niedziela, 30 sierpnia 2015

Hurtowo, czyli Złodziejka książek, Papieżyca Joanna i (Nie) boszczyk mąż

Złodziejka książek - Zusak Marcus (Audiobook)
Gdyby oceniać książkę ilością łez wylanych podczas  lektury to należałoby ją zaliczyć do pierwszej dziesiątki najlepszych książek, jakie przeczytałam w przeciągu ostatnich dwóch lat. Było jednak w tej lekturze coś, co sprawiało nieprzyjemny zgrzyt, wyczuwałam jakiś fałsz. Bohaterka Liesel Meminger to mała dziewczynka, oddana na czas wojny rodzinie zastępczej z powodu nieprawomyślnych poglądów ojca. Liesel, która kolejno traci wszystko, co kocha (tatę, brata, mamę, przyjaciół) azyl znajduje w książkach. Brzmi ciekawie, nawet, jeśli tą pierwszą książką, na której nauczy się czytać jest Podręcznik grabarza. Narratorem jest śmierć, ale choć sieje spustoszenie, to jednak próbuje wzbudzić (jeśli nie litość)  zrozumienie, bo przecież ona jest tylko wykonawcą czyjejś woli. Autor w sposób wzruszający opisuje koszmar wojny, której ofiarami są niewinni. Jak napisałam wyżej spłakałam się niemiłosiernie czytając o ogromie krzywd i tragedii ludzkich. Tylko z czyjej winy one się dzieją? Otóż autor podobnie jak śmierć czyni jedynie wykonawcą czyjeś woli, tak Niemców czyni jedynie ofiarami systemu. Bo przecież oni nie chcieli, a co najwyżej godzili się lub musieli się pogodzić z rozwojem wydarzeń, bo przecież oni też byli ofiarami i oni cierpieli niedogodności wojny, głód, wypędzenia i oni ginęli na wojnie. Z niedowierzaniem czytałam o wzmiankę o Hitlerze, który zdaniem autora był jedynie siewcą słów.
Wpadł na pomysł, że będzie rządził światem za pomocą słów. „Nie będę strzelał z pistoletu –stwierdził - Nie będę musiał”. Trzeba mu przyznać, że nie działał pochopnie ani głupio. (...) Cały obszar swego kraju gęsto obsadził słowami .”
Moim zdaniem Złodziejka słów to lektura szkodliwa, bowiem czytelnik odnosić z niej może błędne przekonanie, iż Niemcy były takimi samymi ofiarami wojny, jak inne narody. Zwłaszcza młody czytelnik, dla którego historia II wojny światowej staje się powoli tak odległa, jak dla mojego pokolenia historia bitwy pod Cedynią. Lektura tym bardziej szkodliwa, iż autor nie jest pozbawiony literackiego talentu i potrafi grać na emocjach.

Papieżyca Joanna Donna W. Cross
Postać legendarna, czy autentyczna – to pytanie będzie zapewne jeszcze długo zaprzątało umysły ciekawskich. Zdając sobie sprawę, iż nigdy nie dowiemy się, czy Jan Anglicus (właściwie Joanna) pod imieniem Jana VIII rzeczywiście zasiadał/ła na tronie Piotrowym (pomiędzy papieżami Leonem IV i Benedyktem III) w latach 853-855 autorka napisała powieść, w której kontrowersyjna historia / legenda jest pretekstem do ukazania realiów epoki. Europa z IX wieku, to raczej mało znany okres w historii. Realia życia w małej, ubogiej wiosce, czy na rubieżach monarchii, całkowite podporządkowanie kobiet ich męskim „opiekunom”, brak prawa do wykształcenia dla płci pięknej, surowe warunki życia, wiara w zabobony, ciągłe najazdy, gwałty, zniszczenia stanowią ciekawe tło dla fikcyjnej acz prawdopodobnej historii. Dla uatrakcyjnienia opowieści bohaterka cudem unika całego splotu nieprawdopodobnych okoliczności. Najciekawsza część opowieści dotyczy dzieciństwa Joanny, w której poznajemy życie niekochanej, poniżanej przez ojca i brata dziewczynki o bystrym umyśle i głodzie wiedzy. Kiedy udaje się do zakonu i wiedzie życie pod męskim przebraniem historia staje się bardziej mglista. A już najmniej udany jest wątek romansowy, jednak, skoro przekazy (legendy) podają, iż Joanna zmarła w trakcie porodu jest to wątek niezbędny. Sama postać Joanny jest nie do końca dopracowana. I choć po powieści historyczne sięgam rzadko to lekturę uważam za miłe urozmaicenie upalnych sierpniowych dni, choćby ze względu na dokonane z pietyzmem odtworzenie historycznych realiów oraz mimo wszystko ciekawie poprowadzoną fabułę.

