piątek, 13 lutego 2015

Jekyll & Hyde w Teatrze Muzycznym w Poznaniu

Doktor Jekyll i pan Hyde nowela Roberta Louisa Stevensona stanowi jedynie pretekst dla zilustrowania tezy o dwoistości ludzkiej natury w musicalu „Jekyll & Hyde”. Nie wiem, czy musical należy do ścisłego kanonu gatunku, prawdę mówiąc sama usłyszałam o nim przypadkiem na Poznańskiem Festiwalu duetów musicalowych i operetkowych, podczas którego wykonano dwa utwory z musicalu. Nie jest to tytuł na tyle utrwalony w świadomości znawców gatunku, aby nucić sobie wyśpiewywane w nim piosenki. A mimo to jest on pełen pięknych utworów, których słuchanie jest balsamem dla ucha (i ducha też). Pozwala na zaprezentowanie śpiewakom całego warsztatu umiejętności, a co może ważniejsze pozwala słuchaczom oderwać się od tego, co pozostawiono poza ścianami widowni i przenieść do XIX wiecznego Londynu, w którym doktor Jekyll usiłuje naprawić świat butnie uważając, iż uda mu się wypreparować (i wyeliminować) pierwiastek zła z natury człowieka. 
Do tej pory byłam gotowa zgodzić się ze zdaniem inżyniera Mamonia (z film Rejs), iż najbardziej podobają mi się melodie, które już raz słyszałam. Po obejrzeniu przedstawienia zmieniłam zdanie. 
Doktor Jekyll nie uzyskując zgody na przeprowadzenie medycznego
Janusz Kruciński w podwójnej roli (tu jako Hyde)
eksperymentu decyduje się poddać mu się osobiście. Odtwarzającego tę rolę Janusza Krucińskiego oglądamy, jako oddanego idei naukowca, nieco zapalczywego, acz subtelnego. Gdyby nie charakterystyczny wokal trudno byłoby go rozpoznać (brawa dla charakteryzacji). 
Po odmowie akceptacji dla jego badań przez członków rady nadzorczej szpitala Jekyll wypija miksturę i stopniowo przeistacza się w bestię; mści się na członkach rady (morduje ich), wcześniej ukazując całą obłudę ich postępowania. Zmiana Jekylla w Hyde`a pociąga za sobą zmianę wyglądu (potargany włos, rozpięta koszula, długi płaszcz, dzikość ruchów, większa ekspresja w zachowaniu) i zmianę głosu (ciepły i miękki zamienia się w ochrypły, rockowy, diaboliczny). W przeciwieństwie do bohatera noweli Stevensona musicalowy Jekyll dokonuje swoich eksperymentów ze szlachetnych pobudek, chce pomóc chorym ludziom. Jednak okazuje się, iż nie będzie w stanie zapanować nad bestią, która zamieszkała w jego ciele.

