niedziela, 15 lutego 2015

Savonarola i Florentyńczycy Norbert Hugede


Osobą Savonaroli zainteresowałam się ze względu na wpływ, jaki ten fanatyk religijny wywarł na Michała Anioła. Tak więc już na samym początku mój stosunek do Savonaroli był delikatnie mówiąc niezbyt przyjazny.   

Norbet Hugede próbuje odpowiedzieć na pytanie, które zajmuje badaczy od wieków, kim był Girolamo Savonarola; anioł, czy diabeł, święty, czy antychryst, prorok, czy szaleniec. A może wplątany w polityczne rozgrywki nieszczęśnik, naiwny mnich, któremu wydawało się, że potrafi sam zreformować kościół. 
Historia jego życia stanowi gotowy scenariusz filmowy. Z nieznanego nikomu zakonnika staje się duchowym przywódcą Florencji, miasta, o wielkim znaczeniu dla renesansowych Włoch, spotyka się z Medyceuszami, członkami rady miasta, przedstawicielami wyższego duchowieństwa, a nawet Karolem V (szaleńcem i wizjonerem jemu podobnym, może dlatego tych dwoje potrafiło się dogadać). 
Początkowo kiepski mówca, nie znajduje posłuchu wśród wiernych i zostaje zesłany na prowincję, aby wygłaszać kazania dla zakonników. Z czasem nabiera ogłady, a jego prorocze, apokaliptyczne wizje trafiają na podatny grunt. Ściągnięty do Florencji na zaproszenie Pico della Mirandoli zostaje wkrótce przeorem klasztoru San Marco. W rządzonej przez Medyceuszy Florencji coraz więcej obywateli wyraża niezadowolenie z zarządzania miastem. Kazania uderzające we władzę, bogactwo i niesprawiedliwość społeczną szybko zyskują poklask. Girolamo ma umiejętności aktorskie (chyba sam ich sobie nie
Na pomniku w Ferrarze - w charakterystycznej uduchowionej pozie
uświadamia), które powodują, iż jego gesty, intonacja głosu, nagłe  zamilknięcia, teatralność ruchów sprawiają, iż ludzie chętnie go słuchają. Najpierw z ciekawości, potem zaczynają wierzyć w jego proroctwa, zwłaszcza, kiedy kilkakrotnie udaje mu się przewidzieć przyszłość. Apokaliptyczne wizje znajdują posłuch wśród mieszkańców.  
Początkowo, nikt nie protestuje, kiedy jego wyznawcy łupią domy zamożnych obywateli okradając je ze wszystkiego, co ich zdaniem zbędne; biżuterii, pięknych strojów, wytwornych przedmiotów użytkowych i przede wszystkim książek, rzeźb, obrazów. Wzywa do rezygnacji z rozkoszy tego świata nawołując do pokuty, wstrzemięźliwości, pokory. I co dziwne jego zwolennikami zostają nie tylko zwykli florentyńczycy, ale też wiele światłych umysłów. Sandro Boticelli sam przynosi swoje obrazy aby unicestwić je na stosie próżności. 
Dla sprawiedliwości trzeba oddać, iż sam Girolamo żyje bardzo skromnie i wstrzemięźliwie, nie daje się przekupić ani bogactwem, ani obietnicą władzy. Głęboko wierzy w to czego naucza. Jest bezkompromisowy i nieprzekupny. Tak samo zawzięcie zwalcza Medyceuszy, za ich ostentacyjne bogactwo, brak pokory, szafowanie humanistycznymi poglądami, które stanowią zagrożenie dla nauk kościoła, jak i papiestwo za jego wynaturzenia; sprzedajność urzędów, nepotyzm, korupcję. 
Armię Savonaroli tworzą mali chłopcy i niedorostki, którzy łupią i grabią w imię boże. Toleruje się (a nawet premiuje) donosy na rodzinę i sąsiadów, wygląda, na to, makiawelistyczna teza, iż cel uświęca środki znalazła tu zastosowanie. 
tablica upamiętniająca miejsce spalenia Savonaroli
Stosy próżności, na których pali się to co zrabowano (i co nieliczni sami na fali uniesienia oddali) są okazją do wielkich festynów radości; tańce, śpiewy, uniesienie, wiara w zwycięstwo towarzyszą temu, co powinno raczej napawać wstydem i sprzeciwem.
Na oczach Florentyńczyków przejętych zachwytem, jakby to było święto, ginęło wszystko, co małym inkwizytorom udało się zgromadzić przez cztery miesiące. Co najmniej stulecie sztuki wydano na pastwę płomieni. 
Nie licząc skarbów, których pełne wozy poprzedniej nocy dyskretnie opuściły Florencję, zdążając ku nieznanym miejscom przeznaczenia.
Kto mieczem wojuje ten od miecza ginie. Kiedy Savonarola traci poparcie zarówno papiestwa, jak i członków rady zostaje skazany na śmierć w płomieniach (wykonanie wyroku poprzedziły okrutne tortury  wymuszające przyznanie się do herezji). 
Jego nauki nie odbiegały od nauk, jakie głosili późniejsi reformatorzy kościoła, a jednak zgubił go nadmierny fanatyzm, kompletny brak umiejętności dyplomatycznych oraz pycha.  
Postać jaką ukazuje na kartach książki Hugede jest niejednoznaczna, sporo w jej dobrego (wiara, pokora, chęć naprawy zdeprawowanego świata, nie wyłączając z tego kościoła), ale chyba jeszcze więcej złego (fanatyzm, tolerowanie donosicielstwa, przyzwolenie na grabieże, rozboje, wandalizm z morderstwami włącznie). 
Ze zdziwieniem przeczytałam gdzieś, że jeszcze całkiem niedawno (w połowie zeszłego wieku) Savonarolę chciano ogłosić świętym. 
San Marco, gdzie Savonarola był przeorem
Czytając książkę zwróciłam uwagę to, jak wielką rolę w historii odgrywa przypadek, jak małe, pozornie niewiele znaczące wydarzenie może doprowadzić do brzemiennych w skutki następstw. Nie jest to może odkrywcze stwierdzenie, ale tak często o nim się zapomina. 
W zasadzie nie mogę powiedzieć, abym dowiedziała się wiele nowego na temat ferraryjczyka, a jednak lektura pozwoliła usystematyzować wiedzę na jego temat, dlatego czasu przeznaczonego na czytanie książki nie uważam za stracony. Autor podpiera się bogatą bibliografią (wśród której, niestety nie znalazłam żadnej polskojęzycznej pozycji). 
Książkę przeczytałam  w ramach stosikowego losowania

