc streścić choćby w malutkiej części opracowanie musiałabym dokonywać wpisu w kilkunastu częściach. Postanowiłam więc wykorzystywać lekturę podczas recenzji kolejnych dzieł pisarza. Książki nie da się przeczytać szybko, bowiem bogactwo treści wymusza zatrzymanie i refleksję. Jest to książka z rodzaju tych, do których się wraca, a już na pewno przeczytawszy kolejną powieść Emila Zoli.
Przez pierwszych kilkanaście stron było mi ciężko przebrnąć z powodu naukowego języka opracowania, ale później poszło gładko. Może jedynie, jako wielbicielce emocjonalnego sposobu pisania zabrakło mi tego żaru w pisaniu o człowieku, którego życie i twórczość autorka poznała, jako mało kto. Pani Suwała jest romanistką, wybitnym znawcą literatury francuskiej i tłumaczem licznych dzieł Emila Zoli. No, ale skoro to opracowanie naukowe, a nie beletrystyka trudno od autorki wymagać egzaltacji w pisaniu.
Książka jest rzeczowa, poparta źródłami, nieoceniona z powodu publikowanych wypowiedzi samego pisarza. To bardzo wartościowa pozycja i lektura obowiązkowa dla wielbicieli twórczości Zoli. Tyle, że pasjonującą bym jej nie nazwała.
Moja ocena 4+/6 (w tym za bogactwo treści, dokumentacja, rzetelność 6/6, natomiast za przekaz obrazu pisarza i człowieka  3+/6)

wtorek, 23 kwietnia 2013

Książka na dzień książki

Co robicie? Pewnie co najmniej połowa z was kupuje, licytuje lub już dokonała zakupów. W końcu dziś taki wyjątkowy dla nas łasuchów książkowych dzień, taki czytelniczy Tłusty Czwartek. Dlatego i ja uległam pokusie i zakupiłam kilka książek. Co prawda na niektóre zamówienie złożyłam wcześniej, ale tak się złożyło, że odebrałam dopiero dzisiaj. Miało już nie być stosików. Nie chce mi się wyciągać poustawianych już na półkach książek, ale pochwalę się nabytkami związanymi z dzisiejszym dniem.

1) Olimpio, czyli życie Wiktora Hugo Andre Maurois,
2) Han z Islandii Wiktor Hugo,
3) Monet Paskal Bonafoux,
4) Emil Zola Halina Suwała
5-6) Nędznicy Wiktor Hugo*.
*Aż dziw, że nie miałam dotąd w bibliotece mojej ukochanej książki.
Ale ponieważ apetyt mam spory zaraz polatam sobie po internetowych księgarniach, które kuszą dość obniżkami
Dziś też spakowałam książki dla dziewczyn, które wzięły udział w akcji Oddam w dobre ręce. Zapraszam do korzystania. 

