sobota, 20 czerwca 2015

Co mi zostało z tych lat? Zofia Chądzyńska

Powieść autobiograficzna - więcej kamufluje niż wyjaśnia. Josif Brodski

Motto zamieszczone na wstępie uprzedza, iż dzięki autobiografii dowiemy się o autorce tylko tyle, ile sama zechce nam przekazać, a wydaje się, iż nie ma ochoty na dzielenie się swoim światem wewnętrznym, albo nie widzi takiej potrzeby. Kilka razy podkreśla, iż nie bardzo rozumie, dlaczego jej życie miałoby być na tyle ciekawe, by o nim pisać i dlaczego jest na to pisanie namawiana. A zatem przemawia przez nią skromność i niedocenianie wagi własnej osoby.

Co mi zostało z tych lat? to taka gorzko-smutna refleksja wiekowej damy dotycząca dewaluowania się wagi zdarzeń pod wpływem upływu czasu i niepamięci. Autorka nie ma pewności, czy to, co przepuszczone przez filtr pamięci wydarzyło się naprawdę, czy jedynie figiel pamięci sprawia, iż w jej wspomnieniach zdarzenie nabiera rzeczywistych kształtów i barw. 
Książka została wydana, kiedy jej autorka liczyła już ponad dziewięćdziesiąt wiosen, pisana, kiedy przekroczyła tych wiosen osiemdziesiąt. 
Biografia absolwentki wydziału ekonomii, urzędniczki Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, pracowniczki Orbisu, bywalczyni dyplomatyczno-towarzyskich czy kulturalnych salonów, więźniarki Pawiaka, właścicielki pralni w Argentynie, pisarki i tłumaczki literatury iberoamerykańskiej, osoby, która sporo podróżowała i poznała wiele ciekawych osób nawet opisana z perspektywy czasu i przefiltrowana przez bagaż lat nie może być nieciekawa. Jedynie szkoda, iż pani Zofia była osobą zamkniętą, skrytą, jak sama napisała „splątaną”, nie skorą do „wywnętrzniania się”.
Jak wielokrotnie podkreślała była wyrzucaczką, nie kolekcjonowała zdjęć, książek, listów, bała się obrastania w rzeczy, lubiła wokół siebie minimalizm. To uciekanie od wspomnień, ta niechęć do gromadzenia tego, co mogłoby o nich przypominać sporo mówi o autorce. Wątek ten przewija się także w wywiadzie udzielonym pani Łopieńskiej (Książki i ludzie). 
A jednak pomiędzy migawkami zdarzeń, fragmentami przeszłości, wspomnieniami o ludziach, których spotkała na swej drodze można trochę poznać tłumaczkę Cortazara i Borgesa. Jest tu głęboko skrywane poczucie winy względem rodziców, których (jak się w momencie wyjazdu mogło się wydawać) miała więcej nie zobaczyć (a jak czas pokazał spełniło się to w odniesieniu do ojca), jest też poczucie bycia kimś gorszym; emigrantem-uciekinierem, a może jedynie żal, iż jest się tak postrzeganym. Sporo tu także egzystencjalnych lęków.
Pani Zofia przeszła długą drogę od ukończenia wydziału
ekonomicznego Akademii Nauk Politycznych w Warszawie do podjęcia pierwszych prób literackich w Argentynie. Jak pisze wiele w jej życiu było dziełem przypadku i splotu okoliczności, jak choćby podjęcie decyzji o niewracaniu do kraju z placówki dyplomatycznej w Lyonie, dzięki obejrzeniu pewnej sztuki egzystencjalnej Sartre`a, czy rozpoczęcie pisania pod wpływem rady pewnego lekarza-literata, dla którego (i dla niej także) pisanie miało być terapią na egzystencjalne problemy. Jego radę – pisania codziennie po jednej stronie, niezależnie od wszystkiego co dzieje się wokół, od zmęczenia, zniechęcenia, braku poczucia sensu, traktowania pisania jako terapii- mógłby zastosować każdy. 
