wtorek, 27 stycznia 2015

Toulouse-Lautrec Biografia autorstwa Julii Frey


Czytałam Moulin Rouge Pierra La Mure i byłam przekonana, iż ciekawszej książki na temat hrabiego Henriego Toulouse Lautreca, malarza, skandalisty, kalekiego karła, autora litografii, plakatów, okładek książek i nut, bywalca najmroczniejszych zaułków Paryża schyłku XIX wieku, bywalca wystaw malarskich, cyrków, teatrów, zawodów sportowych, tancbud, kabaretów, domów publicznych nie znajdę. Myliłam się. Książka La Mure to w zasadzie powieść biograficzna i choć zawiera ona sporo informacji, które można uznać za rzetelne, to jednak beletrystyka. Nawiasem mówiąc bardzo dobra beletrystyka, aczkolwiek mam wrażenie, że samemu bohaterowi nie przypadłaby do gustu. La Mure przedstawia malarza niemal wyłącznie, jako człowieka nieszczęśliwego, skupionego na poszukiwaniu miłości, której nie odnalazł, a tym samym człowieka niespełnionego. Nawet, jeśli Henri cierpiał z tego powodu nigdy nie pozwoliłby, aby ktokolwiek (w tym czytelnicy historii jego życia) litowali się nad nim. 
Julia Frey opisuje Henriego w sposób o wiele bardziej zróżnicowany, wymykający się schematom. Henry to człowiek o nieograniczonym apetycie na życie we wszelkich jego aspektach, przy czym miłość jest jednym (a nie jedynym) z nich. 
Autorka wykonała mrówczą pracę przedzierając się przez gąszcz
źródeł oraz korespondencję malarza i jego bliskich, aby wyłonić z nich portret jak najbliższy prawdy. Jest to portret podobny do obrazów, jakie malował Henri; wieloznaczny, dający szerokie pole do interpretacji; jego bohater nie jest może piękny, ale za to jest niezwykle zajmujący, autorka maluje tak, jak gdyby zajrzała w głąb duszy artysty, bez hołubienia, ale z dużą dozą sympatii. 
Arystokratyczny rodowód, nazwisko, które zobowiązuje (przez całe życie będzie zarówno pomocą, jak i balastem), spokrewnieni rodzice -kuzynostwo w pierwszej linii (czego efektem było kalectwo syna), niedopasowanie charakterologiczne matki i ojca (ona - żarliwa katoliczka, purytanka, żeby nie powiedzieć dewotka, zapatrzona w syna i oddana modlitwom, on - lekkoduch, nie potrafiący zagrzać miejsca, prowadzący koczownicy tryb życia, żyjący na pokaz), ułomność fizyczna i brzydota to dziedzictwo Henriego. Dziedzictwo, które ciążyło, jak garb, a które determinowało jego zachowanie i sposób życia.
Życie z powściągliwą w okazywaniu uczuć matką i rzadkie kontakty z ojcem nauczyły go od dzieciństwa interpretować wszystkie odcienie skrywanych emocji. Str.218
Kiedy dodamy do tego liczne pobyty w uzdrowiskach i zakładach zamkniętych nie dziwi pancerz cynika, jaki przybierał Henri.
Wrażliwy i skryty uwielbiał być w centrum zainteresowania, bawić towarzystwo, błaznować, szokować mieszczańską społeczność. Z jednej strony miał poczucie sprzeniewierzania się wartościom pielęgnowanym przez jego arystokratycznych przodków, a z drugiej nie potrafił żyć konwenansami. Rodzina (a zwłaszcza ojciec) oczekiwała, iż zaszyje się gdzieś na prowincji, nie wystawiając na widok publiczny, tymczasem Henriego rozpierała zachłanna pasja życia i tworzenia. 
Lubił się wyróżniać, chciał być popularny, przeciętność i normalność były mu obce. Pragnienie popularności zaspokajał „masową” produkcją swoich dzieł (publikacja reprodukcji w prasie, plakaty, okładki książek i nut). Bulwersował otoczenie zarówno swoją sztuką (jej techniką i tematyką), jak i swoim życiem (alkoholizm, wizyty w tancbudach i najbardziej podejrzanych spelunkach, pozostawanie w dobrych stosunkach z prostytutkami, czasowe mieszkanie w burdelach, które wyznaczał też na miejsce spotkań z wydawcami czy marszandami). 
Był człowiekiem niezwykle towarzyskim, a jednocześnie bardzo samotnym, dobrym przyjacielem, ale też despotycznym tyranem dla bliskich, oddanym synem, niezwykle pracowitym człowiekiem, głodnym nowych doznań, wielbicielem wszelkich nowinek, zwolennikiem postępu. Człowiek o niezmiernie złożonej osobowości, a jednocześnie niezwykle utalentowany artysta.
…Henri prowadził bardzo bogate życie towarzyskie. … miał wielu serdecznych przyjaciół i dobrze się z nimi bawił. Jeżeli popadał w przygnębienie to tylko z kłopotów ze zdrowiem lub z pracą. Niewiele wiadomo o jego życiu intymnym, najwyraźniej stanowiło ono sferę odrębną w jego kontaktach z ludźmi, towarzysko natomiast lubił przebywać w większych gronach przyjaciół i znajomych. Jego przyjaźnie z mężczyznami, zarówno głębokie, jak i te bardziej powierzchowne, dawały mu wiele radości. Był ogólnie lubiany. Jego żarty nie były okrutne, a kpiąc ze swoich ułomności, ośmielał tych, których wprawiały one w zakłopotanie. Str. 224
A przy tym wszystkim
Jego przyjaciele, zarówno kobiety, jak i mężczyźni uważali, że przy całym swym nieodpartym uroku był bezlitosnym despotą. Str. 316.
Należał do osób, które umierają wcześnie, bo żyją zbyt intensywnie i zdawał sobie z tego sprawę. Syfilityk, który spędzał całe noce na hulankach, z kabaretów, czy knajp wychodził nad ranem, nadużywał alkoholu, zasypiał w miejscach publicznych, aby rano pojawić się w drukarni, gdzie osobiście nadzorował pracę nad litografiami. Bywalec Opery i Teatrów potrafił oglądać przedstawienia po kilkanaście razy, przy czym interesował go obraz; ruch, scenografia, gest, fragment postaci, układ dłoni, nie słuchał kwestii wypowiadanych, czy wyśpiewywanych przez aktorów. 
Bal w Moulin Rouge (z La Goulue na pierwszym planie)- mój ulubiony obraz malarza
Uwielbiał podglądać życie w jego najpodlejszych aspektach; obserwował tancerki, prostytutki, cyrkowców, sportowców, kryminalistów, pijaków, aby z brudu życia wyciągnąć jego piękno. Lubił obserwować kobiety lekkich obyczajów w sytuacjach, w których te nie musiały niczego udawać; po pracy, podczas toalety, przed wizytą u lekarza, kiedy były zmęczone, smutne, zgaszone, kiedy ich nagość nie budziła pożądania, ale współczucie, a może nawet jakąś tkliwość. 
Każda brzydota ma jakąś piękną stronę; fascynujące jest odkrywanie piękna tam, gdzie nikt inny go nie dostrzega. Str. 343
 
