niedziela, 13 grudnia 2015

Czarny książę Iris Murdoch

Wydawnictwo Muza 1995
Wciągająca swymi mackami rzeczywistość pozostawia coraz mniej czasu na to co dla mnie ważne, to bez czego czuję niedosyt istnienia. Może to zbyt duże słowa, ale co tam. W rzeczywistości, w której słowa powszednieją i tracą na znaczeniu, czuję się usprawiedliwiona. Czytam mniej, a jeszcze mniej opisuję rzeczywistość, co sprawia, że umyka mi i lektura i to wszystko, co pozwala na zachowanie dystansu i zdrowia psychicznego. Martwi mnie to, iż tak wiele spraw rozpływa się w mgle niepamięci. 


Dlatego tym bardziej cieszą lektury, które mimo upływu czasu pozostawiają trwały ślad we wspomnieniach.
Książkę Iris Murdoch przeczytałam w bardzo miłych okolicznościach, bowiem w trakcie wrześniowego urlopu (spędzanego po części w Londynie, co dodało dodatkowego smaczku lekturze, której akcja tam właśnie się toczy). 
Bohater opowieści Bradley Pearson, urzędnik podatkowy to niespełniony literat, który rezygnuje z pracy, aby mieć czas na realizację tego, co całe życie odkładał na później; stworzenie powieści życia. Bradley ma wysokie aspiracje, nie chce pisać, jak jego przyjaciel Arnold, książek poczytnych, acz niedopracowanych. W momencie, kiedy wreszcie udaje mu się stworzyć idealne warunki do pisania (rezygnacja z pracy daje nieograniczoną ilość czasu, a wymarzona samotnia nad morzem - zapewnia miejsce do pracy) na przeszkodzie staje najpierw niezdecydowanie bohatera, który nie potrafi podjąć decyzji w żadnej życiowej sprawie, potem- podejmowanie decyzji pod wpływem emocji. 
W chwili, w której spakowany ma wyjechać do swej samotni dzwoni telefon, który uruchamia całą lawinę wydarzeń. Bohater zostaje wplątany w szereg dziwacznych relacji damsko-męskich. Pojawiają się; była żona przejawiająca chęć powrotu, siostra, miotająca się pomiędzy odejściem od męża a powrotem doń, szwagier - pozbawiony uprawnień lekarskich, przyjaciel - twórca poczytnych książek, jego znudzona, marząca o romansie żona oraz ich, rozchwiana emocjonalnie nastoletnia córka. I nagle normalne relacje międzyludzkie zamieniają się w ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń; przyjaciele stają się wrogami, a małżonkowie przeciwnikami.
W tej powieści uderzyło mnie to, że wszyscy ze sobą rozmawiają, a tak naprawdę nikt nikogo nie słucha, bo każdy wie lepiej niż jego rozmówca, czego potrzebuje druga osoba. Oni mówią do siebie, ale równie dobrze mogliby wcale się nie odzywać, bowiem nikt nikomu nie wierzy. Sporą rolę odgrywają też listy, które do siebie piszą, pokładając nadzieję, w tym, iż słowo pisane będzie miało większą moc i przekona respondenta o czystości intencji piszącego. Pomiędzy tymi ludźmi panuje temperatura zbliżona do zera, choć z drugiej strony, aż buzuje od emocji. 
Czytając, czułam się tak, jakbym oglądała sztukę, której aktorzy odgrywają swe role, farsowe, groteskowe, dziwaczne, a jednak intrygujące. 
Akcja powieści wciąga, ale to nie ona jest najważniejszą jej zaletą. To ciekawe portrety psychologiczne bohaterów stanowią o jej zalecie. Ciekawe tym bardziej, iż choć odmalowani bardzo dokładnie, mimo wszystko wymykają się ocenom i tak do końca nie wiemy, jacy są. Zwłaszcza cztery posłowia, w których w rolę narratorów wcielają się pozostali bohaterowie powieści, wywracają do góry nogami wyobrażenia i obraz, jaki sobie wytworzyliśmy w trakcie lektury. Nie wiemy, kto kłamał, a kto mówił prawdę. Żaden z bohaterów powieści nie budzi sympatii, a jednak naszkicowani zostali niezwykle sugestywnie. 
Podobnie, jak w innych powieściach Murdoch, momentami przeszkadzał mi nadmiar filozofowania, jaki prezentował Bradley, choć niektóre jego wywody na temat życia, czy sztuki były niezwykle ciekawe.
Jako osoba, dla której muzyka odgrywa w życiu bardzo dużą rolę nie mogłam przeoczyć poniższej wypowiedzi Bradleya.
Bywa, że muzyka mnie wzrusza, trafia do mnie, że mi zadaje tortury. Dociera do mnie, można by powiedzieć, jak złowieszcze mamrotanie, które-podejrzewam, w jakiś przerażający sposób dotyczy tylko mojej osoby. Kiedy byłem młodszy słuchałem muzyki z premedytacją, ogłuszając się bezładnymi emocjami i wmawiając w siebie, że oto przeżywam rzeczy wielkie. Zimny to ogień, prawdziwa przyjemność czerpania ze sztuki. Nie chcę poddawać w wątpliwość, że istnieją ludzie- chociaż jest ich mniej niż można sądzić z wypowiedzi naszych samozwańczych ekspertów- którzy czerpią czystą i matematycznie klarowną radość z tej mieszaniny dźwięków. Mogę powiedzieć tylko jedno „muzyka” była dla mnie sposobnością do osobistych rojeń, przepływem gorących, pogmatwanych wzruszeń, mierzwą mojego mózgu, nagle ujawnioną w dźwiękach. Str. 317 Czarny Książę (Muza S.A rok wydania 1995)
Nieprzypadkowo w dialogach i rozważaniach bohatera pojawiają się nawiązania do szekspirowskich dramatów, w których bohaterami targają emocje, a ich tragizm wynika z podejmowania niewłaściwych decyzji będących wynikiem ulegania namiętnościom. 
Są chwile raju, za które warto płacić tysiącami lat piekła, a przynajmniej tak nam się zdaje, tylko, że w danym momencie nie zawsze jesteśmy tego świadomi. Ja byłem w pełni świadomy. Wiedziałem, że nawet gdyby miało się to skończyć ruiną świata, dobiłem korzystnego targu. Str. 332-333 Czarny Książę (j.w)

