środa, 7 sierpnia 2013

Rzym Emil Zola oraz wakacje od bloga


Rzym druga część cyklu Trzy miasta wydany został w 1895 r. Każda z części stanowi odrębną całość, można zatem poprzestać na przeczytaniu jednej części, choć oczywiście najlepiej byłoby przeczytać je wszystkie i to w kolejności, w jakiej zostały napisane (Lourdes, Rzym, Paryż), to bowiem pozwala poznać motywy zachowań głównego bohatera oraz poglądy jej autora w kwestii religii katolickiej i działania całej biurokratycznej machiny hierarchii kościelnej. Główny bohater to ksiądz Piotr Fromet, duchowny bez powołania, człowiek szlachetny i dobry, a jednocześnie człowiek poszukujący sensu życia (drogi duchowej). Jako dziecko wychowywany był przez reprezentujących odmienne światopoglądy rodziców; naukowca i pobożną katoliczkę (a nawet bigotkę). Matka w geście przebłagania Boga za grzechy męża, którego religią była nauka oddała młodzieńca do duchownej posługi. W części pierwszej trylogii - Lourdes Piotr podróżował z pielgrzymką do miejsca objawień Bernadety. Ponieważ poszukiwania zamiast spokoju duszy i ukojenia, przyniosły jedynie rozczarowanie oraz gorycz Piotr szuka celu/sensu czy może odkupienia poprzez miłosierdzie. Mimo kryzysu wiary (a właściwie mimo braku wiary) tkwi w stanie kapłańskim, chyba jedynie ze względu na życzenie i pamięć matki. Dochodzi do wniosku, iż jedyną drogą ratunku dla chrześcijaństwa pogrążonego w kryzysie wartości będzie powrót do korzeni, czyli do nauki Chrystusa. Pisze więc książkę Nowy Rzym, w której przypomina nauki głoszone przez Zbawiciela, a także przez papieża Leona XIII w czasach, kiedy jeszcze był zwykłym duchownym. Przedstawia też propozycję reform kościoła katolickiego. Niewielka i wydawać by się mogło mało znana/ znacząca książeczka wpisana zostaje na indeks ksiąg zakazanych (podobnie, jak książka Zoli, czy dzieła dla przykładu Kopernika, Galileusza, Woltera). Ksiądz Piotr w swej naiwności i prostoduszności udaje się do Rzymu, aby tutaj bronić zawartych w książce idei przed kościelną inkwizycją. Kiedy zawodzą już wszystkie sposoby, a spotkania z kościelnymi dostojnikami nie przynoszą efektów, pozostaje ostatnia deska ratunku - wizyta u Ojca Świętego, który jako człowiek z natury dobry i sprawiedliwy nie może nie zrozumieć pobudek księdza Piotra - tak myśli nasz bohater. Ma on przecież jak najlepsze intencje. Niestety Piotr nie rozumie, iż papież (Leon XIII) jest jedynie urzędnikiem, który bronić będzie istniejącego status quo za wszelką cenę. Papież docenia wartość książki, ale uznaje ją za niebezpieczną dla wiernych. Jakże mógłby się zgodzić na zmianę istniejącego status quo, wszak byłoby to przyznaniem, iż kościół wypaczył nauki głoszone przez Chrystusa; nauki miłosierdzia, ubóstwa, cnotliwego życia. Jak może żądać reform osoba uzależniona od finansowego wsparcia osób, które zadowolone są z istniejącego stanu rzeczy.
