czwartek, 31 lipca 2014

Wpis prawie wakacyjny, czyli zapraszam na krótki spacer do Gdańska



Kiedy do urlopu zostało jeszcze sporo czasu szukam wytchnienia w tym, co towarzyszy mojej codzienności. Idąc rano do pracy (a pracuję chwilowo na Starówce) mam okazję oglądać miasto w niezwykłej odsłonie. Widok, który jawi się moim oczom jest widokiem, jakiego nie ogląda większość turystów. Jest to miasto pozbawione tłumów, hałasu, zgiełku i muzyki. Widok powyżej jest dla mnie niczym oglądanie Placu Świętego Piotra w Watykanie czy Katedry Notre Dame w Paryżu. Oparta o balustradę mostu łączącego Zieloną Bramę z Wyspą Spichrzów mogę długo wpatrywać się w wodę, pływające po kanale stateczki, odrestaurowane kamieniczki czy tarasy nadbrzeżnych restauracji.  Nie będę oryginalna, ale taka jest prawda; Pobrzeże, ulice Mariacka i Długa to ulubiona trasa moich spacerów. O takim widoku i takiej możliwości nieograniczonego niczym przejścia przez  Mariacką (jak na zdjęciu nr 2) odwiedzający Gdańsk podczas Jarmarku Dominikańskiego (trwa od 26 lipca do połowy sierpnia) mogą jedynie pomarzyć. Dzisiaj trudno przecisnąć się między straganami z bursztynem i pamiątkami oraz snującymi leniwie przechodniami. Choć i tak mniej tutaj tłoczno niż na Długiej, gdzie zajęty jest niemal każdy stoliczek kawiarnianego ogródka. Dziś odwiedzający miasto chadzają już nie grupami, a kawalkadami. Wracając z pracy zastanawiam się, czy nie jest tu tłoczniej niż w którejś z metropolii, które odwiedziłam zeszłego roku, a może tylko tak mi się wydaje. Dlatego tak cenne są te poranne przed pracą spacery, wystarczy kilka minut, aby przypomnieć sobie, że moje miasto jest najpiękniejsze na świecie. Idąc Długą wzrok nieodmiennie zatrzymuje się na Neptunie. Jest to najładniejsza z gdańskich fontann. Pod Golasem umawiam się od zawsze ze znajomymi, choć nie jest to najlepszy punkt spotkań, z uwagi na kształt fontanny, który sprawia, iż można się bawić w kotka i myszkę, niczym Dziewoński z Gołasem w filmie "Żona dla Australijczyka". Przepiękny widok będący moim udziałem w drodze do pracy szlak trafia w drodze powrotnej, kiedy przez Długą i Długi Targ trzeba się niemal przedzierać niczym przez zasieki na polu bitwy. Chcąc uniknąć i tłumów i żaru z nieba wybrałam się na późnowieczorny spacer.
 Można powiedzieć, iż trafiłam jak kulą w płot, bowiem, nie uniknęłam ani upału, który mimo minięcia północy nie zelżał ani odrobinkę, ani towarzystwa dwunożnych, ponieważ był to pierwszy Dzień Jarmarku, a więc w mieście odbywała się cała masa atrakcji; od uruchomienia Diabelskiego Młyna nad Motławą, który góruje nad kamieniczkami niczym London Eye nad Tamizą, poprzez liczne koncerty i przedstawienia związane z Festiwalem Szekspirowskim po fajerwerki włącznie. No cóż, nie można mieć wszystkiego, a poczucie więzi i współuczestnictwa też jest nie do pogardzenia. Aby całkiem zakręciło się w głowie od nadmiaru wrażeń proponuję
 skorzystać z Koła Widokowego (Diabelskiego Młyna), z którego wagoników rozciąga się piękna panorama miasta. Jeszcze nie zdążyłam zakosztować powrotu do przeszłości, ale mam to w planach. Niezmiernie ciekawa nowego Teatru Szekspirowskiego skorzystałam z możliwości wejścia na jego teren (jeszcze w budowie), aby na dziedzińcu pod gołym niebem, jak to za czasów Wiliama bywało obejrzeć dwie miniaturki Sceny miłosne wg Szekspira. Było to niezwykłe przeżycie z powodu scenerii, jaka towarzyszyła oglądaniu sztuki. Publiczność stała, a aktorzy występowali na zaimprowizowanej scenie. Jeśli do tego dodać, iż przedstawienia zaczynały się o godzinie dwudziestej drugie, trzeciej i czwartej to możecie sobie wyobrazić niezwykły klimat spektaklu. Pomimo, że nie przepadam za pantomimą było to ciekawe doświadczenie. Niestety zdjęcia robione w nocy jakoś kiepsko mi wychodzą. Na zakończenie spaceru życzę wszystkim błogiego spokoju(bierzcie przykład z wygrzewającego się na słoneczku futrzaka).

