sobota, 30 listopada 2013

Król Ryszard III Wiliama Szekspira, czyli jak uatrakcyjnić klasykę




We współczesnym świecie, kiedy klasykę, a zwłaszcza klasykę dramatu czytają już chyba wyłącznie studenci filologii polskiej oraz teatrolodzy należałoby jakoś uatrakcyjnić Szekspira. Najprostszym sposobem wydaje się uwspółcześnienie przekazu teatralnego poprzez odniesienia do tego, co dla większości populacji będzie bardziej zrozumiałe. Nie widzę nic złego w nadawaniu dziełom klasyków nowej formy, pod warunkiem, że nie stanowi ona zbytniego uproszczenia i odwołania się do popkulturowych obrazków vide przedstawienie Makbeta Teatru Współczesnego ze Szczecina, o którym pisałam tutaj. Dobrym przykładem jest oparte na sztuce Ivo Bresana przedstawienie .Hamleta we Wsi Głucha Dolna z rewelacyjną grą aktorską panów Gajosa, Rewińskiego, Ferencego i Turka oraz pani Celińskiej). Dowcipnie i pomysłowo przedstawiła wrażenia z lektury Ryszarda III momarta posługując się zabawą w wynajdywanie różnic pomiędzy Ryszardem III Szekspira i Philippy Gregory (tutaj). Mam więc nie lada zagwozdkę, w jaki sposób przekazać wrażenia z lektury, aby zachęcić potencjalnych czytelników do zapoznania się z treścią tej literackiej quasi kroniki.
Może powinno się zakazać czytania Ryszarda, nie od dziś wiadomo, że zakazany owoc najlepiej smakuje. Tylko, jakie podać argumenty?
Po pierwsze – długość sztuki, Król Ryszard III to najdłuższa sztuka napisana przez Szekspira, liczy aż 205 stron. Osoby, które zainteresowane są biciem rekordów czytelniczych w miesiącu (dziesięć – czternaście - osiemnaście książek) mogą być zniechęcone sięganiem po „tak grubą książkę”.
Ale z drugiej strony rzecz pisana niemal wyłącznie w formie dialogów (z króciutkimi didaskaliami) czyta się błyskawicznie i wbrew pierwszym obawom, że łatwo nie będzie to sztuka jest dość prosta w przekazie (choć treści niesie niełatwe). Do gruntu zły, ogarnięty żądzą władzy Ryszard w celu osiągnięcia tronu eliminuje każdego, co do którego istnieje choćby cień podejrzenia, że mógłby osobiście lub samym tylko istnieniem stanowić dla jego przyszłego panowania zagrożenie. Ryszard nie baczy, czy jest to dziecię, młodzieniec, mężczyzna w sile wieku, nie ma też względu dla kobiet. Najbardziej zagrażających mu krewnych pozbywa się w pierwszym rzędzie. Dlaczego? To najważniejsze pytanie; czy Ryszard to samo zło przyobleczone w człowiecze kształty, czy ofiara tragicznego spotu okoliczności, dziecko swoich czasów, wypadkowa braku miłości. Jak dla mnie to typowy człowiek władzy, homo politicus.
Po drugie – autor maluje nie do końca prawdziwy portret ostatniego monarchy z dynastii Yorków. Fałszowanie historii - podejrzanie brzydko pachnie dla tropicieli afer i skandali. Nie od dziś wiadomo, że historię piszą zwycięscy, którzy swoich poprzedników gotowi są znieważać na wszelkie sposoby. Najłatwiej oskarżać tego, który nie może się bronić.
Po śmierci Ryszarda (zginął w bitwie pod Bosworth, która położyła kres długiej i wyniszczającej Anglię wojnie Dwóch Róż, czyli wojnie pomiędzy Lancasterami a Yorkami) rządy przypadły dynastii Tudorów (sprawdza się stara prawda, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta), na czele której stanął Henryk VII. Po przejęciu steru rządów Tudorowie, którzy nienawidzili Ryszarda i dla których zarażenie tą nienawiścią ludu stało się jednym z priorytetów i kroków do umocnienia własnej pozycji tworzą wizerunek potwora, krwiożerczej bestii. Najpierw znieważają zwłoki nieszczęsnego, a następnie przypisują mu każdą niegodziwość, jaka przychodzi im na myśl, a tym samym poprzez kontrast sami jawią się wybawicielami i zbawcami Anglii. Ryszard III, jak podają dzisiaj badacze wcale nie był takim okrutnym i zbrodniczym potworem, jakim przedstawiały go pisane pod dyktando, albo dla przypodobania się Tudorom kroniki. Nie ma nawet dowodów na przypisywane mu zabójstwo bratanków. Nie oznacza to oczywiście, iż nie on był zleceniodawcą zabójstwa, czy też że był władcą bez skazy. Należy jednak pamiętać, iż rzecz cała miała miejsce w XV wieku (kiedy pojęcie moralności miało nieco inne znaczenie niż ma dzisiaj), w czasach, w których niemal każdy władca miał krew na rękach.
Czy Szekspir należał do zwolenników Tudorów nie wiem, w każdym razie żył w czasach, kiedy rządy sprawowała wnuczka Henryka VII Elżbieta I, a oficjalne kroniki przedstawiały Ryszarda, jako najgorszego ze zbrodniarzy. Może miał tego świadomość, iż przedstawiona przez kronikarzy historia sprzed stu lat jest nie do końca prawdziwa, może nie.
Ale z drugiej strony, czy to, iż Ryszard III nie był takim, jakim przedstawia go Szekspir odbiera wartości dramatu? Moim zdaniem absolutnie nie. Pisarz przedstawia w nim portret psychologiczny polityka dążącego do przejęcia władzy, który wyznaje zasadę cel uświęca środki. Szekspir przedstawia mechanizm politycznego cynizmu i zakłamania. Czytając Ryszarda III chwilami zadawałam sobie pytanie, czy nie jest to portret przejaskrawiony, czy naprawdę istnieją osoby aż do gruntu złe, bez sumienia, w których nie ma ani krzty moralności i empatii, dla których świat kręci się wokół ich własnej osi, osoby ogarnięte szaleństwem, wizją, żądzą. Po chwili zastanowienia musiałam przyznać, iż takich osób historia zna niestety nazbyt wiele.
Na wieść o chorobie króla (swego poprzednika) szekspirowski bohater wygłasza monolog, będący jego politycznym credo:
Tak, nie przeżyje, mam nadzieję, ale
Najpierw karetą wyślemy do nieba
George`a. Ciężarem rzekomych dowodów
Nadając wagę zmyśleniom, podsycę
W królu nienawiść jego do Clarence`a;
Jeśli ten skryty zamysł się powiedzie,
Więzień nie ujrzy jutrzejszego dnia.
To się załatwi- a wtedy niech Pan Bóg
Króla Edwarda bierze do swej chwały,
A mnie zostawi świat, bym się w nim krzątał!
Wtedy poślubię bowiem młodszą córkę
Warwicka- cóż, że zabiłem jej męża
I ojca? Zwrócę dziewczynie te straty,
Gdy sam się stanę jej mężem i ojcem.
I stanę się, tak; nie tyle z miłości,
Ile z uwagi na inny sekretny
Plan, który przez ten ślub wprowadzę w życie.
Nie dzielmy, jednak skóry na niedźwiedziu;
George wciąż oddycha, król choć śmierci bliski,
Żyje; gdy umrą, obliczymy zyski.
*
 

