poniedziałek, 29 grudnia 2014

Święta w Krainie Łagodności



Niech zakwita, niech oczyszcza, niech kształt nada
Tam, co w nas tkwi gdzieś na dnie samym
Niech się wznosi, niech się wznosi
Aż zabłyśnie tęczą
Do krainy łagodności bramą.*
Kraina Łagodności - to nie miejsce na ziemi, ale stan ducha, jaki można odnaleźć w sobie. Niektórzy, aby go znaleźć nie potrzebują nigdzie wyjeżdżać, innym wystarczy wyjść za próg domu, a jeszcze inni potrzebują oddalić się od domu o kilka, kilkanaście lub kilkaset kilometrów.


Ponieważ mój wewnętrzny spokój został przywalony tonami złych emocji potrzebowałam trochę większego dystansu dla ponownego jego odzyskania. Padło na Kraków, miasto bliskie sercu, miejsce, w którym mimo zgiełku wielkiej aglomeracji łatwiej jest odnaleźć stan wyciszenia, harmonii, spokojności. Poszukiwania zwieńczone zostały powodzeniem. Czas pokaże, na jak długo. 
To były piękne święta obfitujące w czas, spokój, refleksję. Spacery, spacery i jeszcze raz spacery, przerywane lekturą, koncertem, kinem, teatrem i smakowaniem Krakowa. 


Takie święta bez pośpiechu, bez poczucia zawiedzenia czyichś oczekiwań, bez przejedzenia (a jednak z uczuciem sytości), bez żalu, że znowu coś umknęło, że się nie zdążyło, nie odpoczęło, nie odwiedziło, nie kupiło, nie podało, nie sprzątnęło, nie zrobiło, nie pospało, albo pospało za długo...
Aby jednak nie było tak całkiem idyllicznie muszę wrzucić mały kamyczek do tego Ogródka Łagodności. 
Gdyby ktoś dziś mnie zapytał o radę w sprawie świąt poza domem, odpowiedziałabym, że jeśli nie odczuwa się obawy przed byciem ze sobą to polecam, ale nie w kraju, a przynajmniej jeszcze przez jakiś czas nie w Polsce.


Kiedy rok temu spędzałam święta w Amsterdamie miałam wrażenie, że całe otoczenie świętuje; ludzie życzliwi, radośni, spokojni, uśmiechnięci. Amsterdam to miasto otwarte dla mieszkańców i dla gości. Miasto dzielące się swymi bogactwami. Otwarte restauracje, kawiarnie, muzea i galerie, a zapewne i teatry. Zarówno turysta, jak i tubylec może wykorzystać wolny czas na wspólne z rodziną czy przyjaciółmi wyjście z domu. Nie dyskryminuje się ludzi, którzy nie chcą spędzać dwunastu godzin pod telewizorem bądź zamknięci w czterech ścianach własnego mieszkania. 
W Krakowie w okresie 24-26 grudnia pozamykane były prawie wszystkie muzea, galerie i teatry. Pozamykana była też większość kawiarni i restauracji. Kartkę z takim napisem (jak na zdjęciu obok) można było znaleźć na dwóch trzecich (jeśli nie więcej) tego typu lokali. W samo Boże Narodzenie otwartych było zaledwie kilka procent ogółu lokali gastronomicznych. Wygłodzonych turystów ratował Bożonarodzeniowy Jarmark serwujący na świeżym (mroźnym) powietrzu bigos, pierogi, pieczone kiełbaski, czy golonkę. 
Mnie się udało znaleźć kilka miejsc oferujących smaczny i ciepły świąteczny posiłek, ale wielu nie miało takiego szczęścia. 
Ale, żeby nie było tak pesymistycznie napiszę, iż i tak jest dużo lepiej niż parę lat temu, co mogę stwierdzić czytając wpis u buksy (na podstawie książki Zagajwskiego Lekka przesada).


Humor dopisywał i nawet jeśli marzły stopy i dłonie, wiał silny wiatr, w oczy zacinał deszcz lub oślepiało słońce (pogoda zaprezentowała całą gamę możliwości) to rekompensowały to piękne widoki, poczucie nieskrępowanej wolności, klimat miejsca i niesamowite doznania towarzyszące odwiedzinom na kilku wystawach (przed i po świętach) czy wysłuchaniu przepięknego koncertu w kościele Piotra i Pawła (jednej z niewielu atrakcji, jaką miasto oferowało w Dniu Bożego Narodzenia). 
Można też było się ogrzać przy ognisku obok kościoła Franciszkanów, gdzie odbywała się żywa szopka i wspólne śpiewanie kolęd. Cieszę się, że spędziłam tutaj kilka dni, bo odwiedzając miasto w okresie świąt mogłabym nie znaleźć Mojej Krainy Łagodności.
* fragment piosenki Wojtka Bellona Pieśń łagodnych 

niedziela, 21 grudnia 2014

Życzenia powtórzone

fragment szopki z Bazyliki Św. Piotra w Watykanie
Może życzenia należy powtarzać kilkakrotnie, aby miały moc sprawczą. Ponieważ moje wielkanocne życzenia nie uchroniły mnie od tego od czego uchronić mnie miały  raz jeszcze pokornie poproszę o ich spełnienie. 

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
Przed mocą Twoją się ukorzę
Ale chroń mnie, Panie, od pogardy
Przed nienawiścią strzeż mnie, Boże
  
Wszak Tyś jest niezmierzone dobro
Którego nie wyrażą słowa
Więc mnie od nienawiści obroń
I od pogardy mnie zachowaj
  
Co postanowisz, niech się ziści
Niechaj się wola Twoja stanie
Ale zbaw mnie od nienawiści
I ocal mnie od pogardy Panie...



Życzę wszystkim zaglądającym, aby w okresie nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia spotykali tylko same życzliwe osoby.
Życzę spokojnych i pogodnych Świąt.

A ja idę dalej pakować walizkę i lecę w poszukiwaniu Mojej Krainy Łagodności.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Podróż do Rzymu Alberto Moravia (największe rozczarowanie w tym roku)


I znowu uległam głupiej obsesji kupowania książek z miastem w tytule. Miałam nadzieję, że znane nazwisko uchroni mnie od nietrafnego wyboru. Tymczasem zmuszona jestem do przerwania lektury w połowie, co jak jeszcze nie tak dawno pisałam zdarza mi się niezwykle rzadko. Dla upewnienia się, czy nie popełniam błędu zajrzałam do netu i trafiłam na opinię koczowniczki, której zdanie niezwykle sobie cenię i okazało się, iż niczego nie stracę, a nawet zyskam nie kończąc lektury.

Przyznam iż książka mnie zniesmaczyła i rozczarowała. Ani Rzymu w niej nie ma, ani ciekawych bohaterów, fabuła (mająca udowodnić tezę, iż wszystko co nas w życiu spotyka jest konsekwencją tego, co spotkało nas w dzieciństwie) jest niezwykle przewidywalna (moje podejrzenia potwierdziły się, kiedy przeczytałam opinię koczowniczki). Główny bohater leci z Paryża do Rzymu odwiedzić nie widzianego od lat ojca. W samolocie spotyka matkę z córką, od których bierze numer telefonu. Ojciec który nie widział syna od wielu lat niemal na korytarzu zaczyna opowiadać bohaterowi historię jego matki, która była uzależniona od seksu (i kolokwialnie mówiąc nie przepuściła radnemu mężczyźnie).  W umyśle bohatera natychmiast pojawia się obraz, kiedy jako dziecko był świadkiem stosunku matki z kochankiem, na co być może ojciec wyraził przyzwolenie. I jeśli ktoś sądziłby, że to tylko pretekst stanowiący odwołanie do traumatycznego dzieciństwa, który zaowocuje ukazaniem portretu skrzywdzonego dziecka w ciele dorosłej osoby to bardzo się myli. Dalej bohater dochodzi do wniosku, że aby rozprawić się ze swoją przeszłością i wspomnieniami, które utrudniają mu normalne relacje z ludźmi (nie tylko seksualne) powinien doprowadzić do powtórzenia sceny z dzieciństwa. Dzwoni do poznanej w trakcie podróży kobiety i zaczyna uwodzić jej nieletnią córkę.
Jest w tej książce jakaś niezdrowa fascynacja wynaturzonym życiem seksualnym. Deprawacja dziecka, dziecko w roli stręczycielki, rzucanie się na przypadkowych partnerów, popęd rządzi zachowaniem wszystkich niemal bohaterów tej książki, a w szczególności kobiet (matka bohatera, poznana w samolocie kobieta, przyszła macocha, a nawet trzynastoletnia córka bohaterki). Bohater natomiast to bezwolna marionetka, która poddaje się każdej zachciance przypadkowych znajomych, a przeżyciami z okresu dzieciństwa tłumaczy swą spolegliwość. Odniosłam wrażenie, iż wynaturzony seks stanowi obsesję nie tylko bohatera, ale i pisarza i przyznam się, że nie mam ochoty (przynajmniej w tej chwili) na dalsze zapoznawanie się z twórczością pisarza, choć jak czytałam Podróż do Rzymu to nie jest typowa dla niego proza. Muszę natomiast przyznać, iż okładka bardzo adekwatna do treści.

sobota, 6 grudnia 2014

Wstręt do tulipanów Richard Lourie

Wydawnictwo Znak, rok wydania 2013, ilość stron 206.

