sobota, 23 maja 2015

Dzienniki Marii Dąbrowskiej tom czwarty

Czwarty tom Dzienników czytałam z uczuciem wszechogarniającego smutku. Obejmuje on okres od 1951 do 1957 roku. Dąbrowska jest kobietą ponad sześćdziesięcioletnią, pisarką w okresie kryzysu twórczego, osobą żyjącą w siermiężnej rzeczywistości początków budowy państwa socjalistycznego, widzącą wady funkcjonowania systemu. 

Smutno jakoś i trwożnie żyć na tym świecie (20.01.51 r.), Ach, jakbym chciała jeszcze odzyskać czucie młodości! (16.02.51 r.). Ludzie mnie jakoś nudzą i niecierpliwią. Dokądkolwiek nie pójdę, z kimkolwiek się zobaczę, wracam śmiertelnie znudzona. Marzę o ludziach, z którymi spotkanie uskrzydlałoby i uszczęśliwiało, bo sama też zrobiłam się nudna i postna (10.01.52 r.).
Znów trzy tygodnie sine linea, O Samuelu Pepysie, o, Gouncourcie - dodajcie mi sił, charakteru i wytrwałości, bym na co dzień notowała. Ale tak mam mało już chęci do czegokolwiek. Nie jestem w dobrym stanie ciała, ani ducha. …nie czuję się wcale tak jak ci wspaniali starcy, co zdają się nigdy nie mieć na pamięci bliskiego kresu wędrówki. (12.12.52 r.) 
Jestem jakaś śmiertelnie smutna i zniszczona, a choć zarabiam dosyć na kilka osób, jakie mam do utrzymania i podtrzymania, choć powodzi mi się, a nawet umiem pisać lepiej, niż umiałam - życie nie przedstawia już dla mnie żadnego interesu i nie jest już dla mnie żadną pod żadnym względem przyjemnością. (3.04.54 r.)
Pisanie powieści (Przygody człowieka myślącego) idzie opornie, co pisarka tłumaczy sytuacją w kraju, w którym pisarz nie czuje się wolny. 
Gdybym miała swobodę mówienia wszystkiego, potrafiłabym wyprowadzić nawet z najdrastyczniejszych faktów pozytywne wnioski z dzisiejszej rzeczywistości. (28.02.51 r.). Jakiś rodzaj dna rozpaczy. Mój pierwszy brulion opowiadania dobiega końca, ale jak dotąd nie mogę się w nim dopatrzeć wartości. Jestem .... nieszczęśliwa, a za nieszczęście uważam to, że jestem taka nieszczęśliwa. Nie ma się prawa być aż tak nieszczęśliwym i tak do gruntu zniechęconym. Nawet gdy się poniesie najbardziej niepowetowane straty. A mimo wszystko jeszcze tak chciałabym się odrodzić. (22.11.54 r.).
W to uczucie zniechęcenia wkraczają chwile radości spowodowane udziałem w przedstawieniach teatralnych (można odnieść wrażenie, że Dąbrowska bywała w teatrze przynajmniej raz w miesiącu), czy spotkaniem ciekawego rozmówcy. Ilość osób, które wspomina jest ogromna. Same przypisy z krótkimi notkami biograficznymi zajmują niemal połową Dzienników.
Czas spędza głównie na tłumaczeniach (Czechow, Gorki, poprawki do wcześniejszego tłumaczenia Pepysa), przygotowywaniu artykułów rocznicowych, referatów oraz pisaniu opowiadań. 
Sporo miejsca zajmuje opis realiów społeczno-politycznych i udział pisarki w życiu publicznym. 
Na początku 1952 roku umiera wieloletni przyjaciel, towarzysz życia pisarki Stanisław Stempowski. Wyrzucam sobie, że mu za mało w te lata dawałam z siebie, że nie wszystkie siły ducha i życia zużyłam na to, aby powstrzymać ten proces umierania, no, choćby jeszcze na rok, może przez ten rok doczekałby się, najdroższy, czegoś, co by go ucieszyło. Jakie to dla mnie niepojęte- ja prawie więcej cierpię po Jego odejściu niż po śmierci Mariana [mąż pisarki]. Dłużej z nim żyłam, o całe dwanaście lat. A nadto wtedy byłam młoda i tyle jeszcze nadziei przede mną. A teraz nie mam żadnych. Nie umiem tworzyć, ani zajmować się sprawami ogólnymi, gdy nie mam szczęśliwego życia osobistego. (9.07.52 r.)