Po trzecie - ciężko się czyta dzieło pisane językiem szesnastowiecznym.
Ale czy rzeczywiście, czy język poety i opisane przezeń treści są tak nam obce; czy nie znajdujemy analogii do czasów nam współczesnych. Rzecz cała tyczy tego podłego Ryszarda (takich Ryszardów i dzisiaj nie brak, choć zmieniły się nieco metody działania mechanizm pozostał ten sam), ale i całe jego otoczenie nie pozostaje bez winy, czyż jego przyszłe ofiary nie są wcześniejszymi wspólnikami zbrodni, czy na scenie wydarzeń znajdujemy choć jednego sprawiedliwego. W Królu Ryszardzie III rozterki sumienia ma jedynie płatny morderca, na co odpowiada mu towarzysz przestępstwa słowami, które wyrażają moralność niemal wszystkich bohaterów sztuki.
Nie będę się z nim wdawał; sumienie robi z człowieka tchórza. Człowiek nie może spokojnie ukraść, żeby nie zaczęło go oskarżać; człowiek nie może zakląć, żeby go nie zrugało; człowiek nie może pójść do łóżka z żoną bliźniego swego, żeby sumienie tego nie wykryło. To duch wiecznie czerwony ze wstydu i wiecznie wykrzykujący nam w środku jakieś protesty albo ustawiający przeszkody. Zdarzyło mi się raz pod jego wpływem oddać sakiewkę ze złotem, którą przypadkiem znalazłem. Sumienie doprowadzi do nędzy, każdego kto je zachowa; ludzie wykurzają je z miast i osad jak najgorszą zarazę; kto chce żyć wygodnie i dostatnio, stara się ufać tylko sobie samemu i żyć bez niego. ** A monolog końcowy wygłoszony przez przyszłego władcę brzmi równie pięknie, co nieszczerze i przypomina przedwyborcze obietnice dzisiejszych polityków. I po raz kolejny zastanawiam się, co takiego sprawia, że władza jest dla człowieka tak pożądaną. Może potrafiłby na to udzielić mi odpowiedzi któryś ze sprawujących władzę.
A sam Ryszard, który tej władzy pożądał za cenę każdej zbrodni, czy trzymając ster rządów w swych rękach czuje się spełniony, czy też świadomy jej mechanizmu może spać spokojnie. Scena z duchami pomordowanych zdaje się odpowiadać na to pytanie i tylko dziwnym wydaje się, jak ten cyniczny polityk daje się uwieść ułudzie pokładając zaufanie w swoich poplecznikach, bowiem finał jest więcej niż pewny od samego początku. Doskonały portret Ryszarda kreśli Szekspir ustami jego matki;
… już twoje przybycie
Na świat zmieniło w piekło moje życie.
W mękach zrodzony, krnąbrny i oporny
W kołysce dziki i gniewny i niesforny
W wieku dziecięcym, awanturnik butny
W młodości hardy, podstępny, okrutny
W dojrzałych latach-dzisiaj jesteś jeszcze
Groźniejszy, jako że umiesz nienawiść
Ukryć pod maską życzliwej dobroci.
***
*str. 15 Król Ryszard III Wiliam Szekspir Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów „W drodze” 1996 r. Tłumaczenie Stanisław Barańczak 
**  str. 55 tamże
*** str. 157-158 tamże
Za pożyczenie książki dziękuję momartrze. (książeczki dziś rozpoczęły swą podróż na zachód i mam nadzieję bez większej męki dotrą do domu przed świętami).

Sama po książkę sięgnęłam zaintrygowana teatralną adaptacją sztuki. Na festiwalu szekspirowskim w Gdańsku w zeszłym roku wystąpili aktorzy Teatru Jaracza w Łodzi. Przedstawienie w reż. Grzegorza Wiśniewskiego bardzo przypadło mi do gustu, bowiem pozbawione było udziwnień, uwspółcześnień, popisywania się reżysera, czy poprawiania Szekspira. Zachowując wierność pisarzowi przedstawił reżyser tragedię Ryszarda. Ten introwertyk nienawidzący wszystkiego i wszystkich, łącznie z samym sobą dąży nie tyle do zwycięstwo, co do samozagłady. A finałowa scena dialogu z matką pokazuje Ryszarda, który choć żywy już nie żyje.
Czy to jest przesłanie dla rządzących, iż z każdego szczytu jest tylko jedna droga, upadek? Ale kto by się tam dziś (czy kiedykolwiek) przejmował słowami poety.
A czy czytać Szekspira, czy nie to już musicie zdecydować sami.
Na zdjęciu Tower of London (fragment) - miejsce, gdzie kończyli życie polityczni przeciwnicy monarchów.

wtorek, 26 listopada 2013

Czas nasturcji Barbara Wachowicz (audiobook)



Czasami kilka miesięcy po lekturze pozostają z niej jedynie mgliste wrażenia, innym razem mimo upływu czasu lektura tkwi żywo w pamięci. Książka pani Wachowicz zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
Czas nasturcji ścieżkami Kasprowicza to połączenie biografii poety z historią miejsc i osób, z którymi twórca był związany.
Pani Wachowicz wychodzi z założenia, iż człowiek bez korzeni jest niczym liść na wietrze, stąd pisząc o każdym z miast, w których Kasprowicz mieszkał pisze trochę o historii każdego z tych miejsc i pisze o jego wcześniejszych mieszkańcach, którzy wywarli wpływ na osobowość poety. Pisze o tradycjach i zwyczajach, szacunku dla człowieka, pogardzie dla pieniądza, miłości do języka, historii, ojczyzny.
Kasprowicz pochodził z wielodzietnej, bogobojnej, kultywującej tradycje chłopskiej rodziny. Mały Janek od dziecka kochał muzykę i to ona miała ogromny wpływ na jego wrażliwość, sposób patrzenia na świat oraz twórczość (vide jego Hymny, czy Księga ubogich z cytowanym niedawno na tym blogu Rzadko na moich wargach). Jest w nich rym i rytm.
Umiłowanie ty moje!
Kształty nieomal dziecięce!
Skroń dotąd nie pomarszczona,
Białe, wąziutkie ręce!
Lubię, gdy stajesz, ze mną
Na tym tu wiejskim balkonie,
Który poczerniał od deszczów,
Lecz dzisiaj mi w blaskach tonie.
Lubię, gdy z tego dzbana
Podlewasz kwiaty na grzędzie,
Marząca lub głośno mówiąca,
Jaka to rozkosz z nich będzie!
Lubię, gdy siedząc przy stole,
Sięgasz po kromkę chleba
I dzieląc ją, dajesz mi cząstkę,
Czy trzeba mi, czy nie trzeba.
 