Historia fikcyjnego holenderskiego chłopca, który zadenuncjował rodzinę Anny Frank jest tylko pretekstem do zastanowienia się nad kwestią wyborów zdeterminowanych okolicznościami wojennymi, tym trudniejszych, iż dokonywanych przez dziecko. 
Narrator, starzejący się człowiek, będący bohaterem powieści opowiada odwiedzającemu go po latach bratu historię ich dzieciństwa. Nie jest to taka historia, jaką brat będzie mógł się chlubić i opowiadać swej amerykańskiej rodzinie. Okres okupacji niemieckiej Amsterdamu rodzina przeżyła w ciężkich warunkach; nędza, głód, choroby, przyspieszone dojrzewanie sprawiające, iż dzieci przejmują rolę dorosłych. Mały Joop dręczony poczuciem winy z powodu śmierci brata, którego zaraził, zmagający się z brakiem akceptacji i poniżaniem przez ojca, postanawia za wszelką cenę uratować śmiertelnie chorego rodzica. Ima się różnych zajęć, podejmuje pracę, ale okazuje się, że nawet ona nie jest w stanie zapewnić przeżycia. Rodzina zmuszona jest jeść cebulki tulipanów, co pozostawia wstręt na całe życie. Kiedy przypadkiem odkrywa miejsce pobytu żydowskiej rodziny uznaje to za znak, który pozwoli mu na ocalenie rodziny. Ceną przeżycia okazuje się wskazanie miejsca pobytu ukrywających się Żydów. Dziecko nie ma moralnych dylematów, ono ratuje swoich bliskich i zyskuje akceptację ojca. 
Byłem wszystkim, co mu zostało-ciągnąłem. I w końcu zdobyłem to, czego zawsze pragnąłem; jego miłość, jego uwagę. Ale doszło do tego w tak straszny sposób, że nie mogłem się cieszyć. Tak czy owak, lepsze to było, niż nic, i on też był dla mnie wszystkim, co miałem.
Joop przeżył gehennę wojny, tyle, że potem musiał żyć z poczuciem winy, ukrywaniem mrocznego sekretu i nieumiejętnością stworzenia bliskich więzi z innymi ludźmi. Poczucie winy stara się zniwelować usprawiedliwiając własne czyny okolicznościami. To nie on, lecz sytuacja doprowadziły do tego, że dziecko postawiono w sytuacji, w której musi wybierać pomiędzy życiem nieznanej a życiem własnej rodziny, a każdy z tych wyborów obarczony jest winą. Kiedy w jego ręce wpada po latach Dziennik Anny Frank wydaje się on być kolejnym powodem przemawiającym za słusznością podjętej lata temu decyzji. Joop dochodzi do wniosku, iż skoro Anna była rozpieszczoną, egoistyczną dziewczynką, nie przejmującą się innymi, stawiającą na pierwszym miejscu siebie, to gdyby ją postawiono przed wyborem, przed jakim stanął Joop postąpiłaby tak samo. 
Wymyśliłem dla Ciebie Anno, mój własny film. Masz wybór. Wystarczy, że kiwniesz głową i mój ojciec umrze w łóżku na początku sierpnia 1944 roku. Tak czy owak znajdował się wtedy na granicy śmierci i niewiele było trzeba, żeby go wtrącić do grobu. Musisz więc tylko kiwnąć głową i on umrze. A to znaczy, że ocalisz całą swoją rodzinę, matkę, siostrę, siebie samą, a także ludzi z którymi się ukrywasz. Ocalisz życie swojemu ukochanemu tacie, choć on, jako jedyny, i tam ma przetrwać. (..) Jeśli kochasz życie, jeśli kochasz swoją rodzinę, jeśli chcesz mnie ocalić od grzechu wydania cię Niemcom, kiwnij głową.
Książka stawia pytania, na które nie ma odpowiedzi, ostrzega przed ocenianiem (perspektywa utraty życia może zdeterminować wybór, zwłaszcza, kiedy przed wyborem stawia się dziecko). Książka zmusza do zadania sobie pytania, jak my zachowalibyśmy się w takiej sytuacji. Tyle, że my mamy komfort - nie musimy na to pytanie udzielać odpowiedzi.  
Książka została doskonale napisana. I choć to nie fabuła jest tu najistotniejsza, opowieść wciąga i nie pozwala się oderwać do chwili przeczytania ostatniego zdania. 
Było to moje pierwsze spotkanie z autorem, ale już wiem, że nie ostatnie.
Lirael, jeśli tu jeszcze zaglądasz dziękuję Ci za polecenie mi tej książki.

niedziela, 30 listopada 2014

Igor Mitoraj moje antidotum na nieprzystawalność do współczesnej sztuki


W paryskiej dzielnicy nowoczesnych biurowców La Defense gościłam kilkakrotnie. Nie wywarła on na mnie większego wrażenia. Grande Arche będący celem odwiedzin nie zachwycił, a szklane drapacze chmur niosły skojarzenia z Ameryką. Domy z betonu i szkła sprawiają na mnie wrażenie bezdusznych korporacyjnych boksów, w którym zamknięto człowieka, aby wycisnąć wszystkie jego soki. Właściwie to nic nowego, historia ludzkości jest historią panowania jednego człowieka bądź grupki ludzi nad całą resztą społeczeństwa. 
Podczas ostatniego (październikowego) pobytu w Paryżu miałam okazję mieszkać w pobliżu La Defense. Idąc w kierunku metra zastanawiałam się, czy architektura XXI wieku będzie tym dla potomnych, czym dla nas jest architektura zeszłych stuleci. Czy ten brak zdobień, prostota formy i funkcjonalność uzyska uznanie ludzi, którym przyjdzie żyć po nas. Kiedy tak wędrowałam esplanadami, a myśli krążyły wokół nieprzystawalności własnej osoby do dzisiejszego świata (typowej rozterki osoby wchodzącej w wiek dojrzały) zauważałam najpierw Jego a potem Ją. A może odwrotnie. 

Ikar i Ikaria Igora Mitoraja. Na tle biurowców, odbijające się w szkle ogromne, masywne postaci ludzkie sprawiające wrażenie niezwykle lekkich. Z jednej strony okaleczone, ułomne, słabe, a z drugiej silne, zwycięskie, wielkie. Współczesne, a jednak klasyczne rzeźby polskiego artysty z jednej strony jakoś tu dziwnie nie pasują, a z drugiej świetnie wpisują się w tę odhumanizowaną rzeczywistość i współczesne formy. Z rzeźbami Mitoraja zetknęłam się wcześniej w Krakowie, Warszawie, Poznaniu i Rzymie. Wszędzie zaskakują, pierwsze wrażenie wywołuje coś w rodzaju konsternacji. Jak dotąd chyba najbardziej nieprzystawalnym miejscem, w którym oglądałam dzieło tego rzeźbiarza był Poznański Stary Browar. Teraz dołączyła do tego La Defence. Stałam zahipnotyzowana i rzeźbami; klasyka wśród architektury przyszłości, i ich umiejscowieniem. Niewiarygodnym wydawało mi się, iż artysta wyraził zgodę na takie ich usytuowanie, a może zresztą to on sam zaproponował takie miejsce ich ekspozycji. Choć z drugiej strony esplanada prowadzi do Uniwersytetu, a to chyba dobre otoczenie dla dzieł sztuki. 

Po namyśle doszłam do wniosku, że te rzeźby „uczłowieczają” otoczenie. Zatrzymują przechodnia w biegu, spowalniają jego ruchy, zmuszają do zastanowienia się nad kondycją człowieka. I za chwilę to współistnienie wydaje się jak najbardziej harmonijne. Jego Ikar wraz ze swą partnerką Ikarią to ludzie okaleczeni doświadczeniem wojen i śmierci, a jednak zwycięscy. Nie podejmę się analizy dzieł, bo nie mam ku temu wystarczającej wiedzy. Na rzeźbie nie znam się wcale. Gdyby nie Michał Anioł, Bernini, Canova moja znajomość tej dziedziny sztuki była by bliska zeru. 
Zaskakuje mnie natomiast klasyczne piękno ciała w rzeźbach pana 
Mitoraja w zderzeniu z ich oszpeceniem (okaleczeniem). Jego posągi są wielkie i ułomne zarazem. Jest w nich i smutek i nadzieja, świadomość przemijania i jednocześnie wiara w przetrwanie. Wzloty i upadki, jak u Ikara. Raz chcemy dorównać Bogom, a za chwilę zostajemy ukarani za swoją pychę. 
I to one przyciągają wzrok bardziej niż otaczające je budynki. Mimo, że nieprzystępne i obce, tajemnicze, są fascynująco piękne i melancholijne. Są symbolem waleczności i wielkości człowieka. I za to cenię rzeźby zmarłego niedawno polskiego artysty.

