sobota, 30 sierpnia 2014

Tylko ja sama Roma Ligocka

Był czas, w którym zaczytywałam się w twórczości pani Ligockiej. Do chwili wydania Księżyca nad Taorminą przeczytałam wszystkie jej publikacje, a książkę Tylko ja sama uważałam za najlepszą obok Dziewczynki w czerwonym płaszczyku.
Minęło ładnych parę lat, od czasu, kiedy ją przeczytałam, wywołała wówczas sporo  emocji związanych z odkrywaniem razem z narratorką historii życia jej ojca. Odczuwałam też radość związaną z odbywaniem równolegle z bohaterką licznych podróży po świecie. 
Po książkę sięgnęłam ponownie (dzięki losowaniu u Anny), aby przekonać się, czy przetrwała próbę czasu.
Asumptem do jej powstania był pewien artykuł w prasie dotyczący ojca pisarki. Okrutny kaprys losu sprawił, iż członka obozowej organizacji żydowskiej walczącej o ratowanie ludzi posądzono o kolaborację. Prywatne śledztwo w dążeniu do odkrycia prawdy doprowadziło do spotkania po latach z dawno nieżyjącymi bohaterami i „ponownego odzyskania” ojca. W jego wyniku powstała ta książka. Pisarka jest narratorką i zarazem główną bohaterką. Dwanaście miesięcy życia opisuje codzienne zmaganie z bagażem wojennych doświadczeń. Pisarka jest osobą dojrzałą, odnoszącą zawodowe sukcesy, matką dorosłego syna, nieźle sytuowaną, mieszka w Monachium. Wszystko to wygląda nieźle, tyle, że  trauma, która spotkała ją w dzieciństwie (konieczność ukrywania się przez całą okupację) rośnie wraz z nią i staje się raną, która choć się zabliźnia, to nigdy nie pozwala o sobie zapomnieć. Bohaterka usiłuje żyć normalnie, pomimo okrucieństwa pamięci stara się pokazywać światu uśmiechniętą twarz. Zawsze kiedy czytałam książki pani Romy jest mi smutno. Jednak książka Tylko ja sama, choć odwołuje się do gorzkich wspomnień i zapisów przeszłości (dokumentów archiwalnych – materiałów procesowych i zeznań świadków) a także do własnej pamięci, jest najmniej smutną z jej książek. Niesie jakieś optymistyczne przesłanie. Może ukryta w podświadomości obawa przed tym, że ojciec mógłby okazać się człowiekiem, który dopuścił się zdrady była ciężarem nie pozwalającym na rozliczenie się z przeszłością. A przecież, jak mówi jeden z bohaterów nie mamy prawa do oceny zachowań w sytuacji skrajnie nieludzkiej. A jednak oceniamy, przydajemy przymiotniki ludziom, o których życiu niewiele wiemy. Pani Roma, jako Żydówka przez całe życie zmaga się ze stawianym jej narodowi zarzutem biernego poddania się losowi. Jako osoba dorosła nie potrafi nigdzie zapuścić korzeni, sporo podróżuje; kolejne miasto, kolejny hotel, nowe twarze - wszystko zlewa się w jedno. Rano trzeba wstać, ubrać się, gdzieś pójść, coś zrobić, a potem wrócić. Koszmar wspomnień powodujący bezsenność, depresję i tabletki nasenne. I ciągłe dążenie do tego, aby dobrze wyglądać, bo tylko taki wygląd pozwalał na przetrwanie (przeżywali najzdrowsi i najsilniejsi). Poczucie obcości i osamotnienia i ciągła potrzeba udowadniania swojego istnienia oraz  potrzeba akceptacji, która pozwoli uwierzyć w to istnienie. I strach przed życiem i przed pozwoleniem sobie na szczęście.
Powieść Tylko ja sama jest powieścią łączącą wątki biograficzne z literacką fikcją. Sama autorka w którymś z wywiadów wspomniała, iż chce pozostawić niedopowiedzianym, czy historia pojawiającego się na kartach książki mężczyzny (który przyjął imię Dawida Schwarza) jest prawdziwą. W książce historia Dawida, którego dziecięce doświadczenia (ukrywanie się u rodziny, którą uznał za własną) splata się z doświadczeniem Romy i nieuchronnie popycha ich ku sobie; wspólnota losów, lęków, strachów, poczucia wyobcowania i braku tożsamości. Odnalezienia ojca (oczyszczenia jego pamięci) i odnalezienie człowieka, który rozumie bez słów to rodzaj katharsis, dającego nadzieję na jaśniejszą przyszłość.  Pozostaje tylko wierzyć, że takie osoby jak pisarka odnajdą wreszcie spokój.
Pani Ligocka pisze w sposób niezwykle emocjonalny i osobisty i mnie to odpowiada. Pisze w sposób odważny, bo dotyka niezwykle intymnych spraw, obnaża się emocjonalnie.
Jedyne co mi przeszkadzało w lekturze, a właściwie na jej początku to wątek miłosny, który wydał się nierealny (albo ja zestarzałam się na tyle, że miłość to dla mnie zbyt odległa sprawa, albo też jest on literacką fikcją, a pani Roma najlepiej pisze o rzeczach, które sama przeżyła). Jednak z czasem banalny romans przemienia się w trudne uczucie dwojga okaleczonych ludzi, dla których może być nadzieją na odnalezienie siebie.
Zasadniczym pytaniem, jakie stawia autorka jest dla mnie to, czy mamy prawo do oskarżania (oceniania) ludzi, jeśli nie byliśmy nigdy postawieni przed takimi, jak oni wyborami.
"Wyobrażasz sobie (...) tego dziennikarza, który napisał ten głupi artykuł, wyobrażasz sobie tego anonimowego pismaka, tych sędziów, wszystkich tych ludzi – wyobrażasz ich sobie w obozie? (...) Tak, znam tych sędziów, tych naprawiaczy świata, którzy zawsze wiedzą, co jest dobre, a co złe. Tych badaczy, co to tropią ludzkie słabości, bo to jedyna rzecz, jaka sprawia im przyjemność, na jakiej się znają. Co mówię, badaczy. Inkwizytorów..." (str.385).
Reasumując, to książka warta poznania i cieszę się z tego powrotu i nadal uważam ją za jedną z lepszych książek pani Ligockiej, choć mój zachwyt nieco ostygł.
Dodałam etykietę - biografie, chociaż nie jest to stricte powieść biograficzna to jednak zawiera sporo autentycznych wątków z życia pisarki i jej rodziny. 