Klaunessa Cha-U-Kao, obraz zakupiony przez Camondo
Biografia jest bogatym źródłem informacji na temat Henriego, trudno oderwać się od lektury. Autorka już we wstępie zaznacza, że pisze o rzeczach potwierdzonych, a wszędzie tam, gdzie istnieją wątpliwości zaznacza to. Imponująca jest bibliografia, która zajmuje kilkanaście (ponad szesnaście) stron. Książka jest bogato ilustrowana, zarówno kolorowymi reprodukcjami sztandarowych dzieł Lautreca, jak i czarno-białymi rysunkami, fotografiami i reprodukcjami. Czyta się świetnie, co oznacza, iż tłumaczka wykonała dobrze swoją pracę. 
Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Ponieważ jednak uważał, że hulaszcze życie nie przeszkadza mu ciężko pracować, niepohamowane picie nie niszczy jego umiejętności i wyobraźni, a fizyczne upośledzenie wcale nie zmusza go do przestrzegania konwenansów, często sprawiał wrażenie, że sztuka wcale nie jest dla niego najważniejsza.  Str. 383
I jeszcze coś, co interesuje wszystkich bibliofilii. 
Mniej więcej w połowie lektury dotarło do mnie, iż brakuje mi informacji na temat upodobań literackich bohatera. Sprawa wyjaśniła się dopiero pod koniec lektury.
… Lautrec, podobnie, jak wielu francuskich arystokratów, manifestował postawę antyintelektualną. Jego czytelnicze gusta ograniczały się głównie do popularnych dzienników i tygodników, które zajmowały się przede wszystkim sensacjami dnia i zamieszczały erotyczne historyjki. Do takich właśnie czasopism rysował… 337-338
Thadee Natanson (polski wydawca i redaktor pisma) zauważył, że …gdy Henri był trzeźwy, jego uwagi dotyczące Balzaca wnikliwością ustępowały jedynie rozważaniom Prousta, lecz Henry był „o wiele bardziej ludzki”. …Trzeba jednak jasno powiedzieć, że towarzystwo intelektualistów interesowało Henriego tylko do pewnego stopnia. Str. 364
I na koniec najbardziej znane plakaty Henriego


Zdjęcia z Montrmartu mojego autorstwa obrazują kabarety, w których bywał  
O Toulouse-Lautrecu pisałam też tu

niedziela, 25 stycznia 2015

Wilk stepowy Hermann Hesse

Książkę kupiłam dawno temu, na fali zauroczenia twórczością Whartona. Tak, miałam i taki etap w życiu, dziś zauroczenie minęło, choć pozostał sentyment. Nadal też uważam jego książkę Tato za kawał dobrej literatury, choć mogę nie być obiektywna; książka dotyka bliskich mi zagadnień. 

