poniedziałek, 24 czerwca 2013

Wiktor Hugo na dobry początek tygodnia i o tym, jak nie mam na nic siły

Jeśli chodzi o nas, oszczędzamy zawsze przeszłość, a niekiedy szanujemy ją pod warunkiem, że godzi się być martwą. Jeśli chce żyć — atakujemy ją i staramy się zabić.
Zabobony, bigoiterie, obłudy, przesądy — to larwy; lecz choć to są larwy, trzymają się życia i mimo że nieuchwytne, mają kły i pazury. Trzeba z nimi walczyć wręcz, trzeba wypowiedzieć im wojnę i prowadzić ją bez przerwy, gdyż taka jest dola ludzkości, że skazana została na wieczny bój z widmami. Cień trudno chwycić za gardło i powalić...
Walczmy, ale nie walczmy na ślepo. Prawda ma tę właściwość, iż jest wolna od przesady. Bo na cóż jej przesada? Są rzeczy, które trzeba zniszczyć i są rzeczy, które trzeba po prostu oświetlić i obejrzeć. Zbadanie życzliwe i poważne — to potęga! Nie wnośmy płomienia tam, gdzie wystarczy światło.*
Ten wyrwany z kontekstu fragment (jak wszystkie dotąd zamieszczane) ma to do siebie, że niesie uniwersalne treści. Ponieważ każdy z nas widzi w cudzej wypowiedzi, to co chce w niej dostrzec, każdy odczyta go po swojemu. Ale czy walcząc o prawdę mamy świadomość, iż używamy często kilofów, tam, gdzie wystarczyłby młotek?

*Nędznicy tom 1 Wydawnictwo Prószyński i Spółka (rozdział Pod jakim warunkiem można szanować przeszłość)

Docierając do mety w corocznym maratonie pod tytułem, kto kogo wykończy (praca nas, czy my ją) nie mam siły na pisanie, na czytanie, na cokolwiek. I pewnie, gdyby nie zapoczątkowany kilka tygodni temu cykl - Hugo na dobry początek tygodnia nie byłoby i tego wpisu. 
Jeśli doda się do tego fakt, iż moje wakacje zaczynają się w październiku wszystko staje się jasne. 
Dzisiaj mówię sobie, aby do końca tygodnia... naiwnie wierząc, że potem będzie normalnie. 
Rok temu było tak i właściwie niewiele się zmieniło. Zamieściłam wówczas obrazek zmęczonego człowieka, dzisiaj jest to smutny psiak, co będzie za rok... rozdeptana mrówka?

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Zło, które przywdziewa maskę dobrego, czyli na dobry początek tygodnia Hugo

Za sobą i wokół siebie aż do niezmierzonych głębin widzi władzę, rozum, słuszność sądzonej sprawy, praworządność i pomstę publiczną, wszystkie gwiazdy; to on stoi na straży ładu, dobywa z prawa piorun, mści się za społeczeństwo, jest podporą absolutu...
Prawość, szczerość, prostota, siła przekonań, poczucie obowiązku, skierowane niewłaściwie, mogą stać się wstrętne, lecz nawet wstrętne nie przestają być wielkie; ich majestat właściwy ludzkiemu sumieniu trwa wśród potworności. Są cnoty, które mają jedną przywarę; omylność. Bezlitosna, uczciwa radość fanatyka wśród najsroższego okrucieństwa zachowuje jakiś blask ponury i godny szacunku. 
[...] nie domyśla się, że w swym olbrzymim szczęściu zasługuje na współczucie, jak każdy ciemny człowiek, który tryumfuje. Trudno o coś bardziej przejmującego i strasznego niż ta twarz, która wyraża to, co można by nazwać - całym złem dobra. 
 
Nędznicy, tom. I str. 332 Na potrzeby wpisu pominęłam nazwisko bohatera oraz zastosowałam czas teraźniejszy. 
Jakże często padamy ofiarą tej pozornej szlachetności, obłudy, pięknych słówek, demagogii argumentów stosowanej przez osoby, które nie dość, że przekonane o własnej nieomylności, potrafią przekonać jeszcze o tym wszystkich wokół. 
O ileż łatwiej byłoby bronić się przed złem, gdyby nie miało ono tak pociągającego oblicza. 