W 1954 roku pisarka zamieszkuje ze swoją przyjaciółką (towarzyszką życia) i jej córką. Między wierszami daje się zauważyć napięte relacje łączące obie panie, a kością niezgody wydaje się być córka Anny Kowalskiej, Tulcia. 
Męczy mnie tylko, że Anna cały dzień zajmuje się Tulcią i nie ma czasu pracować. I że, jak Anna mówi, dla Tulci przeniesienie się z Wrocławia jest taką tragedią, że gdyby miała świadomość tego, co się dzieje, popełniłaby samobójstwo. (24.09.54 r.)
Tulcia jest z pozoru łatwym dzieckiem i tzw. grzecznym, a przede wszystkim niehałaśliwym. Ale w istocie rzeczy ma dużo kaprysów, przekory, egoizmu i egotyzmu. […] Ale na punkcie Tulci Anna jest „niedotykalna”. ..Nic nie wiesz, nic nie rozumiesz” odpowiada, gdy ośmielę się zrobić jakąś uwagę. (29.09.54 r.) W całym cytacie najważniejsze jest chyba nie to, co napisane, ale to czego nie ma, trzy kropki w nawiasie. 
Być może przyczyną był stosunek pisarki do dzieci w ogóle. 
Co do mnie nie jestem aż taką apologetką sprawy dzieci. Znam bardzo wymyślne i okrutne sposoby znęcania się dzieci nad rodzicami. Dzieci to na ogół istoty koszmarne w swym egoizmie, instynktach niszczycielskich, oschłości serca. Jak i wśród dorosłych są tylko czarowne wyjątki. Dzieci wymagają opieki, ale nie uważam, żeby były o włos bardziej godne litości czy współczucia jak dorośli. Jak nie istniała dla mnie odrębna sprawa kobieca, tak nie istnieje dla mnie odrębna sprawa dziecka. Istnieje sprawa ludzka. (22.02.55 r.) 
W życiu pisarki pojawiają się też chwile radości. Święta zeszły na niczym, choć czułam się z Anną, Tulcią i naszym tajemniczym cudem-panną Hanią- tak szczęśliwie i dobrze, jak tylko jeszcze mogę i potrafię. Boże Narodzenie, którego żywy, wonny i śpiewny czar dawno zetlał (po śmierci Mariana), odzyskuje w obecnych warunkach nieco nowych rumieńców życia. (1.1.56 r.). 
Dopiero dziś przez cały dzień nie wypaliłam ani jednego papierosa. To świadczy, że jestem szczęśliwa i moje życie nabiera sensu. Zdaje się, że mogę być szczęśliwa tylko żyjąc na wsi. Szkodzi mi wielkie miasto. (19.02.56 r.). 
Jestem teraz w zgoła innym usposobieniu od tego, co mnie niedawno trapiło - od tych nastojów łaknących samotności. Odczuwam nasz dom, jako największe, dostępne mi szczęście, a w nim Annę i Tulcię, jako wcielenie idealnego współżycia. (15.11.55 r.)
Pisanie Dzienników jest dla Dąbrowskiej niezwykle ważne, mają one pozostawić świadectwo czasów. 
… mam do stracenia tylko jedną, ale dla mnie piekielnie ważną rzecz-te moje dzienniki. Nie, aby miały jakąkolwiek wartość literacką, ale że przez nie tylko jestem w stanie wystąpić kiedyś, choćby po śmierci, jako świadek czasów. Dla ich zachowania dałabym bodaj wszystko - nawet życie, a w razie ich utraty – nie warto by mi żyć ani godziny więcej. (10.05.56 r.) Nie znaczy to jednak iż nie dopada jej zwątpienie, czy to notowanie, które zabiera tak wiele czasu ma jakikolwiek sens. Przepisując stare zapiski dochodzi do wniosku, że takie pisanie na gorąco zniekształca osąd rzeczywistości. 
Wynotowałam całe mnóstwo fragmentów, podkreśliłam ich jeszcze więcej. Ale na koniec chciałam jeszcze przytoczyć poniższy cytat.
Czytam Seneki Listy do Lucyliusza- egzemplarz wydany w 1781 roku. Od tego czasu leży tu nierozcięty. Jestem jego pierwszą po 170 latach czytelniczką. … W późnej porze życia zabieram się do starożytności, i o dziwo znajduję w niej wiele pokrewnego sobie. (16.12.56r.)