wtorek, 8 grudnia 2015

Zdobycz Emil Zola


Jadalnia Napoleona III Luwr (tak mi się skojarzyło z epoką przebudowy Paryża)
Dawno już nie czytało mi się tak lekko i z taką przyjemnością. Zola potrafi malować słowami i uwodzić opisem. Paryż w jego wydaniu jest niczym rajski ogród, pełen przepychu i bogactwa, nawet, jeśli to tylko powierzchowna fasada, która szpetotę i zgniliznę moralną jego mieszkańców ukrywa w urzekająco pięknym otoczeniu. 
W drugiej części cyklu Rougon-Macqartowie autor rozprawia się z złodziejstwem i spekulacjami drugiego cesarstwa czyniąc bohaterem swej powieści Arystydesa Rougnon i członków jego rodziny (?) Tyle, że rodzina to pojęcie niezbyt pasujące do tworu, jaki powstał z połączenia nienasyconego chęcią zdobywania milionów parweniusza, bez skrupułów ze znudzoną życiem w luksusie Renatą oraz narcystycznym hermafrodytą Maksymilianem, żyjącym chwilą, bezwolnym synem Arystydesa i pasierbem, jego żony. 
Arystydesa, który pod naciskiem brata (ministra) zmienia nazwisko na przypominające suchy brzęk złota Sacchard „dobre, aby dostać się na galery lub zrobić miliony” zajmuje wyłącznie pomnażanie majątku. Jest w swej żądzy nieugięty, nie ma podłości, jakiej by się nie podjął dla pozyskania „paru franków”; ograbienie wspólnika czy żony, wyswatanie syna z kaleką, wyłudzenie z państwowej kasy milionów za ruinę niewarta nawet małej części jej wartości to dla niego codzienność. 
Jego młoda i śliczna żona, kapitał zakładowy, który zyskał, dzięki „szczęśliwemu zbiegowi okoliczności” (śmierć pierwszej żony i „kompromitacja” drugiej) znudzona wszystkimi rozkoszami, jakich zdążyła zaznać (bogactwo, powodzenie, romanse) szuka czegoś, co zapełniłoby jej pustkę. 
Już od pierwszej sceny, w której macocha zwierza się pasierbowi, że swoich pragnień otrzymania czegoś nieokreślonego widać, jaka będzie puenta ich wzajemnych relacji. 
Maksym „osobliwa mieszanina nienasyconych apetytów ojca i indolencji matki, zrobaczywiały owoc, w którym wady obojga uzupełniły się i pogłębiły”, wyrasta wśród przyjaciółek macochy, kobiecych łaszków, często w niewieścim przebraniu, traktowany, jak zabawka, laleczka, zniewieściały i bezwolny. Poddaje się równie łatwo miłosnym uściskom Renaty, jak i matrymonialnym planom ojca. 
Galerię typów spod ciemnej gwiazdy uzupełnia rajfurka Sydonia, siostra Arystydesta osoba o nieciekawej powierzchowności i nędznego charakteru. 
Zgodnie z założeniem autora cyklu Zdobycz to analiza złodziejskich spekulacji i oszustw II Cesarstwa, jakich dopuszczają się urzędnicy miejscy, którzy w planie rozbudowy Paryża dojrzeli możliwość zbicia milionowej fortuny, skupując grunta przeznaczone w planach do wywłaszczenia, podbijając ich cenę i otrzymując krociowe odszkodowania. Opis całego procederu jest tyleż fascynujący, co nużący dla czytelnika, dla którego kwestia pomnażania kapitału jest całkiem obca. Jednakże bez opisu procederu, jakiemu oddawał się Arystydes i jemu podobni nie byłaby Zdobycz tak wiarygodnym obrazem epoki. 
Z jednej strony jest złodziejska spekulacja i rodzenie się krociowych majątków, coś co w pewien sposób, mimo wstrętu budzi podziw dla talentów spekulanta, a z drugiej pustka, marnotrawienie czasu i pieniędzy na jałowe rozrywki (bale, operetki, przejażdżki, wizyty u krawców) oraz opis rozpasanego życia znudzonych przedstawicieli biznesu i ich „rodzin”. 
Zola piętnuje klasztorne wychowanie, w wyniku którego panna z dobrego, mieszczańskiego domu „wynosi duszę zbrukaną, serce odarte z dziewictwa” i ciekawość zakazanego owocu, piętnuje zniewieściałych młodzieńców marnotrawiących rodzinne fortuny, piętnuje moralność kobiet, którym splendoru dodaje częsta zmiana kochanków i piętnuje małość ludzi, którzy stanowią elitę społeczeństwa z racji posiadanego kapitału. 
Powieść na przykładzie „rodziny” Arystydesa ukazuje obraz stosunków społecznych z czasów przebudowy Paryża za barona Hausmana, to one są tutaj najistotniejsze, dlatego też trudno byłoby doszukać się psychologii jednostkowego bohatera. Zarówno Arystydes, jak i Maksym, Renata, czy Sydonia są jedynie typem bohatera, a nie bohaterem samym w sobie. 
Obraz był tak niepokojąco prawdziwy, iż autor został wezwany przez prokuratora i nakłoniony do zaprzestania druku. W liście do przyjaciela napisał: …Nuta złota i zmysłów, szmer milionów i potężniejący wrzask orgii brzmiały tak silnie, że postanowiłem napisać Zdobycz. … Nie można oskarżyć mnie o przejaskrawienie barw. Odwrotnie, nie ośmieliłem się nawet napisać wszystkiego. Zarzucana mi zuchwałość w mówieniu o sprawach drastycznych cofała się niejednokrotnie przed dokumentami, które posiadam”. (Emil Zola Halina Suwała str. 132).
Salon Napoleona III w Luwrze 
Zdobycz obfituje w bogate, pełne detali opisy. Są one niezwykle kunsztowne, niemal malarskie, wręcz baśniowe. I jest to zarówno zaletą powieści, jak i może być jej wadą. Nie każdego czytelnika zachwyci (mnie zachwyciła) powieść zbudowana z fotograficznych klisz/ obrazów miejsc, toalet, ogrodów, pejzaży. I nawet mimo woli dałam się uwieść cudownym opisom.
W rozedrganym mroku, za rzeźbionymi oparciami krzeseł boazerie, duży niski kredens, rozpostarte tu i tam płaty aksamitu majaczyły zaledwie. Mimo woli wzrok powracał ku stołowi, nasycał się jego przepychem. Środek zajmowało piękne surtout [ozdobny talerz] z matowego srebra o połyskującej cylezurze; przedstawiało ono grupę faunów porywających nimf; ponad nią, z szerokiego rogu opadały kiście naturalnych kwiatów olbrzymiego bukietu. Ustawione po dwóch krańcach wazy również pełne były kwiatów. Dwa kandelabry, związane z grupą środkową – dwóch satyrów w biegu, unoszących na jednej ręce zemdloną kobietę, a drugą podtrzymujących dziesięcioramienny świecznik- migotem świec pomnażały jeszcze blask żyrandola. Pomiędzy tymi ozdobami stały symetrycznie mniejsze i większe grzejniki z pierwszym daniem, a obok nich muszle z przystawkami, porcelanowe kosze, kryształowe czary, płaskie talerze, kompotiery na podstawkach, zawierające część deseru już podaną na stół. Wzdłuż kordonu talerzy armia kieliszków, karafek z wodą i z winem, małych solniczek - cała ta kryształowa zastawa była delikatna i lekka jak muślin, bez jednego rżnięcia, i tak przezroczysta, że nie rzucała ani odrobiny cienia. Surtout i większe nakrycia przypominały fontanny ognia; połyskliwymi ściankami grzejników przebiegały błyski; widelce, łyżki, noże o rękojeściach z perłowej masy tworzyły płomienne smugi; kieliszki rozpinały tęczowe łuki, a pośród tej ulewy iskier, tej masy rozpalonej do białości, karafki z winem znaczyły obrus plamami czerwieni. (Str. 28 Zdobycz Emil Zola Wydawnictwo Opolpress)
Natomiast poniższy zmysłowy opis oranżerii musiał rozpalać wyobraźnię czytelniczek na równi z opisem miłosnych uścisków kochanków. 
Spryskane czerwienią liście begonii i podobne do lanc białe liście popłanów stanowiły dalszy ciąg niezrozumiałych dla Renaty i Maksyma okaleczeń- tu i ówdzie dostrzegali jakby krągłe biodro lub kolano tarzające się po ziemi w brutalnej pieszczocie. Drzewa bananowe uginające się pod kiściami owoców mówiły im o hojnej płodności ziemi, a wilczomlecze, których pokraczne, kolczaste świece, pełne wstydliwych gruzłów majaczyły w mroku, zdawały się ociekać sokiem, występującą z brzegów ognistą strugą życia. W miarę jak spojrzenia ich zagłębiały się w zakamarki cieplarni, ciemność wypełniała się coraz zajadlejszą rozpustą liści i łodyg; nie rozróżniali już aksamitowców, łagodnych w dotyku, gloksynii o fioletowych dzwonkach, dracen podobnych do płytek lśniącej laki – był to jeden żywy krąg roślin złaknionych siebie i nienasyconych. Zasłonięte firankami lian altany rozpłomieniały zmysłowe marzenia Renaty i maksyma, zwinne pędy waniliowców, jadowic, kwiskwalisów, nadwoi stanowiły nie kończące się ramiona ukrytych kochanków, w łapczywym uścisku zgarniających wszelką rozkosz.  (Str.205 Zdobycz Emil Zola)
Przeczytane w ramach stosikowego losowania u Anny