niedziela, 27 lipca 2014

W domu niewoli Beata Obertyńska


Wstrząsająca lektura. To jedna z tych, które się czyta niemal na wdechu, która wywołuje tysiące myśli, o której wiedziałam, że muszę napisać, już kiedy zaczęłam ją czytać. Kiedy siadłam przed ekranem komputera ogarnęła mnie panika, bo napisać o niej nie potrafię, a przynajmniej nie tak, jakbym chciała, bo słowa utraciły swe znaczenie pojęciowe, wybladły, zużyły się, bo przecież niepodobna słowami odtworzyć upiornej grozy tamtych dni, jakie były udziałem autorki i milionowej rzeczy zesłanych i skazanych na powolne umieranie.
W domu niewoli to opis gehenny, jaką przeżyły miliony uwięzionych w Rosji Sowieckiej w latach 1939-1942 pisany z punktu widzenia osoby, która doświadczyła niespotykanego upodlenia w sowieckich więzieniach, łagrach i co najgorsze na sowieckiej wolności.
Nałkowska pisała Ludzie ludziom zgotowali ten los, a ja zastanawiam się, czy to na pewno ludzie, czy to były istoty stworzone na obraz i podobieństwo … Czytając często nasuwała mi się myśl o zezwierzęceniu, ale przecież …Użycie słowa „zezwierzęcenie” ubliżałoby zwierzętom. Żadne zwierzę nie potrafi tak zbezcześcić swojej zwierzęcości, jak w tej otchłani plugastwa, ohydy i zbrodni zbeszczeszczone zostało człowieczeństwo….. Jesteśmy zewsząd objęte tym plugastwem, piekłem, zalane, zalepione śluzem chorobliwie wyuzdanych słów, utopione w czymś, co poniża, znieważa, kaleczy twoje - Bóg wie po co aż tu ze sobą przywleczone człowieczeństwa, a czemu bronisz się daremnie bezsilnym, w więzienny tobołek wgniecionym płaczem… (str. 87 książki* fragment ten dotyczył zachowania tzw. małolat w turmie, których niezaspokojony popęd fizyczny próbował zaspokoić żądze w wywrzaskiwanych z samcami z celi obok „dialogach”).
Ale to właśnie słowo przychodziło mi się na myśl, kiedy czytałam opis pobytu w kolejnych więzieniach; zezwierzęcenie, upodlenie, bestialstwo. A potem już zabrakło tych słów, bo żadne nie było w stanie oddać wrażenia, jakie wywoływał opis pobytu w sowieckich tiurmach, gdzie procedura przyjmowania zaczynała się od łamania ludzi długotrwałym oczekiwaniem; godzinami, dniami stanie w upale bez jedzenia i picia w oczekiwaniu nie wiadomo na co, potem rewizje, podczas których odzierano wszystkich z resztek ubrania i resztek godności, badania służące wyłącznie upokorzeniu; na oczach pozostałych współwięźniów przy braku elementarnych zasad higieny, następnie wpychanie ludzi w zatłoczone do granic możliwości sale, gdzie nie było miejsca, aby postawić nogę, a co dopiero usiąść, czy się położyć. Potem następuje opis wegetacji; leżenie na mokrym betonie, w ścisku, głodzie, brudzie, smrodzie, wilgoci, w towarzystwie wszy i fekaliów.
Więzienia we Lwowie, Kijowie, Charkowie, Chersaniu, Starobielsku niewiele się różnią między sobą. Kiedy zastanawiam się, jak można przetrwać takie upodlenie i co daje siły, aby czerpać się rękoma skrawków życia autorka pisze o uporze i nadziei:
Trzeba się głęboko zaciągnąć siłą i uporem i – wytrwać. Z podobnym uczuciem lęku i odrazy, przy gotowości zniesienia wszystkiego, co je czeka wchodzą - wyobrażam sobie- pokutujące dusze do czyśćca. Potępienie i rozpacz zaczyna się dopiero tam, gdzie nie ma nadziei. (str.80 książki)
Najgorszym doświadczeniem nie są upokarzające warunki wegetacji; rewizje, wszy, choroby, zmęczenie, duchota, brud, głód, przerzucanie ludzi z miejsca na miejsce, są nimi ludzie, na których towarzystwo autorka została skazana. Złodziejki, paserki, oszustki, prostytutki, najgorsze szumowiny zamknięte razem z „politycznymi”, „burżujkami” i przypadkowo zgarniętymi ludźmi potrafią tę codzienną egzystencję skutecznie zatruć wrzaskami, awanturami, bijatykami, wyszydzeniem. Tylko dzięki umiejętności wewnętrznej izolacji autorka potrafi przetrwać ten koszmar.
… umiem ów obłędny, niegasnący wrzask, który z początku doprowadzał mnie do desperacji, czy choćby nucenie takich szablonowych kiczów pod bokiem - zamienić sobie w doskonałą ciszę. Niepodobna wytłumaczyć, jaka jest technika takiej przemiany, jak się ją przeprowadza, jak się do niej dochodzi. W przybliżeniu, opowiedziane, wyglądałoby to tak; w grząskiej jak galareta, opornej, rozłopotanej wrzawie celi drąży sobie człowiek- czy wytapia sobie – wnękę, trochę większą od niego samego, i wtedy znajduje się zaptem jakby w hermetycznie zamkniętym jaju. W jaju tym jest już cicho, bezpiecznie i samotnie. Można sobie myśleć, można się modlić, można spać. Człowiek robi się jakiś dośrodkowy, wewnętrzny. (str. 60 książki)
Wyniszczone chorobami, wychudzone, wynędzniałe, w towarzystwie świerzbu, biegunki i wszy stłoczone w bydlęcych wagonach przemierzają ogromne połacie sowieckiego kolosa. W końcu ledwie żywe docierają do punktów przeznaczenia, do mieszczących się w najmroźniejszych obszarach koła podbiegunowego łagrów. Tutaj w zamian za garstkę pożywienia i kubek wrzątku mają odpracować swe niezawinione winy. Kiedy po kilku tygodniach morderczej pracy autorka chora i wygłodzona trafia do „szpitala” dowiaduje się o losie innych zesłańców, którzy nie mieli tyle „szczęścia” co ona.