piątek, 13 lutego 2015

Jekyll & Hyde w Teatrze Muzycznym w Poznaniu

Doktor Jekyll i pan Hyde nowela Roberta Louisa Stevensona stanowi jedynie pretekst dla zilustrowania tezy o dwoistości ludzkiej natury w musicalu „Jekyll & Hyde”. Nie wiem, czy musical należy do ścisłego kanonu gatunku, prawdę mówiąc sama usłyszałam o nim przypadkiem na Poznańskiem Festiwalu duetów musicalowych i operetkowych, podczas którego wykonano dwa utwory z musicalu. Nie jest to tytuł na tyle utrwalony w świadomości znawców gatunku, aby nucić sobie wyśpiewywane w nim piosenki. A mimo to jest on pełen pięknych utworów, których słuchanie jest balsamem dla ucha (i ducha też). Pozwala na zaprezentowanie śpiewakom całego warsztatu umiejętności, a co może ważniejsze pozwala słuchaczom oderwać się od tego, co pozostawiono poza ścianami widowni i przenieść do XIX wiecznego Londynu, w którym doktor Jekyll usiłuje naprawić świat butnie uważając, iż uda mu się wypreparować (i wyeliminować) pierwiastek zła z natury człowieka. 
Do tej pory byłam gotowa zgodzić się ze zdaniem inżyniera Mamonia (z film Rejs), iż najbardziej podobają mi się melodie, które już raz słyszałam. Po obejrzeniu przedstawienia zmieniłam zdanie. 
Doktor Jekyll nie uzyskując zgody na przeprowadzenie medycznego
Janusz Kruciński w podwójnej roli (tu jako Hyde)
eksperymentu decyduje się poddać mu się osobiście. Odtwarzającego tę rolę Janusza Krucińskiego oglądamy, jako oddanego idei naukowca, nieco zapalczywego, acz subtelnego. Gdyby nie charakterystyczny wokal trudno byłoby go rozpoznać (brawa dla charakteryzacji). 
Po odmowie akceptacji dla jego badań przez członków rady nadzorczej szpitala Jekyll wypija miksturę i stopniowo przeistacza się w bestię; mści się na członkach rady (morduje ich), wcześniej ukazując całą obłudę ich postępowania. Zmiana Jekylla w Hyde`a pociąga za sobą zmianę wyglądu (potargany włos, rozpięta koszula, długi płaszcz, dzikość ruchów, większa ekspresja w zachowaniu) i zmianę głosu (ciepły i miękki zamienia się w ochrypły, rockowy, diaboliczny). W przeciwieństwie do bohatera noweli Stevensona musicalowy Jekyll dokonuje swoich eksperymentów ze szlachetnych pobudek, chce pomóc chorym ludziom. Jednak okazuje się, iż nie będzie w stanie zapanować nad bestią, która zamieszkała w jego ciele.