Otóż w jednym w wywiadów Wharton wskazał Wilka Stepowego, jako książkę do której często powraca. Kupiłam, zajrzałam i odłożyłam na półkę. Od twego czasu, a było to kilkanaście lat temu zaglądałam jeszcze kilka razy i jakoś nie dałam się uwieść. Kilka miesięcy temu przeczytałam recenzję u Marlowa (raczej krytyczną, aczkolwiek nie odwodzącą od lektury). Sięgnęłam ponownie i udało mi się zanurzyć w świat wilka stepowego; z jednej strony samotnika, nonkonformisty, buntownika, indywidualisty, z drugiej człowieka, który nie potrafił znaleźć sobie miejsca w życiu. Harry Haller kontestował zastaną rzeczywistość; konwenanse, mieszczański tryb życia, zakłamanie, obłudę, sprzeciwiał się wojnie, a jednocześnie korzystał z dobrodziejstw tego zakłamanego świata. Szukał czegoś niezwykłego, sensu, magii, ulotności, wzruszeń, a żył zwyczajnie, wygodnie, po mieszczańsku. 

Wilk stepowy tkwi w wielu z nas, nie godzimy się na otaczający nas świat, wydaje nam się, że jesteśmy inni, chcemy być indywidualistami, a tak naprawdę nasz bunt tkwi gdzieś w środku i z zewnątrz może wyglądać śmiesznie, albo pozostaje w ogóle niezauważony. 
Harry jest interesującym bohaterem o złożonej naturze człowieka (wtłoczonego w pewne ramy życia społecznego) i dzikiego zwierzęcia (wolnego). Pokazanie bohatera z trzech punktów widzenia (trzech narratorów) daje możliwość pełniejszego obrazu. Bijący się z myślami Hary (nawet, jeśli w swym rozumowaniu błądzi, nawet, jeśli są to pseudofilozoficzne rozważania) budził moją ciekawość do chwili, kiedy spotkał Herminę, wówczas zamiast rozważań zanurza się w świat, którym do tej pory pogardzał; świat pospolitej rozrywki; nocne życie, knajpy, kobiety, alkohol, a w końcu magiczny teatr dla obłąkanych. Teatr pełen metafizyki, nie do końca dla mnie zrozumiałej. Może ten Harry, któremu wydawało się, iż jest inny, lepszy, wrażliwszy niż otoczenie, tak naprawdę niewiele się od tego otoczenia różnił, jego odmienność polegała na unikaniu ludzi i zamykaniu się w świecie myśli i literatury, ale jego rozważania pobudzały do refleksji (dialogu z bohaterem). Rozdarty pomiędzy tęsknotą za czymś wzniosłym (byciem wolnym, pacyfistą, człowiekiem żyjącym w harmonii z otoczeniem) a realnym światem (koniecznością podporządkowania, mieszczańskim życiem, chaosem świata, nadciągającą wojną) nie potrafi pojąć, iż nie można być jednocześnie wilkiem i człowiekiem. Kiedy daje się wciągnąć w świat dekadencji przestaje być wilkiem stepowym. 
Okazuje się, iż odmienna rzeczywistość, za którą tęsknił tkwiła tylko w jego wnętrzu.
A tak naprawdę zamiast tych poszukiwań, które prowadzą Harego donikąd,  wystarczy żyć i nauczyć się śmiechu, czyli doceniać piękno tkwiące w prostocie, drobiazgach, normalności.
Podkreśliłam całą masę cytatów, które podczas pierwszego czytania wydawały mi się interesujące, a które, kiedy chciałam zacytować straciły urok odkrywczości. 
Książka nie oczarowała mnie, ale uważam, że warto przeczytać, choćby po to, aby zamyślić się nad dwoistością natury, a może też potraktować, jako przestrogę przed poczuciem wyższości, z jakim stepowym wilkom zdarza się patrzeć na świat.

wtorek, 20 stycznia 2015

Kraków i okolice (nowy/stary blog)

Wyspiańskiego Planty z widokiem na Wawel (na wystawie Zawsze Młoda)
















Istniał kiedyś w blogosferze blog Kraków i okolice. Uwielbiałam tam zaglądać. Autentyczna miłość do miasta, erudycja, bystrość sądów, duża kultura i takt. Prowadząca bloga Ada stała się w pewien sposób pokrewną duszą, choć wirtualną. Żałowałam, że odkryłam go tak późno i byłam niepocieszona, kiedy blog z dnia na dzień został zlikwidowany. Miesiąc temu, będąc w Krakowie wciąż czerpałam inspirację z nieistniejącego już bloga, który tak mocno zapadł mi w pamięci. To dzięki niemu odwiedziłam po raz kolejny wystawę Zawsze Młoda. Ada pisała o niej tak entuzjastycznie, że jej zachwyt był zaraźliwy. Przechodząc przez kolejne sale przypominałam sobie fragmenty wpisów. Na niektóre obrazy patrzyłam oczami Ady, inne odkrywałam na własny użytek. Byłam niepocieszona, że nie mogę do tamtych relacji wrócić. 