Autorka Czasu nasturcji pisze o dzieciństwie w Inowrocławiu i o szkole, w której mówiło się w obcym języku, o ledwie średniej nauce Jasia, o Poznaniu, gdzie spędził młode lata, o jego historycznych bohaterach (dawnych rycerzach, piastowskich królach), a także o współczesnych Jankowi mieszkańcach tego grodu walczących o zachowanie narodowej tożsamości (Cegielski, Marcinkowski, Libert, Chłapowski). Pisze o Lwowie, gdzie udał się po pobycie w więzieniu za działalność socjalistyczną. To miasto poeta darzył szczególnym uczuciem; wszak spędził tu 35 lat życia zajmując się działalnością dziennikarską, krytyką literacką, działalnością teatralną, a także bywaniem na salonach. Jest tu mowa zarówno o pierwszych próbach literackich, zaangażowaniu w działalność społecznikowską, idealistycznej wierze w możliwość zmiany stosunków społecznych, jak i historia trzech małżeństw (z Teodozją Szymańską, Jadwigą z Gąsowskich oraz Marusią Bunin), z których dopiero ostatnie było szczęśliwe. Są ukochane Tatry i willa Harenda, w której spędził ostatnie lata życia. Jest Harenda ostatnim portem-przystanią, do którego dotarł po zawirowaniach i życiowych burzach. Pani Wachowicz pisze tak pięknym językiem i tak sugestywnie, że przeczytawszy (wysłuchawszy) pierwszych rozdziałów książki zajrzałam do rozkładu jazdy chcąc sprawdzić, jak długo potrwała by podróż do Inowrocławia, ponieważ zamarzyła mi się wycieczka śladami Kasprowicza.  Jest tu opisany los poety, który z wiejskiej chaty dotarł na szczyt uniwersytecki zdobywając najwyższe laury.
Doświadczenia biedy domu rodzinnego, samotności, nieudanych związków, odosobnienia, próba odnalezienia własnej tożsamości, szukanie porozumienia z Bogiem, hołd pięknu ziemi ojczystej - wszystko to owocuje przepiękną poezją. Fragmenty utworów cytowane w książce poruszają prostotą i pięknem, a pisze to osoba, która od lat deklaruje swą niekompatybilność z utworami pisanymi wierszem. Ta poezja jest tak niewyszukana i daje tak czytelny przekaz, że można się w niej rozanielić i roznamiętnić.

Lubię, gdy gubiąc się w dali,
Gdzie Wierch się rozsiadł Lodowy,
Czoło, przyćmione zadumą,
Do mojej tulisz głowy.
Ale najbardziej ja lubię
Ciekawość, co z oczu ci tryska,
Gdy wracam, jak zwykle, od pola,
Od lasu, od rzeki łożyska.
Gdy wracam z codziennej drogi,
Cały rozpłomieniony,
Pytasz się, cała w płomieniach,
Jakie przynoszę plony?
Czy w szumie wody lub drzewa
Nutę odkryłem świeżą
I czym już doszedł, co żyje
Za nieba i ziemi rubieżą?


I sama już nie wiem, co urzekło mnie bardziej; wzruszające losy człowieka i twórcy, jego walka z przeciwnościami losu, przyswajalność utworów, czy też piękna polszczyzna autorki. Wachowicz przedstawia życiorys poety w bardzo interesujący sposób, czuje się ogromną sympatię do obiektu badań, a jednocześnie nie jest to dzieło hagiograficzne. I chyba nie tylko moim zdaniem jest to świetnie napisana biografia człowieka, o którym do tej pory wiedziałam bardzo niewiele.
W czasach, kiedy patriotyzm jest pojęciem wyświechtanym i nadużywanym, autorka pisze o miłości do ojczyzny w sposób prosty, bez zadęcia, bez pompy, bez etykietek, bez nadmiernej egzaltacji (choć niektórzy właśnie egzaltację jej zarzucą), ale pisze tak, że to pisanie chwyta za serce, a czytelnik czuje dumę z przynależności do swojej nacji.

Czy mgły się przedarły, czym słyszał,
Jak dzisiaj, melodie skowrończe
I kiedy z zwątpieniem w pieśń własną
Raz ostatecznie zakończę?
Czy miałem tę szczęsną chwilę
Spojrzenia do głębi wnętrza,
By się przekonać, że jeszcze
Jakiś tam pokład się spiętrza?
Że w duszy niewyczerpanej -
Niech prawda ta będzie prawdziwa! -
Na hymn, co zagaśnie li z życiem,
Godnego starczy paliwa?
Strasznie to lubię, gdyż czuję,
W dolę zapatrzon wzajemną,
Że w takich mi drogich godzinach
Najbardziej żyjesz ze mną.
Umiłowanie ty moje!
Kształty nieomal dziecięce!
Skroń dotąd nie pomarszczona,
Białe, wąziutkie ręce!

Księga ubogich-księga XII

Moja ocena 5+/6

niedziela, 24 listopada 2013

Piękno poza muzealnymi murami (Wewnątrz Santa Maria Gloriosa dei Frari)


 
Szalenie lubię odwiedzać muzea, chodzić na wystawy, czy choćby oglądać albumy z reprodukcjami, bo choć wiadomo, że nic nie zastąpi osobistego kontaktu z dziełem to jest to jakaś tego namiastka, a skoro nie zawsze ma się okazję intymnego tet-a-tet z wyrazem uczuć i talentów twórcy trzeba sobie jakoś radzić. Muzea jednak często poza całą gamą radości, którą dają, działają na mnie nieco przygnębiająco. Przygnębiają mnie nie poczuciem upływu czasu, jego (czy też naszą) przemijalnością (bo przecież to dzięki ich ekspozycjom udaje się zatrzymać chwilę, uchwycić moment, złapać porozumienie z twórcą bądź jego dziełem, odnaleźć to rzadkie, a jakże do życia potrzebne „pokrewieństwo dusz” sprawiające, że czujemy się lepiej wiedząc, że pięćset lat temu żył ktoś, kto potrafił wyrazić to, co nam w duszy gra). Przygnębiają nadmiarem dzieł. Odwiedzając takie miejsca, aby nie rozmienić wrażeń na drobne, miewam z reguły wytyczony cel wizyty; dzieła, które muszę zobaczyć. Nie da się jednak iść do celu zamykając oczy na wszystko, co jest po drodze. Zawsze robi mi się żal tych innych, niezauważonych, pominiętych, wśród których, jestem o tym głęboko przekonana, są setki równie pięknych, będących dla ich twórców często jedynym sposobem, próbą przekazania własnego „ja”, próbą nawiązania tej łączności z pokoleniami, które przyjdą, kiedy ich już zabraknie. I te setki (jak nie tysiące) obrazów, których nie jestem w stanie obejrzeć, poczuć, dotknąć wzrokiem przygnębia tak, jak setki, tysiące książek, których wiem, że nie zdołam przeczytać. 
Może właśnie dlatego tak chętnie odwiedzam świątynie, które są mini galeriami sztuki. Poza tą zaletą, że ich zbiory są policzalne, ich dzieła najlepiej współgrają z otoczeniem, dla którego zostały stworzone. I choć podziwiam Madonnę wśród skał Leonardo da Vinci w Luwrze to mogę sobie wyobrazić, o ileż właściwiej i piękniej prezentowałaby się ona w murach świątyni, dla której została namalowana.   
Wizyta w kościele Santa Maria Gloriosa dei Frari (Świętej Marii Maryi od Braci) w Wenecji była jedną z najpiękniejszych chwil w trakcie podczas tegorocznego pobytu w Serenissimie.