Podwójna rola jest nie lada wyzwaniem dla wokalisty. Właściwie cały musical stoi tą rolą. Pomijając już to, że jest to rola wymagająca sporych umiejętności aktorskich to wyzwaniem jest także częsta zmiana głosu. Janusz Kruciński (którego do tej pory znałam, jako genialnego wykonawcę roli Jeana Valjeana w Les Miserables w warszawskiej Romie, czy Bema pamięci żałobny rapsod z gdańskiego koncertu poświęconego pamięci Czesława Niemena) fantastycznie wywiązał się ze swego aktorsko-wokalnego zadania. Utwory, w których Jekyll prowadzi dialog z Hyde`m są majstersztykiem umiejętności wokalnych (kulminacją jest Konfrontacja). Pan Janusz sprawił, iż uwierzyłam kreowanym przez niego postaciom, wierzyłam w dobre intencje naukowca, usprawiedliwiłam nawet zemstę na członkach rady i współczułam, kiedy zło zapanowało nad jego duszą. To nie była tylko gra, na scenie znaleźli się dwaj tak różni panowie a każdy przenosił w swój świat. 
Tawerna Deacon Brodie w Edynburgu
Również pozostali odtwórcy ról wywiązali się świetnie ze swoich zadań. Mnie szczególnie do gustu przypadły panie: Monika Bestecka, jako Lucy (piosenkarka z klubu dla panów) oraz Ewa Łobaczewska, jako Emma (narzeczona doktora). Obie młode, świeże i zakochane w tym samym mężczyźnie i obie śpiewające przepięknie. Duet, jaki stworzyły śpiewając W jego oczach przypomina nieco duet Esmeraldy i Fleur de Lys (Soleil). Bardzo dobrą rolę wykreował też ojciec Emmy pan Wiesław Paprzycki.
Scenografia dość oszczędna w stylu (ale nie ascetyczna; nie odciągająca widza od wokalu, a wprowadzająca w klimat spektaklu) z kostiumami z epoki świetnie współgra z choreografią przygotowaną przez panią Paulinę Andrzejewską. 
Przerywnikami dla ciężkiej atmosfery spektaklu są sceny grupowe będące komentarzem zdarzeń rozgrywanych na scenie (jak powtarzająca się dwukrotnie Fasada, w której mowa o ukrywaniu się za maską konwenansów. Szczególną rolę odgrywa tutaj strój, jego zmiana kreuje odmienne zachowanie). Scena w nocnym klubie, w której Lucy śpiewa Niech się zjawią panowie przypominała mi nieco scenę z innego musicalu (Kabaret), ale nie jest jej kalką.
Musical przeniósł w świat, w którym ściera się dobro ze złem, świat jednocześnie tętniący grzechem, jak i skory do religijnej przesady, pełen występku, jak i fasadowej pobożności, pełen rozpasania, jak i skrajnej bigoterii, jak napisano w programie spektaklu.
Osobne brawa należą się dla orkiestry pod batutą Piotra Deptucha,
Tawerna imienia pierwowzoru Jekylla/Hyde`a
która grała płynnie i lekko, doskonale współbrzmiała z całością. 
Jeśli ktoś w musicalu lubi jedynie szczęśliwe zakończenia może poczuć się rozczarowany. Ten musical nie należy do lekkich i łatwych, a jednak dla wielbicieli pięknej muzyki i dobrego wykonania będzie to prawdziwa uczta.
Choć wcześniej napisałam, że przedstawienie stoi rolą jego tytułowego bohatera, to przecież to wynik współpracy wielu osób, a osobą, której zawdzięczamy efekt końcowy jest reżyser. Pan Sebastian Gonciarz powiedział, iż kocha ten musical i to się czuje. Myślę, że dzięki niemu jeszcze co najmniej parę osób go pokocha.
To było przedstawienie w stylu najlepszych produkcji Teatru Muzycznego Roma z Warszawy, a w moich ustach to chyba największy komplement. Czy to zasługa "desantu" z Warszawy, czy połączenie talentów wielkopolsko - mazowieckich nie mam pojęcia, ale najważniejsze, że efekt okazał się znakomity. I powiem tylko tyle, że chętnie obejrzę ponownie.
I jeszcze jedno, rzadko się to zdarza, ale uważam musical za o wiele bardziej udany i mogący przemówić do współczesnego widza lepiej, niż nowela Stevensona.
Podobno inspiracją dla Stevensona był niejaki William Brodie w dzień przykładny rajca miasta Edynburg, w nocy włamywacz i złodziej. Przy Królewskiej Mili mieści się upamiętniający go Pub, którego fotografie zamieściłam powyżej. 