Książka wywołała na mnie dwojakie wrażenia; z jednej strony przygnębienie; zapewne kiedy przekroczy się ósmy, a potem dziewiąty krzyżyk radość życia przygasa i wszystko wydaje się spłowiałe i nieważne. A jednak to trochę smutne. Z drugiej – zaciekawienie autorką i jej twórczością, której (z przykrością to stwierdzam) nie znam. Nie czytałam ani jej książek, ani książek, które tłumaczyła.
Odebrałam panią Zofią, jako osobę która całe życie poszukiwała i nie odnalazła tego, czego szukała. Co jest tym bardziej zastanawiające, iż miała życie bogate i wydawałoby się udane. Kiedy patrzę na jej zdjęcia widzę przejmujący smutek w twarzy. Nawet na zdjęciach na których się uśmiecha. 
A jak sama napisała Cztery obywatelstwa. Trzy kontynenty. Trzech mężów. Tak, byłam awanturnicą, ale nie na obecną miarę. Na miarę tamtych lat, dziś oddalonych na jakiś świetlny wiatr. Wiatr wydarzeń, katastrof, postępu, upadku moralnego, zatarcia czy może zacierania się wszelkich kryteriów...
Z lektury pozostają w pamięci migawki przeszłych zdarzeń; jak list, w którym Artur Rubinstein usprawiedliwia się z powodu nie przyjścia na obiad, gotowanie obiadów dla Marszałka, dziwny wojenny ślub, nielegalne przekraczanie granicy, przyjaźń z pewną Gośką, znalezienie Draba, spotkanie z Gombrowiczem, poznanie Cortazara i niepoznanie Borgesa, czy historia pewnej więźniarki, która wolała zginąć, niż żyć w upodleniu, a która zamieniła pobyt we Włoszech w niezwykle nieprzyjemne doświadczenie. 
Generalnie więcej tu o innych, niż o sobie. Wiele niewiadomych i znaków zapytania, pani Zofia przekazała nam tylko to, co uznała za stosowne przekazać. 
Dla mnie, jako dla osoby, której wiedza na temat pani Chądzyńskiej była szczątkowa lektura autobiografii była arcyciekawym jej dopełnieniem.
Twórczość ze strony wikipedii  
Ślepi bez lasek (Czytelnik 1959, 1970); Wznowienia jako: Śpiew muszli (Akapit Press, 1995, 2003), 
Comme l’ombre qui passe: roman Publisher: Paris: Calmann-Lévy (impr. Chantenay), 1960 (pod nazwiskiem Sophie Bohdan),
Chemia (Czytelnik 1962), 
Ryby na piasku (Czytelnik 1965),
Skrzydło sowy (PIW 1967),
Przez Ciebie, Drabie (Nasza Księgarnia 1969, 1972, 1974, 1979, 1984),
Życie za życie (Nasza Księgarnia 1971, 1973; Wydawnictwo Lubelskie 1979 w serii Biblioteka młodych); Wznowienie jako: Rekma, czyli Życie za życie (Akapit Press, 1995), 
Statki, które mijają się nocą (Nasza Księgarnia 1975, 1989, Hamal Books 1994, Akapit Press 2002) 
Wakacje z Zygą (Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 1977) 
Wstęga pawilonu (Nasza Księgarnia 1978, 1982, Akapit Press 1996, Siedmioróg 2000; wpisana na Listę Honorową IBBY) 
Dorosnąć (Nasza Księgarnia 1987, Hamal Books 1994, Siedmioróg 2000, Akapit Press 2002) 
Co mi zostało z tych lat (Akapit Press 1996); Wydanie II poprawione pod zmienionym tytułem: Nie wszystko o moim życiu (Akapit Press 2003)
Poza tym tłumaczenia Borgesa i Cortazara (przede wszystkim)

