niedziela, 29 marca 2015

Sworne gacie, czyli cudze chwalicie, swego nie znacie



Dzisiejszy wpis będzie odmianą dla stałych bywalców bloga, którego gospodyni częściej szlaja się po europejskich metropoliach niż po peryferiach własnego grajdołka. Nie będę tutaj po raz kolejny tłumaczyć przyczyn tego stanu rzeczy, w każdym razie przez zupełny przypadek wracając z służbowej podróży trafiłam do położonej na Kaszubach (powiat chojnicki) wioski o wdzięcznej nazwie Sworne Gacie.
Konia z rzędem temu, komu nazwa nie skojarzy się z częścią bielizny, a określenie sworne z nieswornością. 
Tymczasem nazwa pochodzi od ogacania (umacniania) brzegów jezior i rzek (sworą, czyli warkoczem z korzeni sosnowych). Nie będę przytaczała tu informacji, jakie można znaleźć w internecie na temat historii tego miejsca (a jest ona imponująca, bowiem sięga XIII wieku, kiedy to nazwę wsi wymienia papieski dokument). 
Sworne Gacie leżą nad Brdą i Jeziorem Karasińskim, na terenie parku krajobrazowego, a sąsiadują z Borami Tucholskimi. Wieś jest pięknie położona; otoczenie lasów i wód nadaje jej swoisty klimat. Nie wiem, jak w sezonie, ale teraz (początek wiosny) było tu cicho i spokojnie. Najbardziej okazałą budowlą (pomijając kościół) jest Kaszubski Dom Rękodzieła Ludowego, w którym eksponowane
są pamiątki z przeszłości kaszubskiej wsi; na niewielkiej powierzchni (dwóch małych izdebek) znajdują się narzędzia i sprzęty używane dawniej w gospodarstwie domowym. Na piętrze Domu w kolejnych izbach znajdują się dzieła sztuki ludowej miejscowych artystów (obrazy i rzeźby), a także dzieła najmłodszych twórców i te budzą najcieplejsze uczucia, jako dowód tego, że młode pokolenie interesuje coś ponad gry komputerowe.
Jak poinformował przewodnik nieopodal prowadzone są warsztaty teatralne i zajęcia mające na 
celu pobudzenie kreatywności dzieci i młodzieży. W Domu Rękodzieła odbywają się także jarmarki i kiermasze. Jednak największą atrakcją tego miejsca są zamieszczone na pierwszym zdjęciu pantalony, które podobnie, jak inne eksponaty można tu zakupić. Pantalony w wersji męskiej z zapinaną klapką, damskie ze sporym (czego może na zdjęciu nie widać) rozcięciem i, co dziwne, wykończone zarówno jedne jak i drugie koronką.  
Tym co przyciąga turystów są jeziora, wykorzystywane do uprawiania sportów wodnych, połowów i kąpieli, a także rzeka, na której organizowane są spływy kajakowe. Ja natomiast mogłabym po prostu siedzieć i patrzeć się w wodę, która działa niezwykle odprężająco.
Wpis zainspirowany komentarzem u marlowa dotyczącym Babci na jabłoni i jej desu. 

Dopisane- tytuł powinien przyjąć nieco inną formę gramatyczną - powinnam zaadresować go do siebie; zawsze powtarzam, że najsłabiej znam najbliższą okolicę.  