poniedziałek, 9 lutego 2015

Stracone złudzenia Honore de Balzac

Stracone złudzenia - wydawnictwo Gazety Wyborczej, ilość stron 605, tłumaczenie Tadeusz Boy-Żeleński
Przeczytawszy Stracone złudzenia nie potrafię już nazwać Balzaca pisarzem dziewiętnastowiecznym. Historia rozgrywająca się na kartach powieści przedstawiona została co prawda w scenerii epoki, (w której królują muślinowe suknie, nankinowe spodnie i gustowne fraczki), jednak stosunki międzyludzkie oraz obraz natury człowieka łaknącego sukcesu stanowi odbicie rzeczywistości nie tej sprzed lat dwustu (a przynajmniej nie tylko), ale tej całkiem nam bliskiej. 

Na powieść składają się trzy części (Dwaj poeci, Wielki człowiek z prowincji w Paryżu, Cierpienia wynalazcy), z których każda mogłaby stanowić odrębną całość. 
Stracone złudzenia to obraz Francji (reprezentowanej przez stołeczny Paryż i prowincjonalne Angouleme) w czasach Restauracji. 
Młody, zdolny i pełen uroku poeta pragnąc zdobyć sławę i fortunę z naiwnością i zachłannością dziecka rzuca się w wir romansu ze starszą, zamężną i ustosunkowaną kobietą. Porzucony z obawy przed śmiesznością związku z człowiekiem, który nie potrafi się odpowiednio zaprezentować Lucjan popada w nędzę. Owładnięty pragnieniem wydania powieści (której od nikomu nieznanego poety nikt nie chce nie tylko kupić, ale nawet przeczytać), a także żądzą zemsty decyduje się podjąć pracę dziennikarza, mimo ostrzeżeń "przyjaciela", który ukazuje mu kulisy fachu. Lucjan zaślepiony żądzą przyszłej sławy chce wspiąć się na szczyt jak najszybciej, oddałby duszę diabłu, cóż zatem szkodzi ubrudzić trochę ręce. 
Cóż z tego, że Dziennikarstwo to piekło, otchłań niesprawiedliwości, kłamstwa, zdrady, której nie można przejść i z której nie można wyjść czystym, chyba mając za przewodnika, jak Dante laur Wergilego. (str.207)
Nie przekonują żadne argumenty, kiedy na horyzoncie majaczy możliwość odwetu na niedoszłej kochance i jej towarzystwie. 
„Przyjaciel” przestrzega Wmieszasz się z konieczności w straszliwe walki dzieł, ludzi, partii, gdzie trzeba się bić systematycznie, aby nie być opuszczonym przez swoich. Te niegodne walki wyczerpują duszę, każą serce i zużywają je, wysiłki twoje służą często na to, aby uwieńczyć człowieka, którego nienawidzisz, jakiś półtalencik, który ty wbrew woli musisz wynosić pod niebiosy. Życie literackie ma swoje kulisy. Sukces kradziony, czy zasłużony, spotyka się z poklaskiem; środki zawsze wstrętne, komparsi otoczeni glorią, klakierzy i posługacze, oto co kryją kulisy. Jesteś dotąd na sali widzów. Jeszcze czas, cofnij się, nim postawisz nogę na pierwszy stopień tronu, gdzie walczy z sobą tyle ambicji, nie paskudź się, jak ja, aby żyć. (str.221)
Cóż jednak znaczą wszelkie argumenty, co znaczą oszustwa, kupowanie poparcia, fałszywe recenzje, niszczenie kariery, czy życia człowieka (przyjaciela nawet), jeśli nagrodą jest kolejny szczebelek drabiny i przyszła sława. Lucjan jest młody i niedoświadczony, naiwny i nienasycony. Dlaczegóż miałby przejmować się jedną podłością więcej, skoro obdarcie najbliższych ze wszystkich pieniędzy nie wywarło na nim najmniejszego wrażenia. A skoro, jak mówi „przyjaciel” aby żyć, każdy musi pogrążyć się w tym bagnie nieuczciwości, przekupstwa, kłamstwa, podłości, sprytu, Lucjan nie widzi powodu do wahań. Przecież – jak mówi „przyjaciel” Nie sądź, że świat polityki jest o wiele piękniejszy niż literacki; tu i tam wszystko jest przekupstwem, każdy albo kupuje, albo sprzedaje się” (str.222)