Człowiek jest tak nieludzko zmęczony, że nie ma siły brnąć ku któremuś z ognisk, by ogrzać skostniałe ręce. Nie. Niepodobna odtworzyć słowami upiornej grozy takiej polarnej nocy w lesie. Bezdenne, mroźne piekło, szarpane od spodu czerwienią dalekiego ognia i to właśnie oślepiające znużenie, i silniejsze od znużenia, tępe, bezmyślne pragnienie śmierci. Palce od mrozu są tak zgrabiałe, tak sztywne i bolące, że kiedy przyjdzie oddać ziemi, co ziemskie, o rozpięciu pasa czy guzików-ani marzyć. Watowe briuki godzą się więc na wszystko, tylko sztywnieją potem lodową skorupą. Na skutek tych zamarzniętych kompresów, w których tkwić muszą pół doby, wszystkie chorują na pęcherz. I robi się błędne koło; mają chore pęcherze, bo pracują po pas zamarznięte, i są po pas zamarznięte, bo mają chore pęcherze. I gdybyż wróciwszy do baraku, mogły się ogrzać i oprać. Gdzie tam. W baraku nie ma światła, a jest w nim tak zimno, że śpiąc przymarzają do ścian…. (str. 231 książki)
W końcu przychodzi zbawcza wiadomość. Na terenach sowieckich tworzone będzie wojsko polskie, które przyjmie w swe szeregi zesłańców i skazanych. Ogłoszona zostaje amnestia. Wczorajsi wrogowie stają się ludźmi wolnymi i sprzymierzeńcami. I wtedy okazuje się, iż być wolnym w Rosji jest o wiele ciężej niż być skazanym. Skazany może wegetować w ciasnym i brudnym zamknięciu, dostaje głodową porcję jedzenia i jeśli ma szczęście nie zachorować to nawet może uda mu się przeżyć, wolny musi sam martwić się o kąt do spania, jedzenie, łach na grzbiet.
Więzienie i łagier nie są w Rosji najgorsze. Daleko gorsza jest „wolność”! Ta jej ustawiczna pogoń za chlebem, ta wieczna niepewność jutra, borykanie się z każdym dniem o kęs bodaj jakiego pożywienia, walka z życiem nie o życie - bo to do życia jest wcale niepodobne- ale o to przytomne, powolne, rozłożone na lata konanie. (str. 302 książki)
I zaczyna się kolejna gehenna. Podróż w poszukiwaniu tworzącego się wojska. Podróż barżami (statkami), pociągami bydlęcymi, na wielbłądach, piechotą, w przerażającym zimnie, po pas w błocie, z przyrastającym do krzyża żołądkiem, w wycieczeniu, z kolejnymi chorobami, w łachach, które nie grzeją (mroźną zimą), w nieodłącznym towarzystwie wszy, z lejącym się na głowę deszczem, siekącym wiatrem, piaskiem, w brudzie i poczuciu beznadziei. Odsyłani z miejsca na miejsce, niepotrzebni, jak zadżumieni, których nikt nie chce przygarnąć „podróżują” wynędzniałe ludzkie strzępy, a wśród nich; dzieci, ciężarne kobiety, starcy, chorzy.
To jedna z najbardziej przejmujących relacji, jakie przeczytałam. Nie jestem w stanie oddać całości grozy, ohydy, przerażenia, żalu, wszystkich uczuć, jakie budzi lektura. Jest to książka, którą powinno się przeczytać, pozwala ona lepiej zrozumieć przeszłość, ale może też być ostrzeżeniem dla przyszłości.
Swoje relacje przeplata autorka spostrzeżeniami dotyczącymi sowieckiego systemu sprawowania władzy i opisu życia mieszkańców tego „sowieckiego raju”.
I dopiero niebacznie-wierząc zapewne, że żywa noga już stąd nie wyjdzie pozwolono nam, Polakom, zobaczyć z bliska całą miażdżącą maszynerię ich ustroju i my już wiemy. Nie wiemy tylko, co zrobić, aby się dowiedział, aby uwierzył, aby na czas zrozumiał cały cywilizowany świat, że wszystko, co od nich wysyłane jest na zewnątrz, że wszystko, co od nich wie i słyszy się o Rosji, jest wytworem genialnie bezczelnej propagandy, jest bezprzykładnym kłamstwem i blagą, udrapowaną przewrotnie w szlachetne hasła i teorie. Tiurma dopiero - gdzie ma się sposobność usłyszenia szczerych nareszcie wypowiedzi i zeznań tysięcy przedstawicieli tej właśnie warstwy, o której prawa walczy rzekomo rosyjski komunizm - jest odkrywką, która unaocznia prawdziwe złoża i warstwice gigantycznej, przechodzącej ludzkie wyobrażenie tragedii, jaką przeżywa już trzeci dziesiątek lat ten wiecznie przez kogoś ciemiężony, uciskany, wyzyskiwany, czarno roboczy rosyjski naród! Biedny car Iwan Groźny. Jakże pobladł, jakże zmalał, jakże znaiwniał jego krwawy cień w historii tego strasznego kraju (str.122 książki)
Opisując Kotłas - miasteczko przez które przejeżdżali pisze:
… domy robią wrażenie umarłych. Nie widziałam w oknie, ani jednej twarzy, ani jednego wazonika. Czasem krzywo bądź jak zawieszona, pełna rudych zacieków szmata broni wglądu w głąb czyjegoś mieszkania. Nigdzie śladu jakiegokolwiek wysiłku ku ozdobie, zadbaniu, czystości. Nigdzie śladu przekwitłej już choćby grządki. Nędza, opuszczenie i jakby dążenie właśnie do wtopienia się bez reszty w ogólną popielatość, nijakość, żadność- strach przed zwróceniem na siebie czyjejkolwiek uwagi, czyich kol wiek oczu. Cieniste to wszystko, nasiąkłe wilgocią i smutkiem… Za to nad każdym- często blachą z puszek łatanym dachem sterczy na żerdzi antena!... W każdy …z tych martwych domków sączy się nieustannie jad propagandy, wpycha się w nie słowami i muzyką, nie daje odetchnąć, myśli zebrać, do głosu dojść- budzi i usypia… ogłupia i urabia. (str. 268-269 książki)
Książka napisana jest pięknym literackim językiem. Czasami napotykamy na zwroty, które dziś wyszły z użycia, ale których znaczenia z łatwością można się domyślić.
W całym tym opisie plugastwa, brzydoty i brudu autorka nie pozostała obojętna na piękno. Pomiędzy przejmującymi opisami bólu, nędzy i zdziczenia znajdują się niezwykłe opisy otaczającej przyrody, zjawisk natury czy okruchów ludzkiej dobroci. Bo poza ludźmi, którzy zgotowali innym taki los znaleźli się także i tacy, dzięki którym udało się przeżyć i ocalić wiarę w człowieczeństwo. Niezwykle wzruszające są te opisy ludzkiej uczynności, dobroci, miłosierdzia, one pozwalają zachować mimo wszystko nadzieję. 
 * Cytaty z książki W domu niewoli Beaty Obertyńskiej  Wydawnictwo Czytelnik. Warszawa 2005 rok.