niedziela, 22 marca 2015

Pożoga Zofia Kossak- Szczucka


Pożoga to zapis zbrodni, jakiej dopuszczono się w latach 1917-1919 na Kresach. Począwszy od napadów o charakterze rabunkowym, poprzez mordy i pogromy, aż do próby wymazania z pamięci ludzkiej faktu istnienia na tej ziemi świata innego niż bolszewicki autorka opisuje zdarzenia, których była świadkiem – żona administratora jednego z majątków na Wołyniu.
Debiut pisarski pani Kossak-Szczuckiej wywołuje we mnie mieszane uczucia. 
Z jednej strony Pożoga budzi uczucie wdzięczności z powodu utrwalenia pewnego okresu dziejów, który, być może, gdyby nie zapisy świadków rozmyłby się w historii, jako niebyły, lub li tylko, jako zbiór suchych faktów. 
Z drugiej strony sposób pisania (emfatyczny, metaforyczny, trochę infantylny) powodował momentami zgrzytanie zębami. 
Za największy walor książki uważam jej wartość dokumentalną, danie świadectwa obrazu zbrodni i ludzkiego zwyrodnienia, świadectwa zniszczenia świata na Kresach. Moja wiedza na ten temat - przyznaję - była niewielka. 
Po niezwykle urokliwym wstępie, będącym fotografią arkadyjskiej krainy ziemiańskiego dworku, oazy radości, piękna, ostoi kultury, sprawiedliwości, sielskiego dzieciństwa i młodości autorka przenosi czytelnika w świat chaosu, rabunków i mordów. Obraz przechodzenia z rąk do rąk ziem kresowych od ukraińskich chłopów, poprzez bolszewików, Niemców, do działających pod różnymi sztandarami Ukraińców oraz obraz grabieży, rzezi i pogromów jest niezwykle poruszający, żeby nie powiedzieć wstrząsający. Bardzo żałuję, iż po raz kolejny książkę poznałam w formie audio, bowiem nie mogłam zamknąć uszu na opisy bestialstwa katów (dorównujące w swym okrucieństwie i zwyrodnieniu jedynie opisom średniowiecznych tortur). 
Kossak – Szczucka pisze w sposób niezwykle emocjonalny, co z jednej strony jest zaletą książki; daje autentyczny obraz przeżyć, z drugiej pozbawia jasnego osądu zdarzeń i powoduje jednostronność sądów (kiedy np. idealizuje ziemiaństwo przedstawiając je, jako pozbawione wad zbiorowisko ludzi szlachetnych, kulturalnych i sprawiedliwych, albo kiedy dokonuje osądu zachowań poszczególnych nacji, któremu to osądowi często brakuje konsekwencji). 
Mimo wszystko, uważam, iż książkę warto przeczytać, choćby ze względu na jej wartość poznawczą. Jako relacja naocznego świadka wydarzeń ma nieocenioną wartość historyczną. 