czwartek, 28 sierpnia 2014

Dzienniki Marii Dąbrowskiej tom III (lata 1945-1950)


W Dzienniki Dąbrowskiej wsiąkłam już na dobre. Skończywszy tom IV zakupiłam całość i myślę, że będzie to jedna z tych lektur, do których będę powracać. Dzienniki z pierwszych lat powojennych zawierają wiele ciekawostek, w tym opis realiów społeczno-politycznych. Dla pisarki sporym rozczarowaniem jest fakt wypaczenia idei, w którą wierzyła. Jak już wspominałam Maria Dąbrowska była osobą o lewicowych poglądach (przed wojną mocno zaangażowaną w działalność spółdzielczą). Po wojnie nie potrafi  zaakceptować otaczającej jej rzeczywistości a jednocześnie nie ma siły, aby się tej rzeczywistości zdecydowanie przeciwstawić. Za swoje przyjmuje  motto cytowane z Dzienników Goncourtów „przepisuję słowa Gautiera z powodu procesu Flauberta o „Madame Bovary”. Dla sum bardzo skromnych, które muszę zarabiać, gdyż inaczej umarłbym z głodu, mówię tylko pół czy ćwierć tego, co myślę - a i to jeszcze ryzykuję, że za każde zdanie będą mnie ciągać przed trybunały (08.10.45 r.). Jest w tym trochę przesady, bowiem jak sama później wspomina nigdy nie należała do osób, którym brakowało pieniędzy. A jednak nie mogła pisać tego co chciała.
Nawet na listy interesantów odpowiadam chętniej, niż podejmuję twórczość, której nie mogę w pełni swobody rozwinąć. Klasyczny rozwój monarchii idzie od despotyzmu do monarchii konstytucyjnej, liberalnej. Przypuszczam, że taką samą drogą idzie rozwój demokracji. Obecnie przeżywamy okres demokracji despotycznej w różnych jej odmianach… Możliwe, że taki system jak obecnie przyniesie Polsce istotne korzyści. Możliwe, że Polska nie ma dziś lepszej szansy, że nie ma w ogóle innej szansy istnienia. Bywają takie chwile w życiu narodów. Ale po co udawać, że system jest inny? Każdy rząd musi starać się o zaufanie narodu. Tym bardziej rząd, co przychodzi drogą niemoralną, jak to bywa po wojnach i w czasie przewrotów. Ale takie postępowanie nie jest w stanie podnieść zaufania do rządu i nawet ci, co je mieli albo go nabrali- tracą je. Dziś przesłano nam zaproszenie na zebranie przedwyborcze naszego domu. Napisano na nim „obecność obowiązkowa”. Jeśli nawet taki człowiek jak ja czuje mimowolne zastraszenie czytając to - cóż dopiero mówić o zwykłym, szarym człowieku, zależnym, bojącym się stracić posadę, mieszkanie, kartki, bojącym się wiecznie prześladowań policji. (12.01.47 r.)
Pisze o kłamliwym przemówieniu Bieruta do dziennikarzy cudzoziemskich, o zniesieniu święta 3 Maja, o wrzeniu w masach robotniczych, o absurdzie współzawodnictwa pracy, wyśrubowanych normach, barku kultury władzy i chamstwie urzędników, o skierowaniu pisarzy na obserwacje do fabryk, aby włączyli się w propagandowy nurt polityki rządu. Niejednokrotnie opisuje nieprzyjemne wizyty w Urzędzie Skarbowym.
Często myślę o tak straszliwym zbezczeszczeniu słowa-że aż jest żenujące używać go do celów artystycznych. Konieczne byłoby jakieś poświęcenie sakralne słowa, jak poświęca się nowo zbudowany kościół. Wtedy byłoby może znów przydatne do użytku ludzkiego. Wieczorem, kiedy jedliśmy kolację, przyszła dr Hanka z wiadomością, że aresztowana została pani Krzeczkowska, kobieta przeszło sześćdziesięcioletnia, złamana i chora, mąż, znany socjalista, profesor WSH, umarł po wyjściu z Pawiaka za Niemców; syn zginął w Powstaniu Warszawskim. Według najlepszej wiedzy i wiary tych, co ją znają, nie miała nic do czynienia z konspiracją… Czy na Boga te sześć milionów zamordowanych Polaków nie jest dosyć, czy mamy utonąć we krwi tej reszty, co pozostała? Czy w nikim z tych ludzi nie ozwie się nigdy sumienie? Jakże straszliwy jest los mojej nieszczęsnej Ojczyzny…. Biedna pani Hanka, która z takim zachwytem przyjęła obecną postać polskiej rzeczywistości, bije głową w mur z powodu p. Tadeusza i pani Krzeczkowskiej. (…) Kontroluję siebie, czy nie myślę tylko kategoriami małego przeznaczonego na zagładę środowiska intelektualistów. Lecz nie, nie jestem osobiście zainteresowana, aby krytykować. Mnie jest dobrze - i ja jestem jeszcze wielką konformistką w porównaniu z masami robotniczo-chłopskimi. (17.06.47 r.)