Powstała w XIII wieku (przebudowana na przełomie następnego stulecia) bazylika pełniąca początkowo rolę klasztoru następców Św. Franciszka z Asyżu spodobała mi się od pierwszego spojrzenia. Podczas moich podróży mam okazję odwiedzać dużą ilość miejsc kultu, nie każde z nich wzbudza od razu ciepłe uczucia. Świątynia jest ogromna (przewodnik National Geographic podaje, iż nawa główna mierzy 102 metry), czego się nie odczuwa  wchodząc do środka, nie przytłacza ona wielkością, a wręcz przeciwnie sprawia wrażenie przytulności i prostoty (pomimo mieszaniny stylów).

Świątynia jest miejscem pochówku wielu znanych wenecjan, w tym najsłynniejszego z nich Tycjana (choć nie urodzony tutaj życie swe związał z Wenecją). Jego nagrobek wykonany przez uczniów Canovy (dwa stulecia po śmierci malarza) wyróżnia się raczej monumentalnością i prostotą klasycznej formy niż pięknem. Zaprojektowany przez Canovę projekt (mający być jego hołdem dla malarza) z niewytłumaczalnych względów posłużył, jako jego miejsce spoczynku. Dziś naprzeciw siebie stoją dwa dzieła uczniów Canovy; pierwsze to egipska piramida z otworem przed którym postać w udrapowanej szacie trzyma wazę z sercem Canovy (sam rzeźbiarz został pochowany w Possagno), drugie to otoczona czterema kolumnami grupa postaci (w której wyróżnia się rzymski dostojny patrycjusz) ze zdobiącym całość na szczycie posągiem weneckiego lwa. 

Poza szczątkami wielkich w świątyni pozostały także stworzone
przez nich rzeźby i obrazy. W jednej z bocznych kaplic możemy oglądać przepiękne dzieło Giovanniego Belliniego (mistrza i nauczyciela Tycjana)  Madonnę z dzieciątkiem na tronie, wśród muzykantów i świętych. Być może gdybym zobaczyła ten obraz w którymś z muzeów nie zwróciłabym nań uwagi, jako jeden z wielu, przytłoczony sąsiedztwem z prawej i lewej strony, a może też z dołu, lub z góry (tak to wygląda np. w Galerie dell` Accademia w Wenecji) byłby po prostu kolejną pozycją ekspozycyjną. Tutaj na ołtarzu kaplicy przykuwa uwagę i znajduje właściwe sobie miejsce. Dwukrotnie wracałam, aby przyjrzeć się zamyślonej twarzy Madonny. Zaraz po wyjściu z kaplicy, nazwanej przeze mnie kaplicą "Belliniego", w nawie głównej natrafiłam na kolejne dzieło. Jest to drewniana rzeźba Donatella przedstawiająca Jana Chrzciciela. Mało znane dzieło artysty zadziwia tym, jak bardzo odległe jest od jego
brązowego Davida znajdującego się w Muzeum Bargello we Florencji, a jak bliskie drewnianej postaci Marii Magdaleny z Museo dell Opera del Duomo (także we Florencji). Giovanni Baptysta wygląda jak frasobliwy Chrystus przydrożny, zabiedzony, zmęczony, wychudzony, jak pustelnik odżywiający się korzonkami i wodą. Jedynym bogatym elementem świętego jest złota szata-płaszcz, narzucona na ramiona. Tę rzeźbę przygarnę do Mojego Muzeum Wyobraźni do działu rzeźb. Znajdują się tutaj niemal wszystkie dzieła Michała Anioła i GianLorenzo Berniniego, a także Pocałunek Canovy.

W świątyni znajduje się jeszcze wiele innych pięknych, znanych i nieznanych dzieł, znajdują się też wspaniale dekorowane, rzeźbione, drewniane stalle i balustrada oddzielająca nawę główną od prezbiterium, jednak tym, co sprawia, iż bazylika jest celem pielgrzymek licznych odwiedzających jest jedno z najsłynniejszych i najpiękniejszych dzieł Tycjana Assunta (Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny). Obraz został namalowany na zlecenie franciszkanów. Początkowo nie wzbudził on podziwu zamawiających, gdyż nie odpowiadał przyjętej wówczas konwencji. Twarz Matki Boskiej była za mało uduchowiona, za bardzo kobieca; taka zwyczajna, natomiast gestykulacja apostołów wyrażała przestrach i zdumienie, co nie powinno mieć miejsca. Z czasem jednak musieli braciszkowie
zaakceptować dzieło, gdyż dzisiaj zdobi ono główny ołtarz świątyni. To do tej Matki – Dziewicy - Kobiety modlą się kolejne pokolenia wenecjan i to tej Madonnie składają pokłon kolejne pokolenia wyznawców sztuki. Nie wiem, co bardziej przykuwa wzrok, sam obraz, czy otoczenie, w którym się znajduje, kompozycja obrazu (podział na trzy warstwy; ziemską, niebiańską i królestwa bożego) czy jego ekspresja (wzniesione ręce, poskręcane postacie apostołów, stłoczone aniołki podtrzymujące chmurę na której płynie Madonna) a może żywe kolory (czerwień i poblask złota). Postać Maryi spaja całą kompozycję; oderwana od ziemi wznosi się ku Bogu ojcu, aby otrzymać za chwilę koronę przygotowaną przez Archanioła Michała.

Kiedy odwiedzałam świątynię przed dziełem Tycjana zgromadziła się duża grupa adeptów sztuki, którzy szkicowali Madonnę, miałam więc niepowtarzalną okazję być otoczona zwielokrotnionym urokiem dzieła mistrza, bo choć te często niezupełnie udane kopie były jedynie cieniem dzieła to były przecież wyrazem uczuć młodych ludzi, uczuć, jakich można tylko pozazdrość i jakie radują moje serce.
Przed chwilą zajrzałam do książki Pamięć Włoch i ze zdumieniem i radością odnalazłam następujące wrażenia Wojciecha Karpińskiego z odwiedzin w świątyni.