środa, 12 czerwca 2013

Hurtownia książek: biografia Wiktorii, Zaginiony symbol i Tajemnica królewstwa


Jej wysokość królowa Wiktoria Carolly Erickson, czyli co pozostało z lektury 
Mam zgryz. Lubię książki historyczne, lubię też biografie. Za tę zabrałam się po ostatniej wpadce z epoką wiktoriańską, kiedy to powieści Jane Austin umiejscowiłam w epoce królowej Wiktorii. Książkę przeczytałam miesiąc temu, a w głowie pustka. Autorka rzetelnie przygotowała się do pisania; sięgając do źródeł. Spora część cytatów dotyczy korespondencji samej Wiktorii oraz osób z jej otoczenia. To czyni książkę bardziej interesującą i żywą. Jednakże napisana jest ona w sposób (moim zdaniem) mało pasjonujący. Sama Wiktoria jawi się, jako osoba zapatrzona w siebie, chimeryczna o zmiennych nastrojach, z jednej strony brzydząca się kłamstwem, a z drugiej strony nieszczera wobec siebie samej. Czytając fragmenty listów odnoszę wrażenie, jakby pisząc je kierowała się autocenzurą; brzmią bowiem sztucznie i nienaturalnie. Niezbyt sympatyczny okres dzieciństwa Wiktoria wspomina i rozpamiętuje niemal przez całe życie, dopiero, kiedy sama zostaje matką nawiązuje nieco serdeczniejsze stosunki z babką swoich dzieci. Jednak w konfrontacji ze swoimi poprzednikami Wiktoria jawi się, jako dobra i mądra władczyni.

Plusy: Fragmenty listów, fotografie, wzbogacenie wiedzy na temat epoki.

Minusy: mało pasjonujący styl, w jakim napisana została książka.

Moja ocena 4-/6*

Zaginiony symbol, czyli panie Brown czuję się rozczarowana

Ci, którzy tu zaglądają znają moją słabość do Dana Browna (o której pisałam tu i tu), aczkolwiek nie ślepe zapatrzenie w autora (o czym pisałam tu) wiedzą, iż chętnie i bez wstydu przyznaję się do znajomości z książkami pisarza. Na Zaginiony symbol czekałam z niecierpliwością, a nawet zamówiłam go w przedsprzedaży. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że byłam świeżo po rzymskich wakacjach, których częścią była wycieczka śladami Berniniego i jego aniołów. Nie oczekiwałam literatury wybitnej, ale miłego spędzenia czasu i może kolejnych impulsów w kierunku sztuki. Po pierwszym czytaniu książka, choć bez ekstazy, ale spodobała mi się. Co prawda ilość absurdów i naciąganych teorii przekracza dopuszczalne normy, ale powodowało to raczej zadziwienie nad „kreatywnością” autora niż irytację. Niedawno sięgnęłam po raz drugi i to był błąd, bowiem ledwie dobrnęłam do końca. Książka zaczęła mnie nudzić, a nawet irytować; powtarzalnością stosowanego schematu oraz absurdalnością pewnych rozwiązań a także nadmiarem filozoficznych pseudo-mądrości. To, co było ciekawe (dla mnie) w dwóch wcześniejszych lekturach tutaj nie przemawiało, a to co miało być wartością dodaną (pierwiastki związane ze światem sztuki) okazało się nie dość inspirujące do dalszych poszukiwań. Reasumując nie ciągnie mnie do czytania nowej książki autora. Obawiając się, iż moja sympatia przerodzić mogłaby się w znużenie wolę pozostawić sobie miłe wspomnienia Aniołów i Kodu. I jeśli cokolwiek byłoby w stanie nakłonić mnie do dalszej lektury byłby to fakt założenia konta przez anonimowego blogera jedynie po to, aby odwieść mnie od przeczytania Inferno.

Moja ocena- po pierwszym czytaniu przyznałabym 4+/6, dzisiaj jedynie 3/6, a co byłoby dalej wolę nie sprawdzać.

Mika Waltari, Tajemnica Królestwa (audiobook), czyli, o tym, jak za dużo może znudzić
Jak daleko pamięcią sięgam to Mika Watari jawi mi się jako guru, któremu rodzina winna składać pokorne podziękowania, bowiem jego książka Egipcjanin Sinuhe była pierwszą książką, którą moja siostra, będąc dzieckiem (osoba, która nie przeczytała wcześniej żadnej książki w całości) przeczytała od deski do deski.

Lektura ta miała dalej idące konsekwencje w postaci wzięcia udziału w wykopkach archeologicznych. Od tej pory nazwisko autora budziło moją ciekawość, choć jak dotąd nie udało mi się przeczytać ani jednej jego pozycji.

Tajemnica królestwa opisuje poszukiwanie DROGI przez pierwszych chrześcijan. Narratorem jest rzymski patrycjusz Marek Mezencjusz, który poszukuje sensu życia studiując zawarte w świętych księgach przepowiednie i proroctwa o mającym się pojawić Proroku i Zbawcy ludzkości. Znudzony monotonią życia oraz kapryśną kochanką wyrusza w podróż do Aleksandrii, skąd wiedziony pojawiającymi się pogłoskami o nowej sekcie religijnej udaje się do Jerozolimy, do której przybywa, aby zostać świadkiem ukrzyżowania Chrystusa. Od tej chwili Marek rozpoczyna swe poszukiwania dążąc śladami Jezusa i jego uczniów.