(Nie) boszczyk mąż Joanna Chmielewska
Nie umiem powiedzieć, dlaczego ta książka kiedyś szalenie mnie śmieszyła. Dzisiaj przeczytałam może bez otrząsania się, ale i bez zachwytów. Zabrakło mi tego właściwego pani Joannie poczucia humoru. Sam pomysł opiera się na próbie zamordowania męża przez osobę o umysłowości debilki do kwadratu, czyli nic nowego, bowiem większość potencjalnych sprawców u Chmielewskiej to osoby nie grzeszące inteligencją. Żona – niedoszła morderczyni poza brakiem inteligencji wyróżnia się talentem kulinarnym godnym master chefa oraz monstrualnymi rozmiarami. Kilka razy podczas lektury się uśmiechnęłam, jednak powodów do śmiechu pełną gębą nie odnalazłam. Ponowna lektura rozczarowała. Jako osoba od zawsze stosująca różne diety z zainteresowaniem czytałam o próbach odchudzenia głównej bohaterki. Tyle, że dziś lepsze rady można wyczytać w Internecie. Książka przeczytana w ramach wyzwania stosikowe losowanie u Anny.

środa, 26 sierpnia 2015

Historia pewnego życia Guy de Maupassant

Wydawnictwo Zrzeszenie Księgarstwa,
tłumaczenie Maria Kreczowska
rok wydania 1985

Tę niepozorną książeczkę zakupioną za grosze położyłam na półce i gdyby nie losowanie u Ani leżałaby tam nie wiadomo jak długo.
Historia pewnego życia to historia naiwnego dziewczątka Janiny, chowanej pod kloszem, nieprzygotowanej do życia, która wyrwawszy się zza klasztornych krat marzy o założeniu rodziny i spełnieniu się w roli żony i matki. Przy czym ma mętne pojęcie, na czym owa rola polega. Cóż może wiedzieć o obowiązkach małżeńskich dziewczę wychowane w klasztorze. Małżeństwo roi jej się, jako romantyczna wycieczka na Korsykę, wspólne podziwianie wschodów i zachodów słońca, zrywanie kwiatków i stąpanie po trawie. I kiedy trafia się ON, ten którego sobie wymarzyła do roli męża i ojca jej dzieci niemal bez wahania decyduje się go poślubić. Tymczasem ON – mocno stąpa po ziemi i dobrze liczy, najlepiej wychodzi mu liczenie posiadłości przyszłych teściów. 
Czyli historia stara jak świat; wielkie nadzieje i bolesne rozczarowanie. Monotonne życie w upokorzeniu bez jakichkolwiek szans na odmianę. Książę okazuje się łajdakiem, a żona, jak to w onych czasach bywało (mamy wiek XIX) musi pogodzić się z sytuacją zapełniając sobie czymś życie. Może, gdyby Janina została wychowana w innym duchu miałaby przynajmniej szansę spełnić się, jako matka. Niestety nie nauczono jej być matką.
Historia z morałem, ale jak napisana. To się znakomicie czyta, trochę przypomina Balzakowskie Stracone złudzenia, ale Maupassant pisze lżej niż Balzac, przede wszystkim mniej tutaj ozdobników, a lektura mimo, iż wydaje się przewidywalna wciąga. 
Naiwność i anielskość Janiny aż drażni, chciałoby się nią potrząsnąć, bo wydaje się sama sobie winna. A jednak trochę żal, bo tak ją wychowano, w przeświadczeniu, iż sfera zmysłów nie istnieje, jest tylko odrażającą rozrywką dla niższych warstw. W ten sposób dziewczyna została psychicznie „okaleczona” i stała się bezbronna wobec życia. 
Ileż tu ciekawych postaci; żyjąca wspomnieniami matka, wiodąca bezbarwne życie ciotka, egoista Paweł i wreszcie pozbawiony uczuć książę małżonek. Nawet jeśli są to postacie nieco przerysowane, przy czym najbardziej główna bohaterka, to i tak o każdej z nich można by napisać kolejną książkę. 
Mnie zaintrygowała ciotka, osoba, której obecności nikt nie zauważa, która przemyka niczym cień przez życie. Polecam, to całkiem niezłe czytadło w dobrym sensie tego słowa.
Przeczytana w ramach stosikowego losowania u Ani.
Zazdroszcząc innej Ani lapidarnych wpisów skróciłam notkę do minimum. 

