niedziela, 29 czerwca 2014

Listy do brata Vincent Van Gogh



Czytanie listów, dzienników, pamiętników jest jednym z najlepszym sposobów na poznanie człowieka, choć i ono nie daje pełnego obrazu całości. Bo  choć z jednej strony mamy taką wewnętrzną potrzebę bycia rozumianym, wypowiedzenia się tak do końca, odrzucenia wszelkich zasłon, chcemy odnaleźć w oczach i sercu drugiej osoby (innych osób) nić bezwzględnego porozumienia, to z drugiej strony chowamy się przed światem we własnym kokonie, który zapewnić ma nam poczucie bezpieczeństwa, pozostawiamy pewien margines prywatności. Lubimy swoją odrębność, ale też potrzebujemy poczucia wspólnoty myśli.
Vincent przez całe swoje dorosłe życie (krótkie, bo zaledwie 37 letnie) szukał potwierdzenia swego ja, swoich wyborów,  odrębności i zrozumienia w oczach najbliższej mu osoby, w oczach młodszego (zaradniejszego życiowo) brata Theo. Zdawał sobie sprawę z ogromnego długu, jaki miał wobec Theo i będąc mu głęboko wdzięczny, jednocześnie nie potrafił żyć inaczej, niż będąc na utrzymaniu brata.
Tym, co uderza w tej korespondencji jest niezwykle silna więź
pomiędzy braćmi. Theo jest dla Vincenta przyjacielem, powiernikiem, odbiciem jego osobowości, jest jednocześnie bratem, ojcem i przyjacielem, a także jego źródłem utrzymania. Ta więź jest niezwykle piękna, ale wydaje się ogromnie przytłaczająca, a nawet momentami niszcząca.
Mówisz mi; napisz znowu- no tak, oczywiście, ale wpierw musimy się umówić, jak pisać. Czy chcesz, żebym pisywał w stylu kupca, sucho i rzeczowo, odmierzając i ważąc każde słowo i właściwie nic nie mówiąc, czy też, żebym dalej pisywał do ciebie, tak, jak to w ostatnim czasie robiłem, o wszystkim po trosze, wypowiadając myśli, które mi przychodziły do głowy, bez obawy, że się zanadto rozpędzę, bez torturowania tych myśli, bez ich tłumienia. (Ten list z początku 1882 roku oddaje to co w korespondencji najistotniejsze. Vincent pisze bez obaw o wszystkim, co boli, ciąży, zastanawia, zachwyca. Pisze o poszukiwaniu swojej drogi życia, o wirze, uczuciach, malarstwie, kobietach, chorobach, finansach, lekarzach, zakładach dla obłąkanych, poznanych ludziach).
Braterskie relacje nie są łatwe; Vincent posuwa się często do szantażu;
Jeśli chcesz mnie zamordować – nadstawię ci karku. Ty wiesz, w jakich żyję warunkach, i wiesz, że od twojej pomocy, zależy moje być, albo nie być. … (pisze Vincent, kiedy brat nie pochwala jego związku z kobietą z ulicy. Wyłuszczywszy swoje argumenty, iż nie można porzucić słabej kobiety w potrzebie (zaopiekował się chorą, ciężarną Sien i jej dzieckiem):
Wierzę, a raczej zaczynam dostrzegać jakiś promień nadziei, że myśl „Theo przestanie mi pomagać, jeśli będę mu się przeciwstawiał”- jest może całkiem niepotrzebna. A jednak, Theo […] Gdybyś to zrobił, i tak nie przestałbym cię szanować i nie byłbym na ciebie zły. Powiedziałbym sobie wtedy: nie widział innego wyjścia, wszyscy robią to bezmyślnie, ale nie ze złości.
Kiedy pisze, iż nie może zostawić Sien bez pomocy; [...] cóż bym powiedział o kimś, kto mi najpierw pomagał, a potem zostawił na lodzie, czy nie pomyślałbym wtedy, że osoba która tak postępuje, lepiej by zrobiła, gdyby w ogóle się mną nie zajmowała? Nie doprowadzić do końca tego co się zaczęło, to wygląda na oszustwo – budzi to wątpliwość, czy Vincent ma na myśli wyłącznie jego  pomoc dla Sien, czy też pomoc Theo dla jego, jego kobiety i jej dziecka.
Innym razem  niepokój Vincenta budzą słowa brata o braku nadziei:
Za twój list wraz z „załącznikiem” bardzo ci dziękuję, nie mogę jednak opanować przykrego wrażenia, jakie zrobiło na mnie jedno zdanie „jeżeli chodzi o przyszłość, to nie mogę ci robić wielkich nadziei". […] Nie wiem dokładnie, co miałeś na myśli pisząc te słowa […] W każdym razie zadałeś mi znienacka cios prosto w piersi i bardzo chciałbym się dowiedzieć, o co ci chodzi, czy uważasz, że nie robię postępów, czy masz mi coś do zarzucenia?
I dalej domyślając się, iż może chodzić o ograniczenie zasiłków, jakie Theo wypłacał bratu pisze:
[…] moja praca jest o tyle uzależniona od twojej, że jeżeli zmniejszysz mi zasiłki, to nie będę mógł dalej pracować i wpadnę w depresję.
Czy wreszcie;
Czasami żałuję, że się wtedy w Borinage nie rozchorowałem i nie zdechłem zamiast brać się do malowania. Jestem ci tylko ciężarem i nic na to nie mogę poradzić.
Kiedy Vincent zaczyna malować  uważa brata nie tylko za
sponsora, prawdziwego marchanda, którego zadaniem jest stworzenie artyście warunków do pracy, ale za współtwórcę swoich obrazów i ich właściciela.
Na razie nie uważam, by moje obrazy były dość dobre, jeśli wziąć pod uwagę korzyści, jakie mam dzięki tobie. Ale jeśli kiedyś będą dobre, to dlatego- zapewniam cię- że stworzyłeś je tak samo, jak ja, że zrobiliśmy je we dwóch. (wrzesień 1988 rok)
Listy są zaskakujące, zadziwiające, inspirujące, a nawet irytujące, a jednocześnie niesłychanie smutne i przygnębiające.