Plusy; ukazanie środowiska współczesnych Jezusowi w całej gamie ich słabości i ułomności; ludzi zagubionych, przestraszonych, nieufnych, zadufanych w sobie, wywyższających się, ludzi, co do których odnosi się wrażenie, iż słuchając pięknych nauk Jezusa nic (albo też niewiele) z nich nie zrozumieli. Na tym tle poszukujący drogi odtrąceni przez uczniów Jezusa cudzoziemcy, kobiety, grzesznicy sprawiają wrażenie mądrzejszych, dojrzalszych, wrażliwszych. Charakterystyka pierwszych chrześcijan jest bardziej uniwersalną charakterystyką tych kręgów społecznych, które uzurpują sobie prawo do boskiej nieomylności.

Minusy: zbytnia ilość ewangelicznych czytań, przypowieści, nauk Chrystusa. Czytając czułam się, jakbym uczestniczyła w nigdy niekończącej się mszy świętej. Nawet najpiękniejsza przypowieść staje się nużąca, jeśli towarzyszy je kilkadziesiąt innych. A kiedy jeszcze czytelnik zna je wszystkie na pamięć to znużenie jest tym większe. Gdyby autor podarował sobie nadmiar ewangelicznych cytatów, a skupił się na przeżyciach, rozterkach bohaterów książka zyskałaby na wartości.

Moja ocena 3/6 (o książce pisała też ostatnio tu - książkozaur)
* Po raz kolejny wyjaśniam, iż moja ocena jest oceną stanu podobania się, a nie oceną wartości książki, co uzasadniam tutaj.

wtorek, 11 czerwca 2013

Kac czytelniczy - miewacie?




Moja znajoma zamieściła ostatnio na f-b obrazek (ściągnięty z internetu).

Bardzo mi się on spodobał, bowiem odpowiada rozterkom, jakie dopadły mnie ostatnio. Jeszcze nie tak dawno temu potrafiłam czytać kilka książek naraz, teraz z ledwością skupiam się na czytaniu jednej i słuchaniu drugiej (oczywiście nie równocześnie, choć równolegle). Coraz więcej czasu potrzebuję jednak na przejście od jednej do drugiej lektury; zamknięcie ostatniej strony powieści przy równoczesnym otwarciu pierwszej strony kolejnej wydaje się, jeśli nie świętokradztwem, to nielojalnością wobec bohaterów tej pierwszej. Nie zdążę jeszcze wyjść z jednego świata, a już zaczynam się panoszyć w innym.

Czy też miewacie kaca? A może bez przeszkód czytacie kilka książek jednocześnie. Może kac przychodzi z wiekiem? Wszak w młodości człowiek ma silniejszą głowę. A może jest na to jakieś lekarstwo? Dopuszczam też możliwość przedawkowania. Ale jaka jest dopuszczalna dawka (w zależności od wieku pacjenta). Ja kaca nabawiłam się poznawszy cztery książki w ciągu  czterech dni (co prawda nie były to szczególnie obszerne księgi, ale przecież cztery odrębne światy). Teraz jestem na odwyku.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Wiktor Hugo na dobry początek tygodnia- o ludzkiej naturze, sprawiedliwości i sumieniu


"Zawistnicy zwykli bowiem rozgrzeszać się włączając powszechne, społeczne zło w swoje osobiste urazy. Nienawiść, ta dzika namiętność, pożerała nieustannie tę okrutną duszę przybierając coraz to inny kształt. W rogach starych piętnastowiecznych map widnieje przestrzeń nie mająca ani ustalonego kształtu, ani nazwy, na której wypisano trzy słowa: Hic sunt leones. Taki niezbadany zakątek znajduje się również i w człowieku. Namiętności krążą tam i pomrukują groźnie, i można by powiedzieć o tych ciemnych zakamarkach ludzkiej duszy: tutaj żyją lwy.
Czy jednakże podobne spiętrzenie drapieżnych rozumowań było całkowicie niedorzeczne?
Czy sądy te były zupełnie pozbawione słuszności? Nie, przyznać to trzeba!  Przerażenie budzi myśl, że sądy, do których jesteśmy zdolni, to nie to samo co sprawiedliwość. Sąd jest względny. Sprawiedliwość - absolutna. Zastanówcie się sami, na czym polega różnica pomiędzy sędzią a sprawiedliwym.
Ludzie źli bezwzględnie i świadomie znęcają się nad sumieniem, dławią je. Istnieje swoista gimnastyka fałszu. Sofista - to fałszerz, co gwałci zdrowy rozsądek w razie potrzeby. Pewien gatunek logiki, zwinnej, zręcznej, a bezlitosnej, pracuje na rzecz zła i celuje w dławieniu wśród ciemności prawdy".
Cytat pochodzi z książki Człowiek śmiechu.