Od wojny mijają dwa lata, a Dąbrowska, mimo niezłych warunków materialnych nadal nie może pisać.
Patrzę na moje mieszkanie takie miłe, takie ocalone. Na moją niemożność pracy, na niezłe (a nigdy mi wcale więcej nie było potrzeba, jak niezłych) warunki materialne- na wszystko, co niegdyś było źródłem radości, i widzę, jak to wszystko nic nie znaczy, gdy nie jest dodatkiem do powszechnej radości, do powszechnego szczęścia. Nie bezpośredni przymus i gwałt nad duszą pisarza, bo tego jeszcze nie ma, paraliżuje twórczość, ale ta atmosfera czyhania, czatowania na pisarza i na jego dzieło, ta atmosfera złych możliwości, natrętnego wrzasku, jest powietrzem, które dusi, zatruwa, zabija. I ta niemożność mówienia prawdy, całej swojej wewnętrznej prawdy, którą pisarz i tak sam ogranicza, by nie oślepiała. Dawniejsze prześladowania (persecutions) karały za prawdę wypowiedzianą - dziś nie dopuszcza się nawet do jej wyszeptania. (28.12.47 r.)
Sporo tu refleksji na temat sytuacji politycznej nie tylko w Polsce, ale i Europie.
W gruncie rzeczy Zachód, i to w szczególności Francja, nie może nam przebaczyć, że musiał „mourir pour Dantzig” Prawdziwą chęcią, jedynym i prawdziwym obliczem zachodu było zniszczenie Rosji Sowieckiej. Jeśliby to się udało za cenę zagłady Polski, czy też jej okrojenia na rzecz Niemiec- zgodziliby się na to bez wahania. […] Oni chcieli zawsze, chcą nadal i będą chcieli żeby Rosję pobiły Niemcy, chcieli i chcą nadal, żeby im za to zapłacić Polską. W roku 1939 istotne pragnienie Zachodu było, aby Polska oddała Niemcom Gdańsk i „korytarz” i żeby Niemcy ruszyły na Rosję. Do ich dostatecznym wykrwawieniu się i uszczupleniu potencjału gospodarczego Zachód ruszyłby w sukurs, by podzielić się rosyjskim łupem. Kiedy się stało inaczej, kiedy trzeba było wspomagać Rosję przeciwko Niemcom-Zachód ze złą radością zapłacił za nadmierne wykorzystanie pomocy rosyjskiej[…]. (14.11.48 r.). Jakże przerażająco brzmią te słowa dzisiaj...
A jednak, mimo wszystko, odnoszę wrażenie, że chciała wierzyć, że ta nowa Polska ma przed sobą przyszłość, że nie system jest zły, a jedynie ludzie, którzy popełniają nadużycia i go wypaczają. Dziwi mnie, że przed wojną nienawidzono Polski, że reakcyjna i feudalna. Teraz jej nienawidzą, że postępowa, rewolucyjna i socjalistyczna. (14.11.48). Szczególnie dziwi ta postępowość powojennej Polski.
Dzienniki zawierają krytyczne spojrzenie na emigrację, która niczego dobrego dla kraju nie zrobiła. Po krytyce intelektualistów, którzy nie zadbali nawet o rozpowszechnienie najlepszych dzieł polskiej kultury przychodzi krytyka przeciwników powojennej Polski. 
Czy wreszcie przeciwstawili tutejszej- jakąś koncepcję polityczną, która by tam kazała się szanować, coś zaważyła, stała się bodaj przedmiotem światowej dyskusji? Jeśli tu nie można dyskutować o różnych poglądach na demokrację i wolność, tam można było jawnie głosić, jak oni pojmują Polskę demokratyczną i wolną. Nic, nic i nic. Jest to rzeczywiście najzupełniej pusta intelektualnie i moralnie ze wszystkich naszych emigracji. (20.11.48 r.)
Przepisując Dziennik za rok 1936 trzynaście lat później dziwiła się, jak bardzo nie cierpiała ówczesnego stanu rzeczy, który teraz  wydawał się mniej złym od obecnego.
Po powrocie do Warszawy po wojnie pisarka nadal mieszka na Polnej razem ze Stanisławem Stempowskim i Franią (pomocą domową. Osobie Frani poświęca sporo miejsca w Dziennikach). Ich mieszkanie jest miejscem licznych spotkań z przyjaciółmi i znajomymi. Anna Kowalska po śmierci jej męża jest częstym gościem w mieszkaniu na Polnej.
Życie codzienne pisarki upływa na pisaniu artykułów, szkiców, tłumaczeniu (przetłumaczyła Dzienniki Pepysa oraz Opowiadania Czechowa). Napisała sztukę teatralną „Stanisław i Bogumił”.