Moje :) Planty z Wawelem za drzewami 

Kiedy spacerowałam pod Wawelem próbowałam odnaleźć pejzaże malowane przez młodopolskich malarzy. 
Z myślą o wpisie dotyczącym muzeum Mehoffera ponownie udałam się do domu narodzin Wyspiańskiego na Krupniczą 26. Choć, aby być całkowicie szczerą muszę przyznać, iż początkowo planowałam wizytę w rozśpiewanej Bronowickiej Chacie Rydla i dopiero fakt, iż zastałam posesję zamkniętą na cztery spusty spowodował, że udałam się po raz kolejny do Domu Mehoffera, aby tym razem bez przeszkód oddać się kontemplacji wyposażenia, obrazów, zdjęć, szkiców, witraży. 


A wieczorami szukałam świetlnych, kolorowych refleksów na Wiśle. To dzięki niej trafiłam do Bernardynów (a nie kościoła pod wezwaniem Św. Barbary, jak napisałam pierwotnie), w którym zauroczył mnie bogaty wystrój i przepiękna neapolitańska szopka. 
Gdybym chciała napisać o wszystkich inspiracjach jakimi podążałam tropem Ady wpis byłby o wiele dłuższy. Jednym z nich jest między innymi zakup Rozważań Marka Aureliusza. Nie jestem też pewna, czy zachęta do odwiedzenia Teatru Witkacego z Zakopanego nie pochodzi od Ady, a właśnie korzystając z gościnnych występów w Teatrze Szekspirowskim wybieram się na jedno z przedstawień.


Wczoraj odkryłam, że Ada reaktywowała swojego bloga. We wpisie powitalnym gospodyni wyjaśnia powody dłuższego zamilknięcia. Nie muszę chyba pisać, iż odkrycie to sprawiło mi ogromną radość, poczułam się tak, jakbym spotkała ponownie kogoś bliskiego, a dawno nie widzianego. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła ponownie wrócić do archiwalnych wpisów (o obrazach, spacerach, cmentarzach, kościołach, kapliczkach, Wiśle, Krakowie i jego okolicach). Mam tylko jedną obawę, czy teraz odważę się pisać o Krakowie.


Tego, kto znał boga nie muszę chyba namawiać na jego odwiedziny, tym, którzy nie znali polecam.
Chciałam utrwalić choć namiastkę piękna, jakie podziwiałam na blogu Kraków i okolice (refleksy świetlne na Wiśle)