Zdaję sobie sprawę, jak ryzykownym jest publikacja wpisu o tak ciężkiej tematyce w piękny, słoneczny, gorący letni dzień, ale myślę, że osoby, które nie czytają tego typu książek (z takich, czy innych względów, sama wybieram je rzadko, ale nigdy takich wyborów nie żałuję) nie będą nim zainteresowane niezależnie od pogody. I ja przyznaję, iż na wakacyjną lekturę nie był to może najlepszy wybór, ale skoro książkę przeczytałam chciałam się podzielić wrażeniami.

piątek, 25 lipca 2014

Kamień i woda w Rzymie


Nie wiem, jak wy, ale ja wymiękam, mam dość, poddaję się. Upały lubiłam jedynie, jako dziecko. Dzisiaj, kiedy każdy tak gorący dzień odchorowuję migreną, jeśli tylko mogę nie wychodzę z domu, a jak już muszę zeń wyjść szukam cienia. I marzę o zimnej kąpieli. 
W Rzymskich fontannach co prawda kąpiele są zabronione, ale dają one przyjemne uczucie chłodu i orzeźwienia. Myślę, że bywalcy bez trudu rozpoznają zamieszczone poniżej zdjęcia paru najbardziej znanych rzymskich fontann. Aby nie psuć Wam zabawy odgadywania nie zamieściłam podpisów.



Mam nadzieję, że i wam udało się co nieco ochłodzić :)

poniedziałek, 21 lipca 2014

Dzienniki Marii Dąbrowskiej -tom II (lata 1933-1945)