Połączenie geniuszu z szaleństwem, pracowitości z bezczynnością, marzycielskich mrzonek o założeniu falansteru artystów z odrazą do handlowania dziełami sztuki, dziecięcej naiwności z życiem w nędzy, głodzie, pijaństwie, pełnym chorób, przedwczesnej starości. 
Za życia Van Gogha sprzedano zaledwie jeden jego obraz (Czerwona winnica), co nie wywołało żadnego oddźwięku w korespondencji z bratem, mimo, iż Vincent przez całe życie cierpiał na chroniczny brak pieniędzy.
Co zadziwiające Vincent przeciwny był sprzedaży obrazów. Malował z przeświadczeniem, iż jest to kapitał na przyszłość, rekompensata dla Theo za jego poświęcenie i trud utrzymywania brata. Jak sam pisał najchętniej nie rozstawałby się ze swoimi obrazami, a jedynie wymieniał je na inne, to samo zalecał Theo. Wielokrotnie wyraża swą odrazę do handlu dziełami sztuki.
Mogę cię zapewnić, jestem o tym całkowicie przekonany, że nawet gdybym stał się dobrym malarzem (bo na razie daleko mi do tego), to zawsze będę żył w biedzie, ale będę szczęśliwy, jeśli bez długów. Czasy, kiedy ceny idą coraz bardziej w górę, wystawiają nam czeki na przyszłość, która dla naszych potomnych wygląda bardzo ponuro. (z listu z Nuenen, gdzie przebywał w okresie grudzień 1883-listopad 1885).
Sława to rzecz bardzo piękna, ale dla artysty jest tym czym szpilka dla owadów…. Ja mam odrazę do sukcesu, obawiam się tego jutra, które nastąpi po sukcesie impresjonistów (Arles 1888)
Nie mogę nic na to poradzić, że moich obrazów nie podobna sprzedać. Nadejdzie jednak dzień, kiedy okaże się, że są one więcej warte niż kosztowały, że są czymś więcej niż ceną farb i mego nędznego życia […] To, że teraz nie sposób sprzedać moich obrazów, napawa mnie niepokojem ze względu na ciebie, ponieważ cierpisz z tego powodu, ale dla mnie byłoby to dość obojętne, gdybym wiedział, że nie masz kłopotów, których przyczyną jest moje malarstwo. Wystarczy mi wiedzieć, że człowiek który żyje 50 lat i wydaje dwa tysiące franków rocznie, wyda razem sto tysięcy franków i powinien zarobić również sto tysięcy. Namalować tysiąc obrazów po sto franków- oby!- nasze zadanie jest chwilami bardzo trudne. Arles 20.10.1888 rok (Na aukcji w Nowym Yorku Irysy
Van Gogha sprzedano za 53,9 mln dolarów).
Kiedy u schyłku życia Vincenta ukazuje się pierwszy przychylny artykuł o jego malarstwie pisze do brata;
Poproś p. Aurier, żeby nie pisał więcej artykułów o moim malarstwie, powiedz mu, że przede wszystkim myli się co do mnie, po drugie zaś, że zbyt czuję się przybity i zrozpaczony, żebym mógł znieść reklamę. Malowanie obrazów jest dla mnie rozrywką, ale kiedy się o nich mówi, bardziej mi przykro, niż p. Aurier może przypuszczać.
Vincent sporo miejsca poświęca w korespondencji do brata malarstwu i cenie, jaką ponosi człowiek, który oddaje się sztuce w świecie, w którym sztuka nie ma wartości  (i to nie w sensie materialnym). I choć często narzekał, iż malarstwo jest jego przekleństwem, że powinien je rzucić i zająć się czymś innym (bo cena jego uprawiania jest zbyt wysoka) to dzięki niemu żył, dzięki niemu i dzięki bratu. Kiedy zachorował malowanie było jedyną skuteczną terapią na przywracanie okresów równowagi. Malarstwo to dla mnie sposób, żeby dać sobie radę z życiem.
Często ubolewał nad brakiem modela (nie miał pieniędzy na jego opłacenie). A przecież tak chciał malować ludzi […] wolę malować oczy ludzkie, niż katedry, bo w oczach jest coś, czego nie ma w majestatycznych, imponujących katedrach; ludzka dusza. Nawet oczy nędznego włóczęgi czy dziewczyny ulicznej wydają mi się bardziej interesujące.
Listy są ogromną kopalnią wiedzy na temat malarza, są punktem wyjścia dla wielu badaczy, inspiracją dla studiów i analiz.
Sięgając po książkę ciekawa byłam zwłaszcza tego, co pisał o własnych obrazach. Nie znalazłam tego wiele. Widocznie wychodził z założenia, iż obrazy mówią same za siebie.
Najciekawszy opis, jaki znalazłam dotyczy Żniwiarza.
Praca idzie dość dobrze- walczę z obrazem rozpoczętym kilka dni
temu, przed moją niedyspozycją, jest to żniwiarz, Płotno całe żółte, okropnie grubo malowane, ale motyw piękny i prosty. Widzę w tym żniwiarzu - niewyraźna postać, która w okropnym żarze miota się, jak diabeł, żeby dać sobie radę ze swoim zadaniem- widzę w nim obraz śmierci, w tym sensie, że ludzkość jest zbożem, które się kosi. Jest to przeciwstawienie siewcy, którego malowałem przedtem. Ale w tej śmierci nie ma nic smutnego, wszystko dzieje się w pełnym świetle, w słońcu, które zatapia pejzaż w delikatnym złotym blasku. […] Uff! Żniwiarz jest gotów, myślę, że ten obraz weźmiesz do siebie- jest to obraz śmierci, o której mówi nam wielka księga natury, ale ja chciałem, żeby to było „niemal uśmiechnięte”. Płótno jest żółte, prócz linii fioletowych wzgórz, bladożółte. To zabawne, że ujrzałem to poprzez żelazne kraty mojej celi.
Szkoda jedynie, iż na ponad 600 listów do brata zachowało się jedynie około 40 listów Theo, szkoda również, iż Vincent rzadko datował swą korespondencję.
Powiązane  książki: Kobiety w życiu Van Gogha  Pasja życia
Zainteresowanym polecam zapoznanie się z fragmentami listów publikowanymi w Płaszczu Zabójcy.