piątek, 5 czerwca 2015

Żar Sandor Marai

Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2011 r. 
Czytając utwory Maraia nie mogę wyjść z podziwu nad umiejętnością opisywania zwyczajnych historii w zajmujący sposób. Choć te historie stanowią jedynie pretekst dla snucia rozważań - w przypadku Żaru  -nad przyjaźnią, miłością, prawdą i niemożnością dotarcia do sedna zdarzeń. 

Gdzieś na uboczu czasu i historii do pałacu starego węgierskiego generała przyjeżdża przyjaciel z lat młodości. Spotykają się, aby zamknąć pewien etap przeszłości. Dokładnie w tym miejscu i w takim samym otoczeniu ponad czterdzieści lat temu widzieli się po raz ostatni. Dręczące latami wątpliwości dotyczące przyczyny zdarzeń sprzed niemal pół wieku poddane zostały drobiazgowej analizie. Dobiegający kresu dni stary generał ma tylko jedno zadanie do spełnienia; uzyskanie odpowiedzi na nurtujące go pytania. Generał od dnia spotkania wiedzie monotonną egzystencję skupioną na oczekiwaniu. 
Człowiek przygotowuje się do czegoś całymi latami. Najpierw się obraża. Potem pragnie zemsty. Potem czeka. Już od dawna czekał. Już nawet nie wiedział, kiedy obraza i żądza zemsty przekształciły się w oczekiwanie.(str. 15)
To spotkanie to szansa na poznanie motywów działania żony i przyjaciela; dwóch najbliższych osób, które tak boleśnie go zraniły. Kiedy czeka się na coś tak długo, uzyskanie odpowiedzi staje się już mniej ważne niż zadanie pytania. A może odpowiedź przestaje w ogóle być istotna. 
Związek, jaki łączył niegdyś dwóch przyjaciół był na tyle głęboki, że w przekonaniu starego człowieka żaden inny związek międzyludzki nie mógł być głębszy. Latami rozważał, co jest istotą przyjaźni.
… czy przyjaźń w ogóle istnieje? Nie myślę teraz o okazyjnej radości, jaką sprawia sobie nawzajem dwóch ludzi, ponieważ się spotkali, ponieważ w pewnym okresie swego życia jednakowo myślą o pewnych problemach, ponieważ mają podobny gust, to samo ich bawi. Ale to nie jest przyjaźń. Niekiedy myślę zgoła, że jest to najsilniejszy związek w życiu… może dlatego taki rzadki. (str. 84)
Żar to powieść niezwykle esencjonalna. Od emocji, od żaru uczuć aż kipi. W spotkaniu uczestniczy dwoje siedemdziesięciolatków oraz wspomnienie nieżyjącej od dawna żony generała. I choć mówi niemal wyłącznie generał w milczeniu i rzadkich odezwaniach jego rozmówcy kryje się może więcej treści niż w rozważaniach Henryka. Atmosfera jest gęsta i duszna. Monolog momentami męczący. Piękny język, oszczędny (bez zbędnych słów) jest niezwykle treściwy, co sprawia, iż ciężko się od lektury oderwać. 
W pokoju, w którym odbywa się rozmowa / monolog żarzy się nie tylko światło świec, ale i iskry uczuć; dawno wygasłych – obudzonych po latach, trawione latami, tłamszone, skrywane wybuchają z wielką siłą; uczucia zawodu, żalu, przyjaźni, zemsty, niepewności, rozgoryczenia, miłości. 
Wydaje się nieprawdopodobne, jak ogromną siłę rażenia miało uczucie przyjaźni, wymagające tak wiele (może nazbyt wiele), ale jednocześnie przebaczające niemal wszystko. 
Książka na zaledwie 167 stronach mieści niezwykłe bogactwo treści. Lektura wymaga cierpliwości i skupienia, ale wynagradza te niedogodności z nawiązką. Wiele tu niedopowiedzeń, nie padają odpowiedzi na wszystkie pytania, wnioski, do których doszedł bohater być może obarczone są błędem, a jednak nie to okazuje się finalnie najważniejsze. 
Widziałem pokój i widziałem wojnę, widziałem nędzę i świetność, widziałem twoje tchórzostwo i moją butę, widziałem walkę i zgodę. Ale sensem każdego naszego postępku, u samego rdzenia życia, być może jednak był ten węzeł, który z kimś nas łączył - węzeł, albo namiętność, nazwij to jak chcesz. … A jeśli to przeżyliśmy, być może nie żyliśmy na próżno. (str. 165)
Życie podobnie, jak literatura pełne jest niedomówień.
Pewnego dnia budzisz się, przecierasz oczy; już nie wiesz dlaczego się obudziłeś. To co pokazuje słońce znasz dokładnie: wiosnę albo zimę, dekoracje życia, pogodę, porządek dnia. Już nie może się zdarzyć nic zaskakującego, nie zaskakuje nawet coś nieoczekiwanego, budzącego grozę, ponieważ znasz każdą szansę, na wszystko już liczyłeś, nie czekasz już na nic, ani na złe, ani na dobre… to właśnie jest starość. Coś jeszcze żyje w twoim sercu, jakieś wspomnienie, jakiś mglisty cel, chciałbyś kogoś ponownie zobaczyć, chciałbyś coś powiedzieć, czegoś dowiedzieć się i wiesz dobrze, że pewnego dnia nadejdzie ta chwila, i wtedy raptem poznanie prawdy i reakcja na nią nie będą już tak ważne, jak sądziłeś w ciągu tych lat oczekiwania. (str. 153)
Polski tytuł powieści jest niezwykle adekwatny do jej zawartości. Żar mogę żarliwie polecić każdemu wymagającemu i wrażliwemu czytelnikowi.