Podwójna rola jest nie lada wyzwaniem dla wokalisty. Właściwie cały musical stoi tą rolą. Pomijając już to, że jest to rola wymagająca sporych umiejętności aktorskich to wyzwaniem jest także częsta zmiana głosu. Janusz Kruciński (którego do tej pory znałam, jako genialnego wykonawcę roli Jeana Valjeana w Les Miserables w warszawskiej Romie, czy Bema pamięci żałobny rapsod z gdańskiego koncertu poświęconego pamięci Czesława Niemena) fantastycznie wywiązał się ze swego aktorsko-wokalnego zadania. Utwory, w których Jekyll prowadzi dialog z Hyde`m są majstersztykiem umiejętności wokalnych (kulminacją jest Konfrontacja). Pan Janusz sprawił, iż uwierzyłam kreowanym przez niego postaciom, wierzyłam w dobre intencje naukowca, usprawiedliwiłam nawet zemstę na członkach rady i współczułam, kiedy zło zapanowało nad jego duszą. To nie była tylko gra, na scenie znaleźli się dwaj tak różni panowie a każdy przenosił w swój świat. 
Tawerna Deacon Brodie w Edynburgu
Również pozostali odtwórcy ról wywiązali się świetnie ze swoich zadań. Mnie szczególnie do gustu przypadły panie: Monika Bestecka, jako Lucy (piosenkarka z klubu dla panów) oraz Ewa Łobaczewska, jako Emma (narzeczona doktora). Obie młode, świeże i zakochane w tym samym mężczyźnie i obie śpiewające przepięknie. Duet, jaki stworzyły śpiewając W jego oczach przypomina nieco duet Esmeraldy i Fleur de Lys (Soleil). Bardzo dobrą rolę wykreował też ojciec Emmy pan Wiesław Paprzycki.
Scenografia dość oszczędna w stylu (ale nie ascetyczna; nie odciągająca widza od wokalu, a wprowadzająca w klimat spektaklu) z kostiumami z epoki świetnie współgra z choreografią przygotowaną przez panią Paulinę Andrzejewską. 
Przerywnikami dla ciężkiej atmosfery spektaklu są sceny grupowe będące komentarzem zdarzeń rozgrywanych na scenie (jak powtarzająca się dwukrotnie Fasada, w której mowa o ukrywaniu się za maską konwenansów. Szczególną rolę odgrywa tutaj strój, jego zmiana kreuje odmienne zachowanie). Scena w nocnym klubie, w której Lucy śpiewa Niech się zjawią panowie przypominała mi nieco scenę z innego musicalu (Kabaret), ale nie jest jej kalką.
Musical przeniósł w świat, w którym ściera się dobro ze złem, świat jednocześnie tętniący grzechem, jak i skory do religijnej przesady, pełen występku, jak i fasadowej pobożności, pełen rozpasania, jak i skrajnej bigoterii, jak napisano w programie spektaklu.
Osobne brawa należą się dla orkiestry pod batutą Piotra Deptucha,
Tawerna imienia pierwowzoru Jekylla/Hyde`a
która grała płynnie i lekko, doskonale współbrzmiała z całością. 
Jeśli ktoś w musicalu lubi jedynie szczęśliwe zakończenia może poczuć się rozczarowany. Ten musical nie należy do lekkich i łatwych, a jednak dla wielbicieli pięknej muzyki i dobrego wykonania będzie to prawdziwa uczta.
Choć wcześniej napisałam, że przedstawienie stoi rolą jego tytułowego bohatera, to przecież to wynik współpracy wielu osób, a osobą, której zawdzięczamy efekt końcowy jest reżyser. Pan Sebastian Gonciarz powiedział, iż kocha ten musical i to się czuje. Myślę, że dzięki niemu jeszcze co najmniej parę osób go pokocha.
To było przedstawienie w stylu najlepszych produkcji Teatru Muzycznego Roma z Warszawy, a w moich ustach to chyba największy komplement. Czy to zasługa "desantu" z Warszawy, czy połączenie talentów wielkopolsko - mazowieckich nie mam pojęcia, ale najważniejsze, że efekt okazał się znakomity. I powiem tylko tyle, że chętnie obejrzę ponownie.
I jeszcze jedno, rzadko się to zdarza, ale uważam musical za o wiele bardziej udany i mogący przemówić do współczesnego widza lepiej, niż nowela Stevensona.
Podobno inspiracją dla Stevensona był niejaki William Brodie w dzień przykładny rajca miasta Edynburg, w nocy włamywacz i złodziej. Przy Królewskiej Mili mieści się upamiętniający go Pub, którego fotografie zamieściłam powyżej. 

11 komentarzy:

  1. Spędziłaś piękny wieczór! Między wersami czyta się radość i to najważniejsze :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedy piszę o musicalu, który mi się podoba i to bardzo, muszę mocno się hamować, aby nie pisać o unoszeniu się w powietrzu, bujaniu w obłokach, skrzydłach u ramion itp. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gosiu, nie mogę zrozumieć dlaczego przed nami hamujesz swoje przeżycia.
    Pamiętam Twoje wcześniejsze relacje z musicali. Wstawałaś, klaskałaś, śpiewałaś a nawet płakałaś...
    Czytając Twój post ( puszczałam zamieszczoną muzykę) razem z Tobą przeżywałam cały spektakl.
    I wiesz? miałam wrażenie, że w nim uczestniczę.
    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo to miłe, co piszesz, być może ja się starzeję, bo pomyślałam, że te moje naiwne achy i ochy są zbyt infantylne :) A może ostatnio troszkę podcięto mi skrzydełka.