Na piątym roku studiów prawniczych doszłam do wniosku, że prawo niewiele ma wspólnego ze sprawiedliwością, w trzydziestym roku życia przekonałam się, że polityka to jedno z największych oszustw świata, po dwudziestu pięciu latach pracy dopadła mnie  "zręczna i bezlitosna logika fałszu", zgodnie z którą powinnam użalić się nad tymi, którzy podeptali jedyną niematerialną wartość, jaką dawała praca (czyli satysfakcję z dobrze wykonanej roboty). No cóż, człowiek uczy się całe życie, a co gorsza dociera do kresu niewiele mądrzejszy niż podczas startu. Mój lew też się odezwał. 

niedziela, 9 czerwca 2013

Papież Leon X z kardynałami Giulliem de`Medici i Luigim de`Rossi" Rafaela Sanzio

Giovanni di Lorenzo de` Medici (czyli Jan z Medyceuszy) rówieśnik Michała Anioła był drugim synem Wawrzyńca Wspaniałego. Nie miał więc wyboru, przeznaczeniem drugiego z synów możnego rodu było robienie kariery w hierarchii kościelnej. Mając lat trzynaście otrzymał, mimo braku święceń kapłańskich godność kardynalską. Jak widać, ani młody wiek, ani też brak przynależności do stanu duchownego nie przeszkadzały w otrzymaniu czerwonego kapelusza z chwostami. Giovanni zdobył solidne wykształcenie humanistyczne, za sprawą swojego nauczyciela Angelo Poliziano przejawiał zamiłowanie pogańskimi klasykami i nie przykładał wagi do spraw religii, mówiło się nawet o jego agnostycyzmie.

Wydaje się to paradoksem, iż taki człowiek zostaje głową kościoła, przywódcą świata katolickiego, następcą Świętego Piotra na ziemi. Człowiek, który na wieść o wyborze na papieża mówi do swego kuzyna (przyszłego Klemensa VII); „Bóg dał nam papiestwo- cieszmy się nim”, a do sekretarza stanu Piero Bembo: „Jakże dochodowa okazała się dla nas ta bajka o Chrystusie”.
I przybrawszy imię sugerujące lwią odwagę, cieszył się papież Leon X możliwościami, jakie dawała władza. Mianował arcybiskupem Florencji swojego kuzyna Giulia, a członkom rodu zapewnił lukratywne stanowiska, prowadził życie wystawne, a nawet rozrzutne. Uwielbiał zabawy, dobre jedzenie, polowania. Był prawdziwym epikurejczykiem korzystającym z życia.
Mówi się, że roztrwonił cały budżet państwa kościelnego, stąd narodził się pomysł sprzedaży nie tylko wysokich stanowisk kościelnych, ale także odpustów.
Leon X nie różnił się jednak ani od swoich poprzedników ani od następców. Był dzieckiem swoich czasów. Nie miał więc wyjścia, był taki, jak niemal wszyscy przedstawiciele jego epoki. A do tego był Medyceuszem, a co za tym idzie hojnym mecenasem sztuki. Zbierał manuskrypty, dbał o antyczne ruiny, kontynuował rozpoczętą przez Juliusza II przebudowę Bazyliki Świętego Piotra (poza zamiłowaniem do wystawnego życia to właśnie przebudowa Bazyliki pochłonęła sporą część skarbca kościelnego państwa). Jego ulubionym artystą był Rafael, z którym łączyła go radość życia i umiłowanie  zabawy. Nie przepadał natomiast ani za Michałem Aniołem (choć zlecił mu wykonanie kaplicy nagrobnej Medyceuszy), ani za Leonardo da Vinci.