To świętokradztwo, bezbożność, bluźnierstwo. Jest tylko jedna religia, nasza święta religia katolicka, apostolska i rzymska. Poza nią są tylko ciemności i potępienie... Rozumiem, że masz na myśli powrót do pierwotnego chrześcijaństwa; ale schizma protestancka, tak karygodna, tak zgubna, też powstała pod tym pretekstem. Gdy tylko oddalamy się od ścisłego przestrzegania dogmatów, od bezwzględnego poszanowania tradycji, wpadamy w straszliwą otchłań... Ach, schizma, schizma, mój synu, to niewybaczalna zbrodnia, morderstwo prawdziwego Boga, bestia nieczystej pokusy, pobudzona przez piekło dla zatraty wiernych. Gdyby w twojej książce były tylko te dwa słowa: „Nowa religia", należałoby ją zniszczyć, spalić, jak śmiertelne niebezpieczeństwo dla dusz.
Utrzymywanie najbiedniejszych wyznawców Chrystusa w przekonaniu, iż istniejący porządek społeczny jest wolą Boga, a sprawiedliwości mogą oczekiwać jedynie po śmierci stanowi wygodną argumentację dla książąt kościoła. Odniosłam wrażenie (być może mylne), iż Papież dostrzegł w Piotrze to, czego nie dostrzegli inni duchowni (bo być może nie widzieli w tym zagrożenia/problemu), a mianowicie brak wiary.
Piotr wyjeżdża z Rzymu pokonany, wraca z przeświadczeniem, iż jedynym rozwiązaniem dla ludzkości jest nowa „świecka religia”.
Powieść jest doskonałym obrazem życia urzędników hierarchii duchownej; urzędników, gdyż trudno nazwać wyznawcami Chrystusa osoby zainteresowane jedynie tym, co dziś nazwalibyśmy „ścieżką rozwoju kariery”. Myślę, że temat nie stracił na aktualności, choć mam nadzieję, że sytuacja przedstawia się choć troszkę lepiej.
Piotr uświadomił sobie, jakim był głupcem marząc o papieżu władającym tylko światem ducha. Rojenia jego wydały mu się tak różne od rzeczywistości, tak niewłaściwe, że ogarnął go wstyd pomieszany z rozpaczą. Papież ewangeliczny, sprawujący rządy jedynie nad ludzkimi duszami — było to pojęcie zupełnie obce dla prałata rzymskiego. Na wspomnienie dworu papieskiego, skostniałego w rytualnych przepisach, zakrzepłego w pysze i żądzy władzy, zdał sobie sprawę, że taka myśl musiała przejmować przerażeniem i budzić fizyczną wprost odrazę. Jakże dziwaczny i godny pogardy był w oczach rzymskiego duchowieństwa ten twór północnej wyobraźni, papież bez ziemi i poddanych, bez zbrojnego orszaku i dworzan, jedynie duch, jedynie autorytet moralny, rządzący światem tylko dobrocią i miłością. To rzymskie duchowieństwo, wielbiące światło i przepych, pobożne, ale także pełne przesądów, zostawiało Boga ukrytego głęboko w tabernakulum, aby sprawować rządy w jego imieniu z największym pożytkiem dla nieba, chytre jak zwykli politycy, uprawiające krętactwa pośród rozpętanych apetytów ludzkich, zdążając cichym krokiem dyplomatów do definitywnego zwycięstwa Chrystusa na ziemi, który w osobie papieża miał zawładnąć pewnego dnia wszystkimi narodami świata. Jakże zdumiałby się prałat francuski, kardynał Bergerot, ten święty biskup pełen wyrzeczenia się i miłosierdzia, gdyby znalazł się w świecie watykańskim. Ileż trudu kosztowałoby go zrozumienie tych stosunków, jakże cierpiałby nie mogąc znaleźć wspólnego języka z tymi ludźmi bez ojczyzny, z tymi kosmopolitami wiecznie schylonymi nad mapą dwóch półkul, pogrążonymi w kombinacjach mających im zapewnić panowanie nad światem!