Sporo tu opisów wrażeń z wizyt w teatrze, kinie, koncertów, wystaw malarskich. Nie zabrakło też refleksji związanych z lekturą (czemu poświęcę osobny wpis). Poniżej dwa bardzo smakowite opisy. Pierwszy to opis jubileuszu Teatru Polskiego drugi polowania.
Uroczyste przedstawienie z Prezydentem i rządem. Pierwszy raz byłam na takim w obecnej Polsce. Przyjechaliśmy wcześnie i widzieliśmy, jak cały skład teatru z Szyfmanem na czele biegnie kłusem (dosłownie) na powitanie Bieruta. Jednocześnie zaczął napływać nowy Grande monde. Panie o pospolitych, brzydkich twarzach i wymyślnych koafiurach, ubrane w długie wieczorowe suknie, prawie wyłącznie czarne i przeważnie źle uszyte. Piękną suknię miała tylko Cela Nalepińska. Gdy ją pochwaliłam, szepnęła mi na ucho, że to paryska suknia Dalborowej, jeszcze z czasów „dyplomatycznych” jej męża, którą Cela na tę okazję od niej pożyczyła. (13.07.48 r.)

Po powitaniach dowiedziałam się, że w majątku jest tego dnia polowanie. Chłopi z pałkami- to nagonka (to nie zmieniło się od czasów pańszczyźnianych- chłopi naganiają zwierzynę, panowie strzelają) Zjechali wszyscy okoliczni dygnitarze z Grodziska, powiatu (Nowy Tomyśl), i Poznania. A więc: dyrektor poznańskiego oddziału Banku Rolnego, dyrektorzy głównych przemysłów państwowych, jakiś generał Gniatczyński, komendant Milicji, jakiś komendant UB etc…. Po polowaniu nagonka dostała wódki i kiełbasy, po kawale chleba i poszła do domu. Komitet folwarczny dostał obiad w osobnej stancji, panowie obiadowali w świetlicy. Zabito na ten cel świnię. Zajęcy padło 205, z czego 150 odstawiono do spółdzielni Jedność Łowiecka, 30 wziął Bank- po jednym każdy z dwunastu myśliwych, trzy dostał mój szwagier za zorganizowanie polowania. Specjalnie przywieziona kucharka gotowała im…. Chłopów było w nagonce z młodzieżą 120, zgonionych z dwu folwarków. Zresztą nie tak ściśle zgonionych, gdyż dostali swoją dniówkę i mówią „Nam to wszystko jedno, czy tu robić, czy tam”. Osobiście jednakowo mało zainteresowani są w wynikach czegokolwiek, przy czym jako kółka w maszynie się kręcą. Mówią też: Co się zmieniło? Przódzi my robili na dziedzica, tera na rząd czy na Bank. Dla nas się nie zmieniło. Jeszcze my woleli dziedzica. Ludzie nie lubią anonimatu. (8.01.49). 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Antykwaryczne nabytki, czyli rośnie stosik

Dawno nie zamieszczałam zdjęć książkowych nabytków. Zaprzestałam to robić, bo każdy taki stosik to wyrzut sumienia. W biblioteczce zaczyna brakować miejsca, a ja ulegam nałogowi kupowania nowych książek. Ich ilość rośnie w tempie odwrotnie proporcjonalnym do tempa mojego czytania. A jednak nie umiem się powstrzymać. Odkrycie tanich księgarni (i tych wirtualnych i tych realnych) było radością, a stało się utrapieniem, bo jak już wstąpię - to nie mogę się powstrzymać od kupna. Właśnie dlatego prezentowanie wyników mojego nałogu nie jest dla mnie powodem do dumy. Oczywiście uwielbiam oglądać cudze stosy i stosiki, mam wówczas wrażenie, że w moim szaleństwie nie jestem odosobniona, uwielbiam, tym bardziej, jeśli wypatrzę tam znane tytuły. Poproszona przez Anię z bloga Moje zaczytanie zdecydowałam się zaprezentować ostatnie hurtowe nabytki. Zdjęcie pierwsze prezentuje zakupy w antykwariacie (i prezent od blogerki). Są to: Stanisława Wasylewskiego Klasztor i kobieta (o ile dobrze pamiętam pisała o niej montgomerry -impulsem był wpis plus kilka pozytywnych komentarzy), Marie jego życia Barbary Wachowicz (tę książkę chciałam przeczytać od zawsze), Czarny anioł Miki Watariego (jest efektem wizyty w zakładzie kosmetycznym, podczas której jedna z klientek z takim entuzjazmem opowiadała o tej książce, że natychmiast zaczęłam jej szukać), 24 godziny z życia kobiety Stefana Zweiga (na tę książkę powoływano się często przy okazji recenzji innych książek Zweiga), Lampart Lampedusy (to klasyka, na którą natykam wszem i wobec), Wspólny pokój Zdzisława Uniłowskiego (zakupiony pod wpływem zachęcającego opisu na okładce; we wspólnym pokoju mieszkali dawni bywalcy Małej Ziemiańskiej- znam to miejsce, w którym mieściła się Ziemiańska i mam doń duży sentyment), Czarny książę Iris Murdoch (to prezent od Izy z Filetów z Izydora), Wyzwania patrycjusza Sandora Maraia (o pisarzu czytałam wiele pochlebnych opinii i sporo też czytałam cytatów z jego książek u nutty oraz kaye, one to sprawiły, iż polubiłam pisarza, jeszcze zanim przeczytałam jego książkę, a do tej pory czytałam jedynie Dziedzictwo Estery oraz W podróży).
Na drugim zdjęciu znajdują się ostatnie internetowe zakupy; wśród nich pięć tomów Dzienników Marii Dąbrowskiej, w które ostatnio wsiąkłam. Zakreślam, notuję i wciąż mi mało. Przeczytałam cztery tomy z biblioteki, a kiedy okazało się, iż piątego tomu żadna z filii nie posiada -nie miałam wyjścia. Idąc za ciosem - dziennikowego szaleństwa nabyłam też Dziennik Gouncourtów, o którym wciąż czytam w różnych pozycjach. Ponadto dwie biografie, które w tym roku zdecydowanie dominują w moich lekturach (Goya i Boy Żeleński), o pierwszej, o ile mnie pamięć nie myli wspominał przy okazji lektury Saturna Jacka Dehnela marlow. Dwie książki Imre Kertesza to także efekt komentarzy u marlowa na temat literatury węgierskiej (Ja inny oraz Kadysz za nienarodzone dziecko). Dwie ostatnie to wynik sympatii włosko-francuskich (Alberto Moravii Podróż do Rzymu i Waldemara Łysiaka Francuska ścieżka) - mam nadzieję, że tytuł odpowiada treści. Ostatnia książka to niespodzianka (dobrana do kwoty zakupów uprawniającej do darmowej dostawy) Mariusza Karpowicza Piękne nieznajome (z okładki wyczytałam, iż jest to rzecz o warszawskich zabytkach, więc coś co lubię).
Zaczęłam już czytać Piąty tom Dzienników Dąbrowskiej oraz Kertesza Ja inny.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Maria Dąbrowska i pieniądze (czyli cytatów kilka z III tomu Dzienników)