Balzac odsłania coraz to nowe kulisy fałszu; w teatrze, gdzie o sukcesie sztuki decyduje nie jej wartość, ale odpowiednia recenzja (kupiona ilością sprezentowanych lóż czy biletów), klaka, odpowiedni kochanek wreszcie; w literaturze, gdzie, aby wydać książkę trzeba dobrze przekupić wydawcę; świecie handlu, gdzie silniejszy zwalcza konkurencję wszelkimi sposobami dbając jednocześnie, aby słaba nie upadła, bowiem następca może okazać się zbyt silnym i groźniejszym rywalem niż zwalczony konkurent. 
Ta sława tak upragniona, jest prawie zawsze koronowaną nierządnicą. (Str.223)
Hasła równości i braterstwa, jakie jeszcze niedawno przyświecały rewolucji dawno legły w gruzach, a ci, którzy powoływali się na jej idee teraz szukają szlacheckich przodków. Opis początków epoki, w której rządzi kapitał jak nic przypomina obraz tego, co dzieje się dzisiaj w naszym kraju. Nieuczciwość, przekupstwo, fałsz, zmienianie zdania w zależności od potrzeby, niszczenie zdolniejszych i bardziej utalentowanych, brak sumienia. 
Czytając Stracone złudzenia poczułam po raz pierwszy, że nie tylko doceniam Balzaca, jako pisarza, nie tylko chylę czoła przed jego talentem i umiejętnością obserwacji i wyciągania właściwych sądów, ale w końcu trafiłam na książkę, od której lektury nie mogłam się oderwać. I ... polubiłam Balzaca, dzięki tej książce.
Dla znawców biografii pisarza dodatkową zaletą powieści będzie odnajdywanie podobieństw pomiędzy głównym bohaterem a pisarzem. Może dlatego autor, mimo krytycznego przedstawienia Lucjana darzy go sympatią i zrozumieniem. Jest w tym sporo autoironii i umiejętności spojrzenia na siebie z dystansem.
Jest tutaj troszkę rozbudowanych opisów, które dzisiejszego czytelnika mogą znużyć (mnie o ziewanie przyprawiły rachunkowe kalkulacje lichwiarskie, ale jak wiemy, dla pisarza był to temat niezwykle ważny i bliski). Uważam jednak, że bez szkody dla lektury można je opuścić. 
Myślę też, że wielce przyczynił się do odbioru dzieła tłumacz Boy-Żeleński. To dzięki niemu język powieści, mimo upływu lat jest wyjątkowo strawny. 
Stracone złudzenia uświadomiły mi, iż mimo gromadzonych latami doświadczeń wciąż ulegam złudzeniom. Czy kiedyś je utracę na zawsze? Może wówczas, kiedy zastosuję się do rady, jakiej hiszpański kanonik (diabeł kusiciel) udzielił Lucjanowi – uważaj ludzi, a zwłaszcza kobiety, jedynie za narzędzia, ale nie pozwól im się tego domyślać. Uwielbiaj jak bóstwo, tego kto stojąc wyżej od ciebie, może być ci użyteczny, i nie opuszczaj go, póki nie opłaci na wagę złota twego służalstwa. W stosunkach ze światem bądź twardy, jak Żyd i jak on uniżony, czyń dla władzy wszystko to, co on czyni dla pieniędzy. (str. 568-569)
I jeszcze jeden cytat (z całego bogactwa spostrzeżeń pisarza), który niezmiernie przypadł mi do gustu
Kwestia stroju jest zresztą niezmiernie doniosła dla tych, którzy chcą mieć pozór, że mają to, czego nie mają; często najlepszy sposób, aby to posiąść później. (str.151)

niedziela, 1 lutego 2015

Życie pana Moliera Michaił Bułhakow (audiobook)

Od biografii oczekuję pigułki wiedzy przekazanej w przystępny sposób z zachowaniem obiektywizmu w ocenie. Autor może wyrażać swe sympatie bądź antypatie, ale powinien przedstawiając swego bohatera pisać zarówno o jego wadach, jak i o zaletach. A kiedy jeszcze autor ma lekkie pióro i pisze z polotem to czegóż trzeba więcej. 

