sobota, 24 grudnia 2016

Wigilia w wymarzonym domku Ani (a nawet dwóch)

Początkowo Ania i Gilbert myśleli o tym, aby pojechać na Boże Narodzenie do Avonlea, ale po namyśle postanowili zostać w Czterech Wiatrach.
-Pierwsze Boże Narodzenie w naszym wspólnym życiu chciałabym spędzić w Czterech Wiatrach-zapowiedziała uroczyście Ania. 
W rezultacie Maryla, pani Małgorzata Linde i para bliźniąt zjechali na Boże Narodzenie do małego domku. Maryla miała taką minę, jak gdyby objechała cały glob. Nigdy przedtem nie oddalała się ponad sześćdziesiąt mil, a Wigilii nigdy nie spędzała poza Zielonym Wzgórzem. Pani Małgorzata przywiozła sporządzony własnoręcznie olbrzymi pudding. Nikt nie był w stanie jej przekonać, że absolwentka wyższej szkoły, należąca do młodszej generacji, mogłaby upiec należycie świąteczny pudding. Jednocześnie jednak pochwaliła domek Ani.
-Ania jest dobrą gospodynią- powiedziała do Maryli w gościnnym pokoju w wieczór ich przyjazdu. Wszędzie zaglądałam- i do komórki, i do spiżarki, i do szuflad. Po tym, jaki tam panuje porządek, wydaję moje zdanie o gospodyni. W spiżarce nie znalazłam suchych kromek chleba, a w komórce - nic takiego, co by się nadawało do wyrzucenia. To prawda, żeś ty ją nauczyła porządku, ale nie trzeba zapominać, że potem pojechała do szkoły. Poza tym na łóżku widzę moją kapę w tabaczkowe pasy, a przed kominkiem twój dywanik domowej roboty, to mi zupełnie przypomina dom. 
Pierwsze Boże Narodzenie w Wymarzonym Domku wypadło tak wspaniale i przyjemnie, jak tylko można było sobie życzyć. Wieczór był piękny i jasny. Pierwszy śnieg spadł w Wigilię i pokrył cudownym, białym kobiercem pola i wzgórza. Przystań jednak nie zamarzła i migotała w promieniach słońca.

Tym fragmentem z Wymarzonego Domku Ani L.M. Montgomery mam nadzieję udało mi się wpisać w świąteczny nastrój. Życzę wszystkich zaglądającym 

pogodnych, spokojnych i miłych świąt (może bez gości zaglądających do szuflad i komórek) i znalezienia pod choinką tego, czego ostatnio tak bardzo nam brakuje; czasu i poczucia bezpieczeństwa

A sama biegnę do wymarzonego domku innej Ani i jej bliźniaków, aby razem z nimi i jeszcze paroma osobami spędzić miłe chwile.

sobota, 12 listopada 2016

Wakacje z perspektywy czasu (czyli słów kilka o Wrocławiu, albo dziękuję Bee)