Zdjęcie nr 1 Ikaria w paryskiej La Defense, zdjęcia nr 3 i 4 Ikar w paryskiej La Defense, zdjęcie nr 2 Blask księżyca w Starym Browarze w Poznaniu


Fragment drzwi świątyni Santa Maria degli Angeli w Rzymie (dwa pierwsze zdjęcia) oraz fragment drzwi świątyni Matki Bożej Łaskawej w Warszawie (dwa kolejne zdjęcia)

Moim zdaniem rzeźby tego wielkiego, niedawno zmarłego polskiego artysty mają coś wspólnego z rzeźbami mojego ulubieńca Michała Anioła. Te uwięzione w drzwiach świątyń fragmenty ciał przypominają Niewolników Michała Anioła. 

sobota, 29 listopada 2014

Hurtowo o książkach (Sven Hassel, Desmond Seward, Barbara Wachowicz i Zbigniew Uniłowski)

Zlikwidować Paryż Sven Hassel
Nie wiem skąd wpadłam na pomysł zakupu tej książki. Myślę, że tytuł zadziałał jak magnes. Ach ten Paryż – miły sercu w każdej odsłonie. Od wszelkich romansopodobnych skutecznie odstraszają różowo-lukrowe okładki, natomiast w tym przypadku zwiodła mnie stonowana czarno biała szata. Ponadto kołatały się gdzieś w głowie echa telewizyjnego programu o generale von Choltitz i jego roli w nie … zburzeniu (ocaleniu?) Paryża. Sven Hassel, duński żołnierz armii niemieckiej zesłany do jednostki karnej Wermachtu opisał własne przeżycia udziału w walkach na froncie zachodnim. Książka nie jest zła, tyle, że wtórna. To, co było świeże i nowe u Remarque`a w Na zachodzie bez zmian tutaj wydaje się zaledwie powieleniem pomysłu niemieckiego pisarza i nie zmienia tego kilkakrotne powołanie się na książkę. Ciekawe są natomiast rozpoczynające każdy rozdział wstawki będący fabularnym przedstawieniem autentycznych wojennych epizodów. Uważam, że książka byłaby o wiele ciekawsza, gdyby autor poszedł w kierunku rozwinięcia tych epizodów. Atutem książki jest znajomość wojennych realiów i obrazowy sposób ich opisania oraz ciekawa galeria typów spod ciemnej gwiazdy. Nie znalazłam jednak w książce nic odkrywczego.  
Caravaggio Awanturnik i geniusz Desmond Seward 
W biografii o malarskim geniuszu najciekawszy okazał się obraz życia i stosunków społecznych barokowej Italii (Rzym, Mediolan, Neapol) oraz oblicze Malty i Zakonu Maltańskiego ze schyłkowego okresu życia Michelangelo da Caravaggio. O samym malarzu dowiadujemy się niewiele więcej niż można przeczytać w encyklopedycznej notce w wikipedii. Burzliwe życie wielkiego geniusza, jego trudny porywczy, kłótliwy charakter opisuje autor w sposób suchy, bezbarwny i mało ciekawy. Wielka to szkoda, bo życie malarza to gotowy scenariusz filmowy. Autor zadał sobie wiele trudu, aby dotrzeć do źródeł, które wydają się niezbyt bogate. Są to głównie świadectw współczesnych malarzowi włoskich biografów. Seward przedstawia wiele informacji na temat malarza, wiąże jego zachowania z charakterem epoki, próbuje go nawet usprawiedliwiać okolicznościami, widać, iż lubi swojego bohatera, choć nie jest wobec niego bezkrytyczny. Jednak sama biografia, jest napisana w sposób dość nużący. Tę niewielką objętościowo książeczkę (179 stron) czytało mi się ciężko i długo. Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny. 
W ojczyźnie serce me zostało Barbara Wachowicz 
Książka stanowi udokumentowanie wystawy fotograficzno - literackiej zorganizowanej przez panią Barbarę Wachowicz w kilku miastach Polski w latach 1988-1990. Jest to zbiór zdjęć wykonanych podczas podróży odbytych szlakiem Mickiewicza, Słowackiego, Orzeszkowej, Reymonta, Żeromskiego i Wańkowicza okraszony fragmentami utworów naszych wielkich a także ich korespondencji i tego, co na ich temat pisali przyjaciele oraz badacze ich twórczości. Czarno - białe zdjęcia wykonane nieprofesjonalnym aparatem fotograficznym mają moc sprawczą przenoszenia w czasie. Patrząc na te niepodrasowane dzisiejszą obróbką zdjęcia można uwierzyć, że pejzaże, na które patrzymy są tymi samymi, które oglądali sto i dwieście lat temu nasi poeci i pisarze. Można by powiedzieć, że nic prostszego jak zamieszczenie wierszyka przy fotografii dworku, w którym gościł jego twórca. Ale to nie tak. Pani Wachowicz jest pasjonatką i ma dar wyboru tych najwłaściwszych wersów dla zilustrowania nastoju ducha, jaki towarzyszył podczas podróży. Z autorką mam tak, że kiedy zaczynam jej słuchać, czy czytać obawiam się przesady i patosu, a kiedy kończę dochodzę do wniosku, iż wszystko zostało pięknie wyważone. Podziw dla ukochanych pisarzy jest wyrazem szczerego zachwytu i nawet jeśli jest w nim nieco egzaltacji to mnie ona nie razi. I nie wiem, co bardziej mnie wzruszyło zdjęcia miejsc znanych, do których wyrywa się serce, zdjęcia miejsc, do których chciałabym, a nigdy nie dotrę, czy piękne strofy, które przypomniały mi, że kiedy i z poezją było mi po drodze (w tym ukochane strofy z Mickiewicza). Książka jest czymś więcej niż katalogiem z wystawy, bowiem zawiera jej pełną dokumentację, a jej wydanie uważam za bardzo dobry pomysł. Mając książkę w ręku miałam wciąż przed oczami blog Moje podróże literackie Agnieszki, która pięknie kontynuuje i rozwija pomysł pani Barbary. 
Wspólny pokój Zbigniew Uniłowski
Najlepszą pozycję zostawiłam sobie na deser. Wspólny pokój przedstawia życie kilku drugorzędnych przedstawicieli środowiska literackiego okresu dwudziestolecia międzywojennego w Warszawie. Od czasu do czasu padają znane nazwiska, choć występują one raczej rzadko. Powieść miała być (i w swoim czasie była) zjadliwym pamfletem na środowisko literatów okresu dwudziestolecia, lecz dziś największy jej walor upatruję w warstwie dokumentalnej. To znakomity obraz pewnego wycinka środowiska podany nieco archaicznym dla nas, ale ciekawym językiem tamtego okresu. Język nadaje klimat powieści i jest jej dodatkowym atutem. 
Opis życia pięciu mężczyzn i trzech kobiet, (panie stanowią jedynie epizodyczne, choć barwne tło wspólnego mieszkania), przedstawiony został w sposób niezwykle naturalistyczny. Fizjologia, brak intymności, znieczulenie, brudno, szaro i beznadziejne jest we wspólnym pokoju. Połączeni nędzą, brakiem perspektyw, zniechęceniem, snuciem wizji swego przyszłego losu często wdają się w kłótnie i awantury spowodowane koniecznością przebywania razem i brakiem intymności. Za dnia toczą zacięte dyskusje na temat kondycji literatury (z pojawiającym się często kompleksem niższości literatury polskiej wobec literatury europejskiej) oraz porządku społecznego (usprawiedliwiającego sposób zachowania bohaterów), nocami uskuteczniają wędrówki po lokalach za pożyczone lub wyłudzone pieniądze. Poniżej cytat jednego z bohaterów - Lucjana, będącego alter ego pisarza.
Nie chciałbym być czytanym przez samych rodaków, którzy by mówili, że mam serce płonące miłością do ojczyzny, że pragnę jak najlepiej i tak dalej. Serce Tomasza Manna też bije dla Niemiec, co mu nie przeszkadza być czytanym przez całą Europę. Te grzecznościowe nagrody Nobla dla Sienkiewicza i Reymonta niczego nie dowodzą, Diabli biorą, kiedy się weźmie do ręki współczesną książkę miernego nawet pisarza Niemiec czy Francji; od razu się czuje tę rasę, poziom, kulturę i te rzeczy tłumaczy się u nas, czyta się je, oni nie potrzebują robić tak jak my, żeby nasz Pen Club musiał płacić za wydanie w obcym języku jakiegoś Kadena czy cholera już wie kogo. Czy zastanawiałeś się, że poza paroma poetami i jednym Prusem nie mamy właściwie literatury?.. My nie zdajemy sobie sprawy, że artysta jest przede wszystkim dla świata, a potem dla narodu.
Książka przypomina mi w klimacie Zaklęte rewiry (znane jak dotąd wyłącznie w formie ekranizacji), choć książka Uniłowskiego powstała wcześniej. Polecam gorąco i nie zrażajcie się, jeśli nie wciągnie was od samego początku, jak to było w moim przypadku.

Dzisiejszy wpis dość długi, ale mam świadomość tego, że w hurtowni szuka się przede wszystkim tego, co przeczytało się, lub chciałoby się przeczytać samemu.

środa, 26 listopada 2014

Stara zabawa w nowej odsłonie- część druga



Więcej na temat zabawy piszę w części pierwszej, gdzie odpowiedziałam na pytania buksy (tu). A dziś pora na pytania koczowniczki.


1.Najbardziej lubisz literaturę... jaką? Polską, amerykańską, japońską, a może jeszcze inną?