niedziela, 17 maja 2015

Tydzień sine linea


I znowu minął tydzień bez wpisu. Powoli przestaję się łudzić, że nadejdzie czas, kiedy uda mi się ubrać w słowa te wszystkie wrażenia, które dobijają się o miejsce w pamięci. Miesiąc temu wracając z przedstawienia Idiota z Teatru Soho (wystawianego na deskach Szekspirowskiego) ze wspaniałą Agatą Buzek w roli księcia Myszkina unosiłam się nad ziemią. Tak często narzekałam ostatnio na poziom teatralnych adaptacji, że przestałam już wierzyć, że będę miała okazję obejrzeć dobre przedstawienie. Okazało się, że jest nadzieja dla teatru i można zrobić spektakl będący sztuką, a nie tylko społeczno-towarzyskim skandalem, towarem, który ma przynieść zysk. 
Miałam zaraz po powrocie napisać o tym, niestety w natłoku codziennych spraw nie zauważyłam, kiedy kwiecień stał się majem. Potem wysłuchawszy audiobooka Udręka i ekstaza aż kipiałam od nadmiaru myśli i wrażeń i już miałam się nimi podzielić, kiedy minął kolejny tydzień, a ja oddałam się następnej lekturze. 
Kiedy na blogach jak grzyby po deszczu pojawiały się zdjęcia pięknie kwitnących magnolii moja osiedlowa magnolia była jeszcze w pączkach. Kilka dni później trawa pod drzewkiem została pokryta dywanem z kwiecia. 
Przekwitła szybciej niż zakwitła. 
Z roku na rok czas płynie mi coraz szybciej, a zwykłe czynności dnia codziennego stają się coraz bardziej absorbujące. 
Z dnia na dzień obiecuję sobie, że to się musi zmienić, a kończy się jak zwykle. 
A tak bardzo bym chciała złapać chwilę, a ona wciąż ucieka, czy kiedyś ją dogonię?

19 kwietnia

25 kwietnia
2 maja

Dziś, kiedy przeczytałam u Dąbrowskiej o trzech tygodniach bez linijki pomyślałam, że muszę napisać cokolwiek, aby przełamać okres zastoju.

sobota, 9 maja 2015

Do ilu razy sztuka?

Jeden z Jeńców Boskiego Michała w Luwrze
Kiedy po raz pierwszy zaproszono mnie do udziału w zabawie czułam się wyróżniona, po raz drugi było mi miło, ale pomyślałam, że taka wiwisekcja może okazać się nudnawa dla czytelników, przy trzeciej nominacji pomyślałam do trzech razy sztuka. Potem przestałam już liczyć, jeżeli ktoś zadaje pytania, to w miarę możności staram się na nie odpowiadać (byle nie za często), nawet, jeśli miałaby to być wciąż ta sama bajka bez końca, bowiem odnoszę wrażenie, że nie ma tu niczego, o czym nie pisałabym wcześniej. 