Wszystkie zdjęcia (poza zdjęciem okładki) pochodzą z wizyty w Muzeum Van Gogha w Amsterdamie.

niedziela, 22 czerwca 2014

Co czytała Maria Dąbrowska? (1)

Iłłakowiczówna źródło zdjęcia
Wynotowałam sobie parę uwag na temat czytanych przez pisarkę lektur. Z zapisów I tomu Dzienników, można wysnuć przypuszczenie, iż czytała zdecydowanie więcej współczesnej literatury polskiej, choć może czytanie "klasyki" i pisarzy obcych przypadało na okres przed 1914 roku (kiedy to zaczęła pisać Dzienniki).

Sporo miejsca poświęca Zofii Nałkowskiej, z którą wiązało ją coś na kształt przyjaźni. Natomiast niezbyt ciepłymi uczuciami darzy Kadena-Bandrowskiego.  
Iłłakowiczówna bardzo ładna i wiersze i ona sama na portrecie. Jest to poezja tego smutku, jaki jest w wielkim borze, nakrytym gałęziami od słońca. Ale jakąś szczeliną przeciska się słońce, śliczne jak wizja szczęścia, i zwiększa smutek. Forma się zdaje naprzód u niej nie poszła, lecz coś dziwnego - „Samarytanka w armii rosyjskiej”, „Skończył się lot za szczyty”, zresztą to przeważnie rzeczy dawne. Przepiękna jest „Kochanka żeglarza”, arcypiękna, jak norweska saga. Śliczny wiersz o pajacu i pajacynce, ulubiony mój rodzaj groteskowego ujęcia najsubtelniejszych i najsmutniejszych spraw. Tuwim jest kimś z innego świata, bardzo młody i aż za młodzieńczy w swoich rzeczach, w pysze i zarozumiałości. Ale talent na pewno duży i zupełnie nowy- niektóre rzeczy bardzo piękne, przy czytaniu wprost porywają. Muzyczność, lotność, powietrzność. Nazwałabym tę poezję muzyką w plenerze. (18.05.1918 r.)
Dziś byłam na premierze sztuki pani Zofii [Nałkowskiej] pt. „Dom kobiet”. Pani Zofia osiągnęła tam duży sukces, bo sceniczność w temacie prawie teatralnym. Gdyż właściwy dramat odbywa się poza czasem i poza przestrzenią danymi na scenie. …. Jedyny zarzut, jaki by można postawić tej doskonałej sztuce, jest taki, że nie wiem, czy węzłem istotnie dramatycznym utworu może być fakt, że się czegoś nie wiedziało. Właściwie dramat zaczyna się dopiero w chwili, kiedy Joanna dowiaduje się, kim był Krzysztof, i słowami, które ten dramat wszczynają są słowa Babci; - Nie wiem, czy ci teraz będzie lżej, czy może jeszcze ciężej. Druga rzecz, to pewnego rodzaju niewiarygodność faktu, że Joanna tak absolutnie w niczym się nie domyślała, jaki jest Krzysztof, zwłaszcza, że wszystko co o nim mówi, świadczy, że był gorzki w pożyciu, tajemniczy i właściwie wszystko, co czynił, dawałoby każdej obdarzonej szczyptą wyobraźni i uwagi na drugiego- wiele do myślenia. Rozpoznanie tego fałszu psychologicznego jest poza granicami sztuki. Nałkowska jest zbyt wielkim świetnym pisarzem, aby miała taką rzecz popełnić przypadkowo. Rzecz w tym, że w sprawie swojego życia Nałkowska wiedziała o „Krzysztofie” niejedno, ale kryła to przez dumę, stwarzając sobie inne motywy złego pożycia. Dopiero, kiedy okazało się, że wie o tym świat, zjawiło się zagadnienie ciemności między „człowiekiem a człowiekiem”. Kocham panią Zofię, więc mnie to tym bardziej wzrusza. A właściwie - nie kocham jej- co za głupstwo - tylko mam do niej zawsze ciekawość, ponieważ jest tak innym jak ja, tak zamkniętym na sobie samej człowiekiem. Zawsze mi się zdaje, że powinna się drugi raz narodzić, ale to nigdy nie nastąpi. (24.03.30 r.)