Ostanie lata przed drugą ze światowych wojen w Dziennikach Dąbrowskiej zbiegają się z trudnym dla niej okresem. Coraz to więcej bliskich osób odchodzi, Pani Maria czuje się opuszczona, po ukończeniu Nocy i dni następuje zastój w pisaniu, sama autorka popada w zniechęcenie i pewien rodzaj apatii. Nadal czynnie uczestniczy w życiu kulturalnym; dużą radość sprawia jej muzyka; opisy koncertów, w których uczestniczy są niezwykle emocjonujące i porywające. Chciałabym umieć tak pięknie pisać o muzyce, jak ona. Zresztą nie tylko o muzyce. Często chodzi do teatru, a opisy przedstawień i ich krótkie oceny mogą stanowić nie lada gratkę dla wielbicieli teatru. Pisarka odkrywa też kino i możliwości, jakie daje ten rodzaj sztuki, a które mogą sprawić, że stanie się kiedyś on zagrożeniem dla teatru, jako bardziej atrakcyjny (widowiskowy). W trzecim tomie Dzienników okaże się jednak, iż film, jako nowy rodzaj sztuki zawiódł oczekiwania Dąbrowskiej.
Wynotowałam sobie jedną z opinii na temat spektaklu, który pisarkę rozczarował.
Klub Kawalerów - bilety bardzo drogie. Zawód na całej linii. Wskrzeszenie tej bujdy, w której ani jedno słowo nie jest na poziomie nie to już sztuki, ale przyzwoitości artystycznej - to dowód zupełnego upadku smaku, zupełnej aberacji duchowej. A tak to cała „elita” chwaliła! (…) I publiczność się tym zachwyca, po prostu szaleje ze śmiechu i oklasków. (18.09.34)
Jakże ostatnio często mogłabym posłużyć się tymi słowy. Tu mała dygresja. We wrześniu tego roku zostanie oddany do użytku w Gdańsku Teatr Szekspirowski, z którym wiążę duże nadzieje na powrót prawdziwego (klasycznego) teatru.
Pani Maria sporo publikuje, uczestniczy w odczytach i spotkaniach z czytelnikami. Dąbrowska daje się poznać, jako osoba o poglądach lewicowych, popiera ruch spółdzielczy, często uczestniczy w spotkaniach spółdzielców.
Jak przystało na pisarkę sporo czyta, a wrażenia choćby pobieżne ze swoich lektur notuje w Dzienniku. Ponieważ planuję kolejny wpis z cyklu co czytali znani, pominę tutaj rozpisywanie się na temat lektur Dąbrowskiej w tym czasie.
W latach 1914-1933 (będących tłem wydarzeń opisywanych w pierwszym tomie Dzienników) pisarka podróżowała głównie po kraju. W  ostatnich latach pokoju podróżuje też za granicę. Jako ciekawostka, opisuje problemy z otrzymaniem paszportu, których nie miała, kiedy Polska przebywała pod zaborami.
Z racji moich włoskich zamiłowań przytoczę kilka uwag na temat odwiedzonych w Italii miast. Wyjazd do którego autorka podchodziła z wielką niechęcią przyniósł wiele zachwytów i oczarowań.
O dziesiątej wieczorem wjazd do Wenecji. Gondolą do hotelu Bauer-Grunwald, mam uczucie, że jestem na scenie w operze. W hotelu spanie pod moskitierą przy pisku goszczącego pod nią moskita, który mnie ugryzł. (26-27.09.34) Wieczorem siedzimy w domu, patrząc na Canale Grande, spryskany światłami i dźwiękami mandolin. „O sole mio”, „Carmen” i włoskie ludowe pieśni. Niezmiernie potężny ładunek piękna, poezji, czaru. Zdaje się, jakby wszystko poprzednio widziane było na niby, a teraz dopiero oglądam świat prawdziwy i prawdziwy krajobraz. Jakby tylko tutaj Bóg się objawił naprawdę, w każdym szczególe nieba i ziemi pozostawiając innym smutniejszym krajom troskę poszukującej Go tęsknoty. (28.09.34)
Wenecja, widziana jako świadectwo boskiego objawienia raduje mnie ogromnie, bo to jedno z niewielu miast, w których można oddychać pełnią życia. Stając na którymś z licznych mostków nie można się napatrzeć na wodę kanałów i architekturę budynków.
We Florencji pani Maria szuka śladów artystycznej spuścizny.
Chciałabym mieć odlew postaci Wawrzyńca Medyceusza, ale takich małych reprodukcji rzeźb prawie nie robią…. Zaraz po obiedzie idę do pałacu Bargello, który jest na tej samej ulicy, co hotel. Tam rzeźby Michała Anioła i Donatella. Donatello mnie olśnił. Jakże ja mało go pamiętałam czy nawet znałam. To było objawienie. Po Donatellu idę jeszcze do Santa Croche. Wiodą mnie czarowne uliczki, plac jest piękny, kościół też. Odnajduję i oglądam freski Giotta bardzo przejmujące w szaro-brudnych barwach. Tylko, że freski, zwłaszcza po wysokich kościołach, są w ogóle mało oglądane. Więcej więc przypatruję się twarzom zakonników, które stanowią do dziś dnia żywy obraz mistrzów quattrocenta i cinquecenta i odrodzenia. Oglądam sarkofag czy pomnik Danta (także na placu). W tym kościele jest podobno grób Michała Anioła, ale już go przegapiłam. … nie mam już siły iść do Casa Buonarroti. Stachno mi głowę urwie, że nie widziałam domu Michała Anioła. Ale ja tu jeszcze wrócę…(1.10.34).
Czy wróciła, jeszcze nie wiem, czytam dopiero trzeci tom Dzienników.
Rzym. Cała architektura miasta wydaje mi się jakaś nieprawdopodobnie harmonijna i pełna grandezzy… biegnę do Colosseum i na Forum. Już zaczyna się zmierzch. Chmury porozdzierane, między nimi niebo zielone, jak u Veronesa. W tym oświetleniu fantastycznym ruiny Colosseum dają silne wrażenie. Zapalają się latarnie, mieszanina świateł dnia i nocy - wspaniały efekt. Powietrze jak wino. Idę przed siebie jak pijana. Zbłądziłam - ale idę śród samych pałaców. Jakieś wspaniałe fontanny, oświetlone reflektorami, nic nie wiem, co to jest, ale mi wszystko jedno, jest wspaniale… (3.10.34)
Przypomina mi to pewien wieczór, kiedy zapadał zmierzch, zapalały się latarnie, niebo czerwieniło płomieniami zachodzącego słońca, a ja stojąc na małym wzgórku naprzeciwko tego monumentalnego reliktu starożytności zaglądałam w „okna” Colosseum. My przemijamy, a takie miejsca, jak te zostają ku radości następnych pokoleń. I tak możemy widzieć to, co oglądali ludzie sto, dwieście, czy nawet, jak tutaj niemal dwa tysiące lat temu.
Jednak tym, co dla wielu czytelników jest najbardziej interesujące są opisy nastrojów panujących przed wybuchem wojny. Zwłaszcza dziś, kiedy sytuacja polityczna napawa nas niepokojem ciekawość budzi, jak postrzegali przyszłość ludzie w przededniu największego z kataklizmów.
Strasznie dużo obcuję teraz ze sprawami, dziejącymi się na świecie, co mi mocno przeszkadza w pracy nad ostatnim tomem Nocy i dni. Piszę przez siłę, jestem dopiero w 3 rozdziale. Kiedy czytam o tym, co się dzieje w Niemczech, myślę, że jest to realizacja pięcioksięgu Mojżesza ze Starego Testamentu. W ogóle Nowy Testament wcale nie nastąpił po Starym. Oba dzieją się równocześnie, coraz mniej wierzę w jakikolwiek postęp. Jest to wciąż to samo na coraz inny sposób, wyżywanie się tego samego zła i tego samego dobra. Nasze rodzime elity, nawet się nie spostrzegą, kiedy elitaryzm przechodzi w zwyczajny protekcjonizm kliki. (25.09.33)
Niemcy proponują układy Polsce i Francji-Francji wieczny pokój. Jest to nowa gra niemieckiej chytrości- zamydlą oczy i jako „sojusznicy” będą się swobodnie zbroić- a zdrada wszelkich sojuszów, paktów i traktatów stanowi ich istotę. (18.11.33)
Będzie wojna, będą najgorsze rzeczy, nim ja to wyciągnę do końca (Noce i dnie). Czarno tedy patrzę na siebie i na świat. (8.12.33)
Zapewne świadomość nadciągającego kataklizmu wpływała na stan ducha pisarki.
Na świecie piękna pogoda, ale wojna nadciąga. Mussolini pogrąży świat w nieprawdopodobną kabałę, ale może jest on tylko narzędziem wielkiej zemsty dziejów. Przewiduję, że nadchodząca wojna będzie w całym słowa znaczeniu wojną światową, to jest z udziałem wszystkich ras kolorowych, które tak ciągle prowokowane, a i tak nieźle już ku temu przygotowane, ruszą na Europę i po olbrzymim zamieszaniu i zniszczeniu dadzą tu początek nowej, z gruntu odmienionej, a kto wie, czy nie rozsądniejszej cywilizacji. Straszliwe to są czasy; a jeszcze straszliwsze idą. W Niemczech zaczyna się też dziać coś niesamowitego. (21.08.35) 
Sporo uwagi poświęca pisarka też sytuacji politycznej w kraju, ostro krytykując wszystkie strony politycznej sceny, choć najbardziej dostaje się endecji. 
Okres wojny opisany jest dość skromnie. Dąbrowska wraz ze Stempowskim zaraz na początku wojny wyjeżdżają do Lwowa, zapewne chcąc tam przeczekać najgorsze. Wracają po paru miesiącach. Czas pobytu pod sowiecką okupacją to jedyna tak długotrwała przerwa w zapiskach (od 7.10.39 r. do 13.06.1940 r.). Pierwsze lata to zmaganie się z trudnościami wojennej rzeczywistości; początkowo trudności związane ze zdobyciem środków utrzymania, żywności. Potem jest egzystowanie, w którym usiłuje się przeżyć, kiedy wokół trwają aresztowania, łapanki, kiedy dociera groza obozów koncentracyjnych, a grono znajomych i krewnych, którzy zostali zamordowani zatacza wciąż większe kręgi. Jest tu sporo zachwytu dla bohaterskiej postawy narodu, który w chwilach krytycznych potrafi się zdobyć na olbrzymi wysiłek. I w końcu przejmujący opis działań powstańczych; ukrywanie się w zniszczonej kamienicy na Polnej, śmierć siostry i wymarsz z Warszawy. Drugi tom Dzienników kończy się na styczniu 1945 roku.
Cytaty pochodzą z Drugiego tomu Dzienników wydanych przez Wydawnictwo Czytelnik w 1988 r.  
Powiązane;