Z trzech wyżej wymienionych wybieram polską. Jeszcze kilka lat temu stanowiła ona znikomy procent mojego czytania, a to za sprawą systemu oświaty, jaki obowiązywał kiedy byłam uczennicą. Dzięki kanonowi lektur szkolnych, który rozszerzałam na czytanie książek znajdujących się w zestawieniu lektur poznałam Sienkiewicza, Prusa, Dąbrowską, Żeromskiego, Mickiewicza, Reymonta, Orzeszkową, Nałkowską i wielu innych polskich pisarzy. Natomiast brakowało mi zawsze przedstawicieli innych nacji (poza Makbetem Szekspira, Ojcem Goriot Balzaka czy Don Kichotem Cervantesa niewiele pamiętam z czasów szkolnych literatury obcej). Czułam się intelektualną kaleką, jeśli idzie o znajomość literatury; brakowało mi Szekspira, Dostojewskiego, Zoli, Prousta, Manna, Tołstoja, Hugo i wielu innych pisarzy choćby tylko europejskich. W ciągu ostatniego roku wróciłam do czytania literatury polskiej i odkrywam na nowo dawnych znajomych oraz nowe nazwiska. Poza wyżej wymienionymi, wśród których twórczości mam swoje ulubione książki odkryłam też twórczość znanych mi jedynie z nazwiska Kral, Łopieńskiej, Rutkowskiego, Wachowicz, Olczak - Ronikier, Herberta (którego wcześniej kojarzyłam wyłącznie z poezję), Dehnela, czy Fabiani (która snuje ciekawe gawędy o sztuce). Wymieniam nazwiska pisarzy bardzo zróżnicowanych, bo też moje zainteresowania są różnorodne. 
Chcę jeszcze dodać, iż ogromnie lubię Steinbecka, żadna z przeczytanych książek tego pisarza mnie nie zawiodła; od powieści (Na wschód od Edenu, czy Grona gniewu) po opowiadanie –nowelkę (Ludzie i myszy). Jednak najbardziej tkwię w literaturze europejskiej, być może jestem ksenofobem, bo nie przemawiają do mnie inne kręgi kulturowe. I miałabym duży problem z wyborem pomiędzy francuską (ukochani pisarze Hugo, Zola, Proust) czy polską (do której mocniej bije moje serce).
2.Na pewno znasz zetknęłaś(ąłeś) się z książkami pisarza, którego twórczość podziwiasz, natomiast inni nie - bo nie znają go, nie doceniają. Aż serce boli. Chcesz, by został odkryty, doceniony. Jaki to pisarz? 
Mam wątpliwość, czy książki pisarzy, których ja odkryłam, (choć wcale ich nazwiska nie popadły w zapomnienie, to raczej ich twórczość jest mało znana), zachwyciłyby także innych czytelników, ponieważ poza talentem pisarza/wartością dzieła sporo zależy od zainteresowań i oczekiwań czytelnika. Dla mnie takim odkryciem był np. Brodski (Znak wodny i Dyptyk Petersburski), czy książki Emila Zoli. Uważam też za świetnego autora biografii Irvinga Stone. Tyle, że w tym przypadku trudno mi ocenić, czy to mało znany pisarz.
3.Czy sięgasz po książki "obozowe"?
Zdarza mi się. Sięgam po nie raczej niechętnie, bo to zawsze ciężka i wyczerpująca psychicznie lektura. Natomiast nie przypominam sobie, aby kiedyś tego typu książka mnie zawiodła, zawsze mocno poruszają i pozwalają więcej zrozumieć nie tylko przeszłość, ale i teraźniejszość i pozbawiają złudzeń co do przyszłości. Ostatnio sięgnęłam za przyczyną blogowych rekomendacji po takie książki, jak W domu niewoli Obertyńskiej, czy Inny świat Herlinga-Grudzińskiego. Uważam przeczytanie choćby tylko tych najważniejszych pozycji za nasz obowiązek i spłatę długu wobec przeszłych pokoleń. Mam nadzieję, że nie zabrzmiało to zbyt pompatycznie. 
4.Czy jesteś zadowolona(y) ze swojego bloga? Może chcesz coś w nim zmienić?
Jeśli chodzi o szatę graficzną to nie lubię częstych zmian, cenię minimalizm i obecny wygląd bloga mi odpowiada, nie chciałabym aby różne tzw. gadżety odrywały czytelnika od meritum. Nie jestem zwolenniczką blogów, na których dostają oczopląsu od nadmiaru gadżetów. Nie uznaję też reklam (jeśli się pojawią proszę dać mi znać). Nie umiem tylko ustawić wielkości czcionki, albo jest wielka, albo malutka. Jeśli chodzi o zawartość merytoryczną chciałabym zachować dotychczasową różnorodność wpisów (podróże, wystawy, koncerty, książki). Cieszy mnie dzielenie się wrażeniami z licznych kręgów zainteresowań, choć taka ich różnorodność powoduje iż nie mam możliwości o wszystkim napisać. Wciąż poszukuję złotego środka. 
5.Ile czasu zajmuje Ci napisanie recenzji? 
Kiedy zaczynałam swoją blogową przygodę napisanie recenzji było kwestią „chwili”, wracałam z podróży/koncertu i zaczynałam pisać, kończyłam czytać książkę, siadałam przy komputerze i w przeciągu kilkunastu/kilkudziesięciu minut wpis był gotowy. Dziś ekspresowo powstają wpisy jedynie wówczas, gdy opisywane zdarzenie poruszy jakąś czułą strunę, siadam, piszę i publikuję. Ostatnio pisanie zabiera coraz więcej czasu (zbyt wiele), coraz częściej zaczynam pisać, odkładam, piszę coś innego, za jakiś czas wracam, czasami kilkakrotnie. Dlatego trudno podać czas, jaki faktycznie poświęcam na napisanie wpisu, zwłaszcza że należę do osób, które miewają problem z rozwlekłością, zdarza się, że więcej czasu zabierają mi cięcia niż samo pisanie.
6.Czy chętnie pożyczasz innym swoje książki?
Kiedyś czyniłam to chętnie, ostatnio, kiedy zapominam komu i co pożyczyłam, a pożyczający zapominają oddać jestem bardziej ostrożna. Przestałam proponować pożyczkę, choć poproszona nie odmawiam. 
7.Jeśli książka Cię nie interesuje, czy starasz się ją przeczytać do końca, czy też porzucasz bez żalu?
Chciałabym dojść do takiego etapu, w którym porzucę nieinteresującą książkę. Zdarza mi się to, choć rzadko, bowiem zawsze jest mi żal odkładać nieprzeczytaną. Mam taką, może niemądrą teorię, że istnieją książki, które można ocenić dopiero przeczytawszy je do samego końca. Zdarzyło się, że dopiero przeczytawszy ostatnie zdanie stwierdzałam, iż książka była warta lektury. Staram się nie oceniać książek, których nie „zmęczyłam” do końca. 
8.Bohater książkowy, który Cię bardzo irytował, to...
Maurycy del Longo z Pustelnii Parmeńskiej. I była to irytacja, która rzutowała na dość surową ocenę książki. 
9.Bohaterka książkowa, która Cię bardzo irytowała, to...
Emma Bovary i tu także irytacja osobą bohaterki przełożyła się na surową ocenę powieści. To jedna z tych książek, które chcę przeczytać jeszcze raz, bo mam wrażenie, że coś mi umknęło, że nie poznałam się na jej kunszcie. 
Ale zdarzyła się też irytacja bohaterką, która zaowocowała zachwytem. Chodzi o fantastyczne studium psychologiczne i Różę z Cudzoziemki. 
10.Czy codziennie czytasz przynajmniej kilka kartek? 
Staram się, a jeśli mi się nie udaje to nie jest to winą braku czasu, a ogarniającego mnie stuporu, kiedy rzeczywistość wprowadza w stan dziwnego odrętwienia.
11.Polecisz mi jakąś książkę, która mogłaby mnie zainteresować? Postaram się ją przeczytać. 
Zaryzykuję. Przeczytałam ostatnio książkę Wstręt do tulipanów Richarda Lourie, która wydaje mi się wartą polecenia. Opisuje fikcyjną historię chłopca, który zadenuncjował rodzinę żydowskiej dziewczynki Anny Frank. Książka napisana została w formie wspomnień dwóch braci, z których jeden stara się wyprzeć z pamięci, stawiającą go w złym świetle przeszłość. Książka z serii tych, które stawiają pytania bez odpowiedzi a ocena zachowań bohaterów jest niejednoznaczna. Mam nadzieję, że niedługo opiszę wrażenia z lektury, wówczas dołączę link


Istotą zabawy jest wyznaczenie kolejnych "szczęśliwców" i zadanie im kolejnych pytań, co uczyniłam w pierwszej części wpisu. Dla przypomnienia (dla tych, co rzadziej zaglądają na blogi) poprosiłam o udzielenie odpowiedzi na zadane tam pytania 
- Kaye z Notatnika kaye,
-natanna z Moje zaczytanie
- marlow z Galerii Kongo

A ponieważ obiecałam natannie trzecią nominację i kolejny zestaw pytań, który ma ją zmobilizować do wpisu (choć odpowiedzieć na 33 pytania jest ciężej niż na 22 pytania:) to proszę bardzo.
1. Pierwsza książka, która wprowadziła cię w świat dorosłej literatury 
2. Mickiewicz, czy Słowacki? 
3. Ukochana książka rosyjska. 
4. Gdybyś mogła zadać jedno pytanie Prusowi, o co byś go zapytała? 
5. Czytanie w łóżku, czy na fotelu, a może przy biurku? 
6. Książka przy której chce ci się jeść. 
7. Najpiękniejsza książka o miłości. 
8. Pisarz, na którego książkach uczyłaś się patriotyzmu. 
9. Któremu bohaterowi literackiemu powierzyłabyś bez obaw swoje dziecko? 
10. Literatura węgierska czy włoska? 
11.Wymarzona książka pod choinkę.
Jeśli ktoś chciałby dołączyć się do zabawy to będzie mi miło.

wtorek, 25 listopada 2014

Stara zabawa w nowej odsłonie - część pierwsza

Otrzymałam dwa zaproszenia do wzięciu udziału w zabawie polegającej na udzieleniu odpowiedzi na 11 pytań i zadanie swoich pytań kolejnym „szczęśliwcom”. Zasady zabawy chyba znają już wszyscy, jeśli nie to odsyłam do nominujących mnie buksy i koczowniczki
Pomyślałam, że wpis może być dobrym pretekstem wyjścia ze stagnacji, w jaką popadł ostatnio mój blog. Miałam zamiar odpowiedzieć hurtem, ale ponieważ troszkę się rozpisałam podzielę wpis na dwie części.