niedziela, 29 listopada 2015

Leonardo da Vinci Lot wyobraźni Charles Nicholl

Książkę zaczęłam czytać na początku września, skończyłam pod koniec listopada. Myślę, że gdyby nie fakt, iż wylosowano mi ją u Ani pewnie poddałabym się po kilkudziesięciu stronach. 
I nie chodzi tu o objętość książki (raptem 520 stron), ale o jej drobiazgowość i nadmiar szczegółów, które czynią lekturę w wielu miejscach nużącą. 
Bardzo obszerna bibliografia, spora ilość przypisów wskazują na to, że autor poświęcił sporo czasu na dogłębne poznanie bohatera, a nie było to łatwe, bowiem najbardziej wiarygodnym źródłem informacji są strzępki zapisków mistrza w jego notatnikach, a i one dotyczą jedynie luźnych uwag, pomysłów, codziennych zdarzeń, finansowych rozliczeń. Wyłuskanie z nich myśli, czy pragnień człowieka jest niezwykle trudne. Niestety, dla potomnych, Leonardo nie pisał ani listów, ani dzienników. 
Nicholl próbuje na podstawie analizy oderwanych od siebie zdań, czy nawet ciągu niespójnych wyrazów dociec, jakie myśli towarzyszyły Leonardo, jakie motywy kierowały jego postępkami. Doceniając badania nad poznaniem człowieka, trud włożony w ich zdobycie, wysuwanie własnych interpretacji zachowań, analizowanie dzieł nie potrafię ocenić tej pozycji tak wysoko, jak zapewne na to zasługuje. 
Przytłoczyły mnie detale opisu rysunków machin, map, pejzaży, nadmiar dat, nazwisk, faktów, rozwodzenie się nad szczegółami technicznymi. 
Książka bogata jest w ilustracje, rysunki, szkice, reprodukcje, co jest jej sporą zaletą. I choć oglądałam całe mnóstwo szkiców i rysunków Leonardo we włoskich czy francuskich muzeach to wiele zamieszczonych w książce fotografii sprawiało wrażenie nieznanych, bądź odkrytych na nowo. 
Nie do końca jestem przekonana co do próby psychoanalizy osobowości Leonardo przez pryzmat jego seksualności. Zajmuje ona sporą część wywodów autora biografii, moim zdaniem zbyt dużą. Choć oczywiście nie można nie dostrzec, iż ta strona osobowości Leonardo nie pozostawała bez wpływu na jego życie i jego dzieła. 
Kim jest Leonardo według autora? To niespokojny duch, który pragnie bardzo wiele, chce odkrywać, tworzyć nowe machiny, malować, rzeźbić, grać, być nadwornym scenografem, architektem, magikiem, przyrodnikiem, anatomem, inżynierem, geologiem i hydrologiem. No i chce przypiąć skrzydła ludzkości, choć może bardziej sam pragnie oderwać się od ziemi, od przyziemności i ograniczeń. Chce wzbić się w przestworza, niczym ptak. 
W jego obsesji na punkcie latania kryje się egzystencjalny niepokój, wola oderwania się od życia pełnego napięć i rywalizacji, od dyktatu siewców wojny, miłośników sztuki i namolności wystawców umów. Da Vinci marzy o wielkiej ucieczce, a ponieważ nie może uciec, tym bardziej czuje się więźniem. (Str. 420)
Jak każdy artysta, bo Leonardo jest przede wszystkim artystą, potrzebuje wolności i swobody twórczej. Jednakże żyje w czasach, kiedy liczy się przede wszystkim pochodzenie i pieniądze. A w sytuacji nieprawego syna notariusza, pozbawionego przez ojca spadku, w dodatku ze skłonnościami homoseksualnymi nie łatwo jest pozyskać sponsora. Potrzeba prób, doświadczeń, materiałów sprawia, iż kołacze do drzwi dość kontrowersyjnych władców epoki; Lodovico Sforzy (Il Moro), czy Cesare Borgia, którym oferuje się, jako niezrównany strateg i wynalazca machin wojennych. Niestety większość jego pomysłów pozostaje wyłącznie w sferze projektów. Leonardo wiele zaczyna, nie wiele kończy. Powodem jest brak funduszy, ale także nadmiar pomysłów. Największą jego spuścizną pozostają obrazy, rysunki i szkice. 
A prawdziwego mecenasa i admiratora swych dokonań odnajduje dopiero u kresu dni na cudzoziemskim dworze Franciszka I, króla Francji.
Leonardo widziany oczyma autora to zupełnie inny człowiek, niż Leonardo przedstawiony u Vasariego. Autor wielokrotnie polemizuje z tym, jak dotąd najbardziej znanym źródłem informacji o włoskim geniuszu renesansu.
Parę faktów w historii Leonardo mnie zaskoczyło. Do tej pory wyrobiłam sobie przekonanie, iż nie doceniał on sztuki rzeźbiarskiej, lubił gwar i wesołe towarzystwo oraz tworzył (poza pierwszymi obrazami, które powstawały w pracowni jego mistrza Verrocchia) samodzielnie.
Tymczasem Nicoll pisze o dużym szacunku Leonardo do rzeźby, a nawet traktowaniu jej, jako sztuki wymagającej wiele więcej umiejętności niż malowanie. 
Autor przedstawia artystę, jako człowieka towarzyskiego, ale także człowieka, który pragnie swobody i odosobnienia. 
Powołując się na Traktat o malarstwie Leonardo pisze Najwłaściwiej doświadcza się natury w samotności. „Kiedy jesteś samotny, należysz w pełni do siebie, kiedy masz choćby jednego towarzysza, należysz do siebie tylko w połowie”. Malarz powinien „wycofać się w ustronie, by móc lepiej poznawać kształty naturalnych przedmiotów”. Powinien pozostać samotny, zwłaszcza gdy zamierza badać i rozważać to, co bez przerwy jawi mu się przed oczami i dostarcza materiału do starannego przechowywania w pamięci”. (Str. 63). 
Czy inny fragment: 
Ostatni punkt przywodzi na myśl rękopis paryski MS B, z projektem domu „w idealnym mieście” i uwagą; Zamknij drzwi na klucz wyjście oznaczone m, a zamkniesz cały dom” . To nader praktyczne podejście mówi nam bardzo wiele o silnych skłonnościach Leonarda do skrytości i chronienia życia prywatnego- hermetycznym zamykaniu się w świecie wewnętrznym” (str. 336).
Zaś co do tworzenia pisze 
… była to praca kolektywna (o czym nie wspomina Bandello, niesłusznie sugerując twórczą samotność artysty). Leonardo nie pracował nad tym dziełem sam, tak jak ponoć Michał Anioł w Kaplicy Sykstyńskiej, lecz w asyście pomocników. Wśród nich byli zapewne Marco d`Oggiono, jako garzone, i Tommaso Masini, którego udział w pracy przy późniejszym wielkim malowidle (fresku Bitwa pod Anghiari we Florencji) potwierdzają dokumenty. Do tych zaufanych pomocników można dodać uczniów z nowego naboru oraz pracowników, których imiona znajdujemy na dwóch kartach Kodeksu Atlantyckiego. 
Rzecz dotyczy Ostatniej wieczerzy (str. 318-319)
Autor znalazł wyjaśnienie dla leonardowskiego stylu malowania sfumato. Wyjaśnia to sam Leonardo da Vinci w rękopisie zwanym paryskim.
Jeśli chcesz kogoś sportretować, rób to przy chmurnej pogodzie lub przed zmierzchem(…) Na ulicy, pod wieczór lub przy złej pogodzie zwróć uwagę ileż wdzięku i powabu mają w sobie twarze mężczyzn i kobiet. Przeto, o malarzu, skorzystaj z podwórza o pomalowanych na czarno ścianach, osłoniętego jakimś zadaszeniem (…) a jeśli nie masz takowego, maluj pod wieczór albo w dzień chmurny lub mglisty, bo są to warunki wymarzone. (str. 285)
Reasumując biografia jest świetnym źródłem informacji na temat Leonardo, niestety, jak dla mnie jest napisana w sposób zbyt naukowy, mało przystępny dla czytelnika, który jest w tej dziedzinie laikiem. Gdyby połączyć wiedzę autora z talentem pisania biografii Irwinga Stone`a czy Julii Frey powstałoby arcydzieło.
Przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny

niedziela, 25 października 2015

Nad dachami Lizbony

Widok z miradouro Santa Luzia 

Chyba w żadnym jeszcze mieście, jakie odwiedzałam nie byłam tak często „narażona” na pokonywanie słabości i niechęci do wędrówki pod górę. Idąc na spacer, do sklepu, czy gdziekolwiek indziej nie sposób ominąć wspinaczki. Kto ma szczęście podjedzie tramwajem nr 28, albo jedną z licznych wind. Niestety w sezonie turystycznym (nie wiem do kiedy trwa, w każdym razie we wrześniu jeszcze - tak) wejście do windy dla przykładu Santa Justa - to kilkunastominutowe a nawet więcej oczekiwanie, a jazda tramwajem (jeśli nie ma się szczęścia) to podróż w tłoku, ścisku i nerwach. I choć kilkakrotnie udało mi się ją odbyć (z różnym rezultatem), a raz podjechałam windą to najpewniejsze okazują się własne nogi. Najpewniejsze, acz wymagające samozaparcia i niezłej kondycji. 
Malowniczość Lizbony to zasługa ukształtowania terenu. Położenie na wzgórzach sprawia, że punktów widokowych (tarasów- zwanych miradouro) na mapie miasta jest sporo. Oczywiście nie sposób obejrzeć go ze wszystkich stron, jeśli przebywa się tu zaledwie kilka dni, co nie oznacza, że nie próbujemy. Zupełnym przypadkiem, a 
Fragment dekoracji na kościółku  Santa Luzia
może wiedziona szóstym zmysłem zaraz po przylocie udałam się na spacer, wsiadłam w tramwaj nr 28 i dałam się wieść w nieznane. Bez planu i przygotowania (wszystko zostało w hotelu) wysiadłam na chybił trafił i okazało się, że trafiłam całkiem nieźle. Znalazłam się na punkcie widokowym Santa Luzia tuż obok Bramy Słońca (Portas do Sol) - jednej z kilku bram wiodących do arabskiego świata. Do chwili odbicia Lizbony z rąk Maurów w 1147 roku przez kilka wieków pozostawała ona pod rządami niewiernych. Miejsce dość popularne wśród turystów, było niemal puste, co pozwoliło na spokojną kontemplację czerwonych dachów Alafamy (najbardziej malowniczej dzielnicy miasta) i odbijających się w wodach Tagu słonecznych promieni. 
Na znajdującym się nieopodal kościółku św. Łucji przyciągają uwagę ułożone z niebiesko-białych płytek dekoracje (w tym widok Praca do Comercio sprzed wielkiego trzęsienia ziemi, jakie nawiedziło i zniszczyło sporą powierzchnię miasta w 1755 r.). 
W położonej tuż obok kawiarence wypiłam kawę i wysłuchałam pierwszego (jednego z wielu) ulicznych koncertów fado. Kiedy napływający tłum turystów zaczął zagłuszać muzykę przeniosłam się na olśniewająco biały plac Bramy Słońca. Jakaż adekwatna nazwa tego miejsca. Powietrze aż drżało od nadmiaru słońca, a 
Widok z Portas do Sol (Bramy Słońca)
rozświetlone niebo miało niesamowity kolor wakacji. Wszystko wydawało się, jakby przezroczyste i nieostre. Poczułam się oślepiona światłem, ale było to przyjemne uczucie. Nawet dość wysoka temperatura nie była w stanie zakłócić tej przyjemności. 
Stąd już całkiem niedaleko do Zamku Świętego Jerzego (Castelo de Sao Jorge). Krętymi uliczkami, stromymi schodkami, idąc wciąż wyżej dociera się na dziedziniec Zamkowy. Pisząc w poprzednim poście na temat Lizbony o nie odnalezieniu literackich śladów na mapie miasta, nie wspomniałam o nadziei na zobaczenie miejsca, które było świadkiem opisywanych w Historii oblężenia Lizbony wydarzeń. Zdobycie Zamku (1147 r.) przez Alfonso Henriquesa przyniosło krajowi niepodległość, a samego zdobywcę uczyniło pierwszym portugalskim królem. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy dowiedziałam się, że to co oglądam to tylko replika budowli powstała kilkadziesiąt lat temu z inicjatywy dyktatora Salazara. No 
Widok z Zamku Św. Jerzego (ruiny goryckiej świątyni i winda Santa Justa)
cóż, budowla może nie ta sama, ale miejsce autentyczne (pozwalające dać upust wyobraźni) a do tego jakiż wspaniały punkt obserwacyjny. Można stąd objąć wzrokiem niemal cały Praca do Comercio (przywodzący skojarzenia z widokiem na Canale Grande z pomiędzy Campanilli a Palazzo Ducale), gotyckie ruiny Ingreja do Carmo, most 25 kwietnia, figurę Chrystusa na drugim brzegu rzeki, uliczki i place dzielnicy Baixa a także wijącą się wstęgę Tagu. 
Kolejnym punktem widokowym, z którego widok zapiera dech w piersi a nogi czyni miękkimi, jak z waty jest Kopuła Panteonu (czyli Kościoła Santa Engracia.) Do Świątyni wybrałam się z powodu mojej „dziwacznej” (jak niektórzy to określają) fascynacji do odwiedzania nekropolii. Sądziłam błędnie, iż tutaj spoczęły kości wspomnianego wyżej pierwszego króla Portugalii Alfonsa I Zdobywcy (Alfonso Henriquesa), jak również Henryka Żeglarza, a także Vasco da Gamy wielkiego podróżnika. Okazało się, iż te nagrobki są symboliczne, a groby puste. Tutaj natomiast spoczęła Amelia Rodrigues, która rozsławiła portugalskie fado. 
Widok spod kopuły Panteonu
W cenie biletu poza możliwością obejrzenia nagrobków i cenotafów jest… a jakże wspinaczka na „dziedziniec” kopuły. Na szczycie świątyni odczuwałam coś w rodzaju uczucia, jakie towarzyszy zapewne zdobywcom górskich szczytów; satysfakcji z pokonania własnych ograniczeń i poczucia radości ze znalezienia się wysoko ponad ziemią w towarzystwie (li tylko) ptaków. Świątynia nie cieszy się tak dużą popularnością, jak np. Wieża w Belem, której zdobycie wymaga sporego wysiłku; nie tylko pokonania kilkudziesięciu schodków, ale w dodatku uczynienia tego w dość szybkim tempie (jednokierunkowy ruch i brak zaułków uniemożliwia zatrzymywanie się podczas wspinaczki).