piątek, 16 stycznia 2015

Mój drugi ożenek Józef Morton

Zachęcona kilkoma wpisami u koczowniczki dotyczącymi twórczości Józefa Mortona zakupiłam (w antykwariacie) Mój drugi ożenek. I był to dobry pomysł.
Polska wieś chwilę po zakończeniu drugiej wojny nie ma nic wspólnego z sielanką. Bardziej przypomina western, w którym mieszkańcy wioski zostają wciągnięci w walki pomiędzy zwolennikami nowego porządku (partyjni wspierani zbrojnym ramieniem UB) z obrońcami dawnego status quo (leśnymi). Tyle, że brak tu dobrego szeryfa, a ponieważ żadna ze stron nie przebiera w środkach wyroki śmierci z rygorem natychmiastowej wykonalności są tu na porządku dziennym. Mimo, że wojna już się skończyła, ludzie żyją w poczuciu niepewności i strachu; która ze stron zwycięży, czy nowe porządki będą trwałe i czy nie dojdzie do kolejnej wojny. A przede wszystkim czy otrzymana po reformie rolnej ziemia nie zostanie odebrana.
Do tego dochodzi bieda, ciemnota i chłopska mentalność.
W takiej scenerii poznajemy głównego bohatera Marcina, 50 letniego wdowca, któremu dopiero co obumarła żona, łączy on w sobie upór, pazerność, cwaniactwo i filozofię Kalego.
Marcin jest narratorem i to jego oczyma oglądamy mieszkańców wsi.
Gdybyśmy zdali się na jego osąd byłby to bardzo smutny obraz; dzieci czekające, aby się pozbyć rodziców i dorwać do ojcowizny, rodzice wyrzucający z domu swe potomstwo, aby nie przeszkadzało w realizacji planów powiększenia gospodarki, mężczyźni dorównujący w swej jurności spolegliwym i nieodmawiającym kobietom. 
Im bliżej poznajemy Marcina, tym mniejsze mamy zaufanie do jego osądu, gdyż dokonuje on ocen moralnych w celu usprawiedliwienia własnej niegodziwości.
Marcin prowadzi sam ze sobą dialog, w którym analizując za i przeciw zawsze znajduje usprawiedliwienie dla własnych postępków, jakkolwiek by one nie były podłe. Czy to chowając żonę w starych łachach, czy myśląc o ponownym ożenku już podczas pogrzebu, czy wyrzucając z domu dzieci, kiedy na widoku  stoi wiano  przyszłej małżonki - Marcin myśli wyłącznie o sobie.
Na pogrzebie żony;
Zerwał się płacz córki, załkał głośno chłopak, a ja… Ech, przecież przez tę śmierć spadła na mnie największa krzywda, bo jakie mnie życie teraz czekało? […] O nieboszczce nic a nic nie myślałem, bo na co jej było potrzebne myślenie? Ani losu jej by nie zmieniło, ani też w niczym nie mogłoby wpłynąć na jej pośmiertny żywot, jeżeli w ogóle czekał ją tam jaki żywot. [..]Ona tę śmierć już miała poza sobą, a przede mną stało jeszcze życie, ale jakie?
Na stypie;
Patrzyłem po wszystkich bez słowa, w milczeniu, ale w duchu nie byłem przeciwny takiemu gadaniu, bo prawdziwie, czy nie byłby dla mnie najlepszy właśnie taki drugi ożenek! Żeby jeszcze coś z życia wziąć, jeszcze się nim nacieszyć, głównie jednak, żeby do końca być gospodarzem na własnej ziemi i w swoim domu, a nie na łasce u kogoś, choćby to nawet były moje dzieci.
Po uzgodnieniu warunków przyszłego małżeństwa;
A Jadzia ….jeszcze jak panna i trzy morgi na nią stoją i jak mówi ta stara, są czyste, bez żadnych długów. Trzy morgi. Niby niemało! Powiększyć o tyle ziemi moją gospodarkę, a od razu bym się poczuł mocniej  na siłach, ale jak tu się z nią żenić. Przecież i kochać, by nie umiała, taka nieruchawa, ciężka, prawdziwa klępa! 
Zachowanie Marcina, którego pobudką jest pragnienie wzbogacenia połączone z fizycznym pożądaniem jest niezwykle irytujące. Czasami miałoby się ochotę udusić go gołymi rękoma, np. kiedy bez skrupułów wykorzystuje dobre serce sąsiadki, tudzież, kiedy bez mrugnięcia okiem wyrzuca z domu dzieci, jak tylko pojawia się kobieta z morgami.  I sama nie wiem, co bardziej irytuje zachowanie głównego bohatera, czy jego obłuda i zakłamanie.
A jednocześnie opowieść jest na tyle interesująca, że trudno oderwać się od lektury. Poza ciekawą warstwą fabularną autor utrwalił obraz powojennych realiów polskiej wsi. Powstawanie pierwszych spółdzielni, agitację nowych władz, bezwzględną walkę o władzę, w której żadna ze stron nie miała czystych rąk, obawy, czy otrzymane hektary nie zostaną odebrane, przepaść cywilizacyjną pomiędzy wsią a miastem, wyjazdy na zachód na szaber i do pracy w poszukiwaniu lepszego (łatwiejszego) życia, brak higieny oraz nieufność względem służby zdrowia.
Opis przygotowania do wizyty z ciężarną narzeczoną u lekarza wzbudza rozbawienie i zadziwienie.
… wieczorem, kiedym jej kazał postawić duży sagan wody na ogień- bo skoro mamy jechać do doktora, to trzeba się jej dobrze wymyć, żeby broń Boże, nie była brudna- spojrzała na mnie, jak na dziwoląga, któremu nie wiadomo, co przychodzi do głowy.
- Cóż to, od góry do dołu mam się myć?
- Tak, od góry do samego dołu, bo jak cię będzie badał całą…
- Ale chyba nie każe mi się rozbierać do naga!
-A mnie się wydaje, że każe, bo to taki babski doktór nie piersi ci będzie badał, lecz co innego, dlatego powinnaś być czysta.
Znów zobaczyłem w jej oczach przestrach, a o wiele większy niż poprzednio, żeby ją trochę uspokoić dodałem szybko:
-Zresztą dobrze nie wiem, jak będzie, ale na wszelki wypadek powinnaś się wymyć.

Sam pomysł fabuły budził we mnie skojarzenia z Chłopami Reymonta ale to zupełnie inny kaliber, mimo to Mój drugi ożenek to książka godna polecenia.