Remarque w Łuku Triumfalnym mówił „Wszystko, co można dostać za pieniądze jest tanie”.
Trudno z tą myślą polemizować, a jednak bezsprzecznie są one ważne dla naszej egzystencji. Maria Dąbrowska należała do tych szczęśliwców, którzy, jak sama napisała w maju 1950 r. zawsze mieli pieniądze.  W okresie od 1945 do 1950 (który to okres obejmuje tom III Dzienników) wyłowiłam sporu wzmianek na temat pieniążków; są tu ceny różnych usług i towarów, wysokość zaliczki za napisanie sztuki, wynagrodzenie urzędników, czy wysokość kwot, którymi wspomagała innych. Pierwsza powojenna wzmianka dotyczy wizyty w „restauracji”. Na halach odkrywam zabawną rzecz - improwizowane uliczne restauracyjki. Kobiety w saganach doskonale opatrzonych gałganami i papierem w rodzaju dogrzewaczy sprzedają pyzy (kluski z surowych kartofli), fasolę z sosem, zupy, a na deser przecierany kompot rabarbarowy. Zjadam pół porcji pyzów, za którymi przepadam i wypijam szklankę kompotu. Kosztowało 15 zł. Pyzy były świetne, okraszone, gorące. To będzie moja stołówka. (30.05.45 r.) Cztery lata później ceny przedstawiały się już inaczej, czemu trudno się dziwić.
…. poszliśmy ze St. (Stanisławem Stempowskim) na obiad do „Centrali Rybnej” na Nowym Świecie (między Placem Trzech Krzyży a Alejami Jerozolimskimi) i tam zjedliśmy w „probierni rybnej” ja – leszcza, St- sandacza. Ale z St. Nie ma żadnej przyjemności znaleźć się w restauracji. Szuka najtańszych potraw (choć ja płacę), chce jeść obiad „popularny” za 80 zł, że niby taki biedny. …. (1.10.49 r.). Dąbrowska kilkakrotnie wspomina o „oszczędności St.”, gdy tymczasem sama lubiła pozwolić sobie na małe przyjemności gastronomiczne. Zmęczone i obciążone sprawunkami poszłyśmy na obiad do prywatnej restauracji Pod rybką na Św. Mikołaja. I tu spotkała nas miła niespodzianka. Gdy niedawno na świeżo upaństwowionym „Monopolu” podano nam zamiast dwu porcji kaczki dwie porcje kości, za które zapłaciłam 1.100 zł, tu wypiłyśmy dwie wódki, zjadłyśmy znakomitego śledzia w oliwie i świetnie przyrządzoną sarnią pieczeń plus dwie duże (co prawda nieświetne) czarne kawy za 830 zł. Pieczeń sarnia kosztowała 175 zł porcja. (31.10.49 r.)
Zaraz po wojnie otrzymała propozycję wystawienia  sztuki „Stanisław i Bogumił”. Proponuje mi [Szyfman] zaraz 10.000 zaliczki i wpisanie na listę pracowników Teatru Polskiego z odpowiednimi przydziałami. (9.10.45 r.).
Pisarka nie musiała się wówczas martwić się o swój warsztat pracy. Przyszedł list z Prezydium Rady Ministrów zawiadamiający o przyznaniu 10.000 zł na kupno maszyny. Wobec tego poszłam do firmy Antoszewski na Marszałkowskiej i założywszy wszystkie niemal domowe pieniądze kupiłam maszynę.  (24.11.45 r.)
Dalej jest mowa o przykładowych cenach. Frania poszła dziś na targ kupić sobie- jak ją namawiałam- prześcieradła i poszewki. Kiedy wróciła, okazało się, że kupiła sobie śliczną nową wełnianą suknię za 1.300 zł. Jest tym kupnem tak przejęta i uszczęśliwiona, że cały wieczór była w świetnym humorze. (3.11.45 r. Frania była pomocą domową Dąbrowskiej i Stempowskiego. Trochę zdziwiło mnie istnienie „instytucji pomocy domowej” w tych czasach). Dąbrowska traktowała Franię, jak członka rodziny. Wzięłam ją do niego (lekarza) nie na tanią wizytę szpitalną (w Szpitalu Ewangelickim), ale na prywatną za 1.500 zł. Gdyż tylko za tę cenę spodziewam się, że Frania będzie przestrzegała przepisów lekarza. (1.10.49 r.)
Przy kłopotach finansowych ratowano się wynajmem lokali. To lokator? To student? Tak, to student. […] podług dekretu musimy płacić teraz cztery tysiące komornego, to on nam zawsze tę połowę zapłaci, te dwa tysiące. (17.11.48 r.)
Nie zabrakło też takich, co na wojennym nieszczęściu próbowali się wzbogacić. Wczoraj rano poszłam do Ministerstwa Odbudowy (dziwnym trafem-dawne Gimnazjum królowej Jadwigi), żeby pani Nowowiejskiej oddać 5.600 złotych. Jest to stary weksel Jadzi, że panią Pasławską i panią Nowowiejską żyrowany, a który teraz każą płacić. Podobno ktoś ocalił i przywiózł z Kanady cały portfel weksli KKO – ku utrapieni najbiedniejszych przecie ludzi. Weksle zamiast arrasów. A te weksle to były pożyczki udzielane przez KKO inteligencji na przeżycie czasów okupacji. (25.02.49 r.) Dąbrowska nie przykładała dużej wagi do pieniędzy, ale lubiła od czasu do czasu notować swoje wydatki, dzięki temu możemy czerpać ciekawe informacje na temat ówczesnej kondycji finansowej. Dąbrowska często obdarowywała ludzi, oczywiście najhojniej Annę Kowalską, z którą się przyjaźniła i z którą później zamieszkała.
