niedziela, 25 października 2015

Nad dachami Lizbony

Widok z miradouro Santa Luzia 

Chyba w żadnym jeszcze mieście, jakie odwiedzałam nie byłam tak często „narażona” na pokonywanie słabości i niechęci do wędrówki pod górę. Idąc na spacer, do sklepu, czy gdziekolwiek indziej nie sposób ominąć wspinaczki. Kto ma szczęście podjedzie tramwajem nr 28, albo jedną z licznych wind. Niestety w sezonie turystycznym (nie wiem do kiedy trwa, w każdym razie we wrześniu jeszcze - tak) wejście do windy dla przykładu Santa Justa - to kilkunastominutowe a nawet więcej oczekiwanie, a jazda tramwajem (jeśli nie ma się szczęścia) to podróż w tłoku, ścisku i nerwach. I choć kilkakrotnie udało mi się ją odbyć (z różnym rezultatem), a raz podjechałam windą to najpewniejsze okazują się własne nogi. Najpewniejsze, acz wymagające samozaparcia i niezłej kondycji. 
Malowniczość Lizbony to zasługa ukształtowania terenu. Położenie na wzgórzach sprawia, że punktów widokowych (tarasów- zwanych miradouro) na mapie miasta jest sporo. Oczywiście nie sposób obejrzeć go ze wszystkich stron, jeśli przebywa się tu zaledwie kilka dni, co nie oznacza, że nie próbujemy. Zupełnym przypadkiem, a 
Fragment dekoracji na kościółku  Santa Luzia
może wiedziona szóstym zmysłem zaraz po przylocie udałam się na spacer, wsiadłam w tramwaj nr 28 i dałam się wieść w nieznane. Bez planu i przygotowania (wszystko zostało w hotelu) wysiadłam na chybił trafił i okazało się, że trafiłam całkiem nieźle. Znalazłam się na punkcie widokowym Santa Luzia tuż obok Bramy Słońca (Portas do Sol) - jednej z kilku bram wiodących do arabskiego świata. Do chwili odbicia Lizbony z rąk Maurów w 1147 roku przez kilka wieków pozostawała ona pod rządami niewiernych. Miejsce dość popularne wśród turystów, było niemal puste, co pozwoliło na spokojną kontemplację czerwonych dachów Alafamy (najbardziej malowniczej dzielnicy miasta) i odbijających się w wodach Tagu słonecznych promieni. 
Na znajdującym się nieopodal kościółku św. Łucji przyciągają uwagę ułożone z niebiesko-białych płytek dekoracje (w tym widok Praca do Comercio sprzed wielkiego trzęsienia ziemi, jakie nawiedziło i zniszczyło sporą powierzchnię miasta w 1755 r.). 
W położonej tuż obok kawiarence wypiłam kawę i wysłuchałam pierwszego (jednego z wielu) ulicznych koncertów fado. Kiedy napływający tłum turystów zaczął zagłuszać muzykę przeniosłam się na olśniewająco biały plac Bramy Słońca. Jakaż adekwatna nazwa tego miejsca. Powietrze aż drżało od nadmiaru słońca, a 
Widok z Portas do Sol (Bramy Słońca)
rozświetlone niebo miało niesamowity kolor wakacji. Wszystko wydawało się, jakby przezroczyste i nieostre. Poczułam się oślepiona światłem, ale było to przyjemne uczucie. Nawet dość wysoka temperatura nie była w stanie zakłócić tej przyjemności. 
Stąd już całkiem niedaleko do Zamku Świętego Jerzego (Castelo de Sao Jorge). Krętymi uliczkami, stromymi schodkami, idąc wciąż wyżej dociera się na dziedziniec Zamkowy. Pisząc w poprzednim poście na temat Lizbony o nie odnalezieniu literackich śladów na mapie miasta, nie wspomniałam o nadziei na zobaczenie miejsca, które było świadkiem opisywanych w Historii oblężenia Lizbony wydarzeń. Zdobycie Zamku (1147 r.) przez Alfonso Henriquesa przyniosło krajowi niepodległość, a samego zdobywcę uczyniło pierwszym portugalskim królem. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy dowiedziałam się, że to co oglądam to tylko replika budowli powstała kilkadziesiąt lat temu z inicjatywy dyktatora Salazara. No 
Widok z Zamku Św. Jerzego (ruiny goryckiej świątyni i winda Santa Justa)
cóż, budowla może nie ta sama, ale miejsce autentyczne (pozwalające dać upust wyobraźni) a do tego jakiż wspaniały punkt obserwacyjny. Można stąd objąć wzrokiem niemal cały Praca do Comercio (przywodzący skojarzenia z widokiem na Canale Grande z pomiędzy Campanilli a Palazzo Ducale), gotyckie ruiny Ingreja do Carmo, most 25 kwietnia, figurę Chrystusa na drugim brzegu rzeki, uliczki i place dzielnicy Baixa a także wijącą się wstęgę Tagu. 
Kolejnym punktem widokowym, z którego widok zapiera dech w piersi a nogi czyni miękkimi, jak z waty jest Kopuła Panteonu (czyli Kościoła Santa Engracia.) Do Świątyni wybrałam się z powodu mojej „dziwacznej” (jak niektórzy to określają) fascynacji do odwiedzania nekropolii. Sądziłam błędnie, iż tutaj spoczęły kości wspomnianego wyżej pierwszego króla Portugalii Alfonsa I Zdobywcy (Alfonso Henriquesa), jak również Henryka Żeglarza, a także Vasco da Gamy wielkiego podróżnika. Okazało się, iż te nagrobki są symboliczne, a groby puste. Tutaj natomiast spoczęła Amelia Rodrigues, która rozsławiła portugalskie fado. 
Widok spod kopuły Panteonu
W cenie biletu poza możliwością obejrzenia nagrobków i cenotafów jest… a jakże wspinaczka na „dziedziniec” kopuły. Na szczycie świątyni odczuwałam coś w rodzaju uczucia, jakie towarzyszy zapewne zdobywcom górskich szczytów; satysfakcji z pokonania własnych ograniczeń i poczucia radości ze znalezienia się wysoko ponad ziemią w towarzystwie (li tylko) ptaków. Świątynia nie cieszy się tak dużą popularnością, jak np. Wieża w Belem, której zdobycie wymaga sporego wysiłku; nie tylko pokonania kilkudziesięciu schodków, ale w dodatku uczynienia tego w dość szybkim tempie (jednokierunkowy ruch i brak zaułków uniemożliwia zatrzymywanie się podczas wspinaczki).