Widok na Katedrę na Ostrowiu Tumskim
Pisać o wakacjach, kiedy dawno są już tylko odległym wspomnieniem to chyba nie najlepszy pomysł. A jednak. Czasami lepiej widać z perspektywy. Przez ostatnie kilkanaście lat każdy wolny dzień wykorzystywałam na poznawanie bliższych i dalszych zakątków Europy, zachłannie nadrabiając zarówno wcześniejszą niemożność podróżowania, jak i ówczesny strach przed lataniem. W tym roku, z różnych przyczyn, urlop spędziłam zwiedzając południowe i zachodnie regiony naszego kraju. Jednym z etapów moich wojaży był Wrocław. 
Byłam tam po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni. Tyle się o
Pergola wokół fontann
tym mieście nasłuchałam, że nie mogłam sobie odmówić chęci skonfrontowania cudzych opowieści z własnym postrzeganiem. Popełniłam jednak jeden, ale zasadniczy błąd. Nie byłam kompletnie przygotowana do tych odwiedzin. Tzn. wiedziałam, jakie są punkty must see, ale nic ponadto. W głowie kompletna pustka; ani literackich, ani filmowych odniesień, ani nazwisk bliskich mi postaci, ani nawet jakiegoś obrazu, który szczególnie chciałabym obejrzeć. Oczekiwałam na cud, a cud się nie wydarzył. Czekałam, że miasto samo mnie zauroczy, tymczasem ono oczekiwało ode mnie podjęcia jakiegokolwiek wysiłku, aby je polubić. Dostrzegałam piękny, przestrzenny Rynek, wrażenie zrobiła na mnie Panorama Racławicka, podobały mi się miejsca zieleni, dobrze się czułam na Ostrowie Tumskim, ale… no właśnie, wszystkiemu towarzyszyło jakieś ale. Może to niesprzyjająca pogoda (trochę padało i nie było najcieplej), a może miejsce zamieszkania (w mało atrakcyjnej i nie najbezpieczniejszej dzielnicy miasta), a w końcu może to, że ten tegoroczny urlop przypadł w najmniej odpowiednim momencie, kiedy mentalnie nie byłam gotowa, aby się nim cieszyć (choć przecież powinnam, w końcu to co mi się przydarzyło dla wielu byłoby powodem do radości, a nie zmartwienia). Miałam wrażenie, że wszystko jest nie tak. I mimo bardzo sympatycznego spotkania z Bee, która pokazała mi swój Wrocław wciąż nie potrafiłam się nim cieszyć. 
W ogródku japońskim
Kilka dni temu zaczęłam tęsknić za Wrocławiem, a to uświadomiło mi, jak mało doceniłam to miasto. Dopiero teraz, po czasie dostrzegłam jego urok i cieszę się, że za rok będę mogła pokazać go dzieciom. 
Kiedy o nim myślę, to w pamięci pokazują się obrazy pełne zieleni. Leżę na obramowaniu fontann w pobliżu Hali Stulecia otoczona przecudnej urody pergolą, słoneczko świeci, ja pozwalam sobie przenieść się do Krainy bez-myślenia i czuję się lekko i dobrze. Pochylam się nad wodą stojąc na drewnianym mostku niczym z obrazów Moneta w Ogródku Japońskim, podziwiam ogromne słoneczniki w Ogrodzie Botanicznym nieopodal Katedry na Ostrowie Tumskim, czy też brodzę pomiędzy porośniętymi trawą i krzewami nagrobkami na Cmentarzu Żydowskim. Taki tam wszędzie spokój, taka cisza, taki raj utracony. Jak mogłam tego wcześniej nie dostrzec. 
W Muzeum Narodowym, mieszczącym się w bardzo ciekawym
Słoneczniki w Ogrodzie Botanicznym
architektonicznie neorenesansowym budynku z czerwonej cegły porośniętym winobluszczem, który zmienia kolor w zależności od pory roku (we wrześniu był on soczysto-zielony) podziwiam Bruegla Pejzaż zimowy z łyżwiarzami i klatką na ptaki, który to obraz (a raczej jedną z jego wersji) oglądałam kilka lat wcześniej na wystawie w MNG. Tam też dostrzegam niesamowity Las podczas powodzi nad jeziorem Starnberskim Lovisa Corinth. Ten ostatni przyciągał mój wzrok jakimś magnetyzmem i nie pozwalał odejść. Kolejny artysta ocierający się o impresjonizm - tym razem z Niemiec. Moje prywatne zbiory zataczają coraz szersze kręgi. Żałuję, że przegapiłam muzealny sklepik z pamiątkami, bowiem kupiłabym sobie każdej wielkości reprodukcję, o ile byłaby do nabycia. Ku własnemu zdumieniu wdaję się w pogawędkę z panią opiekunką sali na temat Maurycego Gotlieba, ucznia Matejki, na którego obrazy zwracam uwagę od czasu, kiedy przeczytałam biografię malarza. Do tej pory widziałam jego obrazy jedynie w MNW. 
Las  podczas powodzi nad jeziorem Starnberskim 
Na wrocławskim rynku zadziwiającym swą wielkością (nie widziałam w Polsce tak dużego rynku), a co za tym idzie tak dużej ilości kolorowych kamieniczek w sali Ratuszowej oglądam fantastyczną wystawę 100 na 100 – czyli 100 fotografii na setne urodziny fotografika Stefana Arczyńskiego. Kolejne nieznane mi nazwisko, które wzbogaca skarby mojej pamięci, a które odkrywam dzięki nieocenionej Bee. Czarno-biała fotografia z podróży przez życie; jest tu i Wrocław oglądany z wysokości (dachów jego najwyższych kamienic), są zdjęcia z zagranicznych wojaży, są też zdjęcia żony. Z pewnością wybór zaledwie stu fotografii z ogromnego dorobku był dla twórcy dużym wyzwaniem. U oglądającego ilość fotografii wywołuje wzruszenie umiejętnością patrzenia i dzielenia się tym patrzeniem na świat z innymi i pewien niedosyt niewielką jak na tak długie życie ekspozycją. Z tych zdjęć emanuje radość dostrzegania w otaczającym nas świecie piękna, a także duże poczucie humoru. 
Fotografia żony S.Arczyński
Bee zawdzięczam jeszcze jedno odkrycie - piękny neogotycki kościół pod wezwaniem Św. Michała Archanioła, z ciekawą historią (świątynia była pierwszym miejscem oporu przeciw kulturkampf po wcieleniu miasta do Prus, była także miejscem modlitwy Edyty Stein, patronki Europy) i nie mniej ciekawą architekturą (z dwiema nierównej wysokości wieżami (z powodu wcześniejszego zawalenia się jednej z wież) pięknym sklepieniem żebrowo-krzyżowym, witrażami o niebieskiej (niebiańskiej) poświacie i ciekawą dekoracją posadzki.
Teraz uświadomiłam sobie, że znam już osobę, której śladami będę mogła  przemieszczać się po Wrocławiu, jest to wspominana tu kilkakrotnie Bee, która pokazała mi swoje miejsca we Wrocławiu. Napisałam jedynie o kilku i to dość powierzchownie, tradycyjnie mając nadzieję powrotu do tematu, kiedyś, za jakiś czas, może na emeryturze do której niestety ciągle jeszcze wciąż tak samo daleko. 
To tylko kilka wrażeń, które być może kiedyś pozwolą na pełniejsze potraktowanie tematu mojego Wrocławia.
Cmentarz żydowski we Wrocławiu niczym Tajemniczy ogród wyłaniają się nagrobki pośród oceanu zieleni