W dzień wyjazdu z Wrocławia poszłyśmy z Anną do Domu Towarowego. Kupiłam Annie kołdrę i niebieską z „jedwabnego” rypsu kołderkę dla Tulty (Maria – córka Anny Kowalskiej), podpinkę dla kupionej kołdry i jasiek dla Anny. Wszystko razem kosztowało dwanaście tysięcy, więc bardzo niedrogo. Annie, która jest teraz w poważnych tarapatach finansowych, zostawiłam 40 tysięcy…. Dziś była Julka Iwańska- zjadła z nami obiad. Ponieważ mówiła, że chce kupić paltko dla swej trzyletniej ciotecznej wnuczki, dałam jej na ten cel dwa tysiące. (5.11.49 r.)
Jestem bardzo zmartwiona i skłopotana sprawami Anny, które układają się jak najgorzej. Nikt z mego otoczenia nie może sobie dać rady. Dziś wysłałam Danusi 5 tysięcy złotych, a już w godzinę potem przyszedł list od Władzi Królikowej (mojej dawnej służącej) proszący o większą pomoc. Chwała Bogu wobec tych dużych wydań stoję dobrze, ale ja należę do rzadkich w Polsce ludzi, co zawsze mają pieniądze, nawet wtedy gdy zarabiają bardzo mało. (27.05.50 r.)
Pewną informację na temat zarobków urzędniczych daje poniższy zapis. Zuzia jest urzędniczką w tym samym majątku państwowym, co p. Hubert. Zarabia 15 tysięcy, a on 8 tysięcy plus ordynaria. Ale mogą chować inwentarz ile chcą i mam wrażenie, że jakoś dają sobie radę…. Dałam Frani na święta 4 tysiące zł, Wyglądałom tysiąc, Maniusiowi, chłopcy od dozorcy - 500, Bogusiowi (bratu) 15 tysięcy, naszym studentkom J. 10 tysięcy, Annie posłałam 50 tysięcy-razem 80 tysięcy. (26.12.49 r.).
Jako ciekawostkę wynotowałam poniższy wpis.
Byłyśmy zaproszone na 25 lecie ślubu Parandowskich. Przygotowywali się do tej uroczystości z niesłychanym namaszczeniem i podobno przeznaczyli na ten cel 250 tysięcy złotych. … To przyjęcie nie było ani wesołe, ani bardzo udane. (9.08.50 r.)
Szukając w Internecie informacji na temat przeciętnego wynagrodzenia w latach 45-49 znalazłam dane dotyczące powojennego wynagrodzenia nauczycieli, które, jak wiadomo nie są reprezentatywne dla całej populacji zatrudnionych. W opracowaniu Szkolnictwo polskie w latach 1945-1975 z uwzględnieniem miasta Włocławka pani Barbara Moraczewska podaje, iż w roku 1946 miesięczne wynagrodzenie nauczyciela w szkole podstawowej przeciętnie kształtowało się od 5.200,00 zł do 12.000,00 zł, natomiast w roku 1949 r. wynosiło od 11.300,00 zł do 21.500,00 zł. Zgodnie z informacją podaną w Monitorze Polskim z 1990 roku przeciętne wynagrodzenie za rok 1950 wyliczono na kwotę 551,00 zł miesięcznie. W październiku 1950 roku miała miejsce denominacja, zgodnie z którą każde 100 złotych w banku, cenach, zobowiązaniach czy pensjach (do stu tysięcy złotych) przeliczono na nowe 3 złote, a każde 100 zł w gotówce na nowe 1 złoty. A zatem przeciętne miesięczne wynagrodzenie tuż przed denominacją wynosiło 55.100,00 zł. A zatem koszt wyprawienia rocznicy ślubu u Parandowskich był rzeczywiście niebagatelny, jeśli informacje, jakie doszły do Dąbrowskiej były prawdziwe.
Informacja na temat wymiany pieniądza była pilnie strzeżoną tajemnicą państwową. We wpisie z 2.11.50 r. Dąbrowska opisuje dzień, w którym się o niej dowiedziała. …W sobotę wyszliśmy rano do miasta, by kupić na jutro bilety… Po drodze wstąpiliśmy do Banku Rzemiosł i Handlu, gdzie podjęłam 300 tysięcy złotych, mając zamiar pożyczyć Wackom, opędzić kłopoty mojej rodziny, kupić futerko dla Anny, kupić materiał na domowe ubranie dla St. I tym podobne. Zadziwił mnie niezwykły w tym cichym banku ruch przy kasach - czekałam długo jak nigdy. … W niedzielę rano o wpół do ósmej otworzyłam radio i posłyszałam jakiś komunikat wypowiedziany tragicznym głosem, który przypominał mi dwa tragiczne dla momenty dziejów Polski; śmierć Piłsudskiego i owo tragiczne w dniu 7 września 1939 r. „Blaskota, Blaskota, Bolesław wzywa do Warszawy.” Usłyszałam zdanie „Wszyscy pracownicy banków- tu cała litania nazw instytucji bankowych- stawią się dziś o ósmej rano”. Od razu domyśliliśmy się, że stało się coś z pieniędzmi. … Od razu zrozumiałam, że ta reforma czyni mnie bankrutem. Miałam bowiem niezręczność przenieść połowę moich należności z Czytelnika na moje konto bankowe w Banku Rzemiosł i Handlu, w związku z zamiarem kupna owego nieszczęsnego domu w Rejentówce. Będę ukarana za to, że nie zużyłam tych pieniędzy na własną korzyść, lecz zostawiłam je w banku na użytek państwa. 
Poza powyższą informacją zawierającą emocjonalny stosunek do denominacji znalazł się jedynie rzeczowy wpis na temat wymiany zawierający ironiczną radę Putramenta. Niech pani troszeczkę przyspieszy tempo. Niech pani wsiądzie z nami do tego tramwaju. My gotowi jesteśmy dla pani go troszeczkę zatrzymać. (3.11.50 r.)