niedziela, 15 marca 2015

Hrabina Cosel Józef, Ignacy Kraszewski

Hrabinę Cosel można nazwać; historycznym romansem z obyczajowym tłem, XIX wiecznym czytadłem, jedną z najpoczytniejszych powieści Kraszewskiego, a także bajką o zabawach, turniejach, polowaniach, okrutnym królu i dumnej królowej (nic to, że nie królowej). 
Powieści historyczne Kraszewskiego mają tę wadę, iż oceny postaci dokonane w oparciu o dostępne pisarzowi źródła okazują się po latach błędne. Trudno jednak z tego powodu czynić zarzut pisarzowi. Skupmy się więc na literackich bohaterach, które ze swoimi pierwowzorami nie dużo mają wspólnego. 
Anna Hoymowa, żona saskiego ministra, żyjąca na uboczu polityki i wielkiego świata, uwięziona w okowach narzuconego jej małżeństwa, pada ofiarą zakładu, w którym na szali postawiono jej dobre imię i urodę. Gdy skutkiem mężowskiej nierozwagi zostaje zmuszona stawić się na dworze Augusta II Mocnego, nikt nie ma wątpliwości, iż znany z upodobania do pięknych kobiet król szybko uczyni z niej kolejną ze swoich metres. Anna decyduje się sprzedać w zamian za pisemną obietnicę małżeństwa. Dlaczego? Czy pokochała, czy chciała władzy, czy obawiała się zemsty? Na każde z tych pytań należy odpowiedzieć przecząco. Choć Anna, późniejsza hrabina Cosel, będzie potem twierdziła, iż króla kochała, to można odnieść wrażenie, iż Anna myli miłość z wiernością. Ona tylko konsekwentnie realizuje swój plan, a brzmi on nie dać się spławić, cierpliwie czekać, aż legalna małżonka wyzionie ducha i w końcu zostać królową. Anna po tylekroć powtarza i powtarzać będzie przez lata, iż jest królewską małżonką, a nie kochanką (w końcu ma papier, pisemną obietnicę małżeństwa), że to zaczyna być nudne. Podobnie jak ciągłe opisywanie wrażenia, jakie wywoływała jej uroda na otoczeniu. Dorównałaby im ilość zapewnień o niespotykanym okrucieństwie króla (nawiasem mówiąc człowieka o niespotykanej "apollińskiej urodzie"). 
Jest jeszcze jedna cecha, którą Kraszewski przypisuje hrabinie (oprócz beznadziejnego uporu graniczącego z głupotą) jest to duma. Anna była dumna, dumnie spoglądała, dumnie unosiła głowę, z dumą wypowiadała zdania i dumnie odpowiadała królowi i jego posłańcom. Jakkolwiek dumę można uznać za zaletę, zwłaszcza, kiedy towarzyszy jej odwaga i nieugiętość, to z dumą hrabiny Cosel wiąże się też pogarda dla każdego, kto nie jest Anną, pogardliwie spogląda na służbę, strażników, dworaków, ministrów, nawet najwierniejszego sługę, rycerza wiernego, jak pies. 
Doprawdy nie potrafię zrozumieć sympatii Kraszewskiego dla Anny, bo sympatię tę pragnie wzbudzić w czytelniku (i jak sądzę po opiniach na temat książki udaje mu się to). Nie potrafię, ponieważ hrabina Cosel wydaje mi się postacią wielce antypatyczną. 
Ponadto psychologia postaci, jak to często u Kraszewskiego bywa - mocno kuleje. Zarówno Anna, jak i jej wierny sługa, traktowany gorzej niż pies Zaklika przedstawieni zostali, jako postacie papierowe. Niekonsekwencja zachowań i brak uzasadnienia dla działań bohaterów rażą, bo czyż wszystko może tłumaczyć mieszanka dumy i naiwności (u Anny) oraz ślepe posłuszeństwo u Zakliki. Kraszewski po raz kolejny (jak np. w powieści Dwie królowe) udowadnia, że jak kogoś nie lubi to nie będzie się silił na obiektywizm. A Augusta II zdecydowanie nie lubił, dlatego z królewskiej metresy uczynił bezbronną ofiarę niegodziwości króla. Zaletą powieści jest ciekawe tło obyczajowe (opisy turniejów, bali, manewrów) oraz piękny, staropolski język (z tymi niefunkcjonującymi już wyrażeniami i zwrotami). I znowuż książkę poznałam w postaci audio i znowuż nie mogę podeprzeć się cytatami. 