Parę zdjęć miejsc, o których piszę (lub powinnam napisać) więcej;

Piękna secesyjna kamienica przy ul. Prusa

Obrośnięty winobluszczem budynek Muzeum Narodowego


Sala Ratuszowa, w której eksponowane były fotografie pana Arczyńskiego

W ogrodzie botanicznym

Nawa główna kościoła Św. Michała Archanioła


Kościoły św. Krzyża i św. Bartłomieja od strony Ogrodu


Zegar ratuszowy

Perełka Patrick Modiano - będzie krótko

Pierwsze spotkanie z noblistą i …. Nie wiem co napisać, bo nie było to oczarowanie, ale nie było też rozczarowanie. Książkę przeczytałam jakiś czas temu w trakcie dwugodzinnej podróży pociągiem, wciągnęła mnie swym klimatem, może nawet w pewien sposób zauroczyła, ale za miesiąc już o niej nie pamiętałam. Postanowiłam dać drugą szansę i przeczytałam ponownie. I znowu szybko poszło. Po tygodniu mam jakieś mgliste wspomnienie niesamowitego klimatu. Oniryczny. Tak chyba można go nazwać. Wszystko dzieje się, jak we śnie. Trudno określić z przekonaniem, czy bohaterka spotkała kobietę, którą znała dawno temu, a która była jej matką, czy tylko przypadkowe spotkanie wywołało lawinę wspomnień, nie wiadomo także, czy znalazła pracę, w której spotyka swoje alter ego sprzed lat, czy też to jej wyobraźnia podpowiada taki właśnie scenariusz. Tak samo nierzeczywisty wydaje się przyjaciel lingwista czy farmaceutka. 

Therese jest młodą dziewczyną, która widząc w paryskim metrze kobietę w żółtym płaszczu rozpoznaje w niej niewidzianą od lat matkę. Matkę, która porzuciła ją jako małą dziewczynkę. Od tej chwili bohaterka próbuje dowiedzieć się czegoś więcej o kobiecie, która ją urodziła. Zbiera okruchy wspomnień, strzępy informacji z pożółkłych fotografii, zapisków w notesie, rozmów z osobami, które mogły znać kobietę. Therese, zwana dawniej Perełką próbuje odnaleźć jakiś stały punkt, dzięki któremu „życie przestanie być takim ciągłym unoszeniem się…, aby zaprzestać tego „uczucia niesienia prądem, gdy niczego nie można się uchwycić”. Zatrudnia się, jako opiekunka siedmioletniej dziewczynki. Historia dziecka, którego rodzice wcale nie zauważają przypomina jej własną. A każde wspomnienie z lat dzieciństwa powoduje strach.. „paniczny strach, który potrafi dopaść na ulicy i obudzić nagle koło piątej nad ranem”, dlatego dziewczyna postanawia „zburzyć mosty”, zmierzyć się ze swoją przeszłością, ale każda kolejna ścieżka prowadzi w ślepy zaułek. Niedopowiedzenie, melancholia, nostalgia. Nie potrafię powiedzieć, czy mogę polecić z całym przekonaniem. Myślę, że zaryzykuję jeszcze jedno spotkanie z pisarzem-noblistą chociażby dla tego niesamowitego klimatu. 
Przeczytana w ramach stosikowago losowania u Anny.