piątek, 22 sierpnia 2014

Chłopcy z Placu Broni Ferenc Molnar


Z lektury książki w wieku szkolnym pamiętam, iż niezwykle mnie ona wzruszyła i poruszyła. 
Trudno mi dziś określić, czy wówczas patrzyłam na lekturę w szerszym kontekście, czy oceniłam ją jako smutną książkę przygodową. Jeśli dostrzegałam wówczas jakieś analogie pomiędzy światem dziecięcych zabaw a światem dorosłych, to zapewne nie wryły się one w pamięć. Odbierałam ją wówczas, jako książkę o lojalności, przyjaźni, odwadze, uczciwości, honorze, no i pewnego rodzaju fatum (buntowałam się wobec losu, który stał się udziałem Nemeczka winiąc jednocześnie jego kolegów za to, co go spotkało). Dziś za fatum uznałabym los, jak spotkał przedmiot walki.

Czytając Chłopców z Placu Broni teraz dostrzegam, w jak przerażający sposób świat dziecka może stanowić odbicie świata dorosłych w jego najboleśniejszych aspektach.
Tematem przewodnim opowiadania jest przygotowanie do obrony terytorium, które jedni chłopcy próbują odebrać innym z chęci posiadania skrawka ziemi. Ta pokrętna logika prowadzenia wojny tkwi w umysłach małych i dużych chłopców od zawsze.
Robimy to tylko dlatego, że nie mamy gdzie grać w palanta.(...) Potrzebujemy placu do gry, i kropka! A więc postanowili wypowiedzieć wojnę z takich samych powodów, z jakich prawdziwe armie ruszają do boju. Rosjanie chcieli panować na morzach i dlatego walczyli z Japonią. Czerwonym koszulom potrzebny był plac do gry w piłkę i nie mogli go zdobyć inaczej jak tylko drogą wojny.
Czytałam książkę w przekładzie Janiny Mortkowiczowej i nie bardzo mogłam zrozumieć, dlaczego jedną z band nazwano czerwonoskórymi, z odnalezionego w podarowanej siostrzeńcom książce, cytatu widzę, iż w kolejnym tłumaczeniu (Tadeusza Olszańskiego) nazwa ta brzmi Czerwone koszule, co nadaje opowieści innego znaczenia.
Momentami raziły mnie nieco górnolotne hasła, którymi szermowali chłopcy, brzmią one fałszywie w ustach dorosłych, a tym bardziej w ustach dzieci (Podobnie, jak dzisiaj razi mnie nadużywanie słowa patriotyzm). Ale z drugiej strony zachowanie chłopców z Placu Broni i Czerwonych koszul usprawiedliwia używanie wielkich słów. Szacunek i wzruszenie budzi postawa małych bohaterów i ich honorowe zachowanie wobec przeciwnika. Choć podczas wali i oni nie zawsze przestrzegali ustalonych reguł gry.
Czerwone koszule, czując swoją zgubę, przestawały szanować reguły walki. Reguły były dobre dopóty, dopóki wierzyli, że i uczciwie walcząc potrafią pokonać przeciwnika.
Tak, jak i wśród nich znalazły odbicie różne postawy ludzkie; jest i zdrajca, są i wywyższający się ponad innych chłopcy oraz zbyt pochopnie oceniający innych. W tej niewielkiej objętościowo książce mieści się sporo wzruszających i pięknych treści. 
Reasumując przeczytałam z tym samym, a może nawet większym wzruszeniem, niż kiedy czytałam będąc dzieckiem. Tym razem doszedł jeszcze sentyment i doświadczenie, które wzbogaciły odbiór. Jestem bardzo ciekawa, czy moi siostrzeńcy, którym książkę podarowałam, zechcą ją przeczytać i czy odbiorą ją podobnie, jak ich ciotka. Jednak mam spore wątpliwości, czy chłopców, którzy lubują się w przygodach bohaterów Gwiezdnych wojen, gdzie walczy się o władzę nad światem, zainteresuje wojna o jedno boisko do palanta.
Za pomysł wrócenia do książki dziękuję Marlowowi

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Requiem dla moich ulic Krzysztof Rutkowski, czyli piękny spacer po Paryżu sprzed lat