niedziela, 20 lipca 2014

Podróżnicze minatury -cz.3 (Koloseum)



Oczarowania, o których piszę w tym mini - cyklu podróżniczym nie zawsze są oczarowaniami  od pierwszego wrażenia. Są miejsca, które widziane po raz pierwszy wzbudzają zachwyt, a są i takie, które potrzebują odpowiedniej oprawy, właściwej chwili, która sprawi, że widok dołączy do skarbów przechowywanych w szufladkach pamięci. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Koloseum byłam nieco rozczarowana. Wyobrażałam sobie, że jest monumentalne, nie dające się objąć wzrokiem. Zupełnie nie zapamiętałam chwili, kiedy pojawiło się ono na horyzoncie, a kiedy weszłam do środka sprawiało wrażenie nie tak dużego, jakim według moich wyobrażeń być powinno. I to ma być to Koloseum, w którym odbywały się igrzyska, to tutaj cesarz  posyłał na śmierć tysiące istnień skierowaniem kciuka w dół, to tu odbywały się bitwy morskie. Jakiż statek pomieściłaby ta arena. Rzeczywistość odbiegała od wyobrażeń. Czar Koloseum przemówił do mnie dopiero za trzecim pobytem w Wiecznym Mieście, w jedno z październikowych popołudni. Stałam vis a vis i nagle odczułam  moc budowli. Coś, o czym wiedziałam przecież od dawna, objawiło mi się teraz z całą wyrazistością. Oto mam przed oczyma arenę, którą oglądało kilkadziesiąt pokoleń od chwili jej powstania.
źródło wikipedia
Dopiero patrząc z zewnątrz, z odpowiedniej perspektywy widać jej ogrom. Stałam na małym wzgórzu naprzeciwko i obserwowałam przejście dnia w noc i zarys budowli na tle tej scenerii, kiedy zmieniał się jej kolor od białego, poprzez szary wpadający niemal w czerń, aż po oświetloną światłami reflektorów mozaikę różnych odcieni szarości. Stałam na tym wzgórzu z kilkunastoma obcymi osobami i nie musieliśmy nic mówić, bo nasze rozradowane twarze mówiły same za siebie. Staliśmy tak i obserwowaliśmy przepiękny spektakl, którego jedynym aktorem była starożytna Arena.
Po raz kolejny muszę posiłkować się zdjęciem z internetowych zasobów. Niestety moje nocne zdjęcia nie oddają całego uroku miejsca.

czwartek, 17 lipca 2014

Co czytał Van Gogh (część 1)