sobota, 5 listopada 2016

Prywatne życie Mony Lisy Pierre La Mure


W dyskusji pomiędzy zwolennikami biografii opartych wyłącznie na materiale źródłowym a zwolennikami powieści biograficznych, w których autor pozwala sobie na pewną dozę fikcyjności dla przedstawienia własnej tezy dotyczącej postrzegania bohatera staję po stronie tego drugiego. Nie oznacza to, iż nie doceniam książek, których autor wykonał solidną pracę śledczą wertując wszelkie dostępne źródła. Lubię natomiast, kiedy piszący nie przeinaczając faktów czy realiów epoki próbuje dotrzeć do psychiki bohatera, zrozumieć go, stawia tezy i szuka argumentów na ich poparcie, a wszystko to podaje w sposób przystępny; nie nuży nadmiarem dat i wydarzeń. Lubię poczuć klimat epoki, w jakiej żył człowiek będący inspiracją do napisania książki a jednocześnie lubię poczuć z nim więź. Za najlepsze do tej pory przeczytane biografie uważam Beksińskich Portret podwójny Magdaleny Grzebałkowskiej oraz Toulouse Lautrec Julii Frey, a mimo to najchętniej wracam do powieści biograficznych Irwinga Stone. 
Prywatne życie Mony Lisy to książka tak samo o życiu florenckiej mieszczki, genialnego malarza jak i renesansowego państwa-miasta.

Największym walorem powieści jest wierne odtworzenie tła historyczno-obyczajowego XV-XVI wiecznej Florencji. I to odtworzenie w sposób przystępny i ciekawy. Historia opowiadana przez autora wciąga czytelnika bez reszty. To we Florencji splatają się losy Lisy Gherardini, żony bogatego kupca Francesca Giocondo i Leonardo da Vinci nieślubnego syna znanego notariusza z losami przedstawicieli rodu Medyceuszów, Borgiów i Sforzów. Przez karty powieści przewijają się znane nazwiska. Epoka obfitowała w osobowości wybitne, kontrowersyjne, ciekawe, genialne czy nawet demoniczne, a ich decyzje czy zachowania miały ogromny wpływ na życie bohaterów.  Historia zaczyna się, kiedy miasto-państwo znajduje się w latach jego największej świetności. 
Pogrążona we śnie:
Firenza!... Oto ona stolica Rzeczpospolitej Czerwonej Lilii, z siecią miast lennych rozpostartą na całą Toskanię, z ogromną katedrą, bankami, fabrykami, z bezlikiem kościołów, i stu dziesięcioma klasztorami męskimi i żeńskimi, z wielką kamienną budowlą, gdzie mieszkają grube ryby. Niezadługo przebudzi ją głos dzwonów i zamieni w mieszaninę brązowych i czerwonych domów, w labirynt krzyżujących się ulic, w mnóstwo gwarnych sklepów, w bazary targujących się gospodyń. Ale teraz śpi spokojnie za wysokim na czterdzieści stopni murem. (str. 13-14*)
czy pulsująca życiem:
Handlarze wykładali na ulicach towary. Murarze mieszali świeżą zaprawę, a ich uczniowie wnosili po rusztowaniach pierwsze partie cegieł. Dziewczęta z warkoczami znikały na zapleczach sklepów z elegancką odzieżą i najmodniejszymi strojami. Urzędnicy bankowi zebrali się wokół posągu Najświętszej Marii Panny i zaczęli śpiewać litanie, by dopiero potem pośpieszyć do swych piór, ksiąg i wag do ważenia pieniędzy. Na nowym Rynku srebrny dzwonek i krótka modlitwa rozpoczęły pracę giełdy, i zaraz powstał rozgardiasz: żywo gestykulujący maklerzy wykrzykiwali kursy akcji, składali zamówienia, skakali jak diabły w święconej wodzie, bo florencka Borsa miała wówczas dzienny obrót przekraczający dwa miliony florenów (około ośmiu milionów dolarów) to suma większa niż w połowie dziewiętnastego wieku na giełdzie londyńskiej. W kościołach niechlujni, ziewający dipintori powracali do pracy nad freskami ukazującymi brodatych świętych, krwawiących męczenników i anioły ze złotymi skrzydłami. A Bettega Verocchia- pracownia i szkoła zarazem – była miejscem, gdzie uczniowie w niebieskich spodniach ucierali barwniki w kamiennych ampułach, czyścili piaskiem deski na obrazy- albo węglem wykonywali kopie malowideł mistrza pod życzliwym okiem nadzorcy studia- przystojnego dwudziestotrzyletniego Leonarda da Vinci. (str 17-18*)
- jest jednakowo piękna.