W „Rzymie” moim zdaniem mniej jest Zoli naturalisty, choć i tu nie zabrakło kilku niezłych opisów życia nędzarzy, to jednak po pierwsze nie dorównują one, ani tym z części pierwszej, ani tym z części trzeciej (nie mówiąc już o Germinalu), po drugie autor skupia się raczej na opisie domostw i pałaców rzymskiej arystokracji, zarówno świeckiej, jak i duchownej. I choć niektóre z tych domostw wymagałyby odnowy, to bardziej przydałaby się odnowa moralna, niż fizyczna. Mamy więc opisy spotkań, bali, uczt, knowań, zawiązywania sojuszy i ubijania interesów, a jednym z wiodących wątków powieści jest kwestia unieważnienia małżeństwa przez papieża. Poznajemy zatem tajniki i sposoby, jakimi „załatwia” się rozwiązanie świętego i nierozerwalnego węzła małżeńskiego. Wydaje mi się, iż w zamyśle autora wątek ten miał służyć zdyskredytowaniu katolicyzmu, jako religii przeciwnej naturze. Jest to jednak w mojej ocenie wątek dość dziwaczny, zwłaszcza jego finał wydaje mi się „niesmaczny” (oddanie się ukochanemu po jego śmierci). W powieści Rzym więcej jest Zoli filozofa, niż Zoli społecznika, co moim zdaniem nie wychodzi książce na dobre. Nie można autorowi odmówić bystrości obserwacji, trafności spostrzeżeń, wnikliwości analiz, nieco gorzej z portretami psychologicznymi bohaterów.
Nie wiem, czy to przesyt tematem, czy też odczytanie utworu, jako troszeczkę nazbyt nachalnego przekonywania czytelnika do poglądów autora spowodowały, iż z całego cyklu Trzy miasta – Rzym czytało mi się najciężej. W Rzymie obraz kościoła katolickiego jest zdecydowanie negatywny, a krytyka poczynań jego urzędników narasta wraz z kolejnymi rozczarowaniami księdza Piotra, wraz z odkrywaniem zakłamania, obłudy i fałszu, jakie reprezentują osoby należące do najwyższej hierarchii kościelnej. Przedstawiony przez pisarza obraz tego wycinka społeczeństwa (zresztą wcale nie lepiej prezentują się tutaj przedstawiciele arystokracji świeckiej) przedstawia się niezwykle realistycznie (i niestety znajomo), ale nie przekonuje mnie takie nazwałabym to trochę „na siłę” przekonywanie do własnych racji (jakiekolwiek by one nie były). I nie ma to nic wspólnego z moim światopoglądem.
Oczywiście, nie umieściłabym książki na indeksie, tak tej, jak żadnej innej, gdyż uważam, że człowiek ma prawo do wolności poglądów i przekonań, a na to dał mu Stwórca rozum, aby dokonywał wyboru, a takie zakazywanie czytania powoduje jedynie ciekawość i wzrost popularności „zakazanego owocu”.
Cieszę się, że przeczytałam Rzym, bo bez tego czułabym niedosyt. Jako osobę zakochaną w Rzymie rozczarowały mnie opisy miasta, poza panoramą Rzymu, jaka jawi się Piotrowi zaraz po przyjeździe do miasta mam wrażenie, że Zola Rzymu nie czuje i podobnie, jak nie darzy sympatią jego mieszkańców, tak i nie darzy cieplejszymi uczuciami miasta. Jedyny ciekawszy opis dotyczy kaplicy Sykstyńskiej.
Bogatsza w doświadczenia z lektury Trzech miast najwyżej oceniłam Lourdes.
Moja ocena 3,5/6
Jeśli ktoś doczytał wpis do końca to informuję, iż robię sobie wakacje od blogowania, nie wiem dziś, ile one potrwają dwa-trzy tygodnie, miesiąc, a może trochę dłużej. Czuję potrzebę odpoczynku od wirtualnej rzeczywiści, by mam nadzieję wrócić z nową energią i chęcią do pisania.