Rano byłam u Mortkowiczowej, która zapytała mnie o powieść Ewy Szelburg. Byłam tak świeżo pod wrażeniem, że nie mogłam się powstrzymać i powiedziałam w ostrych słowach, że mi się bardzo nie podobała. Potem było mi przykro, bo wszak to oni wydali, ależ cóż robić, co robić.. Panko [Stempowski] też powiedział, że nie powinnam była mówić. Jako sama pisząca jestem wciąż skazana na milczenie o drugich- a jakaś sprawa na tym cierpi. Powieść Szelburg, nie pozbawioną paru miejsc świadczących o talencie, uważam za typowy produkt poroniony, za utwór pretensjonalny, pozujący na prawdziwe dzieło sztuki- gorsze niż tzw. literatura brukowa. Sama autorka nic tu niewinna. Jej się wydaje, że pretensjonalność jest znalezieniem własnego oryginalnego wyrazu. Ona tak pretensjonalnie istotnie świat widzi. Pretensjonalność jest jednym z „uroków” młodości. Cała pociecha, że ona młoda, jeszcze się może z tego wyzwoli, choć niektóre kobiety całe życie pozostają takimi. (18.02.28 r.) Z przypisu wynika, iż chodzić mogło o powieść Dziewczyna z zimorodkiem.
Wzięłam od Nałkowskiej „tonę” Kadena, ostatnią jego powieść pod brzydkim tytułem „Lenora” Zawiodłam się na całej linii. Większość rozdziałów już mi znana ze „Świata”. Tych nie mogłam drugi raz przeczytać, bo zasypiałam z nudów. Przeczytałam nie znane mi i znalazłam w nich – zupełny brak plastyki, tak, że się nic nie widzi- język bardzo niechlujny, właściwie żargon, - dużo fałszów psychologicznych. Książka obraca się w tym świecie co Germinal i bardzo traci na porównaniu z Zolą. Tak tu, jak tam zbrodnicze spowodowanie katastrofy w kopalni, ale kiedy u Zoli tłum robotników wspina się po kilometrowej, zapasowej drabinie, ścigany przez wdzierającą się powódź, to wspinamy się z nim razem, truchlejemy z nim razem, oblani śmiertelnym potem. U Kadena katastrofy nie tylko się nie widzi i nie czuje, ale w ogóle nie można zrozumieć, na czym polegała, co się właściwie stało i dlaczego się stało. Kaden nie jest epikiem, jest satyrycznym rezonerem, subiektywnym wizjonerem mikroskopowych szczegółów życia materialnego. Źle wygląda w przebraniu epika. (6.11.28 r.)
A kilka dni później - przeczytawszy jeszcze raz całość, zmieniłam zdanie. Jest to rzecz interesująca,, dotykająca w istocie najcięższych zagadnień, nurtujących życie polskie. Jaka szkoda, że Kaden ma takie okropne, przykre, niefortunne, niewyczerpujące istoty człowieka podejście do rzeczy. Jest to jakby relacja z życia podglądanego. Przez dziurkę od klucza można widzieć jedynie fragmenty gestów ludzkich i można te spostrzeżenia znakomicie i bardzo złośliwie, czy z humorem opisać, ale nie będzie się rozumiało, co widziane fragmenty oznaczają. Ludzie Kadena są zbiorem świetnie podpatrzonych powiedzeń, chwytów, odruchów, zeszytych wyrozumowaną logiką, ale źle się tłumaczących z punktu widzenia logiki uczuciowej, której trafne odsłonięcie stanowi największą siłę i urok dzieła sztuki. (11.11.28 r.)
Czytam teraz cudo, arcydzieło, pamiętniki Ewy z Wendorffów Felińskiej. To jest rzadkość, rzecz zupełnie nie znana, nie czytana, wzięłam od Zośki poniatowskiej z Krzemieńca, bo Ewa Felińska (matka arcybiskupa Szczęsnego, na rękach którego umierał Słowacki) wypada prababką obu rodów, i Pohoskich i Poniatowskich (po kądzieli). Otóż wszystko, co w Polsce najbardziej zachwycającego - jest skryte i nieznane.(4.12.28 r.)

Kazio Wierzyński nie ma zdolności mówienia dowcipami i paradoksami, stwarzania na poczekaniu kalamburów i dowcipno stek do powtarzania, tak jak Lechoń i Słonimski, a to jak myślę, dlatego, że on nie stoi na zewnątrz wypadków, przypatrując się im tylko, ale we środku życia. Kto stoi we środku życia, ten nie dowcipkuje, nie szydzi, nie szuka efektownych określeń- tylko szaleje, płonie, śmieje się, płacze, kocha. To bym chciała wyrazić w Agnieszce. Ale nie potrafię. .... Wiersz o dzwonach w Malines – przecudny, pieśń o szarości życia, o szubienicach i uroku miasta to są rewelacje artystyczne, na które po prostu oniemiałam. (14.12.1928 r.)

Przeczytałam „Nostromo” Conrada. Jestem poruszona wielkością tego dzieła, na które czytelnik wdziera się niby na stromy szczyt. Jestem porażona ciszą, śród której to dzieło się rozległo- nie dosłyszane, dzięki zgiełkowi, jaki powstał dookoła Kadena. Jestem porażona bliskością Conrada wszystkim moim koncepcją życia i świata, które pragnęłam tak niedołężnie wyrazić w mojej zaczętej powieści. Jestem cała pogrążona w zadumie, którą wzbudzają tylko olbrzymie dzieła. Jestem szczęśliwa. (15.02.29 r.) Piszę artykuł o „Nostromo”. Zmagam się ze strasznymi trudnościami. Wszystko co robię, przerasta niezmiernie mój rozum, mój talent i moje siły. (21.04.29 r.) Anielusia Zagórska przyniosła mi „Ocalenie” Conrada. Przeczytałam przedmowę i bardzo mną wstrząsnęło, że ten olbrzym przechodził takie same udręki jak te, co ja przeżywam. Okazuje się, że nie mogąc wybrnąć z powieści „Ocalenie” odłożył ją i wrócił do niej dopiero po dwudziestu latach, napisawszy w międzyczasie większość swoich innych arcydzieł. (28.06.29 r.)
Dziś przeczytałam Macbetha Miałam z tego tylko niewyraźne wspomnienie z teatru w Brukseli, kiedy grała pani Leblanc (Maeternlinck), która mi się w tej roli nie podobała. Z czytania w dzieciństwie też nic nie pamiętam. Zachwyciłam się. Właściwie dopiero teraz odkrywam Szekspira. Pod wpływem tego czytania napisałam w artykule o Sinclairze ustęp poświęcony Szekspirowi. Jeden mały artykuł piszę już trzeci dzień. Jakże ja w ogóle mogę pisać wobec tego? Jestem taki nieuk. (20.09.26 r.)
Undset
Lechoń i Mortkowiczowa namówili mnie, żebym przeczytała dzieło Undset „Krystyna, córka Lawransa”. Zaczęłam czytać, ale zaraz przerwałam, gdyż zobaczyłam, że to jest pokrewne mojej powieści. (22.02.29 r.) Na wieś zabrałam Sygrydę Undset kupioną dla Heli i nie mogłam wytrzymać- przeczytałam ją. Cóż to za arcydzieło, gdzie mnie się z nią mierzyć. Wszystko odbywa się w średniowieczu, ale jest ponad wszelką epoką, ponad czasem. To dzieło mogące stanąć obok Homera, Szekspira, Hugo, Dickensa, Dostojewskiego i Conrada - przewyższa znacznie Hamsuna. I pomyśleć, że to genialne dzieło jest pokrewne z zamysłem moich biednych Niechciców, których pisałam nie wiedząc nawet o istnieniu tej przepotężnej kobiety. (12.03.29 r.)