Dzisiaj kiedy znam powód mojego permanentnego od paru (a może parunastu) miesięcy zmęczenia i szybkiego męczenia się jestem pod wrażeniem samozaparcia z jakim przezwyciężałam kolejne "pod górkę"...

sobota, 17 października 2015

Piaf w stulecie urodzin (Piaf! The Show)

Zdj. Dominik Staniszewski (publ. na portalu trójmiasto.pl) 

O koncercie dowiedziałam się przez przypadek. Przypadek miał na imię Marcin i przysłał mi smsa, kiedy leżałam z chorym gardłem, a może migreną - nie pamiętam (było to dość dawno temu).               W każdym razie to był bardzo szczęśliwy przypadek.
Nie będę udawać, iż poszłam z powodu Anne Carrere, o której nie słyszałam nigdy wcześniej. Magnesem była Piaf, którą ogromnie lubię, a od czasu, kiedy dowiedziałam się nieco więcej o jej życiu stała się jeszcze bliższa. Fragment jednej z jej piosenek (o czym pisałam kilkakrotnie) towarzyszy mi od lat, jako życiowe motto i mam nadzieję, iż będzie towarzyszyć do końca.
Jednak coś przecież jest
Co zostaje, nie idzie donikąd
Jakaś reszta na dnie
Co nie ciszą jest, nie
Bo ta reszta jest właśnie muzyką

Anne Carrere w spektaklu

W tym roku minie sto lat od dnia narodzin najbardziej znanego wróbelka świata. Z tej okazji przygotowano widowisko, które nie najszczęśliwiej zostało nazwane Piaf! The Show. Tytuł komercyjny, ale za to widowisko fantastyczne. 
Występująca w roli Piaf Anne Carrere ma fantastyczny głos i jest najlepszą (jaką słyszałam) wykonawczynią utworów Edith. Śpiewa je inaczej, po swojemu, oryginalnie, ale z taką samą pasją i zaangażowaniem, a że głos ma ciekawy i mocny, to oczarowała publiczność. 
W pierwszej części koncertu śledzimy początki kariery Piaf i mniej znane utwory. Wokalistka, której towarzyszy czterech muzyków, skromnie ubrana, w fartuszku kelnerki, w butach na płaskim obcasie i prawie bez makijażu, tudzież w kurteczce i berecie śpiewa w imitującej knajpę lub francuską uliczkę scenerii. Ustawiona na scenie pod latarnią ławeczka, oparty o nią rower, butelka i kieliszki wina, stroje z początku ubiegłego stulecia, wszystko to doskonale harmonizuje ze zdjęciami Paryża pojawiającymi się na ogromnym ekranie nad głowami muzyków.

Zdj. Dominik Staniszewski (publ. na portalu trójmiasto.pl) 

Urokliwe zdjęcia (a dla mnie każde zdjęcie tego miasta jest urokliwe) i piosenki Edith śpiewane w oryginalnej wersji językowej, (i to jak śpiewane) spowodowały, że ogarnęła mnie ogromna tęsknota i żal, że nie byłam tam od roku. Anne Carrere potrafi doskonale tworzyć klimat. I mimo, iż większość nie znała języka, mimo, że połowa utworów była dla wielu nieznana, to publiczność siedziała, jak zaczarowana, zasłuchana, a może nawet chwilami nieobecna, jeśli podobnie, jak ja przeniosła się na schody na Montmartrze pod Sacre Coeur. 
Druga część spektaklu był to koncert, gdzie Piaf (przepraszam Carrere) wykonywała utwory, które zapewniły Edith rozgłos i popularność. Nadal skromna, ale już mocniej umalowana, w butach na obcasie, nieodmiennie w czarnej, prostej sukience śpiewem porywała widownię. Porwała ją nawet do śpiewania po francusku La vie en rose. Na ekranie pojawiały się teraz zdjęcia Piaf z jej życia pozascenicznego. Największy aplauz tradycyjnie wzbudziło brawurowo wykonane Non, je ne regrette rien.
Donośny, ekspresyjny głos, talent aktorski i umiejętność nawiązywania relacji z widownią sprawiły, że był to niezapomniany wieczór.



Szczególnie wyróżnieni mogli się poczuć panowie, których wokalistka zaprosiła do współpracy, z jednym zatańczyła, dla innego zaśpiewała, jeszcze innego zaprosiła na scenę, do odegrania roli Milorda. Hymn miłości dedykowany ukochanemu wzruszył nie tylko publikę, ale i samą artystkę. Łzy na scenie, o ile nie są wyreżyserowane są niezwykle urocze, bo pokazują inną twarz artysty. A te na pewno nie były wyreżyserowane. 
To był fantastyczny wieczór. 

Spektakl miał miejsce 7.10.2015 r. w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. 

niedziela, 4 października 2015

Lizbona - na zachodniej krawędzi Europy

Tag (widok z Zamku Sao Jorge)
Tag (widok z Santa Lucia)


Jeszcze do niedawna Lizbona nie przyzywała mnie ku sobie. I nie pomagało ani przeczytanie Historii oblężenia Lizbony Jose Saramago, ani nawet Nocny pociąg do Lizbony Pascala Merciera. W Szkicach portugalskich Renaty

Gorczyńskiej najbardziej zaciekawił mnie rozdział dotyczący II wojny światowej z klimatem rodem z Casablanki (filmu). I paradoksalnie serce zaczęło się tam wyrywać po przeczytaniu Lizbona Muzyka moich
ulic Marcina Kydryńskiego. Paradoksalnie, bowiem fado, a to przede wszystkim ono (choć nie tylko) jest bohaterem książki, nie jest tym rodzajem muzyki, którego słuchałabym z szybszym (czy może wolniejszym) biciem serca. Co więcej, zanim zaczęłam czytać nie wysłuchałam do końca nawet jednego utworu w tym stylu, a Marizę co prawda kojarzyłam z muzyką, ale nie potrafiłabym powiedzieć jaki gatunek 
muzyki uprawia. Dziś płyta Amalii Rodrigues wzbogaciła moje zbiory i choć nadal nie mogę powiedzieć, że zafascynował mnie ten rodzaj muzyki to słucham jej z przyjemnością.
Tag (widok od Praca do Comercio)


Tym, co mnie w książce urzekło było niezwykle silne uczucie

autora do miasta, silne, a jednocześnie subtelne, nienarzucające się czytelnikowi. Nostalgiczne, pełne tęsknoty, radości i smutku, jak portugalskie saudade, którym przesiąknięta jest muzyka lizbońskich ulic. 

Lizbona potrafi urzec. Zapewne każdego czym innym. Wielu powie, że są to czerwone dachy oglądane z dziesiątków punktów widokowych (kto nie wdrapał się na choćby jeden z nich ten nie może powiedzieć, że widział Lizbonę), położenie na wzgórzach powodujące, iż zwykły spacer po mieście zamienia się w wycieczkę wysokogórską i potrafi dać nieźle w kość, ceramiczne
Klify na Cabo da Roca
biało-niebieskie płytki (azulejos) zdobiące szereg budowli, wszechobecne dźwięki fado wprawiające w zadumę, żółty drewniany tramwaj numer 28, jeden z najbardziej obleganych środków lokomocji miejskiej, smak morskich ryb serwowanych na różne sposoby. Wszystko to razem (i pewnie jeszcze parę innych rzeczy) tworzy klimat miejsca.
Dla mnie tym, co najpiękniejsze była woda i przestrzeń i to, że dalej już drogi nie ma, to tu kończy się Europa, a zaczyna Ocean.

Widok na Atlantyk z Capo da Roca

Urzekła mnie rzeka; ogromna, spieniona, niepokorna, rzeka, którą zasilają wody Atlantyku, a nie, jak się powszechnie uważa rzeka uchodząca do oceanu (!). Spacery nad Tagiem należały do codziennego rytuału. Spacery i siedzenie na kamiennym murku wzdłuż jej koryta. Siedzenie i trwanie. Po prostu bycie, pozwalanie, aby wiatr targał włosami, a szum fal uciszał zmęczone całorocznym wysiłkiem szare komórki. Kocham Sekwanę, lubię Tyber (Tybr?), ostatnio nawet Tamiza zaczęła zdobywać swoje miejsce w zakamarkach serca, ale Tag ma w sobie coś nieokiełznanego, dzikiego i niezmierzonego. Nic dziwnego, że są miejsca, z których nie sposób dojrzeć drugiego brzegu, skoro łączący dwa brzegi (z jednej strony Lizbonę, z drugiej Mintijo) most Vasco da Gama liczący ponad 17 kilometrów to najdłuższy most w Europie. 