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Perswazje Jane Austin

Cóż jeszcze można napisać na temat książki, o której napisano już tak wiele, książki, która stanowi absolutną biblię milionów czytelniczek. Perswazje przeczytałam mając wcześniej na koncie lekturę trzech (jak mi się wydawało) najbardziej znanych powieści pisarki. Lubię i cenię powieści Jane Austin, ale nigdy nie zaliczałam się do fanklubu wielbicielek pisarki. W każdym razie po lekturze Perswazji w moim osobistym rankingu książka zajęła pierwsze miejsce wśród książek pisarki.
Dotychczasowym bohaterkom Austin, jakkolwiek zyskały moją sympatię, zawsze miałam coś do zarzucenia. Lubiłam je, ale nie potrafiłam się identyfikować z żadną z dziewcząt, a to za płocha, a to za rozważna, a to zbyt dumna, a to zbyt irytująca. Tymczasem Anna Elliot to dziewczę moich marzeń.
Jest łagodna, spokojna, pozbawiona egoizmu, niosąca pomoc bliźnim, nie lubiąca rozgłosu i bycia w centrum zainteresowania, mądra i rozsądna. Gdyby nie obawa przed poczytaniem tego za pochlebstwo napisałabym Anna to ja.
Jej życie nie jest godne pozazdroszczenia. Na skutek perswazji otoczenia; zadufanego w sobie ojca oraz opiekunki i przyjaciółki domu dziewczyna odrzuciła kilka lat wcześniej oświadczyny człowieka, którego kochała i przez którego była kochana. Kapitan Wentworth, był marynarzem, marzycielem o wielkich aspiracjach, lecz jego widoki na przyszłość były mgliste, a zatem nie stanowił odpowiedniej partii dla dziewczyny, której ojciec miał aspiracje iście książęce. Zaawansowana wiekiem, niezamężna, dwudziestosiedmioletnia panna to osoba znajdująca się poza kręgiem społecznych i towarzyskich zainteresowań. Doskonale nadaje się do opieki nad siostrzeńcami i bratankami, jest czymś pośrednim pomiędzy osobą prowadzącą ojcu gospodarstwo domowe a damą do towarzystwa, no i oczywiście stanowi przedmiot sąsiedzkich drwinek i ostrzeżenie dla innych panien (co je czeka, jeśli nie będą brały tego co się nadarza). Anna mieszka z próżnym, zarozumiałym, rozrzutnym i skoncentrowanym na sobie ojcem, który doprowadził do ruiny rodzinny majątek wcale tego nie dostrzegając oraz siostrą, która stanowi jego kalkę. Dziewczyna jednak nie rozpacza, nie uważa swojego życia za przegrane, szuka dla siebie szczęścia w prozaicznych czynnościach dnia codziennego. Jej spokojną egzystencję przerywa pojawianie się na horyzoncie kapitana Wentwortha, który zbiwszy majątek powraca w rodzinne strony szukać żony. Co na to Anna? Czy będzie żałować decyzji powziętej pod presją, czy może zdecyduje się podjąć kolejną próbę rozniecenia uczuć kapitana? Nie, to nie w stylu Anny. Biedaczka robi co może, aby unikać spotkania, a kiedy do niego dochodzi stara się zachować zimną krew. A nie jest to wcale łatwe, bowiem oboje pozostali wierni swej miłości. Zakończenie czyni zadość oczekiwaniom rzesz czytelniczek. Jednak to nie wątek romansowy stanowi największy atut powieści. Perswazje to wspaniałe studium psychologiczne głównej bohaterki, w której można dopatrzeć się odbicia autorki; osoby pogodzonej z losem, umiejącej cieszyć się życiem i odnajdującej jego sens, nie szukającej prostych i łatwych rozwiązań, wiernej własnym przekonaniom i sercu. To także kolejna powieść obyczajowa, w której odbija się obraz epoki z jej konwenansami i sztucznością. To wreszcie pokłon złożony malowniczym pejzażom angielskiej wsi, które swą naturalnością i prostotą stanowią kontrast dla obrazu jej mieszkańców. No i w końcu to cała galeria wyrazistych postaci, wśród których poza nadętymi bufonami, czy egocentrykami i hipochondrykami możemy odnaleźć także całkiem sympatycznych osobników.
W czym zatem jest to powieść inna od wcześniejszych powieści autorki? Moim zdaniem jest dojrzalsza, bardziej subtelna, przemyślana. Skoncentrowana nie na warstwie fabularnej, ale psychologiczno – obyczajowej. Jednak miłośniczki romansu odnajdą tu także coś dla siebie. A to coś - będzie to niezwykle smakowity kąsek.
Moja ocena 6/6

W nawiązaniu do wczorajszego komentarza, czy zaliczyłabym Perswazje do klasyki czy do romansów- zdecydowanie klasyka z wątkiem romansowym. 

niedziela, 21 kwietnia 2013

Paryż Emil Zola


Paryż pod koniec XIX wieku - 
z obrazów Pissarro, ze starej sepiowej fotografii, z czasów belle epoque; okresu postępu, rozkwitu i spokoju, wielkiej przebudowy. Wojna 1870 roku dawno już wybrzmiała, a nowa wojna światowa nadejdzie dopiero za kilkanaście lat. Miejsce, w którym wielu chciałoby się znaleźć.

Czy po lekturze ostatniej części trylogii Trzy miasta również? Paryż oglądany oczami Zoli to miasto oglądane od jego najciemniejszej i najwstydliwszej strony. A jednak dopiero poznanie takiego Paryża dać może pełny obraz i kto poznając miasto – pokocha je, takim jakim jest/było – pokocha je prawdziwie. Tak jak pokochał autor.