Życie pana Moliera autorstwa Michaiła Bułhakowa spełniło zadość moim oczekiwaniom. Jan Poquelin, znany jako Molier, syn nadwornego tapicera, wnuk pasjonata sztuki teatralnej, z wykształcenia prawnik, przyjęty na zaszczytne stanowisko królewskiego lokaja, z zamiłowania człowiek teatru życie prowadził niezwykle ciekawe, choć myliłby się ten, kto uważałby, iż autor największych komedii w dziejach literatury był człowiekiem wesołym. Od najmłodszych lat interesował go teatr i sztuka dramatyczna. Przez wiele lat próbował swych sił, jako aktor dramatyczny odniósłszy na tym polu sromotną klęskę. Chyba do końca życia nie mógł zrozumieć, dlaczego to jego komedie osiągają tak wielki sukces. Był człowiekiem o niełatwym i zmiennym charakterze, zapalczywym, upartym, nieostrożnym, szczerym, a jednocześnie niezdecydowanym i tchórzliwym. Świetny obserwator, utalentowany autor sztuk i odtwórca ról komediowych, człowiek, dla którego teatr był wszystkim. Żyjąc w czasach monarchii absolutnej niejednokrotnie zmuszony był sprzeniewierzać się sobie szukając poparcia u króla zarówno pisząc sztuki na zamówienie, jak i dedykując je najjaśniejszemu panu w słowach spływających pochlebstwami. 

Bułhakow wiedział o czym pisze, bowiem sam wielokrotnie
wnętrze Komedii Francuskiej w XVIII w ze strony Wikipedii
przerabiał swe utwory, aby uzyskać akceptację najjaśniej panującego generalissimusa Stalina. Jakże gorzko i dwuznacznie brzmią słowa narratora "aktorzy namiętnie kochają w ogóle każdą władzę. Bo przecież nie wolno im nie kochać!. Jedynie silna, trwała i zasobna władza umożliwia rozkwit sztuki teatralnej. Mógłbym na poparcie tego twierdzenia przytoczyć mnóstwo przykładów, i nie robię tego tylko dlatego, że i tak wszystko jest jasne"

Chcąc wyszydzać wady wszystkich warstw społecznych (atakując i paryskie wykwintnisie, i mieszczan dążących do zdobycia arystokratycznych szlifów, lekarzy, którzy w tamtych czasach częściej uśmiercali pacjentów, niż leczyli Molier zmuszony był szukać protekcji. Znalazł ją najpierw u królewskiego opiekuna kardynała Mazarina, następnie prowincjonalnego wielmoży, potem królewskiego brata, a wreszcie samego monarchy Ludwika XIV. Dzięki temu jego sztuki zyskują i uznanie i widownię. Jednak nawet protektorat monarchy nie ochronił Moliera przed szykanami. kiedy ośmielił się targnąć na świętość- władzę duchowną. Tarrtuff, czyli świętoszek będący drwiną z obłudnych pozorów świętości wywołał oburzenie zdezorientowanej publiczności, a dzięki działaniom arcybiskupa Paryża zakazano jego wystawiania. Ponieważ łaska pańska na pstrym koniu jeździ Tartuff powraca po kilku latach na deski paryskiej sceny (oczywiście uzyskawszy zezwolenie monarchy) i zdobywa szturmem publiczność. 
Biografia jest mocno osadzona w epoce; rys historyczny, opis obyczajów, początki pierwszej sceny narodowej we Francji Comedie - Francaise.
Autor sporo miejsca poświęca życiu prywatnemu bohatera, które mogłoby posłużyć, jako fabuła niejednej powieści.  
Ta niewielka objętościowo książeczka napisana jest pięknym językiem, a że temat ciekawy, bohater przedstawiony z sympatią, ale i dość krytycznie lektura warta polecenia. 
Po audiobooka sięgnęłam zachęcona recenzją u Kasi z Mojej pasieki