Inne wpisy powiązane Noce i dnie i jak tu nie kochać klasyki 
Z wizytą u Marii Dąbrowskiej na Polnej w Warszawie,
Dzienniki Marii Dąbrowskiej 1914-1932 r.


wtorek, 17 czerwca 2014

Wielbłąd na stepie Jerzy Krzysztoń


Geneza - deklarowane na blogu Moja pasieka uczucia do autora. Dzięki Kasi przypomniałam sobie o książkach, które czytałam kiedyś dawno temu z wypiekami na twarzy.
Gdy kończyłam podstawówkę (czyli pod koniec lat siedemdziesiątych) istniała w naszym kraju tzw. literatura drugiego obiegu. Pamiętam, że ustawiała się wówczas kolejka do czytania książek, których oficjalnie nie można było dostać. Jedną z takich książek był właśnie Wielbłąd na stepie (podobnie, jak Krzyż południa)
Krzysztonia
Jej lektura jak każdy zakazany owoc, miała wówczas inny posmak. Pamiętam ekscytację tym, iż oto dowiedzieliśmy się o czymś, o czym oficjalnie się nie mówiło (o wywózkach Polaków na wschód i ich ciężkiej egzystencji u „sojusznika”).
Kiedy sięgnęłam po książkę dzisiaj byłam ciekawa przede wszystkim, czy przetrwała ona próbę czasu. Moja wiedza o tamtych czasach posunęła się lata świetlne naprzód, tak więc aspekt pewnego rodzaju wtajemniczenia, jaki dawała wówczas dziś uległ zatarciu.
Przyznam też, że poza całą otoczką, jaka towarzyszyła lekturze oraz fakcie, iż warunki bytowania Polaków na wschodzie były niezmiernie ciężkie w mojej pamięci zachował się jedynie obraz wyprawy chłopców w step po arbuzy, wyprawy, którą odebrałam wówczas, chyba tak, jak chłopcy, jako wspaniałą przygodę, a nie jako własną cegiełkę w walce o przetrwanie.


Narratorem powieści jest kilkuletni Jurek, który wraz z najbliższymi został wywieziony z Grodna w głąb Rosji (do Kazachstanu). Wśród ciężkich warunków egzystencji (zimna, głodu, wycieńczenia, pracy ponad siły) kobiety i dzieci, bo to oni stanowią większość spośród deportowanych, walczą o przetrwanie na niegościnnej ziemi. Echa toczącej się w oddali wojny odbijają się na życiu deportowanych (brakiem rąk do pracy, transportu, żywności, opieki medycznej). Aby przetrwać muszą pracować w zamian za wystarczające ledwie na przeżycie głodowe porcje żywnościowe, broniąc się przed zimnem, chorobami, zmęczeniem, insektami. W tak ciężkich warunkach (spotęgowanych nieprzyjaznym klimatem; kilkudziesięcio-stopniowe mrozy zimą, upał nie do wytrzymania  latem czy budzące grozę pożary stepu) dzieci szybciej dorośleją, a kobiety szybciej się starzeją. Przerzucani z miejsca na miejsce egzystują bez poczucia bezpieczeństwa czy choćby względnej stabilizacji. Dziś tu, jutro tam. Kiedy pojawia się informacja o tworzeniu się polskiego wojska rodaków ogarnia euforia i decydują się na odbycie kolejnej podróży w nieznane.
Krzysztoń pokazuje wzajemne relacje pomiędzy żyjącymi w stepie ludźmi. Przy czym fakt, iż są to różne narodowości ma tu mniejsze znaczenie (współistnieją obok siebie Polacy, Ukraińcy, Kazachowie, Niemcy, Żydzi i Rosjanie). Mimo ciężkich warunków bytowania ludzie są sobie raczej życzliwi (poza paroma wyjątkami wzajemnie się wspierają). Nie ma tu opisów drastycznych zdarzeń, ot zwykłe powolne wyniszczenie, które można by przypisać wojnie. Krzysztoń nie pisze, skąd w głębi Rosji znalazły się tysiące Polaków, jednak już sam fakt, że o nich pisze był dużą odwagą z jego strony (książkę wydano w 1978 roku). I jakoś tak przemówiło do mnie, to co mama Jurka przekazała synowi; 

… znaleźli się ludzie, którzy podzielili się kawałkiem chleba…        I tego nigdy nie zapomnij. Kiedy dorośniesz nie zgub w pamięci, dzięki temu nie będziesz patrzeć na innych przez krzywdy, które ci wyrządzili, ale inaczej, po ludzku, tak jakbyś chciał, aby ciebie wspominali. 
Dla Jurka i jego rówieśników pobyt w Kazachstanie był jak jedna, wielka przygoda; kąpiele w rzece, wyprawy na szaber, polowanie na susły. Młodszy braciszek Jurka zapomina polskiej mowy i coraz chętniej posługuje się rosyjskim (jak przykro i przerażająco brzmi zapytanie Mariuszka - To my nie ruscy?). 

Powieść napisana jest pięknym, momentami poetyckim językiem.
Stepem rozkiełznany mknął wiatr. Opił się stepowych wonności i nakradł aromatów. Raz zieloną, raz srebrną miał grzywę. Mierzwiły się pod nim kępy traw, tarzał się w nich i cwałował dalej z kopyta, bo nic go nie zmęczyły te dalekie przestrzenie, w których się począł pod słońcem. Step lśnił i migotał wokół całego sioła, doskonale widoczny z pagóreczka, gdzie stał budynek szkolny. Pachniało rozgrzanym piołunem i ziołami, których nazw nikt nie spamiętał.  
Dla tych, którzy nie lubią poetyckich wstawek w prozie na pocieszenie napiszę, iż nie jest ich nazbyt wiele. Sporo tu natomiast wtrąceń (i dialogów) po rosyjsku (pisanych fonetycznie), nadają one klimat powieści i uwiarygodniają ją. Brak przypisów może stanowić trudność dla osób, które nie uczyły się języka rosyjskiego.