Warszawę Niemcy zburzyli doszczętnie. Paryż od wieków burzą sami paryżanie. Burzą i odbudowuję. Burzą, równają z ziemią całe dzielnice lub patroszą budowle od środka, zostawiwszy nietknięte fasady, wypełnione od środka szkłem, drewnem, aluminium. Baron Haussman wyburzył i odmienił Paryż najbardziej, ale Paryż wyburzał się ciągle i wyburzać nie przestanie…. Nawet te paryskie kwartały, które wydają się nietknięte od wieków, przechodziły cykle wyburzania i budowania od nowa. Na przykład Palais – Royal, Luwr i Tulerie.
Pewien mędrzec powiedział Panta rhei. Wszystko płynie, przemijają ludzie, epoki, ulice. To, co dziś wydaje się ponadczasowe i niezmienne po latach pozostaje jedynie nazwą budzącą w garstce zapaleńców nierealne pragnienia odbycia podróży w czasie. Z książek opisujących miasta najbardziej odpowiadają mi te, które dzięki opisom zdarzeń, fragmentarycznym fotografiom miejsc, mało znanym historyjkom pozwalają poczuć ich klimat. A czynią to o wiele lepiej niż popularne przewodniki przytłaczające nadmiarem informacji na temat dat, architektonicznych detali, czy nazwisk twórców budynków i budowli. Requiem dla moich ulic Rutkowskiego to spacer poprzez miejsca, które dziś istnieją już tylko w literaturze sprzed lat i historycznych dokumentach. Requiem to muzyka w hołdzie nieistniejącym bądź istniejącym dziś w zupełnie innym, niż pierwotnie kształcie; ulicom i zaułkom Paryża. Rutkowski nie trzyma się żadnych zasad, jego opisy są pastiszem mniej lub bardziej luźnych skojarzeń. Przeprowadza nas przez wieki, życiorysy, obyczaje z niezwykłą zręcznością. I mimo, iż niektóre z opisywanych historii są mi znane, jak ta o dzielnicy Halle, Cmentarzu Niewiniątek, czy Placu de Greve to czytanie ich nie nudzi, autor potrafi rzucić nowe światło na znane miejsce. Posługując się niezwykle obrazowym językiem opisuje miejsca w sposób pozwalający na uruchomienie łańcuszka skojarzeń. Razem z autorem wędrujemy ulicami, dzielnicami, kwartałami miasta wyruszając spod arkad Palais Royal, okrążając okolice Luwru, Pałacu Tuleryjskiego, Łuku Carrousel, mijając Halle, Plac de Greve, Marais, Montparnasse, egipski obelisk na Placu Zgody. Śladów przeszłości autor poszukuje korzystając z doświadczeń poprzedników (wyczytuje przewodniki, literaturę i prasę).
Zaczynamy od spaceru z Diderotem, który zwykł chadzać codziennie o piątej pod Palais Royal wstępując na lody do Petit – Caveau (słynnej również z półboberków, ale to już po zmroku). Tutaj, pod kolumnadami Palais Royal za Ludwika XVI spiskowali konspiratorzy. Obraz, jaki maluje autor opisując dzień 13 lipca 1789 r. (dzień poprzedzający zdobycie Bastylii) jest niezwykle sugestywny. Słoneczny, upalny dzień, Paryżanie w kawiarni Cafe de Foy nieświadomi zdarzeń, jakich za chwilę staną się świadkami zajadają lody i pogrążeni są w rozmowach, kiedy na stół kawiarni wskakuje żarliwie przemawiający młodzieniec.
Dalej autor maluje słowem drewniane galerie piętrzące się w poprzek kolumnad Palais Royal (przyrównane do opisanych przez Prusa ruder Powiśla) z panienkami (owymi półboberkami), spelunami, kawiarniami, restauracjami i szulerniami, w których na początku XIX wieku przegrywali fortuny oficerowie wszystkich nacji, nabawiając się w bonusie wstydliwych chorób. Niezwykle obrazowo przedstawia opis zamachu na Napoleona. Sporo miejsca poświęca dzielnicy Marais i charivari - świętu głupców, podczas którego przebrany w łatwopalny kostium król Karol VI omal nie spłonął żywcem od zapalonej pochodni (jego towarzysze zabawy nie mieli tyle szczęścia). Poznajemy historię przewiezienia obelisku z Luksoru na Plac Zgody. Ze pewnym zdziwieniem przeczytałam o genezie wynalezienia gilotyny, będącej bardziej humanitarnym narzędzie wykonywania kary śmierci (ze względu na natychmiastowe działanie), a przy okazji narzędziem czyniącym zadość idei równości (wszystkich od tej pory niezależnie od pozycji społecznej zgładzano w jednaki sposób).
Doktor Guillotin, od którego wzięła nazwę machina, zachwalał jej skuteczność z rozmachem dzisiejszego speca od reklamy „Panowie deputowani, za pomocą tej machiny obetnę wam głowy w mgnieniu oka i nie będziecie cierpieć. Machina razi jak piorun, głowa spada, a krew sika”
Ludwik XVI podpisał prawo o ścinaniu głów skazańcom za pomocą gilotyny (w marcu 92 roku), a dziesięć miesięcy później (w styczniu 1793 r.) osobiście przekonał się o jej humanitarnym i błyskawicznym działaniu.
Najmniej podobały mi się opisy ludzkich wynaturzeń i ułomności (obscenicznych zabaw, zezwierzęcenia, obrzucania się nieczystościami i fekaliami), ale o to pretensje powinnam mieć raczej do przodków, niż do autora.
Podobał mi się pomysł przetłumaczenia francuskich nazw ulic, jednak zabrakło podania oryginalnej nazwy w odniesieniu do wszystkich opisywanych ulic, niektórych nie potrafiłam zlokalizować. Co do niektórych zaś nazw polskie odpowiedniki nieco raziły, tak bardzo w świadomość wryła się nazwa wyspy Île de la Cité, że czytając o wyspie miejskiej miałam wrażenie, iż czytam o jakiś zupełnie innym miejscu, podobnie, jak raziło mnie nazwanie Montparnasse Rajskim Wzgórzem.
Mając ogromną słabość do Placu de Greve (zwanego Piaszczystym) wynotowałam sobie mały fragment opisu…
Placyk na brzegach Sekwany, przy Ratuszu i wokół pobliskich wysp, przez wieki drobny był i złocisty. Na Placu Piaszczystym wystawali też najmici w oczekiwaniu na robotę dzienną, czystą, lub brudną robotę nocną. Najmici stali i czekali. Z czasem to czekanie na Placu Piaszczystym zaczęło oznaczać po francusku strajk. I tak już zostało. Ludek paryski ciekawski, jurny i chełpliwy, niecierpliwie na egzekucje wyczekiwał, a na długie tygodnie przed kolejną kaźnią wynajmował okna i gapiowskie stołki, niczym loże w teatrach i krzesła w kabaretach, w domach wokół placu, wzdłuż rynsztoków ostatniej drogi skazańca, wyciągniętego z piwnic warownej Stróżówki na Wyspie Miejskiej [Conciergerie na wyspie Cite] lub z celi więzienia Bicetre i wiezionego na wózku. Dźwięczały wesoło mieszki kamieniczników proponujących parapetowe poduszki pod łokcie stałym klientom za darmo.
Brzmi niczym fragment z Katedry Marii Panny w Paryżu Wiktora Hugo. Lektura Requiem to był piękny i nie tuzinkowy spacer po jednym z najpiękniejszych miast, które podobnie, jak autor darzę ogromną sympatią. 
Podobnie, jak Paryskie pasaże książka została bardzo starannie wydana przez Wydawnictwo Słowo, obraz, terytoria. Wnętrze zdobią wklejane czarno-białe zdjęcia fragmentów Paryża, o których na pierwszy rzut oka trudno powiedzieć, iż przedstawiają Paryż, tak dalece odbiegają od naszych o nim wyobrażeń.
Za udostępnienie książki dziękuję Kaye.