Pierwsza pytania zadała buksy 
1. Twoje Ulubione miejsce pełne książek to?
Lubię wszystkie miejsca, w których znajdują się książki; oczy rozszerzają się z zachwytu, kiedy wchodzę do księgarni czy biblioteki, ale też do kawiarenki, w której znajduje się zaledwie kilka półeczek z książkami. Bardzo lubiłam (nieistniejącą już) ogromną księgarnię Traffic w Warszawie, gdzie zawsze potrafiłam wypatrzeć coś ciekawego. W Gdańsku najchętniej zaglądam do najmłodszej (chyba) filii biblioteki wojewódzkiej (znajdującej się w centrum handlowym) z powodu ogromnego księgozbioru i jego różnorodności. Ale takimi najulubieńszymi miejscami pełnymi książek są antykwariaty. Tam nie tylko znajduję coś ciekawego, tam znajduję tak dużo ciekawych książek, że opuszczam je w nadziei kolejnych odwiedzin. Szalenie też lubię oglądać zbiory bukinistów i nieodmiennie żałuję, iż nie ma tam polskojęzycznych książek. 
2. Pisarz (lub pisarka) którego czytania nigdy nie masz dość to ?
Gustuję głównie w klasyce, która wbrew pozorom wcale nie jest tak łatwo dostępna, jak mogłoby się wydawać. Ze zdziwieniem stwierdzam, iż biblioteki publiczne posiadają bardzo skromny księgozbiór książek z gatunku klasyka. Może to (ta niedostępność) sprawia, iż pisarze, których chętnie czytam wciąż są u mnie miłymi gośćmi, ponieważ nie zdążę się nimi nasycić. Do tych pisarzy należą choćby Zola i Hugo. A poza klasyką Szabo, Marai, czy Stone. 
3. Książka której wydania w Polsce nie możesz się doczekać to ?
Będę monotematyczna. Uważam, że wydawnictwa po macoszemu traktują klasykę. Brakuje mi dobrych wydań choćby wspomnianego wyżej Zoli. Natomiast cieszy wznowienie książek Stone czy Szabo a także Prousta.
4. Najlepsza lektura na listopadowy wieczór to?
Generalnie nie uzależniam lektury od pory roku, ale ponieważ listopad to okres zachorowań na różne grypopodobne choróbska (co właśnie mnie dopadło), kiedy trudno się skupić dobrze sięgnąć po coś lżejszego. Przypomina mi się Łopieńskiej Książki i ludzie, w której jeden z rozmówców proponował na grypę Prusa. Szkoda, że nie mam w domu, bo wypróbowałabym natychmiast. Ja proponuję na przykład Dumasa ojca lub serię Ani z Z.W. 
5. Jaki tytuł czytany przez Ciebie dawno temu powinien Twoim zdaniem po latach przerwy znowu zawitać do księgarń?
Jest wiele takich książek, ale pierwsza, która przyszła mi na myśl to Moulin Rouge Pierre La Mure (biografia Toulouse Lautreca). 
6. Jaka jest Twoja ulubiona audycja radiowa lube telewizyjna o książkach?
Nie oglądam telewizji i rzadko słucham radio, nie czytam też czasopism o książkach. Zamiast czytać, słuchać, oglądać o tym co powinnam przeczytać wolę poczytać. Własne zainteresowania, książki będące następstwem lektury dzienników czy listów oraz lektura blogów są dla mnie najlepszą rekomendacją. 
7. Jaka jest Twoja ulubiona seria wydawnicza?
Lubię Zeszyty Literackie ze względu na tematykę (książki o podróżowaniu i książki Herberta), choć niektóre wydawane przez nich książki są kiepskiej jakości (brzydki papier, miękkie okładki, nieestetyczny wygląd po pierwszym czytaniu), lubię też wydawnictwo W.A.B. oraz PIW z powodu serii biografii.
8. W jakiej książce znalazła/eś świat do którego chciałabyś się natychmiast przeprowadzić?
Dobra książka przenosi do opisywanego przez siebie świata, wspaniała pozostawia w tym świecie na dłużej. Mnie przeniósł w inny świat Hugo w Nędznikach i Katedrze Najświętszej Marii Panny w Paryżu, czasami zdaje mi się, że cały czas tam tkwię. 
9. Najdziwniejsza książka jaką czytała/eś to?
Nie przypominam sobie w tej chwili żadnej dziwnej książki.
10. Twoje literackie odkrycie tego roku to?
Juan Jimenez z jego poetycką książką Srebrzynek i ja oraz Chodorlos de Laclos Niebezpieczne związki. Natomiast w literaturze polskiej miłym zaskoczeniem okazał się Gustaw Morcinek i jego Wyrąbany chodnik.
11. Bohater literacki w towarzystwie którego mógłbyś/mogłabyś spędzić jeśli nie życie to przynajmniej długą podróż to?
Bogumił Niechcic byłby dla mnie idealnym towarzyszem życia, a w awanturniczą podróż wybrałabym się z Edwardem Dantesem występującym w roli hrabiego Monte Christo. 

Istotą zabawy jest zadanie kolejnych pytań i wytypowanie kolejnych „szczęśliwców”. Do tej pory często bywałam ostatnim ogniwem łańcuszka. Obawiam się, iż kolejna seria pytań dotycząca czytania może być nużąca, ale spróbuję.

1. Jaką polską książkę uważasz dla siebie za najważniejszą, lub kilka najważniejszych?
2. Literatura współczesna czy klasyka?
3. Książka, której obiór podczas kolejnej lektury się radykalnie zmienił.
4. Miejsce na ziemi, które chciał/a byś zobaczyć, dzięki lekturze.
5. Muzyczne skojarzenia książkowe.
6. Najlepsza biografia, jaką czytałaś/eś?
7. Kryminał czy science ficton?
8. Książka z obrazem w tle, którą wspominasz najlepiej.
9. Jaką książkę z kręgu literatury pozaeuropejskiej możesz polecić osobie, która niechętnie sięga po tego typu literaturę.
10. Gdybyś miał/a okazję zjeść kolację z pisarzem/pisarką - kogo byś wybrał/wybrała i co byś zamówił/zamówiła?
11. Jaką książkę zabrał/a byś na bezludną wyspę?

 Gdyby zechcieli odpowiedzi udzielić
- Kaye z Notatnika kaye,
-natanna z Moje zaczytanie
- marlow z Galerii Kongo
byłoby mi niezmiernie miło. Zdaję sobie sprawę, iż niektóre z osób niechętnie lub wcale nie biorą udziału w takich zabawach, ale zaryzykuję. W każdym razie to nie ja będę osobą przerywającą zabawę :)
Gdyby ktoś nie wskazany miał się ochotę zabawić to zapraszam, każdy będzie mile widziany.