Pomnik Odkrywców w Belem


Największe wzruszenia przeżyłam stojąc na końcu świata (tego świata, jaki znali Europejczycy, zanim rozpoczęła się epoka wielkich odkryć). Cabo da Roca – symbolicznie uznany za najbardziej na zachód wysuniętą krawędź Europy – przyciąga jak magnes, dlatego autobusy kursujące z Cascais i z Sintry nie jeżdżą nigdy puste.
Wieża w Belem 
Stanąć na 140 metrowym klifie, poczuć podchodzące do gardła serce, u niektórych umiejscawia się ono w całkiem innym organie, poczuć za plecami Europę, a przed oczami Atlantyk; moje niezrealizowane marzenie stało się ciałem, a raczej ogromnym wodnym akwenem. Widok na niezmierzony bezkres wód zawsze sprawia, że czuję się wolna, niczym nieskrępowana. Kocham wodę, kocham morze, a teraz mogę napisać, kocham też ocean. I choć wiatr omal mnie nie zdmuchnął i musiałam mocno trzymać się drewnianych barierek, choć przewiało mnie do szpiku kości, to było to jedno z najmilszych doznań. 

Tag (widok od strony Oriente, w głębi most Vasco da Gama)

Nie umiem nazwać słowami tego wrażenia, jakie daje stanięcie na najbardziej na zachód wysuniętej krawędzi Europy, dla mnie było ono porównywalne ze zdobyciem górskiego szczytu. Taki mój prywatny Mont Everest.
Mam taką przypadłość, że często ponosi mnie wyobraźnia i przenoszę się w czasy dawno minione. Właściwie podróż w przestrzeni bez podróży w czasie byłaby dla mnie podróżą niepełną, zapewne dlatego staram się sporo czytać, o miejscu, które mam zamiar odwiedzić i ludziach, którzy je zamieszkiwali. Tym razem nie udało mi się znaleźć pokrewnej duszy wśród ludzi sztuki. Znalazłam natomiast kilku z największych w dziejach podróżników-odkrywców. Jakaż to była ciekawość świata, jaka odwaga, no i żądza sławy przy okazji. Henryk Żeglarz, Bartłomiej Diaz, czy Vasco da Gama, któremu udało się dotrzeć najdalej i który uczynił Portugalię na długie lata kolonialną potęgą. 
Vasco da Gama wyruszał z Belem, by odkryć drogę do Indii. Stojąc pod pomnikiem Odkrywców (może niezbyt urodziwym, ale nie sposób odmówić mu pewnego romantyzmu) widziałam siebie dobre pięćset lat temu na nabrzeżu portugalskiego Betlejem, w tłumie ciekawskich, którzy żegnają cztery zapełnione (w dużej mierze) skazańcami statki płynące w nieznane. Widziałam też siebie w garstce szczęśliwców, którym było dane obserwować powrót zdziesiątkowanej wyprawy. Zdziesiątkowanej, a jednak wzbogaconej przywiezionymi z Indii towarami. 

W Oceanarium

Dla uczczenia szczęśliwego powrotu w miejscu, gdzie przed wyprawą modlono się za jej pomyślność wybudowano klasztor dla pustelników z bractwa Św. Hieronima. 
Olbrzymiego zespołu klasztornego wybudowanego w manuelińskim stylu nie sposób objąć obiektywem aparatu fotograficznego. Imponuje wielkością i nie można odmówić mu uroku. Kolejne miejsce związane z wodą to Oceanarium. Miejsce odwiedzane równie chętnie przez dzieci, jak i ich rodziców. Główne akwarium wokół którego zlokalizowano cztery strefy klimatyczne z ich fauną i florą ma podobno pojemność czterech basenów olimpijskich. 

W oceanarium

Jest naprawdę przeogromne, a znajdujące się tam rekiny, płaszczki, samogłowy, barakudy, tuńczyki i setki innych ryb to nie lada atrakcja nie tylko dla pasjonatów podwodnych przestworzy.
Mnie jednak zauroczyły olśniewające bogactwem kształtów i kolorów gąbki, rozgwiazdy, koralowce i dziesiątki innych, których nawet nie potrafię nazwać stworzeń morskich.
Sporo przydatnych informacji można uzyskać na stronie polskiego przewodnika Krzysztofa Info.Lizbona
Za udostępnienie książek Nocny pociąg do Lizbony i Lizbona. Muzyka moich ulic chciałam bardzo serdecznie podziękować paren 

niedziela, 30 sierpnia 2015

Hurtowo, czyli Złodziejka książek, Papieżyca Joanna i (Nie) boszczyk mąż

Złodziejka książek - Zusak Marcus (Audiobook)
Gdyby oceniać książkę ilością łez wylanych podczas  lektury to należałoby ją zaliczyć do pierwszej dziesiątki najlepszych książek, jakie przeczytałam w przeciągu ostatnich dwóch lat. Było jednak w tej lekturze coś, co sprawiało nieprzyjemny zgrzyt, wyczuwałam jakiś fałsz. Bohaterka Liesel Meminger to mała dziewczynka, oddana na czas wojny rodzinie zastępczej z powodu nieprawomyślnych poglądów ojca. Liesel, która kolejno traci wszystko, co kocha (tatę, brata, mamę, przyjaciół) azyl znajduje w książkach. Brzmi ciekawie, nawet, jeśli tą pierwszą książką, na której nauczy się czytać jest Podręcznik grabarza. Narratorem jest śmierć, ale choć sieje spustoszenie, to jednak próbuje wzbudzić (jeśli nie litość)  zrozumienie, bo przecież ona jest tylko wykonawcą czyjejś woli. Autor w sposób wzruszający opisuje koszmar wojny, której ofiarami są niewinni. Jak napisałam wyżej spłakałam się niemiłosiernie czytając o ogromie krzywd i tragedii ludzkich. Tylko z czyjej winy one się dzieją? Otóż autor podobnie jak śmierć czyni jedynie wykonawcą czyjeś woli, tak Niemców czyni jedynie ofiarami systemu. Bo przecież oni nie chcieli, a co najwyżej godzili się lub musieli się pogodzić z rozwojem wydarzeń, bo przecież oni też byli ofiarami i oni cierpieli niedogodności wojny, głód, wypędzenia i oni ginęli na wojnie. Z niedowierzaniem czytałam o wzmiankę o Hitlerze, który zdaniem autora był jedynie siewcą słów.
Wpadł na pomysł, że będzie rządził światem za pomocą słów. „Nie będę strzelał z pistoletu –stwierdził - Nie będę musiał”. Trzeba mu przyznać, że nie działał pochopnie ani głupio. (...) Cały obszar swego kraju gęsto obsadził słowami .”
Moim zdaniem Złodziejka słów to lektura szkodliwa, bowiem czytelnik odnosić z niej może błędne przekonanie, iż Niemcy były takimi samymi ofiarami wojny, jak inne narody. Zwłaszcza młody czytelnik, dla którego historia II wojny światowej staje się powoli tak odległa, jak dla mojego pokolenia historia bitwy pod Cedynią. Lektura tym bardziej szkodliwa, iż autor nie jest pozbawiony literackiego talentu i potrafi grać na emocjach.

Papieżyca Joanna Donna W. Cross
Postać legendarna, czy autentyczna – to pytanie będzie zapewne jeszcze długo zaprzątało umysły ciekawskich. Zdając sobie sprawę, iż nigdy nie dowiemy się, czy Jan Anglicus (właściwie Joanna) pod imieniem Jana VIII rzeczywiście zasiadał/ła na tronie Piotrowym (pomiędzy papieżami Leonem IV i Benedyktem III) w latach 853-855 autorka napisała powieść, w której kontrowersyjna historia / legenda jest pretekstem do ukazania realiów epoki. Europa z IX wieku, to raczej mało znany okres w historii. Realia życia w małej, ubogiej wiosce, czy na rubieżach monarchii, całkowite podporządkowanie kobiet ich męskim „opiekunom”, brak prawa do wykształcenia dla płci pięknej, surowe warunki życia, wiara w zabobony, ciągłe najazdy, gwałty, zniszczenia stanowią ciekawe tło dla fikcyjnej acz prawdopodobnej historii. Dla uatrakcyjnienia opowieści bohaterka cudem unika całego splotu nieprawdopodobnych okoliczności. Najciekawsza część opowieści dotyczy dzieciństwa Joanny, w której poznajemy życie niekochanej, poniżanej przez ojca i brata dziewczynki o bystrym umyśle i głodzie wiedzy. Kiedy udaje się do zakonu i wiedzie życie pod męskim przebraniem historia staje się bardziej mglista. A już najmniej udany jest wątek romansowy, jednak, skoro przekazy (legendy) podają, iż Joanna zmarła w trakcie porodu jest to wątek niezbędny. Sama postać Joanny jest nie do końca dopracowana. I choć po powieści historyczne sięgam rzadko to lekturę uważam za miłe urozmaicenie upalnych sierpniowych dni, choćby ze względu na dokonane z pietyzmem odtworzenie historycznych realiów oraz mimo wszystko ciekawie poprowadzoną fabułę.

(Nie) boszczyk mąż Joanna Chmielewska
Nie umiem powiedzieć, dlaczego ta książka kiedyś szalenie mnie śmieszyła. Dzisiaj przeczytałam może bez otrząsania się, ale i bez zachwytów. Zabrakło mi tego właściwego pani Joannie poczucia humoru. Sam pomysł opiera się na próbie zamordowania męża przez osobę o umysłowości debilki do kwadratu, czyli nic nowego, bowiem większość potencjalnych sprawców u Chmielewskiej to osoby nie grzeszące inteligencją. Żona – niedoszła morderczyni poza brakiem inteligencji wyróżnia się talentem kulinarnym godnym master chefa oraz monstrualnymi rozmiarami. Kilka razy podczas lektury się uśmiechnęłam, jednak powodów do śmiechu pełną gębą nie odnalazłam. Ponowna lektura rozczarowała. Jako osoba od zawsze stosująca różne diety z zainteresowaniem czytałam o próbach odchudzenia głównej bohaterki. Tyle, że dziś lepsze rady można wyczytać w Internecie. Książka przeczytana w ramach wyzwania stosikowe losowanie u Anny.