Piotr Froment, uczciwy i pełen miłosierdzia młody duchowny, który bez zarzutu spełnia swoją kapłańską posługę, a wśród owieczek bożych uważany jest za człowieka niemal świętego, dar wiary stracił już dawno temu. I jeśli ani pobyt w takich miejscach kultu; jak Lourdes, czy Rzym nie pomogły mu w odnalezieniu ścieżki wiary to tym bardziej nie mógł uczynić tego Paryż.
Miasto, w którym rząd sprawują ludzie cyniczni i przekupni, a prasa i wymiar sprawiedliwości siedzą w kieszeni finansistów, którzy dorobili się na spekulacjach giełdowych. Miasto, w którym bogate panie bawią się w dobroczynność, a panowie wykorzystują istnienie tychże towarzystw, jako narzędzie w swej grze politycznej. Miasto, w którym więzi rodzinne są parodią; córka pragnie poślubić kochanka matki, do czego matka usiłuje nie dopuścić, syn w pogardzie dla wszystkiego co normalne i dla chęci bycia oryginalnym, pozbywa się przyjaciółki – kochanki wpychając ją w ramiona utrzymanki ojca, ojciec, który trzęsie całym parlamentem i prasą, a traci rozum na skinienie paluszka kochanki. Miasto, w którym duchowni niewiele robią, aby ulżyć doli biedoty, a bardziej przedsiębiorczy wchodzą w sojusze ze światem polityki i finansjery. Miasto, w którym bezdomne i kalekie dzieci porzucane są w rynsztokach ulic, nędzarze zdychają z głodu w samotności, matki nie mają czym wykarmić dzieci, a ojcowie całymi dniami poszukują kawałka chleba dla swoich rodzin.
… ujrzał podwórze błotniste jak dół kloaczny, cuchnące schody, brudne mieszkania, lodowate i nagie, rodziny wydzierające sobie strawę, której nie zechciałyby bezpańskie psy, matki o wyschłej piersi, z płaczącymi niemowlętami na rękach, starców, którzy padli w kącie jak bydlęta i na kupie śmieci umierali z głodu. A potem stanął mu przed oczyma cały jego dzień, wspaniałość, spokój i wesołość salonów, jakie przebiegał, cały bezczelny zbytek Paryża finansów, Paryża politycznego i światowego. I teraz dotarł w końcu, o zmierzchu do Paryża Gomory, do Paryża Sodomy, zapalającego swoje światła na noc, na ohydę tej nocy-wspólniczki, której drobny popiół wolno przysypywał bezmiar dachów.
Kiedy czytałam o walkach parlamentarnych czułam się, jakbym oglądała relację z obrad sejmu. Lata mijają, mechanizmy sprawowania władzy pozostają bez zmian.
Powolna zgnilizna parlamentarna rozrosła się, atakowała organizm społeczny. Zapewne, ponad niskimi intrygami, nad pogonią ambicji osobistych, odbywała się szczytna, wzniosła walka zasad, przepływała historia odsuwając gruzy przeszłości, usiłując tchnąć w przyszłość więcej prawdy, więcej sprawiedliwości i szczęścia. Ale w praktyce, gdy widziało się tylko ohydną kuchnię codzienną, jakież rozpętanie samolubnych apetytów! Jedyne pragnienie: chwycić za gardło sąsiada, aby samemu odnieść triumf. Tam, wśród tych kilku grup, trwała tylko nieustanna walka o władzę i satysfakcję, jaką ona daje; lewica, prawica, katolicy, republikanie, socjaliści, dziesiątki odcieni politycznych były to tylko etykiety klasyfikujące, tę samą palącą żądzę panowania, rządzenia. Wszystkie problemy sprowadzały się do jednej jedynej sprawy: dowiedzieć się, kto — ten, ów czy tamten — chwyci w swe ręce Francję, aby z niej ciągnąć korzyści, aby jej kosztem udzielać łask klienteli swoich kreatur. A najgorsze, że wielkie batalie, dni i tygodnie stracone na to, aby ów nastąpił po tamtym, a ten po jeszcze innym, prowadziły jedynie do najgłupszego w świecie dreptania w miejscu, bo wszyscy byli siebie warci i zachodziły między nimi tylko nieznaczne różnice, tak że nowy władca partaczył tę samą robotę, którą spartaczył już jego poprzednik, z reguły zapominając o programach i obietnicach, gdy tylko dorwał się do władzy.
I pomiędzy tym wszystkim miota się Piotr, duchowny bez wiary, który poświęca życie na pomaganie biednym, głodnym i opuszczonym. Na krótko to dobroczynność staje się jego nową religią. Bo przecież w coś trzeba wierzyć, trzeba nadać życiu jakiś sens. Tylko, że dobroczynność staje się ślepą uliczką, im więcej z siebie daje tym mniejsze są tego efekty.
…Błoto wzbierało aż po brzegi, ohydna rana, krwawiąca i żarłoczna, ukazywała się bezwstydnie niczym rak toczący jakiś organ i sięgający serca. I cóż za niesmak, jakie obrzydzenie ogarniało wobec tego widowiska. I rodziło się pragnienie, aby nóż zemsty przywrócił zdrowie i radość!...
A zatem cóż pozostaje? Anarchia? Zemsta? Wymierzenie sprawiedliwości nawet kosztem niewinnych ofiar? Tyle, że i tutaj droga wiedzie donikąd. Nie dość, że cierpią niewinni to jeszcze atak wywiera często skutek odwrotny od zamierzonego. Zamach na przedstawiciela zepsutego mieszczaństwa okazuje się doskonałym pretekstem do zmiany rządu i zatuszowania skandalu tych, przeciwko którym był skierowany.