Dziś książka nie wywołuje już takich emocji, jak wówczas, kiedy czytałam ją po raz pierwszy. Jednak ze względu na język, klimat, autentyczność zdarzeń, spojrzenie na historię z punktu widzenia dziecka uważam, iż to lektura godna polecenia.
Moja ocena 4,5/6
Łańcuszek- Krzyż południa (stoi już na półeczce)

niedziela, 15 czerwca 2014

Podróżnicze miniatury (1) Opera Garnier w Paryżu



Ulotne chwile, błysk w oku, zatrzymanie w zwojach pamięci jakiegoś malutkiego fragmentu rzeczywistości, który sprawia, że miejsce i zdarzenie stapiają się w jedno, a całość powoduje może ckliwe i naiwne, ale silne przeświadczenie, iż dla takich chwil warto żyć.  

Paryż – poranny grudniowy spacer przez pogrążone we śnie miasto.
Opuszczam przytulny i ciepły, choć malutki, hotelowy pokoik i wychodzę w orzeźwiający chłodem zimowego poranka dzień. Wokół ciemno, właściciele braserii podnoszą żaluzje swych sklepików, układają ciepłe croissanty i nastawią ekspresy do kawy. Na pustych o tej porze uliczkach mijam jedynie zamiataczy i dostawców towarów. W takiej chwili urzeczywistnia się egoistyczne pragnienie zawłaszczenia tu i teraz dla siebie. Jesteśmy tylko my; ja i ono, zespalamy się w jedno. Przepływają przeze mnie stulecia, idę uliczkami, które tak wiele widziały. Jakieś sto metrów dzieli mnie od rue Rivoli i od Luwru, nieco więcej od wystawy Fra Angelica, ale dopóty miasto pogrążone w ciemności nocy podążam w kierunku Opery Garnier. Idę przepełniona radosnym upojeniem, że jestem w tym miejscu, że za dwa dni spełni się kolejne z moich marzeń, a tymczasem staję pod gmachem Opery. Patrzę na oświetlony elektrycznym światłem latarni budynek i widzę go w zupełnie innym otoczeniu. Niczym na obrazie Gierymskiego (Opera paryska w nocy), obrazie, którego jeszcze nie znałam, a którego istnienie przeczuwałam, wszak to widok godzien utrwalenia.  
Jest w nas jakaś niewytłumaczalna i złudna tęsknota za czasami, które minęły, zupełnie, jakbyśmy wierzyli, że wówczas żyło się lepiej, łatwiej i piękniej. 
Do dziś ilekroć myślę Paryż pojawia się ciąg skojarzeń; wczesny poranny spacer, Gmach Opery, tańcząca z Wrońskim Anna Karenina (słucham wówczas audiobooka), oświetlona świątecznie Galeria Lafayette, kawa z rogalikiem oraz Fra Angelico i jego przecudne obrazy. Jak to dobrze, że mamy wspomnienia i mamy co wspominać.