Tym razem o odpowiedź na pytania (udział w zabawie) poprosiła mnie Magda (maniaczytania), a brzmiały one:
1. Która książka o II wojnie światowej zrobiła na Tobie największe wrażenie?
Beaty Obertyńskiej W Domu Niewoli.
2. Jakim jesteś czytelnikiem - wiernym wybranemu gatunkowi, czy pozwalasz sobie na skoki w bok?
Wiernym, niemal do bólu (klasyka, biografie, powieści obyczajowo-psychologiczne, książki historyczne, wspomnienia podróżnicze, książki o sztuce), ale nie świętym, a zatem zdarzają się małe skoki w bok. Jednak jak dotychczas żaden z tych skoków nie zaowocował romansem, co najwyżej niezobowiązującym flirtem.
3. Czy lubisz literaturę non-fiction? Jeśli tak, poleć mi jeden tytuł
Jeśli zastosować szeroką definicję literatury nie-fikcyjnej, jako dzienniki, biografie, powieści historyczne, reportaże, literaturę wspomnieniową to można powiedzieć, że ten rodzaj literatury u mnie przeważa. Jeden tytuł? Jeśli nie wzdragasz się czytać o ciężkich przeżyciach to polecam W domu niewoli Obertyńskiej, jeśli wolisz coś nieco lżejszego polecam którąś z biografii np. Toulouse Lautreca Julii Frey, ewentualnie Podróże z Herodotem Kapuścińskiego.
4. Z którym bohaterem, bohaterką spędziłabyś wakacje? I nie, nie chodzi mi o książkę, którą ze sobą zabierzesz, tylko 'realnego' towarzysza
Gdybym mogła przenieść się w czasie i zabrać ze sobą na wakacje, byłby to nie tylko bohater literacki wielu książek, ale i całkiem realna postać historyczna. Niestety obawiam się, że dla mojego bohatera wakacje byłyby męczarnią i stratą cennego czasu, a zatem przykucnęłabym sobie w kącie jego pracowni i przyglądała się, jak uwalnia zaklęte w marmurze postaci i przywraca im życie. Kilka dni temu rozbeczałam się, bo Michał Anioł umarł. Wysłuchałam audiobooka Udręka i ekstaza – powieści Stone, którą znam niemal na pamięć i za każdym razem nie mogę się nadziwić pokrewieństwu dusz, za każdym razem wkurzają mnie kolejni zleceniodawcy i za każdym razem zanoszę się szlochem, że odszedł, choć mógł jeszcze żyć i tworzyć. A przecież nadal żyje w swoich dziełach. I gdybym mogła sobie przez chwilkę popatrzeć jak tworzy (ukryta pod męską szatą, bo inaczej nie miałabym szansy dostania się do jego warsztatu) byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. A że jest to niemożliwe udaje mi się czasami spędzać wakacje z Jego spuścizną (w Kaplicy Sykstyńskiej, pod Pietą, Mojżeszem, Dawidem, przy Jeńcach, Bachusie, Geniuszu, Pietą Florencką, w Kaplicy Medyceuszy czy innych dziełach).
5. Czy wolisz grube, opasłe tomiszcza, czy raczej cienkie 'jednorazówki'?
Lubię dobrą książkę, a może nie tyle dobrą, a taką, którą sama uznam za dobrą, która wzrusza, porusza, zachwyca, czasami irytuje zachowaniem bohaterów, czasem wzbudza śmiech lub przeraża, jednym słowem wywołuje emocje. A jej wielkość nie ma znaczenia. Moje najmilsze sercu książki to liczący około tysiąca sześciuset stron Nędznicy Hugo oraz cieniutka książeczka Exuperego Mały książę. 