Raffael 040.jpg
Rafael namalował  sporo portretów, uwiecznił na nich wielu duchownych; w tym tych dwoje najważniejszych przedstawicieli hierarchii kościelnej: Juliusza II oraz Leona X. Na zamieszczonym obok obrazie "Papież Leon X z kardynałami Giulliem de`Medici i Luigim de`Rossi" Rafael przedstawił Papieża w sposób, który pozwolił mu zatuszować jego wady, a jednocześnie zasugerować ich istnienie. Jest na tym portrecie, jak twierdzą znawcy Leon X i podobny do siebie i niepodobny. Giovanni miał sporą nadwagę, dużą nieproporcjonalną głowę, chude nóżki, wyłupiaste oczy, słowem urodą nie grzeszył. Do tego był chorowity, cierpiał na wrzody żołądka, bolesną przetokę jelita grubego oraz krótkowzroczność, co musiało się odbijać na jego obliczu.
Na portrecie Rafaela papież przedstawiony został bardziej, jako wykształcony humanista, który studiuje księgi, niż jako ojciec Kościoła. Leon X wygląda bardzo dostojnie. Ubrany w bogato zdobioną haftowaną, białą adamaszkową suknię, aksamitne karmazynowe podbite gronostajem: mozzettę (narzutkę) oraz camauro (nakrycie głowy) wyróżnia się na tle ścian ciemnych pomieszczenia. Zamieszczeni na obrazie kardynałowie (kuzyn Giulio z lewej strony i patrzący w kierunku widza Rossi) zostali domalowani później, prawdopodobnie przez ucznia Rafaela Giulia Romana. Rafael wykazuje tutaj dużą dbałość o szczegóły; monokl w ręku papieża, srebrno-złoty dzwoneczek, bogato ozdobiona księga (prawdopodobnie biblia), fotel, w którego gałce odbija się światło okna i wnętrze pokoju.
Leon X na obrazie Rafaela jest mimo całego dostojeństwa sztywny, jego postawa jest jakby wymuszona, a twarz wyraża mieszaninę łagodności i okrucieństwa. I w tym właśnie przejawia się mistrzostwo Rafaela, że wydobył tę złożoną osobowość; humanisty, hedonisty a zarazem człowieka swojego wieku, któremu nic co ludzie nie było obce, łącznie z niedotrzymywanie umów i pozbywaniem się politycznych przeciwników.
Ciekawe, o czym wówczas myślał jeden z najważniejszych ludzi XVI wieku. O czym myślał, kiedy musiał siedzieć nieruchomo pozując malarzowi; cierpiąc potworne męki z powodu odzywających się wrzodów, bolącej przetoki, dokuczającej nadwagi, niestrawności. Czy myślał, że dzięki tej chwili  tworzy się jego wizerunek, który będzie istniał długie wieki, kiedy jego już nie będzie. Czy myślał, że lepiej było być pierwszym synem, któremu zamiast służby Bogu przypadłaby ojcowska scheda. A może myślał, że należy cieszyć się życiem i „łapać dzień”, wykorzystywać to, co dał mu Bóg, w którego być może nie wierzył.
Obraz wisi w Muzeum Uffizi we Florencji.
Wpis opublikowałam po raz pierwszy na blogu Z dziennika grafomanki w średnim wieku, a jest on wynikiem mojej słabości zarówno do Medyceuszy, jak Rafaela.