czwartek, 8 stycznia 2015

Król Lear wg Szekspira i wg Jana Klaty w Teatrze Starym w Krakowie

Źródło
Stary, osiemdziesięcioletni król postanawia rozdać majątek trzem córkom, sobie zostawiając jedynie tytuł królewski i monarszą godność. Aby dokonać sprawiedliwego w swoim zniedołężniałym umyśle podziału przeprowadza test miłości „powiedzcie mi córeczki, która z was najbardziej kocha tatusia”. Na to pytanie dwie starsze (Goneryla i Regana) prześcigają się w pochlebstwach, aby zyskać jak największe wiano. Ukochana, najmłodsza Kordelia wyznaje swe uczucia szczerze, acz powściągliwie. Lear wydziedzicza ją, ponieważ jej zapewnienia brzmią zbyt skromnie, za mało czołobitnie i kwieciście. Kordelia opuszcza kraj, a starty ojciec zamieszkuje raz u jednej, raz u drugiej z córek. Szybko okazuje się, iż zapewnienia Goneryli i Regany były jedynie pustymi frazesami, a córki mając dość przyzwyczajonego do uległości ojca zaczynają snuć intrygę mającą go ubezwłasnowolnić. Intrygi, kłamstwa i knowania prowadzą do tragedii.
Tak w wielkim skrócie można by opisać fabułę sztuki. Dramat Szekspira jest ponadczasowy. Uniwersalizm przekazu daje bogate pole do interpretacji. Moje pierwsze odczytanie to dramat człowieka, który nie potrafi dokonać właściwego osądu rzeczywistości, bo za bardzo uwierzył w siłę władzy. A ta wiara przesłaniała mu właściwe widzenie świata. To dramat władcy, który przekonany jest o własnej nieomylności. Dramat głodnego pochlebstw starca, który utraciwszy stanowisko czuje się głęboko nieszczęśliwy nie godząc się z tym, iż poddani przestają liczyć się z jego zdaniem, jego zachciankami, z nim samym wreszcie. 
Źródło
Król Lear to historia bezwzględnej walki o władzę, walki, w której cel uświęca środki. W tym przypadku to walka młodych ze starymi. Co tam rodzina, co tam starszeństwo, co tam szacunek, czy poczucie sprawiedliwości. Dla zdobycia tronu (lepszej pozycji, dziś powiedzielibyśmy kierowniczego stanowiska) można zrobić wszystko i żadna cena nie będzie w przekonaniu walczących zbyt wysoka. Co znaczy parę pochlebstw, kilka świństw, czy nawet zbrodnia, jeśli w grę wchodzi awans społeczny (zawodowy). Uczciwych pozostaje niewielu, ale przecież są i choć przegrywają to dają świadectwo, iż właśnie dzięki nim świat nadal trwa w swoich koleinach (Kordelia, Kent, Błazen). 
Przede wszystkim jednak Król Lear to dramat starzejącego się człowieka, który nie potrafi pogodzić się ze starością, zniedołężnieniem, odsunięciem na drugi plan. Starzec momentami budzący grozę, momentami uśmiech, a najczęściej współczucie. Potrząsa sznurkami, z których dawno zerwały się kukiełki. I sam wpada w pułapkę, którą zastawiał na innych. Upada, ale w swym upadku jest zarazem godny współczucia, jak i majestatyczny. 
Jest w tej sztuce tyle uniwersalnej prawdy, że aż dziw, iż tak rzadko jest wystawiana. Bezwzględna walka o władzę prowadzona w białych rękawiczkach to przecież nasza codzienność. Pochlebców zmieniających front z każdym powiewem wiatru widujemy codziennie, jak nie w zakładach pracy to w mediach. Pogoń za władzą, najbardziej dziś pożądanym towarem zaślepia wielu.
Źródło

W krakowskim Teatrze Starym Król Lear jest przedstawicielem władzy duchownej. Niesiony w lektyce, w białej szacie i złotych bucikach Lear to stary, zniedołężniały papież. Szekspirowski dramat walki o władzę w Teatrze Starym przeniesiony został za mury Watykanu (?) i przekształcony w walkę o prymat w kościele. I tak jak król Lear dzielił królestwo pomiędzy córki, tak papież Lear dzieli królestwo pomiędzy córki (Reganę i Gonerylę grają mężczyźni, prawdę mówiąc nie bardzo zrozumiałam dlaczego, wprowadzało to element groteskowy, kiedy dwóch panów zwracało się do siebie w formie żeńskiej). 
Jakkolwiek sam pomysł przeniesienia sztuki na płaszczyznę Kościoła nie budzi mojego sprzeciwu, to jednak pomysł uczynienia bohaterem sztuki zniedołężniałego, schorowanego, starego papieża może wywołać sprzeciw części odbiorców. Zwłaszcza, kiedy papieża zamyka się w szklanej klatce pokazując, jak bezsilny i bezradny jest wobec spisków i knowań podległych mu duchownych. 
W trakcie przedstawienia salę opuściło kilka osób, na szczęście obyło się to spokojnie i bez zakłócania przedstawienia. Jakkolwiek krytyczne miewam zdanie na temat przedstawienia jestem przeciwnikiem krzyków na widowni.
Im dłużej myślę o tym przedstawieniu tym bardziej dochodzę do wniosku, iż nie było ono być może złe, ale było za bardzo przeładowane. To nie był Szekspir, to raczej była analiza chorego środowiska duchownego przeprowadzona przy wykorzystaniu tekstu Szekspira. Nie całego Szekspira. W dodatku ze zmienionym finałem. Może i chyba, raczej… bowiem, to co w teatrze najważniejsze, czyli słowo okazało się w przedstawieniu nieczytelne. Nie wiem, czy to wina akustyki sali, kiepskiej dykcji aktorów, zbyt szybkiego (hiphopowego) wypowiadania tekstu, czy raczej licznych efektów akustycznych czyniących tekst (co najmniej w połowie) kompletnie niezrozumiałym. Wielu widzów ratowało się anglojęzycznymi napisami na bocznych ekranach (swoją drogą takie ekrany z tekstem to świetny pomysł. Może przydałby się także polski dla uczynienia przedstawienia bardziej
Źródło
zrozumiałym). Od tekstu odrywały efekty akustyczne (jęczenia, wycia, krzyki, nieartykułowane wyrażenia i dźwięki) oraz wizualne (skakanie, pląsy, połączenie tańca na rurze z tańcem Św. Wita). Jakkolwiek, wydaje mi się, iż zrozumiałam ideę pokazania świata, w którym to co nas otacza jest niezrozumiałe, to jednak idąc do teatru oczekuję czegoś innego. W tym wszystkim (rozedrganiu, hałasie, zgiełku) ginął Szekspir i dramat człowieka. 
Chciałabym powiedzieć, że aktorzy grali świetnie, ale nie umiem tego ocenić, ponieważ nie rozumiałam znacznej części wypowiadanych, a wręcz wykrzykiwanych kwestii. I nie ja jedna. Po przedstawieniu słyszałam glosy wyrażające zaniepokojenie, z powodu nie zrozumienia co najmniej połowy tekstu. 
Pomysł przeniesienia dramatu w świat władzy duchownej to pomysł dość kontrowersyjny, co było zresztą do przewidzenia znając poglądy reżysera. 
Było parę ciekawych trików, przede wszystkim widok sceny z lotu ptaka, albo z Boskiej perspektywy (motyw wspinania się aktorów pod górę, czy finałowa scena ułożenia się aktorów w pozycji kwiatu (?). Podobała mi się także otwierająca przedstawienie scena wnoszenia papieża w lektyce przy dźwiękach coveru „Nothing compares to you” brzmiącego, jak pieśń kościelna. Podobała mi się scenografia dość prosta, z pięknymi, lśniącymi, czystymi szatami aktorów. Nie wiem jednak, czy to wystarczające atuty przedstawienia.
Źródło
Przyznam, iż sama miałam ochotę wyjść w trakcie i to nie z powodu oburzenia pomysłem reżyserskim, ale z powodu znużenia. Poszłam na Szekspira, ale Szekspira tam nie znalazłam. 
Nie mam nic przeciwko uwspółcześnianiu, ciekawym wizjom, czy pomysłom w teatrze, ale do teatru idę przede wszystko po SŁOWO. A skoro tego słowa nie słyszę to chyba lepiej przeczytać Szekspira. 
A jego mogę polecić z czystym sumieniem, bo jego teksty pomagają zrozumieć i przeszłość i teraźniejszość i … niestety przyszłość.