„Ze wszystkich obrazów Wenecji Assunta Tycjana działa chyba najsilniej. Panuje nad całym kościołem. Taką zobaczyłem za pierwszym spotkaniem, zawieszona bez ramy, płynie w powietrzu. Otoczona bijącym z okien kręgiem świetlnym, sama uderza najpierw wewnętrzną światłością, później różnorodną czerwienią (czerwienią sukni Marii i dwóch apostołów) wreszcie doskonałą harmonią troiście koncentrycznego ruchu; apostołów kłębiących się w dole, płynące ku górze Madonnie, o szacie rozwianej, lecz twarzy doskonale spokojnej i Boga, będącego ruchem w bezruchu, pierwszą przyczyną i sensem całego wydarzenia. Dzieło Tycjana jest jednym z tych obrazów przy których nie myśli się o doskonałości kompozycji, o wierności wobec natury, o rzemiośle i sztuce. Intuicja chwyta od razu, nie formy lecz sens, wewnętrzne przesłanie. Ile korzystamy na tym, że możemy oglądać Assuntę w kościele dei Frari, który cały wydaje się jej ramą, wspaniałą oprawą. W dziewiętnastowiecznych opisach podróży często padały skargi na zły stan i złą ekspozycję tego płótna, które tkwiło wówczas w Akademii.”

Pamięć Włoch Wojciech Karpiński str.19-20 Zeszyty Literackie.
 Zdjęcia poza zdjęciami monumentalnych grobowców (te z wikipedii) są mego autorstwa (te wyraźniejsze zrobione z pocztówek, te mniej wyraźne zrobione ukradkiem z powodu zakazu fotografowania).

czwartek, 21 listopada 2013

Garou i Bruno Pelletier z koncertami w Polsce (wiosna 2014)

Z reguły tego nie robię, nie zajmuję się reklamą, jednak w tej kwestii zrobię wyjątek. Pisałam kiedyś o planowanym koncercie Bruno Pelletiera w Polsce (Jestem Brun-etką), pisałam o przedstawieniu Notre Dame de Paris na Bercy w Paryżu (tu), napiszę więc o miłej niespodziance, jaką szykuje nam wiosna przyszłego roku.
Jakiś czas temu znalazłam informację o koncercie Garou w Sali Kongresowej w Warszawie 20 lutego 2014 roku (link), a wczoraj z ogromną radością wyczytałam, iż po raz pierwszy w naszym kraju koncertować będzie także Bruno. Koncert odbędzie się także w Sali Kongresowej w Warszawie 10 kwietnia 2014 r. (link).

Wielbicielom (a głównie wielbicielkom)  talentu obu Panów nie muszę pisać nic więcej, wielbicielom piosenki francuskiej i piosenki jako takiej gorąco polecam. Bilety na koncert Bruna można zakupić poprzez
www.makroconcert.pl, www.ebilet.pl, www.eventim.pl oraz w Salonach EMPIK Bilety na koncert Garou na pewno przez www.ebilet.pl
A tu mała próbka obu panów w utworze Amsterdam (które to miasto jest kolejnym celem moich wojaży). I aby nie zwiodła Was słaba jakoś nagrania Bruna zamieszczam jeszcze poniższy utwór, który chętnie wysłuchałabym w kongresowej (bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że mogłoby mnie tam zabraknąć).

Jeśli przynajmniej jedna osoba dowie się o koncercie i weźmie w nim udział dzięki tej informacji to będę prze szczęśliwa.
Zdjęcia z koncertu na Bercy w Paryżu 16.12.2011 r.

środa, 20 listopada 2013

Czas aniołów Iris Murdoch


Po pozytywnej recenzji u Kasi (Moja pasieka) miałam przekonanie, że książka nie powinna mnie rozczarować. I nie myliłam się. Było to pierwsze spotkanie z prozą Iris Murdoch, ale na pewno nie ostatnie.
Zarówno miejsce akcji (zamykające się niemal wyłącznie w granicach plebani londyńskiej parafii położonej przy zrujnowanej świątyni), czas (zima, której oprócz mrozu i śniegu towarzyszą opary mgieł), jak i zamknięci w sobie i w murach domostwa bohaterowie, kreują mroczną, tajemniczą i niepokojącą atmosferę. Właściwie od pierwszej strony wiadomo, iż bohaterów czeka coś bardzo nieprzyjemnego. Czytając miałam wrażenie, jakbym oglądała teatralny dramat.
Mieszkańcy plebanii tworzą ciekawe zbiorowisko niejednoznacznych postaci, powiązanych więzami krwi, wzajemnych zależności oraz chorych relacji. Akcja toczy się wokół stroniącego od ludzi pastora Karela, który wygłaszanymi tezami na temat nieistnienia Boga odwraca (świadomie bądź nie) uwagę od skrywanych, wstydliwych (?), amoralnych, paskudnych sekretów. Czy pastor, który z ambony zadaje parafianom pytanie "A co będzie, jeśli wam powiem, że Boga nie ma?" oczekuje odpowiedzi, pomocy, pragnie wzbudzić zainteresowanie, czy też liczy na to, że zszokowani wierni skupią się na kwestiach natury filozoficzno-moralnej, a nie na jego osobie, a może tak naprawdę nie obchodzi go wcale, co myślą inni, skoro on odkrył, że nie ma Boga, a skoro nie ma Boga to nie ma też moralności, nie ma Dobra i Zła. Bezwzględny i okrutny pastor uzależnia od siebie najbliższe otoczenie, wywierając na mieszkające z nim kobiety jakiś niesprecyzowany czar, urok (?), przymus, które sprawiają, iż zarówno córka, jak i bratanica i gosposia postępują zgodnie z jego życzeniami, a te są nieludzkie, krzywdzące, a nawet przestępcze. W kręgu zależności od pastora pozostają głównie kobiety (choć nie da się ukryć, że jego szatańskie oddziaływanie odnosi wpływ także na brata pastora Marka).
Pozbawiona urody i talentu, niekochana przez Karela córka Muriel zajmuje się pisaniem wierszy i opieką nad chorą kuzynką. Piękna, eteryczna, pełna powabu, częściowo sparaliżowana bratanica pastora, (czas pokaże, jakie więzy pokrewieństwa łączą ją z bohaterami dramatu), Elżbieta popada w coraz większą apatię, jest bezwolna i obojętna na wszystko co wokół niej i co z jej udziałem dzieje. I najciekawsza z trzech kobiecych bohaterek; ciepła, budząca macierzyńskie uczucia i sympatię czytelnika, Pattie, czarnoskóra służąca o trudnej przeszłości i braku widoków na przyszłość, kochanka Karela, broniąca doń skutecznie dostępu licznym parafianom.
Postacie są ciekawe i wyraziste, i choć Elżbieta wydaje się nijaka, to czas pokazuje, iż jej apatia i bezwolność mogą być uzasadnione okolicznościami.
Cała akcja rozciąga się na przestrzeni kilku dni i właściwie to nie ona jest tu najważniejsza, jest jedynie tłem dla ukazania rozważań na temat toksycznych relacji międzyludzkich, wzajemnych zależności, różnic pokoleniowych, wpływu warunków zewnętrznych na psychikę człowieka, istnienia moralności / niemoralności w świecie, w którym ludzie nie wierzą w Boga.
Czyta się lekko (dzięki ciekawym, zwięzłym i trafnym opisom oraz sporej ilości dialogów), choć treści w niej prezentowane lekkie nie są.
A zasadnicze pytanie czy moralność w świecie, w którym Bóg nie istnieje jest możliwa – pozostaje bez odpowiedzi, bowiem każdy z bohaterów prezentuje inny pogląd (pastor Karel oddaje się rozpaczy i szaleństwu, nurza się w bluźnierczych praktykach), jego brat Marek uzasadnia, iż należy postępować zgodnie z zasadą „carpe diem”, syn rosyjskiego emigranta próbuje uchodzić za cynika bez zasad, który zarówno z Bogiem, jak i bez Boga nie widzi potrzeby posiadania sumienia i przejmowania się jego wyrzutami, jego ojciec szuka ratunku w miłości, tyle, że ona nie przynosi szczęśliwego finału.
Autorka w sposób odważny (powieść powstała w latach 60-tych ubiegłego wieku) i bardzo subtelny podejmuje drażliwe i kontrowersyjne tematy wykorzystywania seksualnego, przy czym dotykając ich nie popada w bulwarowość, czy sensację.
Czas aniołów stawia wiele pytań, nie dając odpowiedzi, a tym samym zmusza do przemyśleń. Lektura pozostawia pewien niepokój i zamęt.