środa, 26 sierpnia 2015

Historia pewnego życia Guy de Maupassant

Wydawnictwo Zrzeszenie Księgarstwa,
tłumaczenie Maria Kreczowska
rok wydania 1985

Tę niepozorną książeczkę zakupioną za grosze położyłam na półce i gdyby nie losowanie u Ani leżałaby tam nie wiadomo jak długo.
Historia pewnego życia to historia naiwnego dziewczątka Janiny, chowanej pod kloszem, nieprzygotowanej do życia, która wyrwawszy się zza klasztornych krat marzy o założeniu rodziny i spełnieniu się w roli żony i matki. Przy czym ma mętne pojęcie, na czym owa rola polega. Cóż może wiedzieć o obowiązkach małżeńskich dziewczę wychowane w klasztorze. Małżeństwo roi jej się, jako romantyczna wycieczka na Korsykę, wspólne podziwianie wschodów i zachodów słońca, zrywanie kwiatków i stąpanie po trawie. I kiedy trafia się ON, ten którego sobie wymarzyła do roli męża i ojca jej dzieci niemal bez wahania decyduje się go poślubić. Tymczasem ON – mocno stąpa po ziemi i dobrze liczy, najlepiej wychodzi mu liczenie posiadłości przyszłych teściów. 
Czyli historia stara jak świat; wielkie nadzieje i bolesne rozczarowanie. Monotonne życie w upokorzeniu bez jakichkolwiek szans na odmianę. Książę okazuje się łajdakiem, a żona, jak to w onych czasach bywało (mamy wiek XIX) musi pogodzić się z sytuacją zapełniając sobie czymś życie. Może, gdyby Janina została wychowana w innym duchu miałaby przynajmniej szansę spełnić się, jako matka. Niestety nie nauczono jej być matką.
Historia z morałem, ale jak napisana. To się znakomicie czyta, trochę przypomina Balzakowskie Stracone złudzenia, ale Maupassant pisze lżej niż Balzac, przede wszystkim mniej tutaj ozdobników, a lektura mimo, iż wydaje się przewidywalna wciąga. 
Naiwność i anielskość Janiny aż drażni, chciałoby się nią potrząsnąć, bo wydaje się sama sobie winna. A jednak trochę żal, bo tak ją wychowano, w przeświadczeniu, iż sfera zmysłów nie istnieje, jest tylko odrażającą rozrywką dla niższych warstw. W ten sposób dziewczyna została psychicznie „okaleczona” i stała się bezbronna wobec życia. 
Ileż tu ciekawych postaci; żyjąca wspomnieniami matka, wiodąca bezbarwne życie ciotka, egoista Paweł i wreszcie pozbawiony uczuć książę małżonek. Nawet jeśli są to postacie nieco przerysowane, przy czym najbardziej główna bohaterka, to i tak o każdej z nich można by napisać kolejną książkę. 
Mnie zaintrygowała ciotka, osoba, której obecności nikt nie zauważa, która przemyka niczym cień przez życie. Polecam, to całkiem niezłe czytadło w dobrym sensie tego słowa.
Przeczytana w ramach stosikowego losowania u Ani.
Zazdroszcząc innej Ani lapidarnych wpisów skróciłam notkę do minimum. 

niedziela, 23 sierpnia 2015

Dziewczyna z poczty Stefan Zweig


Dziewczyna z poczty to historia ubogiej austriackiej urzędniczki, której monotonną egzystencję przerywa zaproszenie od bogatych krewnych. I oto Kopciuszek na kilka dni staje się księżniczką, duszą towarzystwa, panną na wydaniu, o której względy się zabiega, a co najważniejsze osobą, która odkrywa, iż życie nie musi być szaro-bure, a świat ma mnóstwo kolorów. Piękne sukienki, nowa fryzura, delikatna bielizna, smaczne potrawy, tańce, zabawy, przejażdżki to wszystko może zawrócić w głowie. Christine zawróciło na tyle, że zatraciła się w korzystaniu z tu i teraz, zapominając, iż życie nie jest bajką i wkrótce trzeba będzie wrócić do okienka zapyziałego urzędu pocztowego gdzieś na prowincji, do brudnej i ciasnej klitki na poddaszu, do opieki nad schorowaną matką i do obywania się bez wszystkich tych pięknych rzeczy, jakimi tymczasowo obdarowała ją ciotka. Kiedy czar pryska, na jaw wychodzi prawda o pochodzeniu dziewczęcia odsuwają się od niej wszyscy. I tylko dziewczyna nie rozumie - dlaczego. Wróciwszy do swojej nędznej egzystencji nie umie już żyć tak jak dawnej, drażnią ją codzienne obowiązki, a ludzie irytują nędznym ubraniem i tym, iż sprawiają wrażenie, że takie życie, jakie prowadzą im odpowiada. Może, gdyby Christine nie zaznała swobody nietroszczenia się o środki do życia przez tych kilka dni, nie wiedziałaby nawet, że czegoś jej brakuje, że takie życie, jak wiodą jej sąsiedzi może być upokarzające, może wówczas nie zastanawiałaby się, dlaczego jedni mają niemal wszystko, a inni nie mają nic. Christine miota się pomiędzy nienawiścią do świata, który tak nierówno rozdzielił swe dobra, a chęcią ucieczki od życia, które uwiera. Próbuje coś zmienić, ale próby te kończą się fiaskiem. Pewnego dnia spotyka Ferdynanda, ale czy to spotkanie będzie zapowiedzią odmiany losu ... 
Bohaterka budziła we mnie mieszane uczucia, początkowo było mi jej żal, potem kiedy zatraciła się w zachłannym korzystaniu z życia, zapominając o realiach, oddanym przyjacielu i chorej matce, kiedy dała się uwieść pozorom zaczęła mnie irytować, aby kilka kartek dalej, gdy potraktowano ją niczym trędowatą przyznać, iż szkoda mi dziewczyny, bo w gruncie rzeczy nie popełniła żadnej zbrodni, chciała jedynie przeżyć kilka pięknych chwil, trochę się pogubiła, ale nie zasłużyła przecież na takie traktowanie (pozbycie się bez słowa wyjaśnienia). A jeszcze później, kiedy miotała się pomiędzy rutyną dnia codziennego a niezgodą na monotonię szarych dni chciałam, aby spotkało ją coś dobrego, miłego, jakaś odmiana losu, nic wielkiego, choćby etat na poczcie w Wiedniu, albo przeżycie swojego pierwszego razu w jakimś ładnym otoczeniu.  
Umiejętność wzbudzenia w czytelniku tak żywych uczuć  to spory talent.
Dziewczyna z poczty jest powieścią niedokończoną, czego bym się zapewne nie domyśliła, gdyby nie posłowie. Kończy się w momencie, który aż się prosi o kontynuację, ale można by pomyśleć, że to celowy zabieg autora, pozostawienie historii nierozstrzygniętej, nieprzesądzonej. 
Dla mnie Dziewczyna z poczty to przede wszystkim wspaniałe studium psychologiczne postaci głównej bohaterki, dla której szansą na udane/szczęśliwe życie jest osiągnięcie pewnego dostatku. I wcale nie twierdzę, że jest w tym coś złego, jedynie mam wątpliwość, czy Christine osiągnąwszy go zaznałaby radości. 
Dla tej właśnie wątpliwości, co do dalszych losów bohaterki żałuję, iż powieść nie została dokończona, a jednocześnie cieszę się, że została wydana, nawet w takiej, niepełnej formie.
Jest w Christine jakaś bezwolność, która sprawia, iż nie jest w stanie odważyć się żyć, dopiero spotkanie z Ferdynandem coś zmienia w jej egzystencji. I ta bezwolność jest nieco irytująca. 
Książka jest świetnie napisana, fabuła wciąga, postać głównej bohaterki zaciekawia, nawet jeśli czasami irytuje. Zweig nie na darmo pozostawał pod wpływem Freuda i jego prac.
Moim zdaniem Dziewczyna z poczty jest  lepsza od Niecierpliwości serca, którą i tak oceniałam wysoko. 