niedziela, 9 listopada 2014

Inny świat Gustaw Herling-Grudziński

źródło zdjęcia
Nie szukam takich książek, nie leżą w granicach moich zainteresowań, nie zgłębiam literatury obozowej, nie studiuję psychiki człowieka w skrajnych warunkach, a jednak ilekroć trafię na tego typu literaturę odkrywam na nowo otaczający świat, mechanizm zła i odnajduję coś więcej niż tylko reportażowy zapis historii. Tego typu literatura ogromnie mnie porusza i choć może dziwnie to zabrzmi stanowi pewnego rodzaju katharsis, jest spłatą długu wobec wcześniejszych pokoleń. Ona wzbogaca wiedzę i świadomość i zmienia optykę widzenia, chyba niezależnie od tego, ile już za mną i ile jeszcze przede mną tego rodzaju lektur.
Inny świat nie był moją lekturą szkolną, dlatego poznając go w wieku dojrzałym patrzę nań z perspektywy człowieka o innym bagażu doświadczeń, niż uczeń, który lekturę musi „zaliczyć”. Odbieram go także przez pryzmat dzisiejszych wydarzeń i sytuacji politycznej, co nie nastraja optymistycznie, a jednocześnie uświadamia powtarzalność zdarzeń i pozwala lepiej zrozumieć mechanizm działania państwa totalitarnego. 
A książka przestaje być jedynie zapisem historii i uświadomieniem, iż historia (ta historia) wciąż się toczy, choć w nieco innej scenerii. 
Inny świat to relacja z pobytu w sowieckim obozie w Jercewie, relacja przerażająca tym bardziej, że z pozoru beznamiętna. Narrator opisuje zdarzenia tak jakby był jedynie ich obserwatorem, a nie uczestnikiem. W codziennym zmaganiu się z realiami surowej egzystencji nie ma miejsca na bohaterstwo, patos, przejawy człowieczeństwa. Jest codzienna wegetacja i czepianie się życia z całej, gasnącej siły upodlonego ludzkiego zwierza. Fizjologia, okrucieństwo, głód, choroby, wszy, gwałty, bicie, praca ponad siły. Wyniszczenie psychiczne i fizyczne, likwidacja najsłabszych jednostek, obojętność wobec śmierci. A jednak i tu pojawiają się okruchy człowieczeństwa; gesty solidarności, współczucia i brak akceptacji dla tego, który dla ratowania życia zgodził się wydać wyrok na innych współwięźniów. Mimo, iż jak pisze Grudziński "człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach, i uważam za upiorny nonsens naszych czasów próby sądzenia go według uczynków, jakich dopuścił się w warunkach nieludzkich." 
Jako, że wciąż „siedzi we mnie” W domu niewoli Obertyńskiej nie potrafiłam uwolnić się od porównań. W książce Obertyńskiej mimo dramatycznego opisu pobytu na sowieckiej ziemi, jest niewielka doza optymizmu. Jest ratowanie się poszukiwaniem piękna natury i ludzkich odruchów w piekle, jakie stało się udziałem autorki. Obertyńska pisała o swej gehennie w sposób niezwykle emocjonalny, Grudziński pisze rzeczowo i bez emocji; jest to połączenie reportażowego zapisu dramatu z literackim talentem autora. 
Obraz innego świata (przyrównywanego do świata opisanego przez Dostojewskiego w Zapiskach z martwego domu) jest przerażający, tak jak przerażające są zaludniające go istoty. Jedynym celem wegetujących tu istot jest walka o przetrwanie za każdą cenę; kradzieże, donosy, pobicia, prostytucja. Celem sowieckiego obozu nie jest fizyczne unicestwienie człowieka, a psychiczne i mentalne przeobrażenie go w bezwolną służącą systemowi kukłę. Zniszczony i doprowadzony do skrajnej rozpaczy człowiek miał nie tylko przyznać się do fikcyjnej winy, ale miał w nią uwierzyć i przekonać o tym przesłuchujących go katów, miał udowodnić swoją winę, aby mógł rozpocząć proces odkupienia (poprzez pracę lub poprzez śmierć) i urzeczywistnić swoje uwięzienie. 
"nie wystarczy strzelić komuś w łeb, trzeba jeszcze, żeby o to na procesie pięknie poprosił" 
Wysyłanie na Kołymę było tym czym u Niemców wysyłanie do obozów koncentracyjnych, z tym, że w obozach dążono do fizycznej eksterminacji, u sowietów do wyciśnięcia wszystkich soków podczas katorżniczej pracy w obozie.
Opisy kaźni są rzeczowe, obojętne i pozbawione emocji, może dlatego, iż jak pisze Grudziński, życie jest łatwiejsze, jeśli zatarciu ulegną wspomnienia z wolności, przyzwyczajenia, pragnienia. Pozbawia się uwięzionych wszystkiego, aby tym łatwiej się nimi kierowało dając im w zamian małą cząstkę tego, czego wcześniej ich pozbawiono. 
Podobnie jak u Obertyńskiej pojawia się wspomnienie pobytu w szpitalu, jako jedno z najpiękniejszych przeżyć podczas niewoli oraz obawa przed wolnością, w której znowu trzeba będzie się pilnować, aby nie trafić z powrotem do obozu.
Podobnie też jak W domu niewoli obraz pobytu na wolności różni się niewiele od pobytu w więzieniu. 
Obóz sowiecki pozbawił miliony swych ofiar jedynego przywileju, jaki dany jest każdej śmierci – jawności – i jedynego pragnienia, jakie odczuwa podświadomie każdy człowiek-przetrwania w pamięci innych.
Myślę, że przeczytanie tej książki jest jakimś rodzajem hołdu dla milionów bezimiennie pomordowanych.
Lepiej umrzeć niż żyć na kolanach cytował Grudziński hiszpańską komunistkę, tyle, że umrzeć wcale nie było łatwo, na śmierć trzeba było sobie „zasłużyć”.
Książkę poznałam w postaci audiobooka, co uniemożliwiło mi zamieszczenie większej ilości cytatów. Zaletą audiobooka są muzyczne rzewne rosyjskie ballady towarzyszące czytającemu książkę Henrykowi Machalicy.

niedziela, 2 listopada 2014

Claude Monet, Joanna D`Arc i szachulec, czyli z wizytą w Rouen

  


Pomysł na tę wycieczkę zawdzięczam Łucji – Marii. Kiedy parę lat temu odważyłam się po raz pierwszy zrezygnować z usług biur podróży i samej organizować swoje wyjazdy już podróż do Paryża wydawała mi się nie lada wyzwaniem. Nie wyobrażałam sobie, jak osoba z tak mizerną znajomością języka obcego poradzi sobie z przemieszczaniem się po nieznanym mieście, a co dopiero obcym kraju. Tymczasem doświadczenie uczy i dodaje odwagi, moje wycieczki zataczają coraz szersze kręgi. Tym sposobem odwiedziłam we Francji; Marsylię, Arles, Awignon, Chartres, a teraz trafiłam do Rouen. 

Pierwsze skojarzenie z miastem – jak zapewne dla większości – jest schematyczne - Katedra Najświętszej Marii Panny, czyli świątynia Notre Dame. Któż by jej nie znał. Monet namalował ją w kilkudziesięciu wersjach pokazując, jak zmienia się postrzeganie w zależności od rodzaju oświetlenia. Katedra od bieli, poprzez szarości, niebieskości, różowości, burości aż po czerwień. Nasuwa to skojarzenie z patrzeniem na ten sam obiekt z różnych punktów widzenia.

Snułam się uliczkami podziwiając niezwykle ciekawą zabudowę miasteczka (o czym niżej), kiedy niespodziewanie przed moimi oczami ukazała się bryła gotyckiej świątyni (Tym razem nie wytyczyłam trasy, nie zabrałam mapy, postanowiłam zagubić się w plątaninie uliczek). Nie miałam najmniejszych wątpliwości. Oto stanęłam przed zwielokrotnionym do
niewyobrażalnych rozmiarów płótnem Moneta. W ostrym słońcu kształty wydawały się nieostre i rozmyte. Stanęłam w miejscu, w którym mógłby stać przy sztalugach Claude i mrużąc oczy od słońca podziwiałam potęgę i przepiękną pełną rzeźb misterną dekorację fasady z charakterystycznym maswerkowym zdobieniem okien i murów. Geometryczne wzory splątanych kół, łuków, liści, czy rybiego pęcherza, ażurowe zdobienia, szpiczaste iglice wieżyczek zdobią większość budowli w Rouen (od świątyń począwszy a na budynku Pałacu Sprawiedliwości skończywszy). I choć dziś nie jest to już najwyższy budynek na świecie (pod koniec XIX wieku, kiedy dodano żeliwną neogotycką iglicę dzierżyła świątynia to miano przez kilka lat) to nadal robi wrażenie. To właśnie podziwiam w gotyku, tę chęć sięgnięcia gwiazd, która choć zawiera w sobie sporo pychy, stanowi też wyraz podążania za marzeniami (a przynajmniej ja chcę w to wierzyć). Kiedy robiłam zdjęcie zauroczona maestrią budowli podszedł do mnie pewien człowiek, który poczuł, że musi podzielić się z kimś rozpierającą go dumą i pytając zarazem stwierdził – Magnific?! Nie mogłam i nie chciałam zaprzeczać, powiedziałam z całym przekonaniem; rzeczywiście wspaniała.
 Pissarro w liście do Luciena z 26 maja 1895 roku pisał: Będę żałował, jeśli nie przyjedziesz przed zamknięciem wystawy Moneta, jego katedry wkrótce rozejdą się po świecie, a należy je oglądać razem. Znalazły one jednak wielu przeciwników wśród młodych malarzy, a nawet wśród miłośników sztuki Moneta. Mnie natomiast jego niedościgłe mistrzostwo przekonuje. Cezanne, którego spotkałem wczoraj u Durand Ruela, uważa podobnie jak ja, że jest to dzieło artysty zdecydowanego, zrównoważonego, który pragnie oddać najbardziej nieuchwytne niuanse zjawisk, a takiego wyzwania nie podjął żaden inny malarz. Niejeden artysta neguje konieczność takich poszukiwań, tymczasem ja sądzę, że każde poszukiwanie jest uzasadnione, jeśli ktoś głęboko w coś wierzy” **
Z kilkudziesięciu obrazów Katedr Moneta miałam okazję obejrzeć kilka. Największa kolekcja znajduje się w Muzeum Orsay*. Kiedy po raz pierwszy oglądałam ją w kilku odsłonach robiłam to samo co Monet, starałam się patrzeć na obrazy z różnych punktów widzenia. Przybliżałam się i oddalałam, odchodziłam i wracałam. 
Wnętrze katedry także jest imponujące; masywne kolumny, kolorowe witraże, rzeźby i zdobienia, posągi świętych, grobowiec Ryszarda Lwie Serce i rozeta przypominającą tę paryską. Dowiedziawszy się, iż w Muzeum sztuk pięknych w Rouen znajdują się także obrazy impresjonistów nie mogłam odmówić sobie przyjemności jego odwiedzenia. Każda taka wizyta wzbogaca moje osobiste muzeum tworzone w zwojach pamięci. Każda też przynosi nowe odkrycia. Tym razem uwagę zwróciło dwoje mniej znanych impresjonistów; Leon Jures Lemaitre współtwórca tego nurtu w Rouen oraz Albert Lebourg. Pierwszy pozostawił piękne obrazy miasta sprzed ponad wieku, drugi zauroczył mnie widokiem paryskiej Notre-Dame zimą. Chciałabym jeszcze wrócić do tematu obu panów, ale do czegóż bym nie chciała wracać (poza pracą oczywiście, do której wracać muszę co poniedziałek, dla chleba Panie, dla chleba).
Lemaitre Most Corneille w Rouen
Lebourg Notre Dame w Paryżu zimą