niedziela, 8 czerwca 2014

W podróży Sandor Marai



Jesteśmy wędrowcami i poszukiwaczami przygód, włóczymy się bez paszportu, wędrujemy po nizinach, krainie życia, której prawdziwych granic dokładnie nie znamy.
Po książkę sięgnęłam dzięki wpisom u kaye i u nutty. Kiedy czytałam W podróży wydawało mi się, iż nie ma nic prostszego, niż opisanie wrażeń. Kiedy ktoś pisze tak prosto, tak lekko, tak jakby przelewał na papier to co nam w duszy gra, kiedy to co pisze przemawia do serca, odzwierciedla nasze życiowe credo, kiedy czytasz i mówisz sobie, o właśnie, lepiej bym tego nie ujęła to przecież napisanie o tym powinno być bułką z masłem. Dlaczego więc nie jest? Może z powodu braku umiejętności, a może z obawy, iż nie będę w stanie przekazać mądrości tych króciutkich, a jakże celnych spostrzeżeń, a może wreszcie, dlatego, że pisanie o rzeczach najprostszych jest niewyobrażalnie trudne. Jak uchwycić fantastyczną przenikliwość, intuicję i trafną ocenę sytuacji, kunszt literacki i celność spostrzeżeń. Bez wsparcia cytatami nie dam rady.
Czasami nachodzi mnie taka niepokojąca myśl, czy nie jestem jak ten malarz - dyletant u Maraia, który życie obserwuje z zewnątrz, nie dostrzegając tego, co tkwi podskórnie. Malarz podczas rejsu statkiem nie schodzi na ląd, a jedynie maluje piękne widoczki, takie, którym nic zarzucić nie można, poza tym, że nie sięgają głębi.
Maluje przez dwa tygodnie jak na akord, dzień w dzień niestrudzenie. …. Przyglądam mu się, dręczony jednocześnie wyrzutami sumienia, że sam zupełnie nic nie robię, nie sporządzam nawet notatek; ale pod koniec drugiego tygodnia z ulgą stwierdzam, że jego metoda jest zawodna. Już mnie nie zaspakaja uwiecznianie tego, co widzę, byle zgrabnie i w przyjemnej kolorystyce. Nie mogę się pogodzić z tym, że moje zajęcie to tylko kilka starannie wyretuszowanych fotografii, parę dobrych ujęć ze świata w wymiarach sześć na dziewięć. To trzeba inaczej… szczegóły trzeba zanurzyć w utrwalaczu pamięci, a potem w ogóle o wszystkim zapomnieć, bo dopiero później znacznie później nadać formę tym okruchom, które pozostały po trywialnych realiach. Istnieje inna rzeczywistość - odbicie, jakie świat pozostawia w tobie, jeśli jesteś artystą.
To zadziwiające, że pisząc tak niewiele (często są to zaledwie migawki, czy urywki pewnych zdarzeń, obserwacji, przemyśleń) autor potrafi wydobyć kwintesencję, zupełnie, jak gdyby naszkicował piórkiem parę kresek, a tu pojawił się obraz pełen barw i znaczeń.
Bo podróżowanie to dla pisarza (i dla mnie także) nie sposób przemieszczania się z miejsca na miejsce, nie zaliczanie kolejnych punktów na mapie, podróżowanie to sposób życia, to poznawanie świata, ludzi i siebie samego.
Z upływem lat człowiek zaczyna podróżować również do własnego wnętrza, a wewnętrzny kompas pokazuje inne kierunki. Dziesięć lat temu z entuzjazmem psa myśliwskiego pędziłem co ranek do okienka kabiny i oglądałem świat, wstrzymując dech z przejęcia. Teraz stałem się cierpliwszy i skromniejszy. Podróżny budzi się rano, zapala papierosa, niemrawo rozsuwa żaluzje w oknie kabiny i widzi naprzeciw kompleks żółtych domków na zboczu skalistego wzgórza. Aha- to Malta- myśli z satysfakcją i spokojną radością. Ale już nie biegnie spocony, żeby tą Maltę odkrywać. Najpierw się kąpie i nieśpiesznie je śniadanie. Potem obiera pomarańczę. Nóż nie wypada mu z ręki na myśl, że na lądzie czeka na niego Malta. Niech poczeka- myśli spokojnie. Jeśli dotychczas czekała… Sekret jego spokoju polega na tym, że do podróżowania trzeba być znacznie młodszym, lub znacznie starszym, niż ja obecnie. (pisze to w 38 roku życia)
Czytając chciałoby się powiedzieć, że choć wszystko się zmienia to jednak wszystko już było. Ileż to razy narzekamy na pośpiech odbijający się na (byle)jakości naszych podróży. Z rozrzewnieniem czytamy, jak podróżowano sto lat temu i wcześniej. Tymczasem podróżujący w  dwudziestoleciu międzywojennym  Marai ubolewa nad sposobem podróżowania sobie współczesnych.
Dawny podróżnik obserwował, słuchał, widział i zapamiętywał. My już tylko jeździmy.
Czyżbyśmy zatem idealizowali przeszłość. Skoro i my i oni zajęci bywamy jedynie rejestrowaniem rzeczywistości fleszem aparatu i okiem kamery, patrzymy, a nie widzimy, oglądamy, ale nie zastanawiamy się nad tym, co widzimy.
Siedzi w przedziale, przed nią rozkład jazdy i wieczorne gazety, mnie podejrzany wydaje się już sam rozkład jazdy, a co dopiero prasa! Do Wiednia będę czytała - mówi. Święty Krzysztofie, patronie podróżników, to po co ona jedzie? Ja czytam tylko w domu, w fotelu, który wybrałem umyślnie do tego celu, i przy świetle specjalnej lampy. W pociągu natomiast podróżuję. A ona będzie czytała do Wiednia, potem spała do Lugano, po przyjeździe będzie się dziwić cenom w pensjonacie, że okazały się wyższe, i górom, że niższe, po czym napisze o tym widokówkę, na miły Bóg!
Uśmiecham się serdecznie czytając o oburzeniu pisarza na taki sposób podróżowania. Ileż razy i ja zadziwiałam się z tego powodu. A z drugiej strony zazdroszczę komfortu czytania jedynie w domu w ulubionym fotelu. Cisza, spokój, pełna koncentracja.
Podróżowanie jest dla pisarza punktem wyjścia do snucia rozważań o życiu, pięknie, sztuce, kulturze, charakterze mieszkańców odwiedzanych miejsc, specyfice miejsca. Marai potrafi zachwycić zarówno detalem, jak i uniwersalizmem spostrzeżeń.
A wszystko to nasycone jest smutkiem a przez pisarza przemawia świadomość nietrwałości istniejącego status quo. Egzystencjalna zaduma nad przemijalnością miesza się z obawą przed nadciągającą w Europie burzą.
Pięknie wyraża je refleksja snuta w cieniu twarzy Michała Anioła wyrzeźbionej we florenckiej Piecie.
Wpatrywałem się weń z ciekawością, pośrodku na wpół zwariowanego świata, który w tych chwilach zapala niebezpieczne ognie nad pejzażami ludzkiej kultury, i zapragnąłem, żeby mi ta twarz odpowiedziała. Ale nie odpowiadała. Była pusta, poważna i pozbawiona uczuć. Nie pocieszała i niczego nie obiecywała. Nie było w niej ponurości, ani grozy, ale też żadnej łagodności. Twarz starca, który z jakąś szczególną ślepotą i czujnością pochyla się nad cierpieniem i nad światem, pusta twarz, zamknięta w tym pozbawionym patosu milczeniu, z którego nie wyrwie go już żadna ludzka władza ani bezczelność. … Wyszedłem stamtąd po spotkaniu, które nie przyniosło mi odpowiedzi na pytanie, na to jedyne pytanie, które w minionym czasie zajmowało coraz dotkliwiej wszystkich większych i mniejszych artystów, pisarzy, i ludzi ducha; Co robić, kiedy człowiek wewnętrznie nie ma nic wspólnego z epoką w której żyje? Twarz Michała Anioła nie odpowiedziała mi na to pytanie.
W podróży jest pozycją, do której będę wracać nie raz. Każdy króciutki szkic, każda miniaturka jest materiałem do przemyśleń. Jak mówi stara łacińska sentencja Navigarre necesse est, vivere non est necesse (żeglowanie/podróżowanie jest koniecznością, życie nie jest koniecznością), a Marai doskonale to uchwycił.

wtorek, 3 czerwca 2014

Podróż w świat przedmiotów (materia podporządkowana duchowi)




Zabawa, którą poznałam u kaye, a następnie obserwowałam na innych blogach polega na przedstawieniu się za pomocą przedmiotów. Ja także zdecydowałam się przedstawić za pomocą przedmiotów, które dla mnie mają duszę.

1) Przede wszystkim jest plan (mapa) która określa upodobania poznawcze, a jednocześnie służy snuciu wspomnień. Lubię się także podpierać nią czasami przy lekturze.

2) Kalendarz - obowiązkowa pamiątka z podróży, wykorzystywana zupełnie niezgodnie z przeznaczeniem; kalendarze zdobią ściany, często jednak zapominam przekładać kartki, zdarza się, że umyka mi jakiś miesiąc. Kiedy spostrzegam, że jest to miesiąc ozdobiony wyjątkowo piękną reprodukcją zatrzymuję czas i pozwalam majowi być kwietniem lub listopadowi październikiem.