czwartek, 20 sierpnia 2015

A zabawa trwała w najlepsze. Życie kulturalne w okupowanym Paryżu. Alan Riding

Wydawnictwo Świat Książki, rok wydania 2012
Gdybym miała wyciągnąć z lektury najważniejszą myśl, to najlepiej oddałyby ją zacytowane we wstępie stwierdzenie - Jeśli ktoś nie przeżył horroru bycia okupowanym przez obce mocarstwo, nie ma prawa pouczać kraju, który ma to za sobą (str. 11). Dodałabym do tego, iż jeśli ktoś nie przeżył horroru okupacji nie ma prawa osądzać zachowań ludzi, którzy jej doświadczyli. 
Przedmiotem badań nie są działania profaszystowskiego rządu marszałka Petaina (uosabiające wstydliwy okres w historii Francji), ale postawa szeroko rozumianego kręgu ludzi sztuki podczas okupacji. To im poświęca w swym opracowaniu najwięcej miejsca zaznaczając jednocześnie, iż wydawanie jednostronnych osądów nie jest łatwe, a wymaganie od artystów bycia moralnymi przywódcami narodu jest wymogiem na wyrost. Najważniejsze postaci [kultury] zachowywały się tak, jak reszta społeczeństwa, choć w ich przypadku było to o tyle ważniejsze, że artystyczne powołanie czyniło z nich wzory do naśladowania, toteż oceniano ich później według wyższych standardów.(str.10)
I choć autor stara się unikać oceniania to pokazuje typową postawę Francuzów podczas wojny, która oznaczała nieangażowanie się, dystans, nieopowiadanie się po żadnej ze stron. Pamięć o rzezi, jaką przyniosła I wojna światowa, była silna wśród intelektualistów i polityków, umacniając pacyfizm i przekonanie, że Hitlera da się ułagodzić. (str. 38)
A z drugiej strony było rozczarowanie dotychczasową polityką rządów, bo jak mówił Sartre W 1939 roku baliśmy się śmierci, cierpienia za sprawę, która nas brzydziła. To znaczy za obrzydliwą Francję, skorumpowaną, niesprawną, rasistowską, antysemicką, rządzoną przez bogaczy i dla bogaczy; nikt nie chciał za to umierać, dopóty, dopóki- no cóż- zrozumieliśmy, że naziści byli jeszcze gorsi (str. 54).
Tyle, że to zrozumienie przyszło dość późno. A do tego czasu „zabawa trwała w najlepsze”; działały kina, teatry, wodewile i kabarety, odbywały się premiery nowych sztuk i oper, a na widowni obok umundurowanych okupantów zasiadali Francuzi. Niemcy chcieli, aby w narodzie istniało przekonanie, iż nic się nie zmieniło.
Pisarze chętnie wydawali swoje dzieła, a dziennikarze prześcigali się w pochlebstwach dla Niemców i piętnowaniu ludności żydowskiej. 
Czując się bezsilni, przyjęli postawę przeczekania, attentisme, pozwalającą im dalej wieść własne życie- pisać, malować, występować, uczyć - w oczekiwaniu na ocalenie przez jakieś zewnętrzne siły, najpewniej Stany Zjednoczone. (str. 131)
Lista źródeł, z jakich korzystał autor jest imponująca, a indeks nazwisk i dzieł pojawiających się na jej kartach liczy ponad dwadzieścia stron. 
Pojawia się tu sporo znanych nazwisk, a jeszcze więcej takich, które nieobeznanemu czytelnikowi niewiele powiedzą, ale choć autor opisuje zachowania konkretnych ludzi tak naprawdę pokazuje zachowanie całego narodu. I choć istniały wyjątki, które podejmowały walkę, to gro Francuzów akceptowało, albo jedynie dystansowało się od otaczającej rzeczywistości. Autor próbuje znaleźć odpowiedzi na pytania o powód takich zachowań; godzenie się z okupacją, napiętnowanie obywateli żydowskich, czy wreszcie szybkie wymazanie z pamięci niechlubnej przeszłości wojennej.
Książka, choć momentami przytłacza wielością nazwisk, czy drobiazgowością opisu pobudza do refleksji na temat ludzkiej natury i zachowań człowieka w sytuacjach ekstremalnych.
Zawsze interesowało mnie, jak podczas wojny chroniono dziedzictwo kulturowe. 
Tratwa Meduzy
W jednej dziedzinie rząd Daladiera był jednak przygotowany. Już we wrześniu 1938 roku, po tym jak Niemcy zajęły Sudety, Mona Lisa i kilka innych arcydzieł tymczasowo wysłano do zamku Chambord w dolinie Loary. Rok później, kiedy wypowiedziano wojnę, w Luwrze wcielono w życie plan ewakuacji większości muzeum. W ciągu mniej niż miesiąca 3691 obrazów zdjęto ze ścian, starannie opakowano, załadowano do ciężarówek i w trzydziestu siedmiu konwojach wysłano do zamku Chambord, choć samą Monę Lisę przeniesiono wkrótce do Louvigny, w zachodniej części doliny Loary. Luwr miał pełne prawo być zadowolony z tej operacji. Ogromny obraz Veronesego, Gody w Kanie, wyjęto z ram i zwinięto, a niewiele mniejszą Tratwę Meduzy Gericaulta umieszczono do transportu w długim, drewnianym kontenerze. Wiele posągów i rzeźb musiano jednak zostawić na jakiś czas w piwnicach, później miano zbudować schrony przeciwlotnicze. Wyjątek uczyniono dla dwóch greckich skarbów, Nike z Samotraki i Wenus z Milo, które spędziły wojnę w zamku Valencay. (str.47- 48)
Mona Lisa (zdjęcie robione zza czyichś pleców)
Wkrótce po upadku Paryża Niemcy zażądali informacji, co stało się z 3691 obrazami, które w 1939 roku zostały zabrane z Luwru i ukryte w różnych miejscach Francji. Niektóre z nich przenoszono po kilka razy- Mona Lisa, zabrana w listopadzie 1939 roku z Chambord do Louvigny, w czerwcu 1940 roku trafiła do opactwa w Loc-Dieu, na wschód od Bordeaux, w październiku tego samego roku do Muzeum Ingres`a w pobliskim Montauban, a wreszcie w marcu 1943 roku do zamku Montal, w południowo-zachodniej części Francji, gdzie spędziła resztę wojny pod łóżkiem pewnego kuratora z Luwru. (str.198)
Za polecenie lektury dziękuję Zacofanemu w lekturze.
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.
I znów kłopot z etykietą; literatura francuska? wszak autor to Brytyjczyk urodzony w Brazylii:)

czwartek, 6 sierpnia 2015

Nocny pociąg do Lizbony Pascal Mercier


Pragnienie zmiany uporządkowanego życia to myśl przyświecająca wielu, ale tylko nieliczni zdobędą się na odwagę jej realizacji. Nie znam nikogo, kto zdecydowałby się na to pod wpływem impulsu, co nie znaczy, iż nie chciałabym poznać, a może jeszcze bardziej chciałabym umieć sama się na to zdobyć. A z drugiej strony może lepiej realizować swoje zamierzenia i żyć w zgodzie z samym sobą, niż czekać na impuls, który zmieni utarty bieg życia i nada mu sens. 
Tyle, że nie każdy ma taką możliwość.
Książka Merciera Pascala to książka o duchowej podróży w głąb siebie. Gregorius ponad pięćdziesięcioletni nauczyciel języków klasycznych prowadzący ustabilizowane, nieco nudnawe życie w jednej chwili porzuca wszystko, wychodzi w trakcie lekcji z klasy i wsiada w pociąg do Lizbony. Jedzie, aby poznać człowieka, którego słowa go urzekły. 
Błędem jest sądzić, że decydujące chwile życia, w których zmienia się na zawsze utarty bieg, muszą cechować się głośnym jaskrawym dramatyzmem, podmywanym silnymi, wewnętrznymi wzburzeniami. […] W rzeczywistości dramatyzm determinującego życie doświadczenia jest często niewiarygodnie cichy.  (str. 43)
Impulsem jest przypadkowe spotkanie kobiety, która wygląda, jakby chciała skoczyć z mostu, chwila rozmowy z nią, podczas której ulega czarowi wymowy portugalskiego słowa oraz lektura książki "Złotnik słów" portugalskiego lekarza Amadeu de Prado. Pełna filozoficznych przemyśleń książka sprawia, że starzejący się mężczyzna odnajduje duchową więź z człowiekiem, którego nigdy w życiu nie spotkał. 
Połączyła ich miłość do słów. Fascynacja słowami spowodowała, iż obaj nie potrafią odnaleźć się w realnym świecie i zbudować relacji z otoczeniem. Nauczyciel ucieka w świat literatury, tłumaczeń i nauki języków obcych, lekarz, niespełniony poeta przelewa swe myśli na papier zapisując refleksje o życiu i śmierci, przyjaźni i lojalności, rodzicielstwie, miłości, oczekiwaniach, nadziejach oraz pisze listy, których nigdy nie wyśle. 
Książka napisana została po portugalsku, co sprawia, iż uczący się tego języka nauczyciel tłumaczy ją powoli, a lekturę przeplata spotkaniami z ludźmi, którzy znali Prado. 
Gregorius zwlekał z otworzeniem książki Prado. […] Jak będzie po ostatnim zdaniu? Zawsze bał się ostatniego zdania, a od połowy każdej książki regularnie dręczyła go myśl, że ostatnie zdanie niechybnie nastąpi. (str. 264)
Wszystko to na tle historii Portugalii; dyktatury Salazara i ruchu oporu a także na tle Lizbony; nostalgicznej, smutnej i pięknej. 
Jest w tej książce jakiś nieokreślony smutek, który przywodzi na myśl tęsknie wyśpiewywane fado. 
Czy myśl o upływającym czasie i śmierci powodowała, że nagle człowiek nie wiedział już czego chce? Że nie rozpoznawał własnej woli? Że tracił oczywistą znajomość swoich chęci? I w ten sposób stawał się dla samego siebie kimś obcym, problematycznym? (str.74)
Kiedy zyskujemy pewność, że nigdy nie osiągniemy pełni, wtedy nagle nie wiemy, jak powinniśmy przeżyć czas, bo nie możemy już przeżywać go w nadziei na spełnienie. (str. 184)
Wiele z refleksji, jakie snuje Prado, czy Gregorius przemawiało do mnie, bo stanowiło lustrzane odbicie moich myśli, jak choćby ta o postrzeganiu własnej osoby. Kiedy Gregorius obserwuje swoje odbicie w szybie i zastanawia się, co widzą inni.
Pomyślałem, że nigdy, ani przez chwilę w życiu, nie byłem taki, na jakiego wyglądałem i jakie sprawiałem wrażenie. Ani w szkole, ani na studiach, ani w pracy. Czy inni ludzie także nie rozpoznają się w swoim zewnętrznym obrazie? Czy ten obraz wydaje im się maską pełną niezgrabnych grymasów? Czy z przerażeniem zauważą przepaść między sposobem, w jaki postrzegają ich inni, a sposobem, w jaki odbierają samych siebie? (str. 77) 
Czy wówczas, kiedy dochodzi do wniosku, że rozmowa jest tylko wypowiadaniem słów, a nie wymianą myśli. 
Książka jest kopalnią refleksji i filozoficznych rozważań. Z wieloma z nich się zgadzam, wiele jest odkrywczych, nad wieloma długo się zastanawiałam. 
Niektóre jednak sięgają tak głęboko, że stają się trochę nieczytelne, inne są niepotrzebnie powtórzone, choć to chyba celowy zamysł autora (dla mnie nieprzekonywujący).
Nie umniejsza to jednak mojej wysokiej oceny książki. 
Poza pobudzającą do zastanowienia warstwą filozoficzną dałam się wciągnąć także w fabułę, która choć ma drugorzędne znaczenie jest interesująca i zaskakująca. Ciekawym zabiegiem była możliwość poznawania historii bohatera z różnych punktów widzenia, składanie jej niczym puzzli w całość. 
Polecam tym, którzy są gotowi na podróż w głąb siebie. 
Jeśli nie zgadzacie się z myślą, iż „Życie nie jest tym, co przeżywamy, jest tym, co wyobrażamy sobie, że przeżywamy” (str. 376) to chyba nie jesteście jeszcze gotowi na odbycie tej podróży. 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję paren. Jest to dla mnie tym cenniejsze doświadczenie, gdyż Lizbona jest celem tegorocznej podróży nie tylko w głąb siebie, ale także na ten skrawek Europy, który kiedyś nazywano końcem świata. 
W sieci odnalazłam filmową ekranizację z Jeremy Ironsem w roli profesora Gregoriusa. Jak to często bywa film nie jest wierną adaptacją, gubią się tutaj niuanse i filozoficzne rozważania, pominięto pewne postacie, wprowadzono inne zakończenie, ale mimo to wart jest obejrzenia. Jednak gdybym oglądała go nie znając książki moje wrażenia byłyby zupełnie inne.