Wieża zegarowa Lemaitre  
Wieża dziś
                                                                                                          
W muzeum nie mogło też zabraknąć obrazów narodowej bohaterki Joanny D`Arc. Joanna podczas wojny stuletniej z Anglikami miała poprowadzić francuską armię do zwycięstwa. Twierdziła, iż usłyszała głos Boga, który kierował jej czynami. Pośrednio przyczyniła się do koronacji na króla Francji Karola VII. Jego kontrkandydatem był bratanek panującego w Anglii księcia Benford Henryk VI. Rouen w losy Joanny wpisało się dość niechlubnie. Ze względu na mieszczącą się w mieście siedzibę angielskiego rządu tutaj uwięziono przyszłą patronkę Francji, aby po sfingowanym procesie o herezję skazać ją na spalenie na stosie. Dziś siedząc na murku pozostałości starego kościoła na Place du Vieux-Merche trudno wyobrazić sobie, iż miejsce to było świadkiem egzekucji Dziewicy Orleańskiej. Plac, którego centrum stanowi Kościół Krzyż - świątynia w kształcie odwróconej łodzi, tętni dziś życiem. Znajdujący się tuż obok Rynek płodów ziemi może spowodować, iż budowla sakralna zostanie wzięta za część hali targowej. Plac otaczają przepiękne, kolorowe kamieniczki, stanowiące kwintesencję szachulcowej zabudowy miasteczka. 
Egzekucja Joanny D`Arc Patrois Isadore

Targ Rybny, na którym stracono Joannę
Wieża, w której więziono Joannę
O budownictwie szachulcowym Rouen pisała moja inspiratorka. Mogę jedynie powtórzyć, iż to połączenie drewna z gliną skomponowane w niezwykłe, różnobarwne wzory sprawia wrażenie scenerii dla pięknej, średniowiecznej baśni. Z budownictwem szachulcowym spotkałam się już wcześniej. Jako mieszkanka Pomorza często widuję czarno białe kratownice kamienic, jednak z taką feerią barw, wzorów, z taką różnorodnością spotykam się po raz pierwszy. I nie umiem powiedzieć, czy ostatni.



*Orsay to mieszczące się w budynku starego dworca kolejowego muzeum, w którym znajduje się wiele bardzo ciekawych zbiorów, znana jest jednak przede wszystkim z największego na świecie zbioru obrazów impresjonistów. Piszę o tym, choć wydawało mi się to oczywistością, ponieważ zdarzyło mi się, iż koleżanka usłyszawszy o spędzeniu przeze mnie około pięciu godzin w Orsay`u zapytała co to jest ten Orsay, czy to przypadkiem nie  sklep odzieżowy! 
** z Biografii Moneta t. 2 autorstwa Pascala Bonafoux str.  29-30

czwartek, 30 października 2014

Zamknięte drzwi Magda Szabo

O mały włos a spóźniłabym się na samolot z powodu tej książki. Czytałam do późna w nocy, a ostatnich kilkanaście kartek pochłaniałam dopinając wieko walizki. Lektura dosłownie mnie pochłonęła.
Główne bohaterki to dwie kobiety; Magda i Emerenc. O ile nie mamy żadnych wątpliwości, kim jest Magda (zapracowaną, wykształconą, inteligentną kobietą, osobą wierzącą, pisarką i żoną), o tyle określenie Emerenc nastręcza sporo trudności. Można ją nazwać pomocą domową, sprzątaczką, dozorczynią, osobą niewykształconą i prostą, samotną zamkniętą w sobie kobietą, niewierzącą w nic i nikomu, z mnóstwem dziwactw i niezwykle silną osobowością), ale żadne z tych określeń nie powie nam kim jest Emerenc. Trzeba przyznać, iż osobowość Emerenc jest szalenie skomplikowana. Szabo często pisząc o niej posługuję się kontrastem, tak jakby scharakteryzowanie tej kobiety było zbyt trudne, aby pisać o niej wprost. 
Nie studiowała Heraklita, a jednak wiedziała więcej niż ja, która gdy tylko było to możliwe, wciąż powracałam do opuszczonego przeze mnie niegdyś miasta, szukając tego, co zaginęło bezpowrotnie-cieni domów, cieni, które kiedyś padały mi na twarz, utraconego niegdysiejszego domu - i, rzecz jasna, nic nie odnajdywałam, bo gdzież się teraz wiła ta rzeka, która uniosła skorupy mojego życia? Emerenc była za mądra, by próbować czegoś, co niemożliwe, swoją energię zachowywała na to, co można by jeszcze uczynić w przyszłości dla przeszłości, ale ja oczywiście dopiero miałam to zrozumieć.
Powieść zaczyna się od poszukiwania przez Magdę i jej męża osoby, która pomoże zapracowanej parze inteligentów w prowadzeniu domu. Emerenc polecają wszyscy, problem tkwi jednak w tym, że to Emerenc musi wyrazić zgodę na pracę u Magdy i jej męża, to oni muszą uzyskać jej akceptację, ponieważ ona wyświadcza im przysługę godząc się na pracę, której nie potrzebuje. 
…możliwe, że będziemy mogły wrócić do sprawy (pracy), bo jeden dom, gdzie pracuje, stał się miejscem nieodpowiednim, mąż i żona piją, dorosły syn się stacza, więc u nich nie zostanie. Jeśli ktoś udzieli nam referencji i przekona ją, że żadne z nas nie jest awanturnikiem ani pijakiem, możemy porozmawiać. Słuchałam oszołomiona, po raz pierwszy zdarzyło się, że ktoś żądał o nas referencji. „Byle komu nie piorę brudów” oświadczyła Emerenc.
To Emerenc decyduje, kiedy i co będzie robiła, kiedy odwiedzi kolejnych "pracodawców", nigdy nie wiadomo, o jakiej porze dnia, czy nocy pojawi się w ich domu. Nie wykonuje żadnych poleceń, ma od dawna wyrobione zdanie na każdy temat, nie słucha niczyich argumentów. A jednocześnie jest niezwykle pracowita, obowiązkowa, szalenie czysta, uczynna, pierwsza spieszy z pomocą, której nikt nie oczekuje, ale na próżno byłoby prosić ją o pomoc.
Emerenc była jedynym mieszkańcem jednoosobowego mocarstwa, bardziej suwerennym niż papież.
Emerenc próbuje odgrodzić się przed wszystkimi. Odwiedzających przyjmuje jedynie w sieni nie wpuszczając nikogo za próg swego domu. Nikt nie wie, co znajduje się za zamkniętymi drzwiami domu, tak, jak nikt nie wie, co dzieje się w jej duszy. Jej zachowanie jest delikatnie mówiąc dziwne i irracjonalne, często irytujące. Jest apodyktyczna i wybuchowa i pełna tajemnic. Kocha zwierzęta i umie pozyskać ludzką sympatię. 
Ta książka to niezwykłe studium psychologicznym wzajemnych relacji pomiędzy dwiema kobietami, relacji które trudno nazwać (pracodawca i pracownica czy opiekunka i podopieczna, tylko trudno zdecydować, która z nich, jaką tu pełni rolę). Ich stosunek najbardziej przypomina relacje matki i córki, które choć są do siebie przywiązane, choć połączone uczuciem, jednocześnie wciąż ze sobą walczą. Wszystko je dzieli; wykształcenie, pozycja społeczna, stan rodzinny, światopogląd, zajęcie, ich relacje pełne są napięć, kłótni, nieporozumień, próby zdominowania jednej przez drugą. 
Emerenc potrafiła we mnie budzić najszlachetniejsze uczucia, a zarazem przychodziły mi do głowy na jej temat najgorsze grubiaństwa, kochałam ją, ale potrafiłam być na nią tak wściekła, że czasami mnie samą zaskakiwała własna pasja.
Magda z upływem lat zdobywa coraz większe zaufanie Emerenc, aż w końcu otrzymuje to, co dla Emerenc jest najważniejsze - uchylone drzwi jej domu i jej serca.
Nie mogę pani dać nic więcej poza tym, że pani ufam i wpuściłam tu panią. 
Im bliżej Magda poznaje Emerec, tym bardziej docenia mądrość będącą wynikiem życiowych doświadczeń oraz prostoduszności. A jednak to właśnie Magda przyczyni się do tragedii Emerenc. Już na samym początku książki Magda wyznaje To ja zabiłam Emerenc. I nie ma tu nic do rzeczy to, że nie chciałam jej zniszczyć, lecz ją uratować.
Szabo tworząc postać Emerenc stworzyła niezwykle wyrazistą i niejednoznaczną postać. Skrzywdzona przez życie kobieta zbudowała sobie mur obronny z zamkniętych drzwi mieszkania, spuszczonej na oczy chustki i milczenia. Z jednej strony wydawało mi się, że doskonale rozumiem Emerenc i jej ucieczkę przed światem, a z drugiej jakże często jej zachowanie mnie irytowało. 
To jedna z tych książek, których czytanie wciąga i zarazem niepokoi, lektura pełna skrajnych emocji, stawiająca pytania, zmuszająca do przemyśleń, nie dająca rozwiązań i zakłócająca nasz uporządkowany świat. 
Zamknięte drzwi to książka nietypowa w stosunku do wcześniej poznanych (Staroświecka historia, Świniobicie i Tylko sam siebie możesz ofiarować), jej lektura nie nastręcza trudności. Tak jak przy poprzednich potrzebowałam trochę czasu, aby wejść w klimat powieści, połapać się we wzajemnych powiązaniach, ułożyć puzzle z cudzych opowieści, tak tutaj od razu znajduje się w epicentrum wydarzeń. W miarę lektury zyskuje się jedynie nowy punkt widzenia.
Lubię takie książki, które poruszają emocjonalnie, zmuszają do refleksji, wywołują skrajne uczucia w stosunku do ich bohaterów.
Znając kilka książek pisarki, wiedziałam, że mogę się spodziewać; kawałka dobrej literatury, ciekawej, niebanalnej historii i zapadających w pamięć bohaterek. Tak też się stało, co więcej dla mnie ta książka okazała się najważniejszą i najlepszą z dotychczas poznanych książek pisarki. 
Ta książka na długo pozostanie w pamięci, bo zapadła mi głęboko w serce, a jej lektura mocno mnie poruszyła.