Słoneczniki z Muzeum w Amsterdamie
Van Gogha znamy jako malarza postimpresjonistycznego, twórcę takich dzieł, jak Słoneczniki, Autoportrety, Gwieździsta noc czy Taras kawiarni nocą. To tylko te najbardziej znane tytuły. Niemal każdy słyszał o kłótni z Gaughinem i obciętym uchu. Ale kto wie o tym, iż Vincent bardzo lubił czytać. W Listach do brata pada wiele nazwisk autorów, znanych i tych, którzy odeszli w zapomnienie, bądź znani są jedynie wąskiemu gronu specjalistów. Vincent zaczytywał się głównie powieściami Zoli, Hugo, czytał Maupassanta, ale czytał także literaturę angielską (zachwyt wzbudził Szekspir, nie pogardził Dickensem, a także literaturą, stworzoną przez panie; Austin, Bronte Cherlotte) czy literaturę rosyjską (tu przeważa Tołstoj).
Opinie Vincenta podobają ogromnie mi się podobają, bo są pełnie autentycznego zachwytu, szczerości, nie są podbudowane teorią, znawstwem, wykształceniem, odbierał literaturę sercem, intuicją. Często odbierał ją poprzez porównanie z malarstwem.
W dzisiejszym wpisie skoncentruję się na literaturze francuskiej.
Zacznę od mniej znanego autora Julesa Micheleta, na którego książki powoływał się w listach wielokrotnie pełen zachwytu dla dzieł tego pisarza i filozofa. Michelet był autorem kilkunastotomowej historii Francji i twórcą „białej” legendy Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Co ciekawe był też sympatykiem i obrońcą Polski (autorem takich dzieł, jak Kościuszko, legenda demokratyczna, Pologne et Russie oraz La Pologne Martyce) a także zwolennikiem integracji europejskiej. Zacząłem więc studiować książki, które znajdowały się w moim
Autoportret w Muzeum w Amsterdamie
zasięgu - Biblię, Histoire de la Revolution Micheleta, a potem, ostatniej zimy, Szekspira, trochę Wiktora Hugo i Dickensa, Beecher-Stowe, ostatnio Ajschylosa i wielu innych, mniej klasycznych, wielkich małych mistrzów
. (str. 87 Listów)
Jak ciężko jest czytać, kiedy w domu czytanie uznaje się za dziwactwo. Ojciec - pastor uznawał jedną tylko książkę, a była nią Biblia.
Gdy ojciec widzi mnie z francuską książką, w ręku, z Micheletem, lub Wiktorem Hugo, zaraz myśli o podpalaczach, mordercach i „nieobyczajności”: to jest naprawdę zbyt głupie, więc rozumie się samo przez się, że nie daję się zwodzić na manowce tego rodzaju gadaniną. Nieraz mówiłem ojcu, żeby przeczytał choć kilka stron takiej książki, a na pewno się wzruszy, ale on z uporem odmawiał. Gdy ta moja miłość zakorzeniła się w moim sercu, wtedy czytałem po raz drugi książki Micheleta L`Amour i La Femme i pod ich wpływem zacząłem nareszcie rozumieć wiele rzeczy, które dotąd były dla mnie zagadką. Raz powiedziałem ojcu wprost, że więcej wagi przywiązuję do rad Micheleta niż do rad własnego ojca, gdyby już mi przyszło wybierać kogo mam posłuchać. Wtedy przypomnieli mi historię stryjecznego dziadka, który zwariował pod wpływem francuskich idei i w końcu się rozpił. (str. 126 Listów) Myślę, że dla paru co najmniej osób zabrzmi ten cytat znajomo.
Kolejny autoportret z Muzeum w Amsterdamie
Vincent widzi sporo analogii pomiędzy malowaniem a pisaniem, a także pomiędzy oglądaniem obrazów, a czytaniem książek.
Byłoby więc nieporozumieniem, gdybyś trwał w przekonaniu, że coraz mniej na przykład obchodzi mnie Rembrandt, Millet, Delacroix czy cokolwiek innego, jest bowiem przeciwnie; rzecz jedynie w tym, że w wiele rzeczy trzeba wierzyć i wiele kochać - jest coś z Rembrandta w Szekspirze i z Corregia w Michelecie, i z Delacroix w Victorze Hugo, i jest Rembrandt w Ewangelii i Ewangelia w Rembrandcie, to właściwie wychodzi na jedno, pod warunkiem, że dobrze rozumiemy, o co chodzi, i chcemy patrzeć na rzecz z właściwej strony, zdając sobie sprawę z ekwiwalencji porównań, które nie mają na celu pomniejszenia zasług oryginalnych osobowości. […] Jeśli możesz więc przebaczyć mi zgłębianie obrazów, musisz się też zgodzić, że miłość do książek jest tak samo święta jak miłość do Rembrandta, i myślę nawet, że oba uczucia się uzupełniają.
Z czytaniem książki jest tak, jak z oglądaniem obrazów; trzeba bez wahania, bez wątpliwości, spontanicznie i z pełną świadomością znaleźć piękno tam, gdzie ono jest naprawdę. Stopniowo staram się uporządkować moje książki; przeczytałem zbyt wiele, żeby zarzucić dalszą systematyczną lekturę. Chciałbym przynajmniej trochę śledzić literaturę współczesną
…. Jeżeli Stracone złudzenia Balzaka są dla ciebie zbyt długie (dwa tomy), zacznij od jednotomowego Ojca Goriot. Ledwie zaczniesz czytać książki Balzaka, zobaczysz, wszystko inne pójdzie w kąt, nie na darmo nadano Balzakowi przezwisko „weterynarza od chorób nieuleczalnych”. (str.104-105 Listów) Myślę, że gdyby Vincent miał możliwość słuchania muzyki dodałby i tę dziedzinę włączyłby w krąg swoich zainteresowań i uznał ich wzajemną korelację.