wtorek, 3 marca 2015

Nie boję się bezsennych nocy Józef Hen


Książka nosi przewrotny tytuł; któż zmuszony do codziennego wstawania o piątej rano nie boi się bezsennych nocy. Z pewnością nie należę do tego rodzaju ludzi. Zresztą sam Hen zaprzecza sobie przyznając, iż czuje lęk przed bezsennością. Książka jest zbiorem refleksji, przemyśleń, wspomnień.
W bezsenne noce, kiedy myśli rozpoczynają swoją męczącą gonitwę, zapalam lampkę i usiłuję je uchwycić. Na chwilę pierzcha udręka. Przestaję bać się bezsennych nocy. 
Chyba w każdym pisarzu (ba, w każdym myślącym człowieku) drzemie taka potrzeba przechowania fotografii zdarzeń i ludzi. Chce się pozostawić coś po sobie, jakiś ślad w pamięci potomnych. Pisze się trochę ze strachu, strachu przed przemijaniem i zapomnieniem. Pisze się też z obowiązku zaświadczenia o tym, co było naszym udziałem, albo o tym, czego byliśmy obserwatorami. Hen dochodząc do wniosku, iż aby najlepiej (najwiarygodniej) napisać o sobie, należy napisać o ludziach, z którymi zetknął go los, zdarzeniach, w których uczestniczył i refleksjach dotyczących otaczającego świata. Jakaś luźna myśl kołacząca się po głowie wywołuje lawinę innych z nią powiązanych, wystarczy rzucić nazwisko, aby przypomniały się związane z osobą wydarzenia, jakieś zdania przez nie wypowiadane, aby dokonać rozrachunku z pamięcią o postaci, której wizerunek gdzieś tam się kołacze. Ponieważ autor obracał się w kręgu postaci znanych choćby z historii literatury, czy kinematografii to wspomnienia te mają dodatkową wartość. I tak na przykład pisze o Irzykowskim (zawistnym sobku i grafomanie), Lechoniu (zarozumiałym lwie salonowym, egotyku), Prószyńskim (niezwykle przenikliwym człowieku, spadkobiercy wielkiej przeszłości Polski) i wielu innych. Pisanie o osobie, czy wydarzeniu jest pretekstem do wyrażenia opinii na temat postaw, życia, przemijania. Nie zawsze zgadzałam się z jego ocenami, niektóre opowieści nie zajmowały mnie tak, jak chciałabym, aby mnie zajęły, ale w zdecydowanej większości Nie boję się bezsennych nocy to zbiór ciekawych i celnych spostrzeżeń na temat patriotyzmu, polskiej rzeczywistości powojennej i tej nam bliższej (zapiski obejmują okres do 2000 roku), literatury i tego, co było i jest największą traumą pisarza – antysemityzmu. 
Pisarz często nawiązuje do Michała z Montaigne (którego biografię napisał) przywołując jego sądy lub polemizując z nim (jak wtedy, kiedy pisze o błędnym twierdzeniu myśliciela na temat dogłębnej znajomości własnej osoby, bo zdaniem Hena wcale nie znamy siebie lepiej niż innych). Książka jest sklejką różnych sekwencji, jest jak film stworzony z gotowych notatek. 
Ciekawe są stwierdzenia dotyczące tworzenia świata przez wyobraźnię, czy wyższości wspomnień i oczekiwań nad rzeczywistością, o pokorze (braku potrzeby udowadniania adwersarzowi własnych racji za cenę ośmieszenia go, czy zranienia), o relatywizmie zachowań w zależności od okoliczności, czy wreszcie o tym, jak trudno zachować twarz/godność, kiedy się jest zdobywcą. 
Książka ma jeszcze i tę zaletę, że stanowi drogowskaz do odkrywania kolejnych lektur. Pod jej wpływem (choć nie tylko) sięgnęłam po Pod wulkanem Lowryego (niestety książka nie trafiwszy we właściwy czas będzie musiała jeszcze trochę poczekać). 
Hen pisze odważnie, czasami pod prąd, nie zgina karku przed wielkimi nazwiskami. Często można się natknąć na myśli, które i nam kołaczą po głowie, jego rozważania prowokują do zastanowienia. 
Książkę poznałam w formie audio (z wiekiem mam coraz większe problemy z przyswajaniem sobie treści mówionych) - nie mogę zatem zacytować autora. 
Polecam także wywiad z autorem, w którym starszy już pan (ponad osiemdziesięcioletni) daje się poznać, jako pełen wigoru i radości życia człowiek.

Dałam etykietę biografie, kierując się twierdzeniem pisarza, iż pisać o sobie to pisać o ludziach, z którymi się zetknęliśmy.  
Troszkę ostatnio zaniedbałam swoje blogowe dziecko przegrywając nierówną walkę z przeciwnościami losu (małe i większe kłopoty pracowo-rodzinne). Ale, jak to mówią najważniejsze, abyśmy zdrowi byli, a że jak na razie zdrowie dopisuje więc może być tylko lepiej.