piątek, 7 czerwca 2013

Rok 1984 George Orwell


Rok 1984 - George Orwell
Po przeczytaniu "Folwarku zwierzęcego", który zapadł mi głęboko w pamięć sięgnęłam po "Rok 1984". Do tej pory byłam przekonana, że czytałam książkę jeszcze wówczas, kiedy znajdowała się ona na indeksie książek zakazanych. Teraz wydaje mi się, że musiałam wówczas (w latach osiemdziesiątych) czytać jakieś jej fragmenty, ponieważ to, co znajduje się w mej pamięci ma się nijak do niedawnej lektury.

Książka zrobiła na mnie piorunujące wrażenie.
Określana jako antyutopia o podtekstach politycznych. Zainspirowana kontaktem autora z praktyczną stroną ideologii komunistycznej.
Rok 1984 przedstawia czasy absolutnego totalitaryzmu, totalitaryzmu, dla którego "nazizm jest niemal sielankowym wspomnieniem".

Akcja dzieje się w fikcyjnym mocarstwie Oceanii, w której rządzi nieliczna grupa ludzi, zwana Partią Wewnętrzną przy pomocy podrzędnych urzędników (Partii Zewnętrznej) wykorzystując pozbawionych jakichkolwiek praw proli. Na czele Partii stoi mityczny Wielki Brat (raczej wytwór wyobraźni, niż rzeczywista postać). Obywatele podlegają permanentnej inwigilacji przez 24 godziny na dobę; w pracy, w domu i poza nim. Mieszkania i miejsca pracy wyposażone są w ekrany, które nie tylko non-stop nadają propagandowe treści, ale i „obserwują” ludzi. Obserwacja trwa zarówno w dzień, jak i w nocy, obserwacja dotyczy nie tylko zachowań, ale też gestów, mimiki twarzy a nawet myśli, które specjaliści potrafią odczytywać z najdrobniejszych, pozornie nic nie znaczących ruchów, min. Obywatel, aby uniknąć ewaporacji (unicestwienia zarówno fizycznego, jak i duchowego) musi non stop kontrolować swoje myśli, a na twarz przybierać maskę obojętności, musi nauczyć się także umiejętności błyskawicznej zmiany poglądów i nie wyrażania absolutnie żadnego zdziwienia postępowaniem partii. Bowiem, jeśli Partia (Wielki Brat) twierdzą, że dwa plus dwa jest pięć to znaczy, że jest pięć.
W Oceanii przeszłość istnieje tylko w dokumentach, a raczej iluzja przeszłości. Jest ona bowiem poddawana ciągłej zmianie, poprzez zmianę treści gazet i informacji. W końcu nie sposób dotrzeć do tego, co jest, co było prawdą, a co jej zaprzeczeniem. Każdy dokument natychmiast po otrzymaniu ulega zniszczeniu w tzw. ”luce pamięci”. A kształtowana przez nieustanną propagandę pamięć staje się z czasem niepamięcią, albo używając nowomowy „bezpamięcią”. "Kto rządzi przeszłością w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w jego rękach jest przeszłość" mówi jeden ze sloganów Partii.
W świecie strachu nie ma miejsca na ludzkie uczucia, dzieci obserwują rodziców, małżonkowie małżonków, sąsiedzi sąsiadów, każdy na każdego składa donosy.
Najtragiczniejszym nie jest to, że adwersarzy, politycznych oponentów się niszczy (unicestwia), ale to, że wymazuje się ich z pamięci ludzkiej.
Książka nie jest odwzorowaniem rzeczywistości, jest jej karykaturą. Ale nie jest też czystą fikcją. Jest projekcją tendencji, jakie Orwell zaobserwował w otaczającej go komunistycznej rzeczywistości. Jest tam więc opis; szarej i brudnej, nijakiej jakości życia w „komunie”, propagandowych metod, jakimi posługiwały się władze nie zważając na inteligencję swoich słuchaczy, przywilejów partyjnej „wierchuszki”, wyszukanych tortur stosowanych wobec politycznych przeciwników, a także metod prowokacji tajnych służb. Przedstawiony przez Orwella obraz świata jest przerażający. Lektura momentami powoduje odrazę (ach te wyszukane tortury), momentami powoduje wściekłość na bezczynność ludzi, na ich bezwolność, na paraliżujący ich strach. Momentami zaskakuje. I na pewno zmusza do refleksji i zastanowienia.
Czy dzisiaj, kiedy żyjemy w rzeczywistości, która „w przeważającej mierze jawi się nam jako demokratyczna” ostrzeżenie Orwella traci na aktualności? Czy dzisiaj możemy zaprzeczyć tezie, że jedynym celem władzy jest utrzymanie władzy (i to władzy wszelakiej, nie tylko politycznej)? Czy problem dotyczy jedynie dziedziny polityki?
 
Moja ocena 6/6

Mnie powieści Orwella nieodmiennie kojarzą się ze znacznie  mniejszym środowiskiem, które jest doskonałym poletkiem doświadczalnym, gdzie władza testuje, jak daleko może się posunąć w swojej niegodziwości i braku poszanowania dla człowieka, a w słowniku pojęć na dziś przymiotnik bardzo dobry staje się równoznaczny z przymiotnikiem przeciętny
Opinię książki po raz pierwszy zamieściłam na blogu Z dziennika grafomanki w średnim wieku.

czwartek, 6 czerwca 2013

Nieoswojone ptaki Maria Rodziewiczówna (audiobook)