Rozumiem, że jednorazówki to skrót myślowy, bo książek na jeden raz to ja raczej nie lubię, jeśli nie jest warta, aby ją powtórzyć, to może nie była warta, aby ją przeczytać. 
6. Literatura jakiego kraju to dla Ciebie 'terra incognita'?
Jest parę krajów, których literatura jest mi nieznana, łatwiej byłoby mi wskazać kontynent, nie przypominam sobie, abym czytała coś z literatury australijskiej.
7. Którą z nagród literackich najbardziej cenisz i odgrywa ona jakąś rolę w doborze Twoich lektur?
W zasadzie nie jest dla mnie wyznacznikiem dobrej literatury wyróżnienie jej jakąkolwiek nagrodą, choć miło mi, jeśli dowiaduję się, że książka ceniona przeze mnie została wyróżniona. Uczestniczę w blogowym wyzwaniu Czytamy noblistów, jeśli już mam poznawać nowych autorów to choć nie uważam, aby Nobel zawsze nobilitował, wyznaję zasadę, że łatwiej trafić na dobrą książkę wśród wyróżnionych tą nagrodą niż wśród wyróżnionych innymi. Choć z drugiej strony tkwię tak mocno w pewnym kanonie literackim, że nie orientuję się w tych wszystkich dzisiejszych wyróżnieniach literackich. 
8. Ranek czy wieczór - która pora lepsza na czytanie?
Na czytanie dobra jest każda pora, która pozwala na całkowite oddanie się tej czynności, z powodów prozaicznych najczęściej czytam wieczorami i w nocy.
9. Czy lubisz imprezy 'okołoksiążkowe' - targi, spotkania autorskie?
Mam do nich stosunek ambiwalentny. Byłam na dwóch spotkaniach autorskich; jedno strasznie mnie rozczarowało, drugie było ciekawe, ale …. wolę sama odczytywać książki na swój sposób, nawet, jeśli autor nie zawsze to napisał, o czym wydaje mi się, że napisał. Nie lubię tłumów, zgromadzeń, zaprzyjaźniania się, spotkań składających się z więcej niż trzech osób, hałasu, sweet foci itp. itd. Moją potrzebę wymiany myśli, czy podzielenia się wrażeniami zaspokaja prowadzenie bloga. 
10. Polscy autorzy - za czy przeciw?
I za i przeciw, wszystko zależy kto i co napisał. Przede wszystkim uważam, że zbyt słabo znam rodzimą literaturę, abym mogła zdobyć się na generalizowanie. Kiedy ktoś pyta o ukochane powieści w głowie natychmiast pojawiają się tytuły i są to tytuły powieści francuskiej, amerykańskiej, angielskiej, a nawet rosyjskiej. Co nie znaczy, iż nie mam swoich ulubieńców wśród Polaków. Jednak dopiero, kiedy pytanie będzie dotyczyło literatury polskiej podam kilka lub kilkanaście przykładów. Coś w tym jest, że potrafię wymienić dobre polskie powieści, ale arcydzieła to już nie.
11. Czy jest pisarz, którego wszystkie książki przeczytałaś?
Ileś tam lat temu zaczytywałam się książkami Ericha Segala i przeczytałam wszystkie wydane po polsku, dziś obawiam się konfrontacji ze wspomnieniami, zwłaszcza, że powrót do jednej z nich nie wróży dobrze kolejnym. Chętnie przeczytałabym wszystkie dzieła Zoli, niestety nie mam dostępu do wielu z nich; przeczytałam wszystko, czym dysponuje moja biblioteka.