Jednak po latach prosperity następuje pogrążenie w chaosie; na skutek wojen i rewolucji oraz na skutek zjawiska zwanego Savonarolą Florencja traci miano najbogatszego i najważniejszego miasta Europy.

Rządy Medyceuszów, które przetrwały sześćdziesiąt lat i jeden miesiąc, skończyły się w ciągu niecałej godziny. Zawiedziony niepowodzeniem zamiarów wobec Piera i Guliana motłoch skupił się pod pałacem Medyceuszów. W blasku pochodni ludzie wdarli się do okazałej siedziby rodu, cięli gobeliny, wyrzucali przez okna onyksowe i alabastrowe puchary, które z hałasem spadały na bruk. Szklane gabloty pełne starożytnych monet i tangaryjskich statuetek roztrzaskiwano na kawałki. Wykradano cenne manuskrypty. Ktoś otworzył przemocą żelazny kufer zawierający dwa tysiące florenów, która to suma została podzielona między złodziei. Signoria zachęcała do grabieży. (str.251*)
Czytając książkę nie sposób uniknąć porównań z Udręką i ekstazą Irwinga Stone, której fabuła toczy się w tym samym okresie historycznym. Pisarze różnią się jednak w ocenie niektórych zdarzeń, dla przykładu u Stone`a Pierre de Medici to postać antypatyczna i obarczona winą za sprowadzenie do Florencji Francuzów oraz tchórzowską ucieczkę z miasta, u La Mure Pierre de Medici to niemal bohater, który na skutek ludzkiej niewdzięczności i zawiści staje się winowajcą i ofiarą. Ze znanych mi opracowań bliższym historycznej prawdy jest obraz przedstawiony przez Stone`a, ale być może taki rodzaj bohatera był autorowi potrzebny do wskazania mechanizmu paradoksu historii, w którym wczorajszych bohaterów zrzuca się z piedestałów i pozbawia głowy.
Florencja jest równoprawną bohaterką powieści; ona ożywa na kartach książki dzięki jej mieszkańcom z ich codziennością, obyczajami, wierzeniami i zabobonami. Dzięki nimi możemy poczuć klimat epoki. 
Uśmiech wzbudza reakcja, jaką wywołują narodziny dziewczynki. Lisa Gherardini swymi narodzinami nie sprawiła rodzicom radości. Zarówno ojciec, jak i dziadek czekali na spadkobiercę. 
Na pokój opadło, jak całun rozczarowanie. Panie wymieniały smutne spojrzenia, przestały śpiewać i zaczęły zbierać się do odejścia. Kiedy przychodziła na świat bimba (dziewczynka) nie było się czym cieszyć. Panowała zgodna opinia, że dziewczynki to istoty niższe, kłopotliwe, zsyłane rodzicom przez Pana Boga jako utrapienie i przyczyna wydatków. Wobec mężczyzn stawały się narzędziem pokusy, co mógłby zaświadczyć Adam, a ponadto skłaniają do rozwiązłości i rujnują materialnie (Str. 76*) 
To nie znaczy, że mam coś przeciwko niewiastom- dodał (dziadek)- Tyle tylko, że trzeba stracić majątek, żeby je wyżywić, ubrać i wykształcić; potem gdy osiągną czternasty, piętnasty rok, tyle samo, by znaleźć im męża. (Str. 77*)
Sama postać Lisy wydała mi się mało interesującą, zwłaszcza na tle innych przedstawicieli rodu Gherardinich. O wiele ciekawiej prezentuje się postać twórcy Mony Lisy. Leonardo w powieści La Murre`a to utalentowany malarz, który mógłby zostać wybitnym, a nawet genialnym, gdyby zdecydował się zająć jedną dziedziną sztuki. Ten zachłannie poszukujący swej drogi, dążący do zdobycia sławy i bogactwa człowiek rozmienia swój talent na drobne zajmując się tak wieloma i tak różnorodnymi zajęciami nie kończąc prawie żadnego z nich. Można odnieść wrażenie, że właściwie stawianie go na równi z Michałem Aniołem to nieporozumienie. Leonardo z powieści Prywatne życie Mony Lisy jest szalenie irytujący. Podczas lektury nie czułam doń ani krzty sympatii. Z tego punktu widzenia książka wydaje mi się krzywdzi wizerunek wielkiego człowieka, ale jak napisałam wyżej prawem autora jest własna ocena postaci i zdarzeń, nawet jeśli odbiega od powszechnie obowiązującej, czy też naszej własnej. Zainteresowanym biografią mistrza z Vinci polecam Lot wyobraźni czy Pojedynek mistrzów
Umiejętności pisarskie autora; prosty styl, a jednocześnie umiejętność przekazania dużej dawki wiedzy w sposób przystępny i ciekawy sprawiają, iż książka warta jest lektury, zwłaszcza przez zwolenników powieści biograficznych osadzonych w historyczno - obyczajowym tle.
*Prywatne życie Mony Lisy Pierre La Mure Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, rok Wydania 2004.
Swoją drogą do dziś nie rozumiem fenomenu Mony Lisy, zdecydowanie bardziej podoba mi się Madonna wśród skał (ta paryska, nie londyńska). Pewnie jak wielu odwiedzających muzeum Luwru, gdzie Mona Lisa należy do trzech dzieł, które należy "zaliczyć", kiedy tymczasem pod Madonną wśród skał można sobie spokojnie pokontemplować dzieło.
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny

wtorek, 1 listopada 2016

Chwila zatrzymania (na Pęksowym Brzyzku)

Moje zamiłowanie do odwiedzania starych nekropolii często budzi zdziwienie wśród znajomych, którym trudno to zrozumieć. A przecież jest to jedno z niewielu dziś miejsc, w których czas się zatrzymał, i oby jak najdłużej, i oby na zawsze. Taki panuje tu spokój i cisza. Można wsłuchać się w siebie i szepty zmarłych. Wszystko nabiera innego znaczenia, a codzienne problemy i troski stają się odległe i mało ważne. Przynajmniej na tę chwilę. Dobre i to. Nowinki technologiczne co prawda docierają i tutaj (kody QR, znicze na baterie czy inne
gadżety) i pewnie za jakiś czas staną się powszechne, ale na razie przynajmniej na starych cmentarzach ich się nie widuje. Lubię spokój i ciszę, dlatego nie przepadam za odwiedzinami grobów w Dzień Wszystkich Świętych. Nie chcę generalizować, ale widuję tam sporo osób, które przychodzą do swoich bliskich raz do roku, sporo osób, które przychodzą raczej w celach towarzyskich, bądź dlatego, że tak wypada, niż z potrzeby serca. Jest głośno, dzieciaki biegają, dorośli zaciągają się dymkiem z papierosa, tu i
ówdzie odbywają telefoniczne rozmowy informując się o zaliczeniu kolejnego punktu na mapie do zaliczenia, a między tym wszystkim krążą różnej maści kwestujący. Brakuje tylko handlu obwoźnego, który jeszcze (z naciskiem na jeszcze) pozostaje poza bramą cmentarza. Dlatego wolę odwiedzać nekropolie w 364 pozostałe dni roku. No ale tradycja zobowiązuje. Sama również nie wyobrażam sobie, aby tego dnia nie pójść do taty. Dlatego i ja
udaję się na cmentarz tego właśnie dnia, niezależnie od pogody, nastroju czy samopoczucia myśląc jak pięknie będzie po zmroku, kiedy to miejsce rozbłyśnie tysiącem światełek i kiedy zmarli odzyskają spokojny sen (wieczny). 
Taka refleksja nachodzi mnie w każdy pierwszy dzień listopada.
Zdjęcia z najbardziej znanego Zakopiańskiego cmentarza na Pęksowym Brzyzku, który odwiedziłam podczas tegorocznych wakacji po raz pierwszy. Niesamowite miejsce, jeśli ktoś nie był to zachęcam do obejrzenia, bo to nekropolia wyjątkowa.