piątek, 2 stycznia 2015

Co przyniósł rok miniony?

kto chce może się zabawić odszukaniem polskiego wyznania miłości na ścianie znajdującej się przy metrze Abbesses
Powyższe zdjęcie symbolizuje różnorodność (a może chaos) moich zainteresowań. Kiedy po raz pierwszy spotkałam się w Paryżu z Czarą, ta zaprowadziła mnie pod ścianę przy Zakątku Zakochanych i zrobiła test na odszukanie słowa <kocham cię> w tym gąszczu wielojęzycznych wyznań. Nie pamiętam, ile zajęło mi to czasu, ale zaraz potem poszłyśmy na kawę, więc chyba zaliczyłam test spostrzegawczości.
Zanim zaczęłam pisać zajrzałam do zeszłorocznego podsumowania, aby przekonać się, czy rok temu składałam jakieś deklaracje czytelnicze. Okazuje się, że zgodnie z założeniem zdecydowałam się pisać jedynie o wybranych pozycjach książkowych. Czas jest nieubłagany, a wielość zainteresowań nie pozwala na pisanie o każdej przeczytanej książce, każdym odwiedzonym miejscu, czy każdej przeżytej chwili (kino, teatr, koncert, galeria, itp.). Z jednej więc strony udało mi się sprawiedliwie dzielić czas pomiędzy różne dziedziny poznawania, a z drugiej żal, że znowuż uciekają w niepamięć nieopisane wrażenia. Ale, jak mawiał ktoś mądry - życie jest sztuką wyboru.

Pomnik W.Scotta w Edynburgu 
Czytelnicze statystyki zbliżone są do poprzedniego roku (70 pozycji), co oznacza niezły wynik biorąc pod uwagę fakt, iż był to dla mnie chyba najcięższy rok w karierze zawodowej. I nie chodzi o ilość pracy, bo tej, jak pamięcią sięgam od kilkunastu lat wciąż przybywa, ale o całą towarzyszącą jej otoczkę, stosunki międzyludzkie, podejście pracodawcy do pracowników, itp. itd. Tak ciężko, jak w tym roku nie było jeszcze nigdy, a stresogenna (żeby nie powiedzieć dosadniej) sytuacja w firmie przenosiła się na życie pozazawodowe. 