      Usuń
    2. Gdybym miała pisać obiektywnie, w sposób wyważony i pozbawiony emocji, to już pewnie w życiu nie napisałabym ani jednego zdania ;-) Piszemy dla przyjemności, czy nie, droga Pani? :-) Małgosiu, nie daj sobie nigdy podciąć skrzydeł, niczyja negatywna opinia nie powinna mieć wpływu na to co piszesz i jak piszesz. W tym całym nieszczęsnym życiu zostało nam raptem kilka niewielkich terytoriów wolnego i nieskrępowanego wyrażania uczuć, myśli.
      Owszem, przyznaję, musicale to absolutnie nie moja bajka. I cóż z tego? Mnie wzrusza na przykład wątek murów budowli romańskiej, albo odcisk palców średniowiecznego murarza na cegle, księżyc na attyce takiej czy innej kamienicy ;-) I milion innych tego typu rzeczy. Mogę o tym pisać i będę o tym pisać, mój blog - moja przestrzeń wolności słowa. Dwa lata milczenia nauczyły mnie tego, że ludzka opinia... cóż. Zależy mi na opinii ludzi, którzy są dla mnie ważni.
      Przepraszam za ten niezwiązany całkiem z meritum wykład, o który mnie zresztą nikt nie prosił ;-)

      Usuń
    3. Ależ nie ma za co przepraszam, właściwie to myślę tak samo i też uważam, że pisanie pozbawione emocji przynajmniej w moim przypadku nie miałoby sensu. Wydawało mi się, że wyraziłam swą radość z uczestniczenia w tym właśnie wydarzeniu, po prostu niedostatek słów spowodował, iż nie chcąc używać tych samych zwrotów nieco utemperowałam swoją wypowiedź, co może nie do końca oddaje radość, jakiej byłam uczestnikiem. Wszystko wiąże się z pewnymi zawirowaniami pozablogowymi, o których nie chciałabym tutaj pisać, a które sprawiły, iż skrzydełka ... może nie tyle zostały podcięte, ale oklapły. Nie... opinią na temat wpisów bym się nie przejmowała (chyba miałam szczęście, iż mnie takowa prawie nie spotkała) to raczej auto... nie wiem, jak napisać- cenzura, nie... coś co kazało mi tym razem pisać mniej emocjonalnie, teraz myślę, że może ze szkodą dla samego przedstawienia, które było dla mnie rewelacyjne, podczas którego, ani razu nie pomyślałam o czymkolwiek innym, co nie odnosiło się do muzyki, śpiewu i choreografii, gdzie każdy kolejny utwór powodował, że mówiłam sobie trwaj chwilo i nie przemijaj, gdzie nie czułam zmęczenia, zapomniałam o zmartwieniach i jeśli nie pod sufitem, to unosiłam się gdzieś pomiędzy orkiestronem a sceną :) I też tak mam, że lubię słuchać, czytać, oglądać czyjeś pasje, nawet, jeśli kompletnie nie znam się, nie interesują mnie, nie porywają. To właśnie ta pasja porywa, ona potrafi zarazić i zdarza się, że tak zarażona sięgam po coś, po co nigdy bym wcześniej nie sięgnęła, przynajmniej, aby przekonać się, czy i mnie nie porwie, n ie zachwyci. Chyba wyraziłam się nieprecyzyjnie, jeśli wywnioskowałaś z tego, że mogłabym utracić radość z dzielenia się przeżyciami z powodu czyichś kompleksów.

      Usuń
    4. Miało być- nie ma za co przepraszać.

      Usuń
    5. To bardzo dobrze! Właśnie chyba zrozumiałam coś takiego... ale to pewnie ze względu na jakieś własne doświadczenia, zwykła projekcja jak to często bywa. Cieszę się, że nic się nie zmieni w Twoim pisaniu i podzielam zdanie, że kiedy jest pasja, to wyczuwa się to doskonale w tekście. I ja u Ciebie jak najbardziej zawsze ją mogę odczytać, bez względu na to czy jest bardziej czy mniej emocjonalnie wyrażana, vide mój pierwszy komentarz. A zawirowania... niech wszystko się uspokoi, na ile to możliwe i popłynie takim spokojnym nurtem, tego życzę.

      Usuń
    6. Cieszę się, że udało mi się teraz lepiej wyartykułować moją myśl. Słowa jak się okazuje bywają czasami zbyt wieloznaczne.

      Usuń
  4. Jak zwykle bardzo ciekawy post.
    Kocham muzykę i chętnie oglądałabym muzyczne widowiska, ale moje życie jednak ułozyło się tak, że nie jest to możliwe.
    Dlatego chętnie czytam Twoje relacje Gosiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zawsze możemy dostać, to co chcielibyśmy, dobrze że umiemy się cieszyć nawet namiastką tego, co sprawia radość. No i mamy you-tube, który daje nam czasami nikłe, ale zawszeć jakieś pojęcie, jakiś rodzaj przyjemności słuchania muzyki

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).