Jeśli ktoś ma ochotę na taki przerywnik w pisaniu to zapraszam.

wtorek, 5 maja 2015

Historia oblężenia Lizbony Jose Saramago

Nie przepadałam za literaturą półwyspu iberyjskiego, nie przemawia do mnie ten rodzaj pisania, nie wciąga, nie zachwyca, nie urzeka*. Aby jednak nie zamykać się na nowe doznania od czasu do czasu sięgam po któregoś z pisarzy iberyjskich. Ponieważ nie tak dawno temu czytałam Baltazara i Blimundę Saramago i lektura pozytywnie mnie zaskoczyła sięgnęłam po Historię oblężenia Lizbony, tym bardziej, iż Portugalia stanowi cel mojej tegorocznej wakacyjnej wycieczki. 

Raimundo Silva, redaktor w średnim wieku, prowadzący monotonne i uporządkowane życie samotnego mężczyzny, zajmujący się korektą różnego rodzaju książek trafia na taką, której lektura staje się punktem zwrotnym w jego niezwykle przewidywalnym egzystowaniu. I nie dlatego, że książka jest interesująca, wręcz przeciwnie. 

Na czterystu trzydziestu siedmiu stronach nie natrafiono na żaden nowy fakt, żadną polemiczną interpretację, żaden nie wydany dokument, żadne nowe odczytanie faktów. Jedynie kolejne powtórzenie opowiedzianej już dziesięć tysięcy razy i doszczętnie wyeksploatowanej historii oblężenia, opis miejsc, mów i dzieł rzeczywistych ludzi, przybycie krzyżowców do Porto i ich morska przeprawa, że wpłynęli na Tag, wydarzenia z dnia świętego Piotra, ultimatum dla miasta, problemy na miejscu, bitwy, ataki, kapitulacja, w końcu plądrowanie miasta.(str. 39 Historii oblężenia Lizbony wydanej przez Dom wydawniczy Rebis 2002 r.)
Nie potrafiąc zdobyć się na szczerą recenzję książki Silva wpada na szatański pomysł, aby zmienić historię i dopisać wyraz „nie” przed zdaniem o pomocy krzyżowców w zdobyciu oblężonej przez Maurów Lizbony. I tak Silva decyduje się na małe szaleństwo; przeinaczenie faktów. Chyba sam nie rozumie, dlaczego to robi. Może ma już dość monotonii. Z niepokojem oczekuje konsekwencji. Jedno małe „nie” powoduje lawinę wydarzeń. Poznaje kobietę, otrzymuje propozycję napisania alternatywnej historii, w której uzasadni odmowę udzielenia pomocy przez Krzyżowców, zakochuje się. 
Miałam nadzieję, iż napisanie alternatywnej historii oblężenia miasta doprowadzi do spekulacji, jakie byłyby konsekwencje pozostawienia Portugalczyków samych sobie. Jednak nie. Silva pisze nową historię, która kończy się tak samo; Portugalczycy bez pomocy Krzyżowców zdobywają miasto, więc historia toczy się utartymi koleinami. Ale jeden wyraz zmieniający sens zdania zmienia też życie człowieka. Redaktor zaczyna pisać książkę i zdobywa kobietę. Historia oblężenia Lizbony toczy się równolegle z historią zdobywania kobiety. 
Plusy; przeniesienie do XII wiecznej Portugalii, uchwycenie klimatu miasta zajętego przez Maurów (świetny fragment opisujący modlitwę muezina), oddanie atmosfery średniowiecznych bitew z poprzedzającymi je negocjacjami, modlitwami, przemowami z obu stron, szczękiem broni, jękami rannych i krzykiem zabijanych, rozrywkami walczących, ciągnącymi za wojskiem cywilami. Ponadto ciekawy pomysł, co by było gdyby Krzyżowcy zamiast pomóc chrześcijanom urażeni w swej dumie wybrali bardziej prestiżowe zadanie zdobycia Jerozolimy. Tyle, że Silva nie pisze nowej historii Portugalii, a …
Minusy… pisze nową historię Silvy, a raczej historię bezbarwnie opisanego romansu redaktora. Tym samym historia nudnawego pana redaktora zamienia się w historię nudnawego romansu. Ta część dwutorowo opisywanej historii jest zdecydowanie słabsza. 
Język; sama nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy język, jakim pisze autor jest zaletą, czy wadą książki. Na pewno jest znakiem rozpoznawczym Saramago. Nie umiem nawet z przekonaniem stwierdzić, czy jeśli czytaliście już którąś z książek Portugalczyka  i ten sposób pisania przypadł wam do gustu, będzie tak i tym razem. Czytanie rozwlekłych zdań, pozbawionych interpunkcji, bez wydzielonych dialogów stanowić może sporą trudność. Co prawda można się do tego przyzwyczaić i po kilku stronach niemal nie zauważać nowatorstwa, ale nie ma co do tego gwarancji. O ile w Baltazarze i Blimundzie zostałam oczarowana takim właśnie sposobem narracji, o tyle w Historii oblężenia Lizbony przeszkadzał mi on do końca lektury.
A może wszystko zależy od treści, a język jest sprawą drugorzędną. 
Reasumując; ani polecam, ani odradzam. Ja w każdym razie, mimo wskazanych minusów i trudności nie żałuję, że przeczytałam, choć, o ile po wcześniejszej lekturze miałam w planach czytanie całego Saramago, o tyle teraz do kolejnej lektury podejdę z umiarkowanym zaufaniem.
*Dokonując geograficznego podziału lektur na kraje ich twórców odkryłam, iż Quatrocento, książkę, która mnie urzekła napisała Hiszpanka, tym samym muszę przyznać, iż i ja trafiłam na dobrą książkę z półwyspu Iberyjskiego. 

piątek, 1 maja 2015

Pierwsza miłość Sandor Marai

Książkę kupiłam z dwóch powodów; pierwszy istotny, bo to Marai (twórca ceniony przeze mnie, choć jak dotąd poznałam jedynie dwie jego książki; Dziedzictwo Estery oraz W podróży), drugi prozaiczny to format (poręczne kieszonkowe wydanie z powodu, którego książka z łatwością zmieści się nawet w wypchanej, damskiej torebce). Przyznam, że początek lektury nie zapowiadał się najlepiej; pamiętnik pięćdziesięcioczteroletniego nauczyciela łaciny wskazywał na przeraźliwie samotną egzystencję człowieka, którego życie można określić jednym słowem; p u s t e. Spodziewałam się po autorze eksplozji emocji, a spotkałam bohatera, którego emocje nosiły temperaturę zbliżoną zeru, przeraźliwie nudnego dla otoczenia i siebie samego. Gaspar nie ma żony, dzieci, kochanki, przyjaciół, znajomych, psa, zainteresowań. Jednostajne dni spędza na prowadzeniu lekcji, wizytach w kasynie, spacerze na korso i spaniu. Jedynie sny bohatera wykazują jakąś namiastkę życia, są odmianą szarej, przewidywalnej wegetacji.