W finale utworu Piotr odnajduje w końcu równowagę ducha i sens istnienia. Muszę przyznać, że ten finał troszkę mnie zaskoczył, choć rozumiem, iż był on niezbędny dla uzasadnienia założenia, jakie przyjął autor.
Powieść to swoiste wyznanie wiary; wiary w potęgę rozumu, w osiągnięcia nauki, postęp, wiedzę, w siłę miłości i optymizmu, a co za tym idzie powieść stanowi krytykę religii katolickiej, jako przestarzałej i nieczułej na problemy społeczne. Można sobie wyobrazić, z jak ostrą reakcją środowisk katolickich spotkała się powieść i jej autor. Byli oni też przedmiotem ataku środowisk prawicowych, choć krytyka sięgała przecież o wiele głębiej.
Nie po raz pierwszy Zola zachwyca bogactwem opisów, choć tym razem są to opisy zjawisk, mechanizmów, analiza przyczyn, a nie opisy miejsc czy przedmiotów, które tak urzekały we wcześniejszych lekturach. Muszę przyznać, że momentami nużyły mnie przydługie opisy mechanizmów polityczno-parlamentarnych. To pewnie „wina” mojej filozofii życiowej, w której polityka z jej brudami zajmuje miejsce marginalne. Choć może, nie tyle nużyły, co mierziły ze względu na ich realność.
A jednak jest w prozie Zoli jakiś magnes, który przyciąga, słowa, które uwodzą, nawet, jeśli nie do końca zgadzamy się z ich treścią. No i jest tu Paryż prawdziwy i piękny mimo wszystko.
Paryż był niby olbrzymia kadź, w której kipiała cała ludzkość, najlepsza i najgorsza, wrzała straszliwa mikstura czarownic, cenne ingrediencje pomieszane z ekskrementami, mikstura, z której miał powstać napój miłosny i eliksir młodości. …. Osad ludzki opadał na dno kadzi i nie należało nawet życzyć sobie, aby każdego dnia dobro widomie odnosiło zwycięstwo; bowiem często potrzeba całych lat, aby z mętnej fermentacji powstała nadzieja, realizowana w tym przetwarzaniu wieczystej materii, którą wkładano raz jeszcze do tygla, aby ją jutro lepiej ukształtować. 
Moja ocena 4/6
Zdaję sobie sprawę, iż powinnam Paryż przeczytać, jako ostatnią cześć Trylogii, jednak ograniczona dostępność powieści Zoli spowodowała taką, a nie inną kolejność.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Korczak- próba biografii Joanna Olczak-Ronikier


Kiedy przeczytałam kilka entuzjastycznych opinii na temat biografii Korczaka sięgnęłam po inną książkę autorki tj. W ogrodzie pamięci. Dlaczego? To chyba była obawa, jaka towarzyszy mi dość często, kiedy spotykam się z entuzjastycznymi opiniami, obawa przed zawodem, jaki może mnie spotkać, kiedy oczekiwania są dość wysokie. Myślę, że przed lekturą powstrzymywała mnie także jeszcze inna obawa; przed pompatycznością i patosem, stawianiem na piedestale, budowaniem pomników. 