niedziela, 23 sierpnia 2015

Dziewczyna z poczty Stefan Zweig


Dziewczyna z poczty to historia ubogiej austriackiej urzędniczki, której monotonną egzystencję przerywa zaproszenie od bogatych krewnych. I oto Kopciuszek na kilka dni staje się księżniczką, duszą towarzystwa, panną na wydaniu, o której względy się zabiega, a co najważniejsze osobą, która odkrywa, iż życie nie musi być szaro-bure, a świat ma mnóstwo kolorów. Piękne sukienki, nowa fryzura, delikatna bielizna, smaczne potrawy, tańce, zabawy, przejażdżki to wszystko może zawrócić w głowie. Christine zawróciło na tyle, że zatraciła się w korzystaniu z tu i teraz, zapominając, iż życie nie jest bajką i wkrótce trzeba będzie wrócić do okienka zapyziałego urzędu pocztowego gdzieś na prowincji, do brudnej i ciasnej klitki na poddaszu, do opieki nad schorowaną matką i do obywania się bez wszystkich tych pięknych rzeczy, jakimi tymczasowo obdarowała ją ciotka. Kiedy czar pryska, na jaw wychodzi prawda o pochodzeniu dziewczęcia odsuwają się od niej wszyscy. I tylko dziewczyna nie rozumie - dlaczego. Wróciwszy do swojej nędznej egzystencji nie umie już żyć tak jak dawnej, drażnią ją codzienne obowiązki, a ludzie irytują nędznym ubraniem i tym, iż sprawiają wrażenie, że takie życie, jakie prowadzą im odpowiada. Może, gdyby Christine nie zaznała swobody nietroszczenia się o środki do życia przez tych kilka dni, nie wiedziałaby nawet, że czegoś jej brakuje, że takie życie, jak wiodą jej sąsiedzi może być upokarzające, może wówczas nie zastanawiałaby się, dlaczego jedni mają niemal wszystko, a inni nie mają nic. Christine miota się pomiędzy nienawiścią do świata, który tak nierówno rozdzielił swe dobra, a chęcią ucieczki od życia, które uwiera. Próbuje coś zmienić, ale próby te kończą się fiaskiem. Pewnego dnia spotyka Ferdynanda, ale czy to spotkanie będzie zapowiedzią odmiany losu ... 
Bohaterka budziła we mnie mieszane uczucia, początkowo było mi jej żal, potem kiedy zatraciła się w zachłannym korzystaniu z życia, zapominając o realiach, oddanym przyjacielu i chorej matce, kiedy dała się uwieść pozorom zaczęła mnie irytować, aby kilka kartek dalej, gdy potraktowano ją niczym trędowatą przyznać, iż szkoda mi dziewczyny, bo w gruncie rzeczy nie popełniła żadnej zbrodni, chciała jedynie przeżyć kilka pięknych chwil, trochę się pogubiła, ale nie zasłużyła przecież na takie traktowanie (pozbycie się bez słowa wyjaśnienia). A jeszcze później, kiedy miotała się pomiędzy rutyną dnia codziennego a niezgodą na monotonię szarych dni chciałam, aby spotkało ją coś dobrego, miłego, jakaś odmiana losu, nic wielkiego, choćby etat na poczcie w Wiedniu, albo przeżycie swojego pierwszego razu w jakimś ładnym otoczeniu.  
Umiejętność wzbudzenia w czytelniku tak żywych uczuć  to spory talent.
Dziewczyna z poczty jest powieścią niedokończoną, czego bym się zapewne nie domyśliła, gdyby nie posłowie. Kończy się w momencie, który aż się prosi o kontynuację, ale można by pomyśleć, że to celowy zabieg autora, pozostawienie historii nierozstrzygniętej, nieprzesądzonej. 
Dla mnie Dziewczyna z poczty to przede wszystkim wspaniałe studium psychologiczne postaci głównej bohaterki, dla której szansą na udane/szczęśliwe życie jest osiągnięcie pewnego dostatku. I wcale nie twierdzę, że jest w tym coś złego, jedynie mam wątpliwość, czy Christine osiągnąwszy go zaznałaby radości. 
Dla tej właśnie wątpliwości, co do dalszych losów bohaterki żałuję, iż powieść nie została dokończona, a jednocześnie cieszę się, że została wydana, nawet w takiej, niepełnej formie.
Jest w Christine jakaś bezwolność, która sprawia, iż nie jest w stanie odważyć się żyć, dopiero spotkanie z Ferdynandem coś zmienia w jej egzystencji. I ta bezwolność jest nieco irytująca. 
Książka jest świetnie napisana, fabuła wciąga, postać głównej bohaterki zaciekawia, nawet jeśli czasami irytuje. Zweig nie na darmo pozostawał pod wpływem Freuda i jego prac.
Moim zdaniem Dziewczyna z poczty jest  lepsza od Niecierpliwości serca, którą i tak oceniałam wysoko. 