wtorek, 28 października 2014

Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte

W słoneczny wrześniowy dzień wybrałam się na leżącą na Sekwanie wyspę Grande Jatte, aby pospacerować utrwalonymi na XIX wiecznych płótnach nabrzeżami i alejkami. Właściwie przyszłam tu w poszukiwaniu konkretnego miejsca; rozświetlonego skrawka zieleni, na którym przedstawił przechadzających się paryżan Georges Seurat. Przebyłam długą drogę, zanim odkryłam ten obraz; począwszy od szwajcarskiego muzeum w Martigny, gdzie dowiedziałam się o nurcie zwanym puentylizmem (na wystawie obrazów młodszego kolegi Georgesa – Paula Signaca) poprzez lekturę biografii Pissarro (Bezmiar sławy) aż po odwiedziny w kolejnych galeriach.
O tym, jak ciężko jest odnaleźć po ponad stu latach uchwyconą na płótnie chwilę wiedzą wszyscy, którzy prowadzili poszukiwania. Trzeba połączyć wiedzę, wyobraźnię i pragnienie, aby na ułamek sekundy znaleźć się w miejscu, w którym mogło powstać dzieło i co ważniejsze przenieść się w czasie. Moje poszukiwania przyniosły niespodziewany efekt, poza odnalezieniem tego, czego poszukiwałam znalazłam coś ponadto. Szukając tła obrazu Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte 

odnalazłam ukrytą wśród zarośli nabrzeża restaurację Le Petit Poucet. Mogłaby ona posłużyć jako uwspółcześnione tło dla jednego z najbardziej znanych płócien Renoira Śniadanie wioślarzy. Jest jasna, kolorowa, posiada drewniane elementy wykończeniowe, do tego duża ilość zieleni, nakryte obrusami stoliki oraz taras z widokiem na cumujące na rzece łodzie. Muszę się przyznać, iż pewna cząstka mojej osoby miewa drobnomieszczańskie upodobania, stąd niezwykle lubię tego rodzaju knajpki. Lubię, jak jest jasno, czystko i ładnie nakryte, a do tego knajpa ma klimat.  Klientelę stanowili co prawda średniozamożni biznesmeni, a nie wioślarze czy artyści, ale i tak pozostawało bogate pole do imaginacji. Było tu coś z klimatu impresjonizmu; prosta radość życia polegająca na czerpaniu przyjemności z rzeczy pogodnych i niewyszukanych. Uległam chwili i zamówiłam małe co nieco, aby bez przeszkód móc delektować się odbitym w wodzie widokiem łodzi, zieleni, promieni słońca, widokiem mieniących się od wodnych i świetlnych refleksów kieliszków oraz smakiem nieznanej mi ryby z warzywami. Na poręczy tarasu i  opuszczonym przez gości stoliku ucztę sprawiły sobie skubiące okruchy bagietki ptaszki. 

Posilona spaceruję nabrzeżem i co chwila trafiam na miejsca, w których jak informują tabliczki z reprodukcjami obrazów tworzyli Seurat, Monet, Gleizes (wiki podaje, że malował tam również Van Gogh). Nie miałam pojęcia, iż wyspa była tematem tylu płócien. Miejsce którego szukałam - tło Niedzielnego popołudnia na wyspie Grande Jatte (tak przynajmniej informuje tabliczka) znajduję po długim poszukiwaniu. Okazało się, iż zaczęłam wędrówkę od strony Neuilly, kiedy tymczasem znajduje się ono od strony mostu Levallois, jednak gdyby nie ta omyłka nie miałabym okazji odbycia spaceru nabrzeżem, przy którym cumują malownicze łodzie-mieszkania, nie odnalazłabym klimatycznej restauracji ani informacji na temat portretujących wyspę impresjonistów.
Dzisiaj wyspa (licząca około 2 kilometrów długości i  200 metrów w najszerszym miejscu, zamieszkana przez prawie 4000 mieszkańców) należy do jednej z bogatszych i nowocześniejszych dzielnic miasta, gdzie poza biurowcami i domami mieszkalnymi znajdują się liczne obiekty sportowe (korty i boiska), no i jak w każdym miejscu zielonym w Paryżu spotyka się tu uprawiających jogging.               W XIX wieku wyspa była dla Paryża tym, czym dziś jest Lasek Buloński. Ponoć Maupassant miał powiedzieć, że nie sposób przejść przez Grande Jatte nie natykając się na kochającą się parę.
Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte - 1884-1886 (Art Institute Washington)

Na obrazie Seurata jest tłoczno; doliczono się tu 48 postaci, ośmiu łódek, trzech psów i małpki. Poza małą dziewczynką w białej sukience (niewinność) żadna z postaci nie patrzy widzowi w oczy. Wszystkie osoby są dość sztywne, upozowane, sprawiają wrażenie, jakby były modelami na wybiegu. Nie ma w ich zachowaniu swobody, a jest pozowanie. Obraz stanowi karykaturę mieszkańców przedmieść, którzy spędzali czas wolny pokazując się - prezentując nowe toalety na wyspie, na którą jechało się w niedzielę specjalnie w tym celu. Jest tu cały zestaw oficjalnie ubranych mieszczańskich typów. Może dlatego modele nie patrzą nam w oczy, bo jest w nich jakiś rodzaj nieszczerości. 

Obraz jest niezwykle kolorowy (pomarańcz, żółć, zieleń, mocno nasycone barwy). Obraz jest też tajemniczy. Brak tu zachowania zasad proporcji, brak logiki. Pierwsze może być efektem pracy w niewielkiej pracowni, co zaburzyło perspektywę obrazu.
W tym miejscu powstawał obraz
Co do drugiego wystarczy wymienić choćby takie elementy jak kobietę z małpką na spacerze, czy kobietę łowiącą ryby (zjawiska raczej nieczęsto spotykane wówczas w Paryżu) czy drzewo rzucające dwa cienie, niezidentyfikowane białe elementy. Obraz dające spore pole do wyobraźni. Ponieważ wyspa w czasach, kiedy Seurat ją malował cieszyła się złą sławą  zarówno w kobiecie łowiącej ryby, jak i w małpce doszukuje się analogii do łowienia klientów i ulegania popędom, małpowania strojów i chęci bycia wyrocznią w sprawach mody, za jakie uchodziły kokoty (zbieżność nazw w języku francuskim). Być może obraz jest rodzajem żartu. Oglądając obraz przeciętny odbiorca nie doszukuje się dziś ukrytych przesłań czy symboli. Dziś oglądanie przywołuje na myśl ciepły, letni dzień, kiedy ludzie się relaksują na świeżym powietrzu, przywołuje radość, rozświetlenie, lśnienie, żart i chęć wejścia w jego ramy i znalezienia się wśród spacerujących tu ludzi. Chyba najbardziej frapującą jest metoda malowania obrazu-puentylizm. Obraz o wielkości ponad dwa na trzy metry składa się z niezliczonej ilości kropek, kresek, punkcików, które oglądane z bliska stanowią zlepek drobnych elementów, pstrokaciznę. Wystarczy jednak odejść nieco dalej od płótna, aby nic nie znaczące skupisko punkcików nabrało wyrazu i kształtów. Tego nie sposób opowiedzieć, to trzeba zobaczyć. Nie miałam okazji oglądać Niedzielnego popołudnia na Grande Jatte Seurata, ale oglądałam sporo innych płócien malowanych metodą puentylizmu. Jeszcze ciekawszym jest fakt, iż obraz powstał w technice impresjonistycznej, a dopiero później malarz naniósł na olbrzymią powierzchnię obrazu drobne punkciki. Można podziwiać cierpliwość.