wtorek, 11 października 2016

Notre Dame de Paris (musical w Gdyni), czyli młodnieję na przekór metryce



  Trailer przedstawienia ze strony Teatru


O przedstawieniu w różnych jego wersjach (łącznie z tą najwspanialszą) pisałam kilkakrotnie. Mając świadomość trudności związanych z prawami autorskimi i brakiem zgody twórców na dalsze upublicznianie widowiska informacja o wystawieniu musicalu w Teatrze Muzycznym w Gdyni była dla fanów spektaklu niczym gwiazdka z nieba. Pisząca te słowa zakupiła bilety w chwili, kiedy nie został jeszcze rozstrzygnięty casting. Trzeba przyznać, iż było to spore szaleństwo. Ale może nie do końca.

Musical Notre Dame de Paris, znany jako Dzwonnik z Notre Dame (powstały na motywach powieści Wiktora Hugo), to przedstawienie o wspaniale skomponowanej muzyce, świetnej choreografii i ciekawych tekstach. Przedstawienie o ogromnej szansie na powodzenie, wystarczy go nie zepsuć. Duet Luc Plamondon (autor słów) i Richard Cocciante (kompozytor muzyki) stworzyli dzieło znakomite. Reżyserii podjął się Gilles Maheu – reżyser paryskiego spektaklu.

Fabuła znana większości z licznych adaptacji Dzwonnika to historia szpetnego pokraki Quasimodo zakochanego w pięknej Cygance Esmeraldzie, która swe serce oddała innemu (kapitanowi Febusowi). Żeby sprawę jeszcze bardziej skomplikować Febus związany jest słowem z Fler de Lys, a Esmeralda budzi namiętność zarówno Febusa, jak i opiekuna Quasimodo- archidiakona Frollo. Całą historię przedstawia poeta Gringoire. Mimo całej swej banalności przedstawienie nieodmiennie wzrusza. A do tego średniowieczne problemy odrzuconych (Azyl) wydają się zaskakująco bliskie problemom dzisiejszej Europy. 

Nie wiem, jak odebrałabym je, gdybym na deskach gdyńskiego teatru poznawała spektakl po raz pierwszy, nie wiem, czy w tym wypadku tak długa znajomość mogła złagodzić moją ocenę, czy raczej ją zaostrzyć, ale wyszłam z przedstawienia z jedną myślą o konieczności zakupu biletu na kolejne przedstawienie. 
Marzył mi się w roli Quasimodo pan Janusz Kruciński (Jean Valjean z Nędzników w Romie, czy Doktor Jekyll i Mr Hyde z Teatru Muzycznego w Poznaniu). Radość moja nie miała granic, kiedy okazało się, iż pan Kruciński będzie w tej roli występował. I mam nadzieję, że uda mi się trafić na przedstawienie z jego udziałem. Tym razem w roli Dzwonnika wystąpił pan Michał Grobelny. Pierwszy utwór w jego wykonaniu trochę mnie rozczarował. Jest to jedna z głównych postaci przedstawienia i w dużej mierze (choć nie tylko) na jego wokalu opiera się spektakl. Aktor próbował śpiewać w stylu Garou (z tą charakterystyczną dla Kanadyjczyka chrypką), jednak nie do końca mu to wychodziło. Z chwilą kiedy zaczął śpiewać po swojemu stał się dla mnie prawdziwym Quasimodo; budzącym ciepłe uczucia odmieńcem, z którego zadrwił los. 
W rolę Esmeraldy wcieliła się pani Maja Gadzińska. I znowu pierwszy utwór (Cyganka) mnie nie urzekł,  ale z każdym kolejnym było coraz lepiej. 
Absolutnie fantastycznym głosem dysponuje odtwórca roli archidiakona Frollo pan Artur Guza (od tej pory do grona aktorów, na których jeżdżę oprócz Łukasza Dziedzica i Janusza Krucińskiego dołączy pan Artur). Jak dla mnie była to najlepsza rola w przedstawieniu. Pozostali wykonawcy mieli sporo dobrych i bardzo utworów, ale w wykonaniu pana Artura każdy utwór był majstersztykiem, choć najbardziej zapadł w ucho i serce utwór Jestem księdzem i kocham cię.
Dobrze wypadli także odtwórcy roli poety Gregoire (Maciej Podgórzak) oraz przywódcy cyganów Clopin (Krzysztof Wojciechowski).
Zaskoczeniem (z uwagi na młody wiek wykonawczyni) był niezwykle udany występ Weroniki Walenciak w roli Fleur de Lys (rywalki Esmeraldy). Jakże świeżo i przekonująco brzmiał utwór Pokocham, jeśli przyrzekniesz w jej wykonaniu.
Ogromne brawa dla zespołu tancerzy, którzy podołali niełatwemu zadaniu wykonywania niezmiernie skomplikowanych układów choreograficzno-akrobatycznych. 
Świetnie wypadły też zespołowe wykonania utworów Fatum czy finałowe Katedry. Florencja wyśpiewana przez Frollo i Gregoire to jeden z najlepszych utworów przedstawienia (choć może to tylko moje odczucie). 
Polskie tłumaczenie może nie do końca (nie dla każdego utworu) odpowiada wiernie oryginałowi, ale nie razi. Myślę, że tłumacz (pan Książek) dokonał nie lada ekwilibrystyki, aby oddać sens oryginału.