3) gipsowy gargulec z paryskiej Notre-Dame ma dla mnie wyjątkowo wiele znaczeń; od pamiątki z podróży poczynając, poprzez skojarzenia z gotyckimi katedrami, Wiktorem Hugo, Quasimodo, którego przyjaciółmi były kamienne stwory, aż po muzykę (musical NDdP),

4) tablet - dla zaznaczenia, że zdarza mi się stąpać twardo po ziemi (choć prawdę mówiąc, co to za twarde stąpanie po ziemi, to raczej bujanie w wirtualnej rzeczywistości). W każdym razie uosabia on moje uzależnienie od internetu, z którego nie potrafię się wyleczyć i umożliwia kontakt z bliskimi podczas licznych podróży.

5) dla przeciwwagi są kolorowe szklane anioły - pierwiastek duchowy, wyraz metafizycznych skłonności u racjonalnie myślącej osoby. Kiedy wszystko zawodzi pozostają moje Anioły.

6) odtwarzacz muzyki i książek - mój ratunek podczas drogi do i z pracy, umilacz czasu na wyjeździe oraz podczas nudnych, służbowych wyjazdów. Bez niego nie ruszam się z domu, a towarzyszy mi także często podczas prac porządkowych. Dodatkowa zaleta pozwala na odgrodzenie się od świata zewnętrznego.

7) i 8) gipsowa maska z Wenecji - to przede wszystkim pamiątka, ale też synonim tajemniczości i ukrywania się przed światem,wyraz mojego umiłowania do tego co odrębne, indywidualne, inne. Maska kojarzy mi się także z jednym z ulubionych musicali, którego program spoczywa wyżej. Ponieważ nie wyobrażam sobie życia bez muzyki nie mogło tutaj zabraknąć elementu związanego z muzyką.

8) Filiżanka do espresso - to poza pamiątką z muzeum Van Gogha, wyrazem hołdu dla malarza, uosobieniem zamiłowania do piękna natury także wyraz mojej niepraktyczności - nie pijam espresso. Pijam wyłącznie kawę z dużą ilością mleka.

9) i 10) książka, którą aktualnie czytam doskonale wyraża podróżnicze poszukiwania. Na książce jedna z wielu zakładek, które także przywożę z każdej podróży (ta z reprodukcją ukochanego Botticellego)

11) i 12) kieliszki- pierwszy jest raczej wyrazem upodobania do kolorowego szkła niż do wyskokowych trunków, choć nie napiszę, że jestem abstynentką, drugi matowy - służy za świecznik; lubię wykorzystywać szklane naczynia jako świeczniki.

13) I jedyny kobiecy akcent- perfumy. Prawie się nie maluję, natomiast mam słabość do ładnych zapachów.

No nie, jednak nie jedyny. Mam też słabość do kolorowego szkła, dlatego nie mogę się oprzeć zakupom biżuterii z kolorowego szkła z Murano, biżuterii, której potem prawie nie noszę.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Wakacji Pana Łaskawego Salley Vickers nie polecam


Tym razem dla odmiany sięgnęłam po coś, co z założenia miało być lekką, łatwą i przyjemną lekturą. Wybór Wakacji pana Łaskawego był wynikiem oczarowania  Aniołem panny Garnet tejże autorki, która to książka uwiodła mnie pomysłem, lekkością, pozytywnym przekazem, wpleceniem biblijnej przypowieści i tłem weneckich uliczek.

Pan Łaskawy napisał dawno temu książkę, która okazała się bestsellerem. Na kanwie tego sukcesu założył firmę, która choć nie przynosi tak dużych dochodów, jak początkowo wciąż pozwala na wygodne życie. Pewnego dnia Pan Łaskawy dochodzi do wniosku, że czuje się obco we współczesnym świecie, nie umie się odnaleźć w otaczającej go rzeczywistości. Oglądając operę mydlaną wpada na pomysł, aby zrobić sobie wakacje i napisać kolejną książkę w stylu oglądanej produkcji. Łaskawy wyjeżdża do małej wioski Great Calne, wynajmuje dom, urządza się, zasiada przed ekranem komputera i nie może zacząć pisać, bowiem, toczące się wokół życie przejmuje kontrolę nad jego planami. Razem z głównym bohaterem poznajemy mieszkańców wioski i ich problemy. Są to osoby dość dziwne, można powiedzieć, iż wioskę zamieszkują same życiowe kaleki, ludzie samotni i pozbawieni miłości, osoby ze skłonnościami autodestrukcyjnymi, nadające się na kozetkę do psychoanalityka. Autorka nakreśla jednak postacie bohaterów w sposób dość powierzchowny. Salley Vickers stosuje mało dla mnie czytelny klucz prowadzenia narracji. Staram się czytać książki do końca, gdyż czasami dopiero zakończenie wyjaśnia wszystko, tymczasem w przypadku Wakacji Pana Łaskawego zakończenie zamiast wyjaśniać sporo zaciemnia. Autorka od czasu do czasu wplata zawiłe i metaforyczne opisy przyrody, które nie bardzo wiadomo, czemu mają służyć, bo ani nie budują klimatu, ani nie są wyrazem talentu pisarskiego. Opowieść momentami staje się nużąca, a język toporny (choć to może kwestia tłumaczenia). Niektóre filozoficzne przemyślenia są szalenie naiwne, a inne zupełnie niezrozumiałe.
Myślę, iż autorce przyświecał jakiś zamysł, a Wakacje pana Łaskawego nie miały być jedynie taką sobie historyjką rozważań starszego pana na temat stosunku do miłości, życia i śmierci snutą na tle opisu życia mieszkańców wioski. Ja jednak tego zamysłu nie odgadłam. Zabrakło myśli przewodniej, prostoty przekazu, lekkości pióra. Poczułam się rozczarowana. Nie polecam. 
Jeśli chcecie zapoznać się z twórczością tej autorki proponuję sięgnąć po Anioła panny Garnet. 
Miało być lekko, łatwo i przyjemnie, a było zgrzytanie zębami. 
Przeczytane w ramach stosikowego losowania u Anny.
Moja ocena 3-/6