Pierwsze spotkanie z prozą pisarki, którą kojarzyłam dotąd z pisarkami pokroju Mniszkówny okazało się … nijakie. Książki wysłuchałam kilka dni temu a dziś, kiedy zasiadłam do pisania, musiałam mocno wysilić pamięć, aby przypomnieć sobie zarys fabuły, o klimacie nawet nie wspominając.
Ona panna Antonina - wychowana przez inteligentnego, bogatego, acz nieco ekscentrycznego wuja zakochuje się bez pamięci i na zabój w klepiącym biedę, obiecującym malarzu Janie Stankerze, który (prawdopodobnie, bowiem motywy jego działań pozostaną do końca niewyjaśnione) licząc na posag poślubia pannę wbrew życzeniom opiekuna.  Uczucie wygasa dość szybko, okazuje się, że on ten wymarzony i wyśniony nie jest ani wymarzonym, ani nawet całkiem zwyczajnym, nudnym małżonkiem, lecz draniem skończonym, co to na dom nie łoży, żonę znieważa, dziecko głodem morzy, a do tego baby do domu sprowadza.
Antonina, unosząc się honorem, wbrew namowom przyjaciół nie zgadza się zwrócić o pomoc do wuja, bowiem małżeństwo traktuje, jak karę za nierozważną decyzję (poryw młodości/ uczucia). I tak wciąż ucieka przed mężem tyranem, a nie mając dokumentów (paszportu) zdana jest na życie tułacze. Antonina, gdziekolwiek się nie pojawi, tam staje się opoką, na której wspierają się inni (zostaje najdroższą przyjaciółką dwóch wdów, niezbędną sekretarką pewnej samotnej milionerki, przywraca wiarę w sens życia pewnemu nieszczęśliwcowi, ratuje nieszczęsne kobiety przed nędzą i poniewierką). Słowem wszędzie, gdzie się pojawia okazuje się „żoną opatrzności”. I tylko sobie nie umie pomóc.
Postacie są papierowe, niewiarygodne psychologicznie, a historia nieprzekonująca. Niemal wszyscy bohaterowie są ludźmi pozbawionymi wad. Jeden tylko Jan jest zły.  Pisarka nie wyjaśnia przyczyn, dla których Jan męczy i dręczy swą żonę. Wydaje się, że ma on stanowić przeciwwagę dla kryształowo dobrej Antoniny, aby czytelnik nie miał absolutnie żadnych wątpliwości, że zaszła tu krzywda ogromna. A pozbawiona jakichkolwiek praw kobieta w sytuacji, kiedy mąż (będący Panem i władcą) okaże się draniem jest niewolnikiem w jego domu, bowiem nikt nie jest jej w stanie pomóc, bowiem żona ma być posłuszna mężowi i ani władza duchowna, ani świecka nic tu nie pomogą. Tyle, że na ten temat napisano całe mnóstwo innych, o wiele lepszych książek.
Banalne, ckliwe i nierealne. Owszem czytało (słuchało) się gładko i nawet z zainteresowaniem, ale uleciało z głowy zbyt szybko. Jakoś zupełnie mnie to historyjka nie przekonała.  
Moja ocena 3-/6

wtorek, 4 czerwca 2013

Lourdes Zmil Zola


Emil Zola, "Lourdes", tłum. Eligia Bąkowska, PIW, 1962. 

Pierwsza część trylogii o trzech miastach jest początkiem drogi księdza Piotra Fromet poszukującego drogi do odnalezienia wiary. A gdzie jej szukać najlepiej, jak nie w miejscu objawienia Matki Boskiej, w miejscu uświęconym wiarą tysięcy pielgrzymów oraz cudownymi ozdrowieniami. Zola przed napisaniem powieści odbył pielgrzymkę do Lourdes pragnąc zrozumieć mechanizm rządzący religijnym fanatyzmem „wiernych”. Biorę to słowo w cudzysłów, bowiem bohaterowie powieści, poza nielicznymi wyjątkami, jak Maria czy proboszcz Peyramale, są raczej fanatycznym zbiorowiskiem ludzi, którzy przybyli dobić targu z Maryją (ja coś Tobie, Ty coś mnie).

Oczami księdza Piotra (kapłana bez wiary) obserwujemy uczestników pielgrzymki i ich opiekunów i poznajemy ich ukryte pragnienia. Biały pociąg wiezie tych, którym medycyna odmówiła szansy na uzdrowienie. Zapełniają go chorzy na raka, gruźlicy, suchotnicy, paralitycy, chorzy na choroby skórne a także cierpiący na schorzenia o podłożu neurologiczno-psychologicznym. Piotr towarzyszy przyjaciółce z dzieciństwa sparaliżowanej Marii Guersaint, która jedzie w intencji uzdrowienia obojga, zdając sobie sprawę z wielkiej tajemnicy księdza, jaką jest jego brak wiary. Sceptycznie nastawiony ksiądz Piotr nie chcąc martwić swojej przyjaciółki nie dzieli się z nią obawami o bezcelowości podróży i przekonaniami, iż cudów nie ma. Jednakże, zasięgnąwszy opinii kilku lekarzy zdaje sobie sprawę z tego, że silny bodziec psychiczny może dziewczynę uleczyć. Pragnie tego głęboko nie tylko ze względu na Marię, ale także upatrując w tym szansę na „uleczenie” własnej zbolałej duszy targanej pomiędzy chęcią uwierzenia, a niemożnością uwierzenia. Z jednej strony nie wierzy, ale z drugiej chce uwierzyć, z jednej strony zakłada, że jeśli się zdarzy to, czego pragnie dla Marii, będzie to miało naukowe uzasadnienie, a z drugiej liczy na to, że może coś drgnie w jego sceptycznym i racjonalnym podejściu do kwestii wiary. Czy cud się zdarzy, a jeśli tak, to, co będzie jego podłożem, głęboka wiara, wstrząs psychiczny czy też przypadek?