Dzisiaj kiedy znam powód mojego permanentnego od paru (a może parunastu) miesięcy zmęczenia i szybkiego męczenia się jestem pod wrażeniem samozaparcia z jakim przezwyciężałam kolejne "pod górkę"...

14 komentarzy:

  1. Świetne zdjęcia i oczywiście interesujące wrażenia .......

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię takie kadry. Widok na miasto z lotu ptaka pozwala lepiej dojrzeć misterię układu ulic i rozlokowania całego miasta. Zadziwia jednakowa barwa tych dachów. Czyżby rządził tym jakiś przepis ?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja także lubię perspektywę z lotu ptaka. A co do koloru dachów- nie mam pojęcia, ale myślę sobie, że może nie bez znaczenia jest fakt, że większość miasto została odbudowana po roku 1755 - roku wielkiego trzęsienia ziemi, które zniszczyło sporą część miasta.

    OdpowiedzUsuń
  4. Troche mnie to martwi, ze Lizbona stala sie modna, bo jak Paryz czy Londyn moga pomiescic wszystkich, tak ta malutka Lizbona musi pekac w szwach w sezonie. Co prawda kolejki do Santa Justy mnie nie dotycza, bo bym ze starchu zeszla na zawal serca, ale lubie sie szwendac pustawymi uliczkami, chodzic bez planu, spotykac Lizbonczykow, pytac o droge w kaleczonym portugalskim i udawac, ze chociaz przez chwile jestem mieszkancem tego miasta, chociaz wiadomo, ze przyjezdnym :)

    OdpowiedzUsuń
  5. W porównaniu z Londynem to odwiedzających było sporo mniej, ale z uwagi na to, że Lizbona jest stosunkowo malutka (samo centrum stanowiące cel odwiedzin turystów) to odczuwało się nadmierne zagęszczenie - i to głównie w środkach komunikacji, windach i przy bardziej obleganych atrakcjach. Paradoksalnie spokojniej było w Londynie niż w Lizbonie, ale to chyba kwestia przypadku. Widzę, że masz podobnie i marzy ci się "zawłaszczanie" uliczek dla siebie :) takie chwile są bezcenne.

    OdpowiedzUsuń
  6. Małgosiu, nawet nie wiesz jak bardzo chcę być znowu w Lizbonie.Przeżyłam tam niezapomniane chwile.
    W labiryncie wąskich, krętych, brukowanych uliczek Alfamy i Barro Alto mogłam wspinać się bez znudzenia całymi godzinami. Podobno lizbońskie ulice i uliczki zaliczane są do najbardziej stromych na świecie.
    Przyglądałam się fasadom starych kamienic i ich mieszkańcom. Patrzyłam z zachwytem na sąsiadki rozmawiające przez okna swoich domów. Na podwórkach czuć zapach pieczonych sardynek a w sieniach do sprzedaży wystawione były solone dorsze.
    Pozdrawiam serdecznie:)*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli tak, jak ja w Paryżu, czy którymś z moich trzech ukochanych włoskich miast to wiem doskonale :) Ja nigdy nie lubiłam się wspinać/ wchodzić pod górę, a ostatnio z powodów (nazwijmy je) organicznych nie mogę tego robić. Ale idzie ku dobremu, więc jest szansa na odmianę. Pozdrawiam

      Usuń
  7. Cudowne miejsce i bajeczne widoki! :-) Błękitne niebo i równie błękitne azulejos - piękne są te płytki!
    Lizbona to jedno z moich podróżniczych marzeń, jak dotąd niespełnionych. Musiałabym wybrać się tam zimą, bo serdecznie nie znoszę upałów. Może kiedyś, kto wie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja także nie znoszę upałów. Dlatego podróżuję we wrześniu, choć i wtedy czasami przypiecze. Ale zima to też dobry pomysł i na brak upałów i mnogości turystów.

      Usuń
  8. Prześliczny opis Lizbony.
    Z przyjemnością go przeczytałam.
    To mi musi wystarczyć.
    Gdyż Lizbona jest tylko w moich nie spełnionych marzeniach.
    Pozdrawiam sobotnio:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie jest nieprzewidywalne i czasem spełniają się nawet te nieosiągalne wydawałoby się marzenia :)

      Usuń
  9. W Stambule jest podobnie: góra, dół, góra, dół... Malownicze to, ale męczące:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Gdyby nie utrudniony dostęp do ułatwiających życie środków komunikacji byłoby całkiem miło, a tak trzeba się trochę umęczyć, albo wybrać inny cel podróży. Myślę jednak, że oba miasta oferują tak wiele, że warto się troszkę umęczyć, jednak mieszkać to ja raczej bym tam nie mogła:)

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).