Czytam obecnie Lekarza wiejskiego Balzaca, bardzo piękne, jest tam kobieta, nie szalona, ale zbyt wrażliwa, czarująca, przyślę ci to, jak skończę. (str. 445 Listów)
Jego opinie o pisarzach i książkach są króciutkie i często zazębiają się o opinie na temat innych pisarzy i innych książek, ale wskazują na spore oczytanie malarza i jego zainteresowanie literaturą.
Czy czytałeś nową książkę Guy de Maupassanta Mocny, jak
Kolejny amsterdamski autoportret
śmierć
? O co tam chodzi? Z lektur tego rodzaju czytałem ostatnio Marzenie Zoli; uważam, że bardzo piękna jest postać kobiety, hafciarki i opis złotego haftu. Bo to jest jak gdyby problem koloru: różnych żółci, czystych i złamanych. Mężczyzna wydaje mi się mało żywy i wielka katedra także napawa mnie melancholią. Tylko tło liliowe i niebiesko czarne wydobywa jasną postać.
(str. 455 Listów) Te różne połączenia żółci, złota i lila jako żywo przypomina opis Żniwiarza.
Czytałem Piotra i Jana Guy de Maupassanta, to piękne, czy znasz wstęp wyjaśniający, że artysta ma prawo do przesady, do tworzenia w powieści świata piękniejszego, prostszego, bardziej pocieszającego? Dalej Maupassant cytuje powiedzenie Flauberta; talent to długa cierpliwość, a oryginalność to wysiłek woli i wytężona obserwacja. (str.324 Listów)
Najczęściej pojawiający się autorzy to i moi ulubieńcy Hugo i Zola.
Jestem ciągle pod wrażeniem książek Zoli. Jakże tam świetnie odmalowano paryskie hale targowe. (str. 210 Listów. Chodzi zapewne o Brzuch Paryża)
Przeczytałem dwie książki Zoli: Grzech księdza Mouret i Jego ekscelencja pan minister Rougon. Obie bardzo ładne. Cóż za szlachetna postać ten Pascal Rougon, lekarz występujący w wielu książkach Zoli, zawsze gdzieś na drugim planie. Może służyć za przykład, że chociaż jakaś rasa chyli się ku upadkowi, to jednak dzięki woli i zasadom zawsze może uniknąć katastrofy. Odkrył w swym zawodzie jakąś siłę, dzięki której mógł przezwyciężyć obciążenia odziedziczone po własnej rodzinie. Zamiast ulegać wrodzonym skłonnościom, znalazł prostą, jasną drogę. Nie pogrążył się w tym bagnie, w którym wszyscy inni Rougonowie znaleźli zgubę. On i Francoise z Brzucha Paryża to dla mnie najsympatyczniejsze postacie. (str. 212 Listów)
Żółty dom w Amsterdamskim Muzeum
Jakże piękne są książki Zoli! Często zwłaszcza wracam myślami do jego W matni. Powiedz, jak jest właściwie z twoją lekturą Balzaka? Ja skończyłem już Nędzników. Wiem, że Wiktor Hugo przeprowadza analizę zupełnie inaczej niż Balzac czy Zola, ale i on także potrafi dotrzeć do sedna rzeczy. (str. 230 Listów)
Przeczytałem Mes Hansie (Moje nienawiści) Zoli. Książka ta ma dużo zalet, chociaż w swoich ogólnych rozważaniach, moim zdaniem, Zola się myli. To jednak jest bardzo słuszne: Zwróćcie tylko uwagę; to, co się podoba publiczności, jest zawsze najbardziej banalne, jest czymś, co przywykliśmy widywać co roku. Ludzie przyzwyczaili się do takiej ckliwości i do tak pięknych kłamstw, że z całą stanowczością przeciwstawiają się teraz rzeczom silnym i prawdziwym”. (str. 234 Listów)
Przed chwilą otrzymałem Germinal i zaraz zabrałem się do czytania. Przeczytałem już 50 stron, cóż to za skapiała lektura! Ja także byłem tam kiedyś. 
Przeczytałem na nowo Wszystko dla pań Zoli i ta książka wydaje mi się coraz piękniejsza. (str. 330 Listów)
Książki Zoli będą nadal piękne i przetrwają, bo jest w nich życie. (str. 461 Listów)
No i czas na mojego ulubieńca.
Po książce Zoli zdobyłem się nareszcie na przeczytanie Roku dziewięćdziesiątego trzeciego Wiktora Hugo. Jest to zupełnie inna tematyka. Napisane jest, a raczej namalowane tak, jakby to robił Decamps czy Jules Dupre, z ekspresją, jaka cechuje Ary Scheffera w obrazach Płaczący i Krający płótno czy jego drugoplanowe postaci z obrazu Christus Consolator. Bardzo bym ci radził to przeczytać, jeżeli nie czytałeś, bo subtelność, z jaką ta książka jest napisana, jest dzisiaj coraz rzadsza, a wśród nowych utworów nie widzę naprawdę nic szlachetniejszego. (str. 218 Listów. Po takiej rekomendacji i ja przeczytać muszę)
Bardzo mi się podoba piękne powiedzenie Wiktora Hugo; „Religie
Chyba nie wymaga podpisu :) też w amsterdamskim muzeum
przemijają, ale Bóg pozostaje”.
(str. 221 Listów. Mnie także bardzo się owo powiedzenie podoba)
Przeczytałem Straszny rok Wiktora Hugo (chodzi chyba o Rok dziewięćdziesiąty trzeci, który Hugo nazywał strasznym, bo nie znalazłam w bibliografii powieści o takim tytule). Jest tu nadzieja, ale… nadzieja w gwiazdach. Uważam, że to prawdziwe i dobrze powiedziane, i piękne, zresztą w to wierzę. Ale nie zapominajmy, że ziemia jest również planetą, a więc gwiazdą, globem ziemskim. (str. 347 ListówWiktor Hugo powiedział: „Ponad rozsądkiem jest jeszcze sumienie”. Czujemy, że coś jest dobre i prawdziwe, chociaż na zdrowy rozum i zgodnie z wyrachowaniem wydaje nam się niezrozumiałe i zagmatwane. (str. 222 Listów)

Część druga lektur Van Gogha tu