Moja ocena- 4+/6

niedziela, 17 listopada 2013

Mosty pomiędzy brzegami, mosty pomiędzy ludźmi


Most to łącznik pomiędzy dwoma brzegami, ale też bywa że łączy on o wiele więcej; dwa odrębne światy. To nie tylko konstrukcja inżyniersko - architektoniczna, nie tylko połączone ze sobą kamienne, drewniane, stalowe, żelazne i żelbetonowe przęsła, filary i kładka, to także środek ułatwiający komunikacje, pokonywanie przeszkód, skracający drogę. Szkoda, że często o wiele łatwiej połączyć dwa brzegi rzeki niż dwoje zapiekłych w gniewie i wzajemnych urazach ludzi.

Isaak Newton powiedział, że ludzie budują za dużo murów, a za mało mostów. Od początku dziejów do czasów współczesnych wciąż wznosimy mury, szukamy nie tego co łączy, ale tego co dzieli. Wolimy odejmowanie i dzielenie od dodawania i mnożenia. Wyszukujemy różnice, przeszkody, haki, przeprowadzamy dochodzenia, zbieramy dowody i rzucamy oskarżenia, czasami słuszne, czasami nie. Obdarzamy hojnie nienawiścią i nienawidzimy tych, którzy myślą i czują inaczej. A ten, kto nie jest z nami ten nasz wróg. Stąd nasze relacje wyglądają często, jak most w Awinionie (zdjęcie nr 1).

Mosty najczęściej spełniają funkcje użytkowe, są jednak i takie, które poza stroną wyłącznie praktyczną pełnią też funkcje dekoracyjne i te przyciągają wzrok, inspirują artystów (malarze je uwieczniają na płótnie, poeci piszą o nich wiersze, fotografowie zdejmują je aparatem). Czasami bywają one także miejscem handlu, jak Ponte Rialto (Wenecja) z mnóstwem sklepików z pamiątkami, Ponte Vecchio (Florencja) królestwo jubilerów, Ponte Sant` Angelo (Rzym) okupowany od jakiegoś czasu przez ciemnoskórych mieszkańców Afryki oferujących turystkom torebki. Są też mosty przyciągające zakochanych, którzy szpecą je kłódeczkami (niestety moda na obwieszanie mostów kłódkami rozprzestrzenia się i dotarła też do Polski). Nie budzi ona mojego zachwytu, gdyż bardziej szpeci niż zdobi rdzewiejącymi kawałkami żelastwa czasami całkiem ładne mosty.

Podczas tegorocznych wakacji miałam okazję podziwiać parę urokliwych mostów.

Londyński Tower Bridge w wiktoriańskim stylu powstał pod warunkiem, iż będzie harmonizował z zamkiem - twierdzą Tower. Most zamkowy, czy może więzienny jest dobrym przykładem połączenia stali z kamieniem. Powstał pod koniec XIX wieku i do dzisiaj służy, jako most zwodzony (choć ta jego funkcja wykorzystywana jest obecnie dużo rzadziej niż dawniej). I tu nasunęła mi się myśl, skoro most, jako osiągnięcie inżynierii porównywany był z wieżą Eiffla, to zapewne musiał wzbudzać podobne kontrowersje, jak wieża. A zatem to, co dziś razi mnie w architekturze, to co wydaje mi się brakiem harmonii i piękna (futurystyczne budowle z betonu i szkła stawiane w sąsiedztwie pięknych pamiątek przeszłości) będą podziwiane przez przyszłe pokolenia, jako ciekawe rozwiązania połączenia prostoty z funkcjonalnością. Ja jednak czuję dyskomfort oglądając piękne dzieła architektury gotyckiej (neogotyckiej), secesyjnej upstrzone szklanymi budowlami.
Dwie połączone pomostami - kładkami dla pieszych (na wysokości 34 i 44 metrów nad rzeką) wieże przedstawiają się wyjątkowo malowniczo na tle nowoczesnej architektury nad Tamizą. A niebiesko-białe dodatki są dobrą kontrpropozycją dla królującej w Londynie czerwieni (piętrowe autobusy, budki telefoniczne, mundury gwardzistów, flagi - czerwień bije po oczach). Żałuję, że nie miałam okazji oglądać go wieczorem, kiedy pięknie oświetlony tworzy jeszcze bardziej malowniczy widok.

Most Aleksandra III to najbardziej elegancki most Paryża, tak mówią przewodniki i chyba mówią prawdę. Powstał w roku 1900 (roku światowej wystawy) dla uświetnienia przymierza prezydenta Francji z carem Rosji Aleksandrem III. Stojąc na moście trudno się zdecydować, co podziwiać najpierw; leżący po jednej stronie Pałac Inwalidów, znajdujące się po drugiej stronie Grand Palace i Petit Palace czy bogate, złocone dekorum w postaci cherubinów z kandelabrami (w stylu Belle Epoque), posągi sławy, uskrzydlone konie, personifikacje Francji oraz Sekwany i Newy, girlandy czy też zdobiące balustradę latarenki. Wygląda fantastycznie zarówno po zachodzie słońca przepięknie oświetlony, jak i za dnia, kiedy promienie słońca odbite w wodach Sekwany podejmują dialog z tymi, które odbijają się w złotych posągach. Most wykorzystywany jest często jako element scenografii miasta, ostatnio w filmie Paryż o północy.