Przy okazji pielgrzymki obserwujemy zjawisko religijnego fanatyzmu, zakłamania pątników oraz możliwości, jakie daje miejsce święte przedsiębiorczym ojcom kościoła oraz mieszkańcom miasteczka. Autor opisuje, jak pozbyto się z Lourdes Bernadetty, której ukazała się Matka Boska i proboszcza-pierwszego opiekuna Lourdes. Opisuje walki, jakie rozgrywały się pomiędzy mieszkańcami, a kościołem o podział „łupów”.

… nowe Lourdes: woźnice, sprzedawcy świec, kobiety oferujące pokoje do wynajęcia, zaczepiające klientów przed dworcem, moc umeblowanych domów z dyskretnymi pokojami, tłum korzystających z zupełnej swobody księży, targane namiętnością panie pielęgniarki i zwyczajni przechodnie pragnący zaspokoić swoje apetyty. Widział też żądzę zarobku rozpętaną przez deszcz milionów, całe miasto w pogoni za zyskiem, sklepy, które zmieniały ulice w bazary i zjadały się wzajemnie, hotele, które obdzierały pielgrzymów, nie wyłączając Błękitnych Sióstr, utrzymujących restaurację, i ojców z Groty, zbijających fortunę na Bogu. Jakże smutna i straszna jest wizja niewinnej Bernadety, która roznamiętnia tłumy, każe im gonić za mirażem szczęścia, kieruje ku nim rzekę złota i doprowadza wszystko do zgnilizny! Wystarczyło, aby wionęło tędy przesądem, aby ludzie się zbiegli, aby przypłynął pieniądz, a ten uczciwy zakątek ziemi zdemoralizował się...

Jest w założeniu Zoli troszkę niekonsekwencji. Bo z jednej strony przekonuje on, iż cudów nie ma, a każde uzdrowienie da się racjonalnie uzasadnić, z drugiej strony opisuje niewytłumaczalne przypadki uzdrowień, a jego bohater "modli" się o cud uzdrowienia, tak jakby rozum mówił mu co innego, a serce co innego. 
Krytycy przypisują Zoli jednostronne spojrzenie na zjawisko, jakim jest Lourdes, stawianie po jednej stronie naiwnej wiary, zabobonu litości, nieszczęścia, złudzenia symbolizowanego przez Marię Guersaint, po drugiej rozumu, nauki i umiłowania prawdy, których rzecznikiem jest ks. Piotr. Nie mogę zgodzić się z taką oceną powieści. Bowiem poza słowami potępienia dla ludzkiej zachłanności, głupoty i fanatyzmu Zola przedstawia także piękno i radość przeżyć, jakie daje ludziom wiara i nadzieja, potęgę wiary (chociażby w możliwość wyzdrowienia) a także, choć, nie na pierwszym planie, ale w tle, cichą rzeszę ludzi bezinteresownie pomagających potrzebującym; pielęgniarzy i wolontariuszy. A to, że jest ich zdecydowanie mniej niż tych, którzy zwietrzyli tu szansę na bogactwo i rozgłos odzwierciedla jedynie smutną prawdę o ludzkich ułomnościach. 

Oczywiście można się nie zgadzać z Zolą w kwestii jego światopoglądu czy wyznawanych wartości, ale nie można mu odmówić, iż opisał zarówno organizację ruchu pielgrzymkowego, jak i materialistyczne nastawienie części kleru w sposób niezwykle celny i realistyczny. Nie dostrzegam w książce ataku na wiarę, ale krytyczne spojrzenie na fanatyzm religijny i ludzką obłudę.

Nic dziwnego, iż taki punkt widzenia spowodował umieszczenie zarówno powieści, jak i autora na indeksie ksiąg zakazanych.

Powieść jest też kolejnym przykładem powieści naturalistycznej, czego najlepszym przykładem jest opis „uzdrawiającej kąpieli” w wodzie, w której pływają kawałki bandaży, płaty skóry, krwi, ropy, fragmenty ludzkich ciał, w której zanurzano dziesiątki chorych z otartymi ranami, wrzodami, chorobami skóry, a także nieboszczyka. Opis wywołuje dreszcz obrzydzenia i niesmak. 

Zola napisał powieść po odbyciu dwóch pielgrzymek do Lourdes oraz przeprowadzeniu szeregu rozmów z księżmi, organizatorami pielgrzymek i z lekarzami, zapoznaniu się z historią Bernadety i proboszcza Peyramale, o czym szczegółowo pisze Halina Suwała w biografii Emil Zola. 

Po książkę sięgnęłam dzięki wpisowi u koczowniczki.

A moja ocena książki jest tożsama z jej oceną 5/6

Nigdy nie byłam w Lourdes, nie umiem opisać, jak dzisiaj wygląda tak ważne dla milionów katolików miejsce kultu. Zapraszam natomiast na blog Łucji-Marii, która pisze o swojej pielgrzymce do Lourdes  tu 
Parę refleksji na temat Lourdes snuje też nutta (klik