Czytelniczo to był rok pod znakiem Marii Dąbrowskiej (4 tomy Dzienników oraz opowiadania Ludzie stamtąd), Wiliama Szekspira (Makbet, Hamlet - pod wpływem szkockiej podróży, Sen nocy letniej oraz Poskromienie złośnicy),  Fiodora Dostojewskiego (Zbrodnia i kara, Bracia Karamazow, Idiota) oraz z lżejszej literatury Akunina (Azazel, Lewiatan, Turecki gambit). Największa ilość poznanych książek dotyczyła biografii (łącznie książek stricte i około biograficznych przeczytałam piętnaście). Sporo też było powrotów do lektur (Ligocka Tylko ja sama, Zweig Maria Stuart, Remarque Łuk Triumfalny), w tym do lektur czasów dzieciństwa (trzy książki z cyklu Ani, Piotruś Pan, Chłopcy z Placu Broni). Powroty często związane były z podróżami w miejsca związane z bohaterami wcześniej przeczytanych książek. Łuk Triumfalny z podróżą do Paryża, Maria Stuart z podróżą do Szkocji. Udało mi się przeczytać trzynaście książek napisanych przez polskich autorów, co nie jest wynikiem rewelacyjnym, ale idę w dobrym kierunku (dotychczas traktowałam literaturę rodzimą trochę po macoszemu). 
średniowieczny pierwowzór komiksu w Cluny

                                                                                                                                                                                                                    O najciekawszych przeczytanych w ubiegłym roku książkach wspominałam niedawno w trakcie zabawy blogowej. Były to Srebrzynek i ja Juana R. Jimeneza, Niebezpieczne związki Chodorlos de Laclos. Bardzo wysoko oceniam też Zamknięte drzwi Magdy Szabo. 

W minionym roku zdarzyło mi się coś, co rzadko mi się przydarza; nie dokończyłam lektury trzech książek (Samotnik z ulicy Rosengracht - Sarah Emily Miano, Francuska ścieżka Łysiaka i Podróż do Rzymu Alberto Moravia).
Podróżniczo - nie był to tak bogaty rok, jak ten wcześniejszy, ale i tak nie mogę narzekać. Trzykrotnie byłam w Warszawie (dwa razy w związku z koncertami, raz z powodów zawodowych), dwa razy w Paryżu, po razie w Rouen, Edynburgu, Rosylin, Krakowie i Poznaniu. Nierozerwalnie z podróżami łączą się wizyty w galeriach, teatrach i na koncertach. Odwiedziłam w tym roku szesnaście wystaw (do kolekcji moich impresjonistów dołączyłam kolejne dzieła z Muzeów Orsay (niezauważone wcześniej), Narodowego w Edynburgu, Luksemburskiego w Paryżu, Sztuki w Rouen). Z polskich duże wrażenie wywarły na mnie dzieła młodopolskich artystów w Kamienicy Szołayskich na wystawie Zawsze Młoda oraz w Muzeum Narodowym i Domu Mehoffera (w Krakowie), a także wystawa obrazów Gierymskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie. Na polecenie zasługuje także bardzo ciekawe, nowo powstałe interaktywne Muzeum Historii Żydów Polskich. Teraz dopiero widzę, iż mało powstało wpisów na ten odwiedzonych wystaw (może uda się to jeszcze nadrobić - choćby w pigułce).

W ogrodzie Włodzimierz Błocki na wystawie Zawsze młoda
                                                                                                                                                                                                                Udało mi się obejrzeć dziewięć przedstawień teatralnych; z czego o dwóch musicalowych - napisałam tu i tu. Pozostałe nie wywarły większego wrażenia (poza bardzo dobrym, choć ciężkim przedstawieniu Natasza Filipowna na podstawie Idioty Dostojewskiego w Teatrze Ateneum oraz całkiem udanym przedstawieniu Ciotki Karola w Teatrze Kwadrat w Warszawie - lekka, łatwa i do śmiechu ramotka). Dlatego pominęłam milczeniem przedstawienia Wiśniowy sad, Chory z urojenia, Seks dla opornych (ten zresztą bije rekordy popularności w gdańskim teatrze Wybrzeże i jest dobrze zagrany, choć treść nieco zawiodła moje oczekiwania). Natomiast o ostatnim przedstawieniu Król Lear wg Klaty w Teatrze Starym w Krakowie zamierzam napisać już niebawem.
Z niedowierzaniem podliczam uczestnictwo w koncertach; poza
przed koncertem u Piotra i Pawła
Garou i Bruno Pelletierem w Kongresowej, byłam na koncercie piosenki francuskiej Pod dachami Paryża (ładnie, ale ... nic nie urywało), koncercie pana Torzewskiego (pięknie śpiewa, ale lepiej podarowałby sobie konferansjerkę oraz "zabawianie" publiczności, w tym wyciąganie widzów na scenę, nie każdy to lubi, a niektórych to wręcz stresuje) byłam na bożonarodzeniowym koncercie muzyki poważnej w kościele św.św. Piotra i Pawła w Krakowie i było to piękne przeżycie. Mimo, iż było dość zimno nie chciało się wychodzić wysłuchawszy tych pięknych wykonań Bacha, Mozarta, Vivaldiego, Morricone oraz przepięknie
zaśpiewanych kolęd. 
Miłym zaskoczeniem były trzy polskie filmy, które w mizerii rodzimej produkcji oceniam dość wysoko; Bogowie (biograficzny film o Zbigniewie Relidze, Serce, serduszko J.J.Kolskiego oraz film, o którym ostatnio zrobiło się głośno Ida). Oczywiście w kinie byłam nieco więcej razy, ale pozostałe filmy nie wydały mi się warte wspominania.