Most Westchnień (Ponte del Sospiri) -dziś chyba już wszyscy
wiedzą, że nie ma on nic wspólnego z westchnieniami miłosnymi (mostem zakochanych nazywa się Ponte Rialto). Ponte del Sospiri nazwę miał zawdzięczać westchnieniom skazańców, których prowadzono z obradującego w Pallazzo Ducale Trybunału Kryminalnego do cel „nowych więzień”. Skazańcy mieli przez wiele lat nie oglądać świata za murami. Ten kamienny most z istryjskiego kamienia pochodzący z początku XVII wieku nie jest zbyt dekoracyjny, ale intryguje tajemnicą, którą zawdzięcza XIX wiecznym romantycznym pisarzom. Całkowicie zabudowany, składający się z dwóch oddzielnych korytarzy, z dwoma zapełnionymi kamienną ażurową zasłoną oknami przyciąga wzrok turystów, którzy pomiędzy malutkimi otworami w oknach usiłują dostrzec więźniów sprzed czterech wieków, niepomni tego, że dziś stanowi on część powierzchni muzealnej udostępnionej zwiedzających Pałac Dożów. Kiedy mowa o Wenecji, Pallazzo Ducalle oraz Więzieniu Piombi na myśl przychodzi najsłynniejszy kochanek w dziejach ludzkości - Giacomo Cassanova, któremu udało się zbiec z weneckiego więzienia. Być może więc mury Mostu Westchnień pamiętają i jego uwodzicielski uśmiech. Na zdjęciu most po renowacji (która dwa lata temu uniemożliwiła mi wykonanie fotki).
Ponte Vecchio, czyli Most Stary jest dla wielu odwiedzających miasto obok Dawida Michała Anioła, Piazza Signoria, Duomo symbolem Florencji. Tradycja mostu nad Arno w tym miejscu sięga czasów rzymskich. Wielokrotnie odbudowywany, porywany przez nurt rzeki (dziś złośliwie przez niektórych nazywanej strumykiem) funkcjonuje mniej więcej w tym kształcie, który nadał mu ostatecznie Vasari, dodając do istniejącej zabudowy korytarz łaczący Uffizi z Palazzo Pitti (zwany dziś Korytarzem Vasariego). Istniejące tu sklepiki mają rodowód w czasach quatrocenta, kiedy umieszczali tu swoje kramiki rzemieślnicy i handlarze. Z powodu niezbyt higienicznych warunków użytkowania i panującego smrodu wielki książę Ferdynand wydał dekret, na mocy którego pozwolono na handel na moście wyłącznie "czystym" rzemieślnikom; tj. złotnikom i handlarzom szlachetnymi kamieniami. Do dziś witryny sklepowe pełne złota i drogich kamieni pobudzają wyobraźnię turystek, a także niektórych turystów. Ponte Vecchio, jako jedyny most we Florencji nie został zniszczony przez wycofujące się niemieckie wojska. Nie działa na mnie magia złota, nie przepadam za biżuterią (choć od tej ze szkła z Murano nie mogłam wzroku oderwać), natomiast charakterystyczny piaskowy kolor zabudowy, odbicie mostu w wodach Arno, szkicujący tu artyści, ukwiecony brzeg rzeki sprawiają niepowtarzalny klimat, dzięki któremu lubię zatrzymać się tu na dłuższą chwilę. 
O rzymskim Ponte Saint Angelo pisałam tutaj. Pomysł napisania o mostach i paru innych rzeczach przyszedł mi do głowy, kiedy czytałam cykl Niedzielna kawa u Nutty. Nie jestem pewna, czy Nutta pisała o mostach, a chyba na pewno pisała o murach (chyba na pewno to nie jest szczęśliwe sformułowanie:) Pomyślałam wtedy, że to ciekawe, jak można spojrzeć inaczej na banalne z pozoru budowle.
To tylko kilka ciekawych mostów, które mogłam podziwiać. A teraz muszę podjąć próbę odbudowania mostu łaczącego mnie z pewną bliską osobą, bo obawiam się, iż wzburzone wody wzajemnych nieporozumień i brak komunikacji nieco nadgryzły jego filary. 

środa, 13 listopada 2013

Wrażenia z Londynu część 3 - kilka spostrzeżeń oraz Les Miserables w Queens Theatre