czwartek, 20 sierpnia 2015

A zabawa trwała w najlepsze. Życie kulturalne w okupowanym Paryżu. Alan Riding

Wydawnictwo Świat Książki, rok wydania 2012
Gdybym miała wyciągnąć z lektury najważniejszą myśl, to najlepiej oddałyby ją zacytowane we wstępie stwierdzenie - Jeśli ktoś nie przeżył horroru bycia okupowanym przez obce mocarstwo, nie ma prawa pouczać kraju, który ma to za sobą (str. 11). Dodałabym do tego, iż jeśli ktoś nie przeżył horroru okupacji nie ma prawa osądzać zachowań ludzi, którzy jej doświadczyli. 
Przedmiotem badań nie są działania profaszystowskiego rządu marszałka Petaina (uosabiające wstydliwy okres w historii Francji), ale postawa szeroko rozumianego kręgu ludzi sztuki podczas okupacji. To im poświęca w swym opracowaniu najwięcej miejsca zaznaczając jednocześnie, iż wydawanie jednostronnych osądów nie jest łatwe, a wymaganie od artystów bycia moralnymi przywódcami narodu jest wymogiem na wyrost. Najważniejsze postaci [kultury] zachowywały się tak, jak reszta społeczeństwa, choć w ich przypadku było to o tyle ważniejsze, że artystyczne powołanie czyniło z nich wzory do naśladowania, toteż oceniano ich później według wyższych standardów.(str.10)
I choć autor stara się unikać oceniania to pokazuje typową postawę Francuzów podczas wojny, która oznaczała nieangażowanie się, dystans, nieopowiadanie się po żadnej ze stron. Pamięć o rzezi, jaką przyniosła I wojna światowa, była silna wśród intelektualistów i polityków, umacniając pacyfizm i przekonanie, że Hitlera da się ułagodzić. (str. 38)
A z drugiej strony było rozczarowanie dotychczasową polityką rządów, bo jak mówił Sartre W 1939 roku baliśmy się śmierci, cierpienia za sprawę, która nas brzydziła. To znaczy za obrzydliwą Francję, skorumpowaną, niesprawną, rasistowską, antysemicką, rządzoną przez bogaczy i dla bogaczy; nikt nie chciał za to umierać, dopóty, dopóki- no cóż- zrozumieliśmy, że naziści byli jeszcze gorsi (str. 54).
Tyle, że to zrozumienie przyszło dość późno. A do tego czasu „zabawa trwała w najlepsze”; działały kina, teatry, wodewile i kabarety, odbywały się premiery nowych sztuk i oper, a na widowni obok umundurowanych okupantów zasiadali Francuzi. Niemcy chcieli, aby w narodzie istniało przekonanie, iż nic się nie zmieniło.
Pisarze chętnie wydawali swoje dzieła, a dziennikarze prześcigali się w pochlebstwach dla Niemców i piętnowaniu ludności żydowskiej. 
Czując się bezsilni, przyjęli postawę przeczekania, attentisme, pozwalającą im dalej wieść własne życie- pisać, malować, występować, uczyć - w oczekiwaniu na ocalenie przez jakieś zewnętrzne siły, najpewniej Stany Zjednoczone. (str. 131)
Lista źródeł, z jakich korzystał autor jest imponująca, a indeks nazwisk i dzieł pojawiających się na jej kartach liczy ponad dwadzieścia stron. 