Zaliczyłam do literatury portugalskiej, choć napisał Szwajcar studiujący w Londynie i Heidelbergu i mieszkający w Niemczech. Przypisując etykiety mam problem z kwalifikacją książki- wg pochodzenia, narodowości, miejsca zamieszkania, czy tematyki książki. W tym przypadku uznałam, iż określenie jej mianem literatury portugalskiej jest jak najbardziej uzasadnione. 

środa, 29 lipca 2015

Dzienniki Dąbrowskiej - tom piąty

Skończyłam czytać Dzienniki. Trochę mi się ich lektura rozciągnęła w czasie, ale może to i dobrze, tyle tu ciekawostek, tyle rzeczy, które chciałoby się wynotować, zapamiętać. Tyle refleksji, które są mi szczególnie bliskie, jak ta poniższa w ostatnich dniach:

Obserwuję u siebie ohydną skłonność do siedzenia godzinami na krześle albo tapczanie bez ruchu w jakiejś bezmyślnej czarnej rozpaczy. Przedzieram się przez powracające stany prostracji, wydzieram z ciemności po omacku - to co chcę jeszcze powiedzieć, wyrazić, zostawić. 2.11.1958 r. 
I tyle nazwisk znajomych z różnych dziedzin życia. 
Ciekawa refleksja na temat dostojników świata katolickiego (przywodząca na myśl skojarzenia z Papieżem Franciszkiem) …Ciemne masy katolickie (w każdym razie w Polsce) i świeckie, i duchowne (księża) w ogromnej części nie są w stanie zrozumieć dwu papieży nowatorów, a nawet ich nienawidzą. [Jan XXIII i Paweł VI]. Czy Watykan zdoła wygrać walkę „o nowe” z własną swoją owczarnią? Co gorsza nasz Wyszyński, tak gorąco przyjmowany przez wielkiego Jana, jest podobno „le dur”[twardy] i sprzeciwia się wszelkim próbom Konkordatu, który jest jednak koniecznością w dziele tej ewolucji Kościoła. Podobno watykańskim kandydatem na Prymasa Polski jest nowy arcybiskup Wojtyła, człowiek nowego ducha. Ale prymasostwo jest dożywotnie ...Tylko, jeśli prawdą jest to co mówią o Wojtyle- dzisiejszy Kraków może być nosicielem nowego… 3.02.1964 r.
Po co je notuję, czy będę do nich kiedyś wracać, czy zdążę je przejrzeć po raz kolejny? A jednak fakt, że jeszcze to robię daje być może złudne poczucie sensu lektury. Kiedy pamięć coraz bardziej szwankuje takie wypisywanie pozwala utrwalić to, co w danej chwili jest mi bliskie/ważne. 
Tom piąty obejmuje lata 1958 – 1965. Ostatnie lata życia; pełne goryczy spowodowanej niemocą twórczą, zmęczeniem, chorobami, oczekiwaniem kresu. Pisanie ostatniej (niedokończonej) powieści Przygody człowieka myślącego to dla Dąbrowskiej męka. Czasami odnoszę wrażenie, iż robi wszystko inne, aby nie pisać kolejnych rozdziałów. 
Ale są to też lata niepozbawione radości dnia codziennego; spotkania z ludźmi, pisanie artykułów, lektury, wizyty w teatrze, na koncertach i najnowsze odkrycie - dziesiąta muza. Krytyczne uwagi na temat telewizji z wcześniejszych tomów zastąpił zachwyt nad filmem. Wielbiciele tej dziedziny sztuki mogą tu znaleźć uwagi na temat kultowych (i nie tylko) filmów z końca lat pięćdziesiątych i początków sześćdziesiątych (jak choćby Ostatni dzień lata, Popiół i diament, Dolce vita, Stracone złudzenia Grahama Greene`a, Awantura o Basię). Ponownie sporo miejsca zajmują opinie na temat przeczytanych lektur, czy obejrzanych spektakli, którym należałoby poświęcić odrębny wpis (wpisy).
I wciąż pojawia się refleksja dotycząca pisania Dzienników; strata czasu - czy dokumentowanie zdarzeń? 
…. Z powodu wydania fragmentów Dziennika Virginii Woolf jest parę cierpkich uwag o „dziennikach” pisarzy. Że są rzeczą zbędną i nawet niebezpieczną, stwarzają m.in. surogat twórczości, odciągający od twórczości prawdziwej. To mnie od razu zdetonowało i wprawiło w rozpacz, zniechęciło do kontynuowania „Dziennika”. W samej rzeczy, po cóż ja to robię? Sama się nudzę czytając…. 15.07.1958 r. 
A ja nie. Ja się nie nudziłam, choć przyznaję, że było parę fragmentów mniej zajmujących, zwłaszcza te, które dotyczyły fachowych rozważań nad literaturą czy osób, których nazwiska były mi zupełnie obce. A jednak to właśnie w piątym tomie występuje najwięcej bliskich mi postaci, bo one albo żyją nadal, albo żyją wciąż w mojej pamięci. Schyłek życia Dąbrowskiej zazębia się z początkiem mojego, dlatego z ciekawością czytałam o tym, co poprzedzało dzień mojego przyjścia na świat. W dniu tym Dąbrowska napisała „Tragedią starości nie jest starzenie się, ale to, że czujemy się młodzi”. Dziś nie potrafię się z tym zgodzić. Największą obawą przejmuje mnie to, iż mogłabym stracić radość istnienia i chcę się czuć młodo, choć może inaczej pojmujemy czucie się młodym.
Coraz mniej jest tu polityki, coraz więcej refleksji na temat życia i sztuki. Choć oczywiście nie sposób uniknąć polityki zupełnie, zwłaszcza tej, która zapisuje karty historii.
Od tygodnia konflikt Rosja-USA zaostrzył się tak, że właściwie wojna światowa, a właściwie globowa- bo to idzie o istnienie globu ziemskiego- wisi na włosku [kryzys kubański] Na lament ludzkości zgodzono się na jakieś rozmowy. Ludzie mówią „koniec świata odłożono o trzy tygodnie”- i trochę zelżało w sklepach, z których wykupywano już wszystko. To zdanie „koniec świata odłożony” brzmi jak żart, ale nie jest żartem. Poszło o Kubę… Ze względu na zbliżającą się wojnę atomową, a z nią koniec świata, zrobiłyśmy sobie dziś z Anną (a raczej Mela zrobiła) królewski obiad: barszczyk (domowego kiszenia) z kruchymi słonymi krążkami, wyborną kaczkę z jabłkami i czerwonym winem i na deser migdałowy tort. 28.10.1962 r. 
A mnie się przez długi czas wydawało, że młodość moich rodziców upływała niemal w sielance. I co ja przygotowałabym sobie na taki odłożony koniec świata? Sałatkę z rukoli i sushi z kieliszkiem białego wina.
No i to co staje się już istotą jej życia. 
Starość to najbardziej niespokojny okres życia. To miotanie się, jak na dworcu, z którego pociąg- ważny ostateczny pociąg ma niebawem odjechać. Męczący stan…. 15.07.1958 r. 
Jestem w o wiele większej dekompozycji duchowej, niż ktokolwiek może to sobie wyobrazić. Męczy mnie uczucie wypuszczania wszystkich spraw życia z ręki. …. Czuję się niewygodnie w istnieniu i nie wiem, czy to kwestia starości, czy po prostu nie umiem już sobie stworzyć warunków dobrych na samopoczucie. 28.04.1958 r. 
I chyba najbardziej optymistyczne zdanie z kresu podróży … Jak to się dzieje, że mimo tylu rozpaczy właściwie czuję się szczęśliwa? To już koniec nadchodzi, a mnie się ciągle zdaje, że znowu żyć zaczynam, że jeszcze tyle przede mną. 2.10.1958 r.
Zastanawiam się, jaką prawdę obiektywną postawiają dzienniki? Są przecież efektem rozmyślań ważnych i ważkich na daną chwilę, prawdziwych dziś, innych jutro, za miesiąc, rok czy dekadę. 
W ostatnim tomie jest dużo słów o doskwierającej samotności, ale są też i takie .. męczą mnie już ci goście-łaknę samotności, jak kania wody. Tylko do czego mi ta samotność potrzebna? Nie do twórczości, już, ale do napisania listu potrzebuję całego dnia spokoju, skupienia, bezludzia… 20.08.1958 r.
I ta ciągłe powracająca myśl aby nie całkiem umrzeć… wszyscy wierzący i niewierzący, módlcie się za mnie, abym żyła sto lat. Mam jeszcze coś do powiedzenia sobie, ludziom i czasom. A raczej, a raczej- coś do utrwalenia jako znak, symbol naszych rzeczy, czy też może mam do rozwiązania i uchwycenia w plastycznej konkretności abstrakcyjne symbole i znaki naszych czasów.. 7.07.1959 r.
Czy ta myśl nie przyświeca i nam piszącym blogi, chęć uchwycenia czegoś istotnego, wypowiedzenia jakiejś ważnej myśli tak do końca.