Lektura rozwiała moje obawy.

Autorka pisząc o Korczaku, którego poznała, jako dziecko, którego losy splotły się z losami jej bliskich pisze o nim tak, jak pisze się o osobie, którą darzy się uczuciem, pisze o nim z czułością i sympatią, a jednocześnie w sposób obiektywny i pozbawiony czołobitności. Porusza różne aspekty jego życia, także i te, które mogą budzić kontrowersje, ale opisuje je w sposób taktowny bez wchodzenia z butami w prywatność. Lektura nie rozwiewa wszystkich wątpliwości, jakie mogą się podczas niej narodzić, autorka stawia hipotezy, ale pozostawia margines niedopowiedzenia, pole do interpretacji i przemyśleń.

Książka opiera się głównie (choć nie tylko) na analizie pamiętników Korczaka pisanych w getcie. Próba biografii jest trochę, jak retrospektywny film kręcony w oparciu o luźne zapiski z ostatnich dni życia, przemyślenia, sentencje, które uruchamiają w pamięci obrazy z przeszłości. Przedstawia ona Korczaka - jako pedagoga, pisarza, lekarza, społecznika, ale przede wszystkim człowieka. Człowieka z jego rozterkami, pragnieniami, ideami, który cały swój czas, wszystkie siły i całą energię poświęcał na to, aby uczynić łatwiejszym i szczęśliwszym życie dzieci. Organizował domy dla sierot, kolonie dla dzieci z ubogich rodzin, kształcił kadrę przyszłych pedagogów, cała jego działalność literacko-publicystyczna miała służyć idei rozpowszechniania nowych metod wychowawczych, w których dziecko traktuje się jak człowieka, tym się różniącego od dorosłych, że mniejszego.

Nie sposób pisać o Korczaku (czyli Goldszmicie) w oderwaniu od przedstawienia losów polskich Żydów, ich asymilacji przy jednoczesnych próbach zachowania własnej tożsamości i odrębności. Znalazło się także miejsce na odmalowanie polskiej sceny politycznej w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Po raz kolejny pojawia się refleksja, iż los Żydów zdawał się przesądzony od samego początku.
Korczak starał się zachować apolityczność, gotów był jednak paktować z każdym, jeśli dawało to nadzieję na osiągnięcie celu, czyli można by powiedzieć, że starał się szukać tego co łączy, a nie tego co dzieli, a wszystko dla dobra dzieci.
I jak każdy idealista spotykał się często z niezrozumieniem, zarzutami, atakami.

Nie będę oryginalna, kiedy powtórzę za innymi czytelnikami, ale i mnie w tej książce najbardziej przejmuje smutek, jaki z jej kart przebija. Smutek i rozgoryczenie, iż mimo oddania całego siebie tak niewiele udało się mu osiągnąć, iż to, co budowano z takim trudem i mozołem przyniosło efekty tak jednostkowe, smutek, z powodu niezrozumienia zarówno przez otoczenie, jak i przez samych wychowanków, smutek z powodu samotności i odrzucenia, no i w końcu smutek, bo smutny jest koniec tej historii. Koniec, który jest jedynie jej dopełnieniem, logicznym ciągiem zdarzeń całego życia.
A z drugiej strony, czy rzeczywiście pozostało niewiele? Realizacja idei, podejmowanie działań, literacka spuścizna, zachowanie godności, ocalenie pamięci osób - to bardzo dużo.  
Los Korczaka i całego pokolenia jemu współczesnych zdeterminowała historia. Korczak oczywiście nie działał w próżni, gdyby nie sztab równie oddanych sprawie osób nie byłoby historii Starego Doktora i o tym również pisze autorka w próbie biografii.

Moja ocena książki 5,5/6

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Apollo i Dafne Berniniego oraz 1 % podatku dla Beli


Kiedy czarne chmury zebrały się nad planami moich odwiedzin Rzymu w tym roku natychmiast zatęskniłam za tysiącem miejsc. Jednym z takich miejsc jest Galeria Borghese. Kocham to miejsce i choć jest tam wiele wspaniałych dzieł to dla mnie najważniejsze jest to, że znajdują się tutaj niemal wszystkie najwspanialsze rzeźby Berniniego. Pisałam już kiedyś o Porwaniu Prozerpiny oraz o Prawdzie. Dziś pora na Apollo i Dafne. Mitologia to obok postaci biblijnych ulubiona tematyka dzieł Gian Lorenzo Berniniego.