Pojawia się tu sporo znanych nazwisk, a jeszcze więcej takich, które nieobeznanemu czytelnikowi niewiele powiedzą, ale choć autor opisuje zachowania konkretnych ludzi tak naprawdę pokazuje zachowanie całego narodu. I choć istniały wyjątki, które podejmowały walkę, to gro Francuzów akceptowało, albo jedynie dystansowało się od otaczającej rzeczywistości. Autor próbuje znaleźć odpowiedzi na pytania o powód takich zachowań; godzenie się z okupacją, napiętnowanie obywateli żydowskich, czy wreszcie szybkie wymazanie z pamięci niechlubnej przeszłości wojennej.
Książka, choć momentami przytłacza wielością nazwisk, czy drobiazgowością opisu pobudza do refleksji na temat ludzkiej natury i zachowań człowieka w sytuacjach ekstremalnych.
Zawsze interesowało mnie, jak podczas wojny chroniono dziedzictwo kulturowe. 
Tratwa Meduzy
W jednej dziedzinie rząd Daladiera był jednak przygotowany. Już we wrześniu 1938 roku, po tym jak Niemcy zajęły Sudety, Mona Lisa i kilka innych arcydzieł tymczasowo wysłano do zamku Chambord w dolinie Loary. Rok później, kiedy wypowiedziano wojnę, w Luwrze wcielono w życie plan ewakuacji większości muzeum. W ciągu mniej niż miesiąca 3691 obrazów zdjęto ze ścian, starannie opakowano, załadowano do ciężarówek i w trzydziestu siedmiu konwojach wysłano do zamku Chambord, choć samą Monę Lisę przeniesiono wkrótce do Louvigny, w zachodniej części doliny Loary. Luwr miał pełne prawo być zadowolony z tej operacji. Ogromny obraz Veronesego, Gody w Kanie, wyjęto z ram i zwinięto, a niewiele mniejszą Tratwę Meduzy Gericaulta umieszczono do transportu w długim, drewnianym kontenerze. Wiele posągów i rzeźb musiano jednak zostawić na jakiś czas w piwnicach, później miano zbudować schrony przeciwlotnicze. Wyjątek uczyniono dla dwóch greckich skarbów, Nike z Samotraki i Wenus z Milo, które spędziły wojnę w zamku Valencay. (str.47- 48)
Mona Lisa (zdjęcie robione zza czyichś pleców)
Wkrótce po upadku Paryża Niemcy zażądali informacji, co stało się z 3691 obrazami, które w 1939 roku zostały zabrane z Luwru i ukryte w różnych miejscach Francji. Niektóre z nich przenoszono po kilka razy- Mona Lisa, zabrana w listopadzie 1939 roku z Chambord do Louvigny, w czerwcu 1940 roku trafiła do opactwa w Loc-Dieu, na wschód od Bordeaux, w październiku tego samego roku do Muzeum Ingres`a w pobliskim Montauban, a wreszcie w marcu 1943 roku do zamku Montal, w południowo-zachodniej części Francji, gdzie spędziła resztę wojny pod łóżkiem pewnego kuratora z Luwru. (str.198)
Za polecenie lektury dziękuję Zacofanemu w lekturze.
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.
I znów kłopot z etykietą; literatura francuska? wszak autor to Brytyjczyk urodzony w Brazylii:)