niedziela, 4 sierpnia 2013

Polskie akcenty u Hugo czyli na dobry początek tygodnia Hugo



Obrońca biednych i uciśnionych, zwolennik powszechnego prawa wyborczego i wolności prasy, przeciwnik kary śmierci popierał dążenia wolnościowe uciśnionych narodów; w tym i Polski. Poglądy swe wyrażał nie tylko w licznych przemówieniach, ale i w swoich dziełach.
W Nędznikach wyrazicielem jego stosunku do kwestii rozbiorów Polski jest Feuilly - jeden z przyjaciół Abecadła (grupy studentów i robotników, którzy w 1832 walczyli na barykadzie o wolność).

"Feuilly nie miał ojca ani matki, był rzemieślnikiem, wyrabiał wachlarze; pracując ciężko, zarabiał trzy franki dziennie i pochłaniała go jedyna myśl: wyzwolić świat. Zajmowała go jeszcze jedna sprawa: kształcenie się, co nazywał również wyzwoleniem siebie. Sam nauczył się czytać i pisać; wszystko, co wiedział, zdobył własną pracą. Feuilly miał szlachetne serce. Obejmował uściskiem bezmiar. Ten sierota usynowił narody. Ponieważ brakło mu matki, rozmyślał o ojczyźnie. Nie chciał, żeby na ziemi był choć jeden człowiek pozbawiony ojczyzny. Z głęboką intuicją prostego człowieka hodował w sobie to, co dziś nazywamy „ideą narodowości". Nauczył się historii umyślnie po to, żeby nie oburzać się bezpodstawnie. W tym młodym kółku utopistów, zajętych głównie losem Francji, Feuilly reprezentował zagranicę. Specjalnością jego była Grecja, Polska, Węgry, Rumunia i Włochy. Bez ustanku powtarzał te nazwy przy każdej okazji i bez okazji, z uporem paragrafu prawnego. Turcja na Krecie i w Tesalii, Rosja w Warszawie, Austria w Wenecji; te gwałty budziły w nim gniew. Nade wszystko zaś oburzał go straszny akt przemocy z 1772 roku. Nic nie pobudza tak wymowy jak słuszne oburzenia. Feuilly był wymowny tą wymową.
Ciągle mówił o tej haniebnej dacie, o 1772 roku, o szlachetnym, walecznym narodzie, powalonym zdradziecko, o tej potrójnej zbrodni, o tym potwornym podstępie, co stał się prototypem i wzorem wszystkich przerażających rozbiorów, które od tego czasu dotknęły wiele szlachetnych narodów, wymazując, by tak rzec, metryki ich urodzenia. Wszystkie społeczne zamachy stanu naszych czasów wywodzą się z rozbioru Polski. Rozbiór Polski — to teoremat, z którego wszystkie współczesne zbrodnie polityczne wynikają jak wnioski. Od wieku już prawie każdy despota, każdy zdrajca powołuje się, zatwierdza, kontrasygnuje i parafuje „ne varietur" [nie wolno zmieniać] rozbiór Polski. Kiedy się przegląda dokumenty dzisiejszych zdrad, ta zdrada wysuwa się na pierwsze miejsce. Kongres wiedeński przyjrzał się tej zbrodni, nim dokonał swojej. Rok 1772 to ujadanie sfory, rok 1815 — to podział łupów. Taki był zazwyczaj temat rozmów Feuilly. Ten ubogi robotnik ustanowił się opiekunem sprawiedliwości, która uczyniła go w zamian wielkim. W prawie bowiem zawarta jest wieczność. Warszawa nie może być tatarska, podobnie jak Wenecja nie może być germańska. Królowie daremnie tracą na to swój czas i honor. Prędzej czy później, zatopiona ojczyzna wypływa na powierzchnię i wyłania się z głębiny. Grecja znowu jest Grecją; Włochy znowu są Włochami. Protest prawa przeciw przemocy trwa wiecznie. Kradzież narodu nie ulega przedawnieniu. Te oszustwa na wielką skalę nie mają widoków powodzenia. Naród — to nie chusteczka do nosa; nie można na nim dowolnie zmieniać monogramów.
I walczył ten młody robotnik na francuskiej ziemi „z gołą szablą w dłoni kroczył na czele wołając; Niech żyje Polska” lub wykuwając na murze „NIECH ŻYJĄ NARODY”.
zdjęcia - Alegoria rozbioru Polski, 2 Feuilly w filmowej adaptacji musicalu Les Miserables z 2013 roku 
Wyjątkowo wpis zamieszczam w niedzielę, bowiem cały poniedziałek będę poza siecią.