Moja wisienka na torcie, creme de la creme mojego londyńskiego pobytu, cel wyjazdu i kolejne ziszczone marzenie. Pierwszy impuls, pierwsza myśl uczestnictwa złapała mnie kilka lat temu, kiedy uczestnicząc w jubileuszowym przedstawieniu Upiora w Operze w warszawskiej Romie, usłyszałam komentarz jednej z uczestniczek przedstawienia stwierdzający z poczuciem wyższości, iż warszawskie przedstawienie nie umywa się do innych, chociażby tego w Londynie (cytuję jesteśmy całe lata świetlne za teatrami na West Endzie). Jako bezkrytyczna (wówczas) bywalczyni warszawskiej Romy w duchu wyraziłam stanowczy sprzeciw przeciwko deprecjonowaniu "narodowej sceny musicalowej", ale prawdę mówiąc nie byłam kompetentną osobą, aby się w przedmiotowej kwestii wypowiadać. Pomyślałam wówczas - a gdyby tak się kiedyś wybrać do Londynu. Pomyślałam i myśl zdusiłam w zarodku, no bo jak to tak. Do Londynu brzmiało w moich uszach niemal jak Na malucha (w znanej scenie z Kingsajz). Do tego siedliska terroryzmu, do miasta, gdzie, o zgrozo ludzie mówią w jakimś dziwnym i nieznanym mi języku (no bo angielski to ja trochę znam, ale obawiałam się, że nie jest to ten sam angielski, którym posługują się Brytyjczycy). Przecież ja sobie nie poradzę w Londynie.
I kiedy nadszedł dzień okrągłych urodzin, w którym miałam wymyślić sobie prezent - padło na Londyn. Pierwszą czynnością związaną z przygotowaniem wakacji (październikowych wakacji) było zakupienie w miesiącu lutym biletu na przedstawienie Les Mis (o moim stosunku do musicalu i paru relacjach pisałam tu i tu i tu a także o filmie tu i o książce tu), napiszę tu tylko dla zbłąkanych gości, że musicale to moja pasja, życie, są dla mnie, jak tlen, bez nich istnienie byłoby pozbawione smaku i barwy, a Les Mis to mój najukochańszy musical wszech czasów.
Ale zanim dojdę do samej wizyty w teatrze słów parę tytułem rozwiania moich (a może nie tylko moich) obaw dotyczących pobytu w Londynie. Jest to piękne miasto i nie wątpię, iż może zachwycić. W moim sercu królują jednak niepodzielnie inne i z nimi Londyn nie mógł stanąć w konkury. Nie zdradziłam ukochanych miast, ale mały romansik - czemu nie. Muszę  jednak przyznać, iż Londyn ujął mnie tym, że jest to miejsce bardzo przyjazne dla turysty (przynajmniej w moim odczuciu). Jest świetnie oznakowany (podobnie jak Rzym, czy Paryż, ale o wiele lepiej od nich sprawdza się tu czynnik ludzki. Dla przykładu w Paryżu trzy godziny szukałam kasy biletowej z człowiekiem lub automatu sprzedającego bilety z formą płatności gotówkowej, bowiem oczyma wyobraźni widziałam pożartą przez maszynę kartę płatniczą. Jest to problem dla cudzoziemca, jest to też problem dla osób starszych, a zawodowe zboczenie nasuwa mi myśl o nierównym traktowaniu podmiotów - dyskryminacji nieznających języka i nie korzystających z kart płatniczych osób. Znowuż w Rzymie dość często psują się bramki wpuszczające do metra, a brak obsługi, a raczej ich niedostępność powoduje, że chcesz, czy nie chcesz musisz radzić sobie sam, a to przeskakując przez bramkę, o ile nie są to wysokie szklane drzwiczki, a to wchodząc na plecach osoby cię poprzedzającej, a to wykorzystując wejście dla niepełnosprawnych), spotkałam tu całą rzeszę osób, które zajmują się pomocą zagubionemu turyście tudzież tubylcowi; począwszy od obsługi metra, stacji kolejowych, lotniska a skończywszy na personelu galerii czy obsłudze jadłodajni a nawet policjantach udzielających wskazówek dotarcia do celu. No i kolejne pozytywne zaskoczenie - Londyńczycy (a może jedynie zatrudnieni tu cudzoziemcy) mówią bardzo ładnie po angielsku. Mimo mojej mizerii językowej zrozumiałam niemal wszystko, a czego nie zrozumiałam to wydedukowałam z całokształtu okoliczności. Dzięki Padmo, bo to ty pierwsza uspokoiłaś mnie w kwestii językowej (że prędzej spotkam w Londynie Hindusa, Polaka, czy Turka niż Brytyjczyka).
Teatry na West Endzie
Byłam jedynie w dwóch (Queens oraz Her Majesty) i w obu zauważyłam coś, co niezmiernie mnie zadziwiło. Prawie nikt nie oddawał okryć do szatni. Zapytany o powód pan szatniarz stwierdził, iż zapewne powodem jest zbyt mała szatnia (pomieszczenie dwa na trzy metry). Reszta gości trzyma płaszcze, kurtki, bluzy i swetry na kolanach. Wychowana w epoce przedlodowcowej staram się, (o ile nie idę door to door z pociągu czy samolotu do teatru) ubierać się nieco inaczej niż na co dzień. Nie noszę wieczorowych toalet, ale też nie chadzam tam w dżinsach, czy (o zgrozo) dresach. Tymczasem publika obu teatrów składała się niemal wyłącznie z ludzi, którzy wpadli tu, jakby przez przypadek, idąc z pracy bądź zakupów do domu (co oczywiście nie jest prawdą, bowiem, na dwa dni przed spektaklem, kiedy odbierałam mój pół roku wcześniej wykupiony bilet nie było już ani jednego miejsca na przedstawienie. A trzeba dodać, iż Les Mis grane jest w Londynie nieprzerwanie codziennie od dwudziestu ośmiu lat po dwa spektakle dziennie. Jak to się ma do stołecznej Romy, w której zdjęto przedstawienie z afisza po niecałych dwóch latach grania z powodu małego zainteresowania - nie podejmę się próby udzielenia odpowiedzi). Ale wracając do publiki, salę zajęły osoby ubrane nie tylko mało elegancko, ale nawet dość niechlujnie rozłożywszy na kolanach odkrycia a u nóg siatki z zakupami.
W spodniach od garnituru, wyjściowej bluzce, w butach na obcasie i z make -upem czułam się trochę, jakby nie na miejscu.
Tymczasem
Przedstawienie powitała burza oklasków, nie jakieś marne klap-klap, nie nędzne brawka, ale kaskada połączona z budzącą się energią oczekiwania na wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju widowisko. Taka sama burza oklasków towarzyszyła każdemu świetnemu wykonaniu, a było ich sporo, więc publiczność się nie oszczędzała. Kiedy w antrakcie rozbłysły światła zobaczyłam dookoła mnie już nie panów w rozciągniętych swetrach i bluzach polarowych, już nie zmęczone kobiety w niedopasowanej garderobie z siatkami pełnymi zakupów, a ludzi o śmiejących się oczach, osoby uradowane tym, że miały szczęście znaleźć się tu i teraz, że uczestniczą w czymś pięknym, radosnym, czują uniesienie, że podobnie, jak mnie chce im się tańczyć i śpiewać i nie wyobrażają sobie, że ten stan nie będzie trwał wiecznie, zobaczyłam całą salę pokrewnych dusz. Po zakończonym spektaklu publiczność zerwała się z miejsca (ołów w odwłokach nikomu nie ciążył) i nagrodziła artystów kolejną partią braw a potem wszyscy odśpiewaliśmy Happy Birthday jednemu z wykonawców.
Nie umiem ocenić, które z oglądanych przeze mnie spektakli było najlepsze, w kwestii Les Mis nie jestem obiektywna. Nie mogę powiedzieć, aby londyńska interpretacja, czy wykonanie różniły się znacznie od warszawskiej, (nie było ani gorsze, ani lepsze), ale jedno mogę stwierdzić na pewno, takiej harmonii świetnego wykonania z euforycznym odbiorem publiczności, takiego zjednoczenia ludzi połączonych więzią umiłowania piękna sztuki nie przeżyłam już dawno. Przydarzyło się ono na pierwszym przedstawieniu Upiora w Operze, o czym pisałam tu (pisząc o najbardziej niekomfortowych warunkach odbioru i najbardziej ekscytujących przeżyciach). Zaczynam się zastanawiać, czy radość z odbioru nie jest u mnie odwrotnie proporcjonalna do warunków odbioru.
Scenografia spektaklu przypominała mi trochę obrazy Caravaggia z ich punktowym oświetleniem, ascetyczna i skromna, cała scena pogrążona w ciemnościach, mroku, momentami oparach mgły, jedynie twarze wykonawców oświetlał dyskretny snop światła. Kostiumy tradycyjnie, jak w innych przedstawieniach raczej nędzne niż dekoracyjne. Spektakl zaspokoił moje oczekiwania wokalne i muzyczne. Orkiestra cudowna, sceny zbiorowe i zbiorowe wykonania utworów fantastyczne. Gdybym miała wybrać tylko jednego wykonawcę z całego przedstawienia byłby to Daniel Koek, występujący w roli Jean Valjeana. Ale ja nie jestem chyba obiektywna, ocenę wystawiłam już po wysłuchaniu Look down (pierwszego utworu), w chwili, kiedy pomyślałam - ja tu na pewno wrócę. No i nie muszę wspominać, że mój starannie wykonany make-up spłynął ze łzami podczas wykonania Bring Him Home.
I gdybym miała powiedzieć, co sprawiło mi największą radość podczas moich trzy tygodniowych wakacji (podczas których odwiedziłam poza Londynem, także Paryż, Wenecję, Florencję i Rzym) to byłoby to przedstawienie Les Mis.