czwartek, 6 sierpnia 2015

Nocny pociąg do Lizbony Pascal Mercier


Pragnienie zmiany uporządkowanego życia to myśl przyświecająca wielu, ale tylko nieliczni zdobędą się na odwagę jej realizacji. Nie znam nikogo, kto zdecydowałby się na to pod wpływem impulsu, co nie znaczy, iż nie chciałabym poznać, a może jeszcze bardziej chciałabym umieć sama się na to zdobyć. A z drugiej strony może lepiej realizować swoje zamierzenia i żyć w zgodzie z samym sobą, niż czekać na impuls, który zmieni utarty bieg życia i nada mu sens. 
Tyle, że nie każdy ma taką możliwość.
Książka Merciera Pascala to książka o duchowej podróży w głąb siebie. Gregorius ponad pięćdziesięcioletni nauczyciel języków klasycznych prowadzący ustabilizowane, nieco nudnawe życie w jednej chwili porzuca wszystko, wychodzi w trakcie lekcji z klasy i wsiada w pociąg do Lizbony. Jedzie, aby poznać człowieka, którego słowa go urzekły. 
Błędem jest sądzić, że decydujące chwile życia, w których zmienia się na zawsze utarty bieg, muszą cechować się głośnym jaskrawym dramatyzmem, podmywanym silnymi, wewnętrznymi wzburzeniami. […] W rzeczywistości dramatyzm determinującego życie doświadczenia jest często niewiarygodnie cichy.  (str. 43)
Impulsem jest przypadkowe spotkanie kobiety, która wygląda, jakby chciała skoczyć z mostu, chwila rozmowy z nią, podczas której ulega czarowi wymowy portugalskiego słowa oraz lektura książki "Złotnik słów" portugalskiego lekarza Amadeu de Prado. Pełna filozoficznych przemyśleń książka sprawia, że starzejący się mężczyzna odnajduje duchową więź z człowiekiem, którego nigdy w życiu nie spotkał. 
Połączyła ich miłość do słów. Fascynacja słowami spowodowała, iż obaj nie potrafią odnaleźć się w realnym świecie i zbudować relacji z otoczeniem. Nauczyciel ucieka w świat literatury, tłumaczeń i nauki języków obcych, lekarz, niespełniony poeta przelewa swe myśli na papier zapisując refleksje o życiu i śmierci, przyjaźni i lojalności, rodzicielstwie, miłości, oczekiwaniach, nadziejach oraz pisze listy, których nigdy nie wyśle. 
Książka napisana została po portugalsku, co sprawia, iż uczący się tego języka nauczyciel tłumaczy ją powoli, a lekturę przeplata spotkaniami z ludźmi, którzy znali Prado. 
Gregorius zwlekał z otworzeniem książki Prado. […] Jak będzie po ostatnim zdaniu? Zawsze bał się ostatniego zdania, a od połowy każdej książki regularnie dręczyła go myśl, że ostatnie zdanie niechybnie nastąpi. (str. 264)
Wszystko to na tle historii Portugalii; dyktatury Salazara i ruchu oporu a także na tle Lizbony; nostalgicznej, smutnej i pięknej. 
Jest w tej książce jakiś nieokreślony smutek, który przywodzi na myśl tęsknie wyśpiewywane fado. 
Czy myśl o upływającym czasie i śmierci powodowała, że nagle człowiek nie wiedział już czego chce? Że nie rozpoznawał własnej woli? Że tracił oczywistą znajomość swoich chęci? I w ten sposób stawał się dla samego siebie kimś obcym, problematycznym? (str.74)