piątek, 2 sierpnia 2013

Zazdrość i medycyna Michał Choromański

Przeczytałam ponad miesiąc temu i do dziś nie mogłam zabrać się za napisanie paru słów. Nie wiem, dlaczego, ale takich trudności z opisem wrażeń nie miałam od dawna. Nie mogę napisać, że książka mnie zawiodła, ale nie mogę też napisać, że rzuciła na kolana, a z drugiej strony nie mogę przestać myśleć o niej, choć to może być efektem wyrzutów sumienia spowodowanych niemożnością napisania paru słów na temat wrażeń z lektury.
Fabuła mało odkrywcza; ogarnięty obsesją zazdrości mąż, pozornie niewinna żona i ten trzeci – lekarz, a może kochanek to główna oś zdarzeń. Główny bohater, Widmar za sprawą otrzymanego od byłej kochanki pamiętnika nabiera podejrzeń co do wierności żony. Młoda, zmysłowa Rebeka podczas kilku tygodni nieobecności męża w domu poddana została tajemniczemu zabiegowi wycięcia wyrostka robaczkowego. Zabieg przeprowadził doktor Tamten, który według sugestii kochanki oraz plotek rozsiewanych przez pewnego krawca był dla pacjentki kimś więcej niż tylko lekarzem. Chorobliwe uczucie zazdrości chorego na serce męża prowadzącego prywatne dochodzenie w sprawie charakteru związku lekarza i pacjentki wydaje się prowadzić do tragedii.
Podobała mi się konstrukcja powieści i jej klimat. Poszarpana, rwana konstrukcja z częstą zmianą miejsca i czasu akcji oraz mroczna sceneria małego miasteczka targanego porywami silnego wiatru (halnego) i pogrążonego w ciemnościach stwarzają klimat tajemniczości i niepewności. Tym sposobem lektura budzi pewnego rodzaju nastrój grozy i szaleństwa. Czytelnik natomiast wodzony jest za nos przez autora, jak główny bohater przez żonę. Ciekawy wydaje mi się pomysł na nazwiska bohaterów; zwłaszcza doktor Tamten daje sporo możliwości interpretacyjnych, podobnie, jak Widmar, który snuje się, jak zjawa (widmo) wzbudzające niepokój, co odkryje i co zrobi, czy żona jest ofiarą, czy raczej sprawczynią, czy mąż wybaczy, czy też nie, co zrobi z doktorem, jeśli ten okaże się być kochankiem żony.
Podoba mi się też poznawanie sytuacji z różnych punktów widzenia, co pozwala spojrzeć na nią z kilku, różnych perspektyw.
Najmniej podobały mi się postaci bohaterów; Widmara, który prowadzi to swoje śledztwo, dąży do odkrycia prawdy, ale wydaje się, że wcale tej prawdy nie chce poznać, doktora Tamtena, który chciałby zaznać poza spełnieniem zawodowym trochę szczęścia w życiu osobistym, ale odnoszę wrażenie, że jest mu w zasadzie wszystko jedno, czy je odnajdzie, czy też nie, no i Rebeki postaci która wydaje się ciekawą, dopóki autor nie dopuści jej do głosu. Myślę, że zamysłem autora było stworzenie właśnie takich typów postaci, co nie przeszkadza, iż mnie one się nie spodobały. Nie bardzo podobały mi się też rozważania bohaterów, bowiem wydawały mi się dość banalne.
Ale niewątpliwą zaletą książki jest to, iż nie daje o sobie zapomnieć.
I przyznam szczerze, że gdyby nie fakt przeczytania książki w stosikowym losowaniu zrezygnowałabym z zamieszczenia "recenzji".
Książkę otrzymałam od Sardegny, za co bardzo dziękuję, bo mimo wszystko uważam, że warto się z nią zapoznać, nawet, jeśli napisanie o niej przekroczyło dzisiaj moje możliwości. Bardziej entuzjastyczną recenzję zamieściła momarta.