Apollo najpiękniejszy i najprzystojniejszy z greckich bogów nie miał szczęścia w miłości, a to za sprawką Erosa, z którym współzawodniczył o palmę pierwszeństwa w zawodach łuczniczych. Kiedy zakochał się w Dafne, córce boga Penejosa została ona ugodzona przez Efosa strzałą nienawiści. Kiedy zdesperowany Apollo pragnął posiąść boginię ta zaczęła uciekać. W ostatniej chwili matka bogini Gaja dla ulżenia doli córki zamieniła ją w krzak wawrzynu (drzewo laurowe), z którego Apollo zerwał sobie parę gałązek i uczynił wieniec laurowy. Bernini utrwalił moment przemiany Dafne w drzewo. Jest to ulotny, ale niezwykle  ekspresyjny moment zatrzymany w czasie.  Na twarzy Dafne maluje się przerażenie; już czuje na swym ciele dłoń niedoszłego kochanka, już palce dłoni zamieniają się w listki, a z palców stóp wyrastają korzenie, oczy skierowała ku niebu, a usta szeroko otwarte wyrażają bezgłośną skargę. Byłam boginią – będę drzewem. O bogowie, za co karzecie mnie tak srogo. W przeciwieństwie do Dafne Apollo jest spokojny, a nawet zadowolony; oto dosięga celu, już jego dłoń pieści aksamit skóry bogini, już trzyma ją w ramionach, zapowiedź radosnego spełnienia jest tak blisko. Apollo nie widzi rozpoczynającej się przemiany, aż dziw bierze, że nie czuje pod opuszkami palców pokrywającej ciało dziewczyny kory drzewa. Chciałoby się zobaczyć jego minę za chwilę, kiedy zorientuje się, że został wystrychnięty na dudka i zamiast kochanki trzyma w objęciach pokryte liśćmi gałązki. W zależności od tego z której strony rzeźby się ustawimy widzimy albo zadowolonego Boga albo przerażoną boginię. Jedna rzeźba, wiele znaczeń, wszystko zależy od punktu widzenia zdaje się mówić Bernini. Apollo i Dafne stanowi obraz relacji pomiędzy dwojgiem ludzi; ślepe podążanie za obiektem miłości może prowadzić do tragicznego rezultatu, a z drugiej strony rzeźba ma uzmysłowić, iż cel, do którego dążymy zmienia się z chwilą jego osiągnięcia (jest już czym innym). Czyli może lepiej gonić króliczka, niż złapać go.
Tym, czym dla renesansu był Michał Anioł, tym dla baroku był Gianlorenzo Bernini. Ilekroć jestem w Borghese nie mogę się napatrzeć na jego rzeźby. Oczywiście oglądam je w różnych miejscach, ale tutaj jest największe ich nagromadzenie. Poza ciekawym pomysłem dającym możliwość różnorakiej interpretacji dochodzi kunsztowne, dopracowane do perfekcji wykonanie zachowaniem dbałości o najdrobniejsze detale. Zachwycają misternie ułożone pukle włosów, mimika twarzy bogini, drobne listki wieńczące jej dłonie, palce stóp wypuszczające korzenie, pokrywająca ciało kora drzewa. Bernini jest mistrzem, który łączy w swych dziełach pełnię ekspresji z doskonałą harmonią. Rzeźba ustawiona jest pośrodku niewielkiej salki, można ją obejrzeć dokładnie z każdej strony i zapewniam was, że nie byłam jedyną osobą, która stała zmagnetyzowana nie mogąc od niej oderwać wzroku. 

A teraz coś z innej beczki, jeśli nie zdążyliście jeszcze wypełnić PIT-a i nie macie pomysłu na przekazanie swojego 1 % podatku to proponuję przekazać go na konto chorej córeczki naszej blogowej koleżanki. 
 Informacje można uzyskać tutaj.
A to blog jej mamy Magamary 

Lecę wypełnić mojego PIT-a. (brr nie lubię ... nie lubię)