Kiedy zyskujemy pewność, że nigdy nie osiągniemy pełni, wtedy nagle nie wiemy, jak powinniśmy przeżyć czas, bo nie możemy już przeżywać go w nadziei na spełnienie. (str. 184)
Wiele z refleksji, jakie snuje Prado, czy Gregorius przemawiało do mnie, bo stanowiło lustrzane odbicie moich myśli, jak choćby ta o postrzeganiu własnej osoby. Kiedy Gregorius obserwuje swoje odbicie w szybie i zastanawia się, co widzą inni.
Pomyślałem, że nigdy, ani przez chwilę w życiu, nie byłem taki, na jakiego wyglądałem i jakie sprawiałem wrażenie. Ani w szkole, ani na studiach, ani w pracy. Czy inni ludzie także nie rozpoznają się w swoim zewnętrznym obrazie? Czy ten obraz wydaje im się maską pełną niezgrabnych grymasów? Czy z przerażeniem zauważą przepaść między sposobem, w jaki postrzegają ich inni, a sposobem, w jaki odbierają samych siebie? (str. 77) 
Czy wówczas, kiedy dochodzi do wniosku, że rozmowa jest tylko wypowiadaniem słów, a nie wymianą myśli. 
Książka jest kopalnią refleksji i filozoficznych rozważań. Z wieloma z nich się zgadzam, wiele jest odkrywczych, nad wieloma długo się zastanawiałam. 
Niektóre jednak sięgają tak głęboko, że stają się trochę nieczytelne, inne są niepotrzebnie powtórzone, choć to chyba celowy zamysł autora (dla mnie nieprzekonywujący).
Nie umniejsza to jednak mojej wysokiej oceny książki. 
Poza pobudzającą do zastanowienia warstwą filozoficzną dałam się wciągnąć także w fabułę, która choć ma drugorzędne znaczenie jest interesująca i zaskakująca. Ciekawym zabiegiem była możliwość poznawania historii bohatera z różnych punktów widzenia, składanie jej niczym puzzli w całość. 
Polecam tym, którzy są gotowi na podróż w głąb siebie. 
Jeśli nie zgadzacie się z myślą, iż „Życie nie jest tym, co przeżywamy, jest tym, co wyobrażamy sobie, że przeżywamy” (str. 376) to chyba nie jesteście jeszcze gotowi na odbycie tej podróży. 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję paren. Jest to dla mnie tym cenniejsze doświadczenie, gdyż Lizbona jest celem tegorocznej podróży nie tylko w głąb siebie, ale także na ten skrawek Europy, który kiedyś nazywano końcem świata. 
W sieci odnalazłam filmową ekranizację z Jeremy Ironsem w roli profesora Gregoriusa. Jak to często bywa film nie jest wierną adaptacją, gubią się tutaj niuanse i filozoficzne rozważania, pominięto pewne postacie, wprowadzono inne zakończenie, ale mimo to wart jest obejrzenia. Jednak gdybym oglądała go nie znając książki moje wrażenia byłyby zupełnie inne.

Zaliczyłam do literatury portugalskiej, choć napisał Szwajcar studiujący w Londynie i Heidelbergu i mieszkający w Niemczech. Przypisując etykiety mam problem z kwalifikacją książki- wg pochodzenia, narodowości, miejsca zamieszkania, czy tematyki książki. W tym przypadku uznałam, iż określenie jej mianem literatury portugalskiej jest jak najbardziej uzasadnione.