Szczegółowo nakreślony, zaplanowany, co do minuty plan dnia przeraża dojmującą pustką. Istnieje taki typ samotnego, starszego mężczyzny, dla którego pedanteria jest konieczna, jeśli nie chce, aby dzień mu się dłużył. Dzień trzeba zabijać, minuty na minutę, z godziny na godzinę, zwłaszcza, gdy bezcelowe spędzanie czasu męczy i denerwuje. (Str.10-11)
Gaspar jest nijaki i jego życie jest nijakie. Nie potrafi znaleźć żadnej stycznej z otaczającym go światem. Niby widzi swoją odmienność, niby chciałby coś zmienić; pewnego dnia postanawia wyjechać z domu, ale i tutaj, w nowym otoczeniu jego życie upływa na wytracaniu czasu. Jest we mnie próżnia, do której niekiedy czuję odrazę (Str. 47), ale nie potrafi z niej wyjść. Najchętniej siedzę bezczynnie na balkonie i nie myślę o niczym. Czasami krótki spacer, to wszystko. Bez ochoty schodzę na posiłki. (Str.41) Bo tak naprawdę Gaspar chce tylko jednego, „żyć w spokoju”, a jakakolwiek zmiana zakłóciłaby jego spokój. Jest zamknięty w kokonie, którego nie sposób przeniknąć, dostrzega swoją samotność, izolację, ale nie pozwala się nikomu do siebie zbliżyć. Motyw powtarzającego się snu, w którym matka każe mu czekać na wymierzenie kary sugeruje, iż może w dzieciństwie należałoby szukać przyczyn zachowania mężczyzny. Bohater wytwarza wokół siebie aurę, która zniechęca innych do próby przebicia się przez ten kokon.  
Pewnego dnia Gaspar otrzymuje wychowawstwo w klasie, w której znajduje się kilka dziewcząt. Stary nauczyciel początkowo je ignoruje, przez całe życie unikał kobiet. Z czasem zaczyna interesować się jedną z uczennic, a początkowo niegroźne zainteresowanie; obserwacja, niechęć do chłopca, którego dziewczyna obdarza sympatią, pomijanie go przy odpytywaniu uczniów, zaczyna z czasem przybierać coraz bardziej niepokojący charakter, aż przeradza się w obsesję. Atmosfera robi się gęsta i mroczna, a stary nauczyciel wraz z narodzinami pierwszego, spóźnionego uczucia zachowuje się coraz bardziej nieprzewidywalne. 
Pierwsza miłość należy do wczesnych powieści pisarza (wg Wikipedii była jego debiutem). Nie jest to pozycja tak dobra, jak jego późniejsze dzieło Dziedzictwo Estery, ale jest tu zapowiedź dobrej prozy. Ciekawa analiza psychologiczna bohatera i to coś, co sprawia, iż mimo monotonnego, drobiazgowego opisu codzienności podstarzałego nauczyciela łaciny jest w niej coś intrygującego, co nie pozwala na odłożenie książki na bok. I konkluzja, iż bez miłości nie można żyć; miłości do Boga, człowieka, czegokolwiek. 
Ale jest też inna samotność; ta parszywa. Która wysypuje się na skórze, jak świerzb, widać ją w spojrzeniu, w chodzie, w ruchach. Którą dostrzegają wszyscy; kobieta, dziecko, kelner. I wszyscy trzymają się z dala od kogoś takiego. To człowiek niebezpieczny. Żyje poza stadem. Dlaczego? Nieborak, możliwe, że nosi w sobie chorobę zakaźną, żyje sam. Raczy pan to zrozumieć? SAM! Bez kobiety, bez dzieci. Bez przyjaciela. Bez służącego. Bóg wypluł go ze swoich ust. To pan, to jestem ja. Co się stało, czym zawiniliśmy
(str. 59).
No właśnie, to pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Czy rzeczywiście była to grzeszna samotność, jak mawia o niej bohater?
Książkę przeczytałam w ramach wyzwanie Stosikowe losowanie u Anny.
Książkę polecam, jednak na książkę pierwszego kontaktu z Maraiem proponowałabym którąś z późniejszych jego powieści.