Nie wiem, czy to sentyment, wspomnienia, czy po prostu cudowna muzyka, ale już przy pierwszych dźwiękach uwertury popłynęły mi łzy. Potem pojawiały się one jeszcze kilkakrotnie. I jak widziałam nie byłam w mojej reakcji osamotniona. Osoba, która mi na przedstawieniu towarzyszyła opuściła teatr z mokrymi oczami, co było dla mnie najwspanialszą reakcją (i podziękowaniem za zaproszenie), bo wiem, że przedstawienie wywołało silne emocje. A przecież o to chodzi, aby sztuka wzbudziła w nas emocje. 
Przedstawienie jest kopią paryskiego pierwowzoru; ta sama choreografia, scenografia, podobne kostiumy, a nawet gestykulacja. Dla zwolenników eksperymentowania i poszukiwania nowych rozwiązań być może jest to wadą przedstawienia, ja jednak nie wyobrażam sobie rozwiązań odbiegających od tego, co moim zdaniem jest świetne samo w sobie.
Pięćdziesiąt dwa utwory i żaden z nich nie był zbędny. 
Duże brawa dla widowni, która należycie doceniła trud artystów owacją na stojąco i gromkimi brawami.
Jak dla mnie Teatr Muzyczny w Gdyni tym przedstawieniem wraca na pozycję najlepszej musicalowej sceny w Polsce.
Kiedy żyłam już w przeświadczeniu, że zestarzałam się na tyle, iż nie potrafię cieszyć się czymś tak bezgranicznie, zachwycać jak dziecko, że dawne uskrzydlenia (to moje sławetne unoszenie się pod sufitem) minęły bezpowrotnie przytrafił się Dzwonnik w Teatrze Muzycznym w Gdyni i odmłodniałam i oszalałam. 
Nie pytajcie na ile przedstawień już zakupiłam bilety (a na ile jeszcze kupię), bo i tak się wam nie przyznam. 
Mam tylko mały żal do administratora strony Teatru, że nie ma tam obsady na kolejne spektakle. A może jest, a jedynie ja nie umiem znaleźć. Szkoda, że kupując bilety nie wie się, kto będzie występował, bo choć wszyscy są dobrzy, to niektórzy wykonawcy są lepsi. 
Nie mogę obiecać, że ten wpis będzie początkiem powrotu do pisania, ponieważ troszkę przybyło mi obowiązków w przeciwieństwie do czasu, którego ubyło. W każdym razie będę starała się, jak najszybciej ogarnąć w świecie realnym, aby wrócić do tego prawdziwszego, choć wirtualnego.


PS. Po kolejnej interwencji informatyka i przeinstalowaniu dysku zniknęły mi adresy z blogrola (mam nadzieję, że uda mi się je odtworzyć z pamięci, lub z archiwalnych komentarzy).

Przepraszam za przekręcenie nazwisk, na co zwróciła mi uwagę jedna z komentatorek. Robię to nagminnie, co absolutnie mnie nie tłumaczy. Już poprawiłam.

niedziela, 4 września 2016

Impresjoniści w Gdańsku


Boudin Widok basenu portowego w Trouville
Wędrująca po Polsce wystawa sygnowana nazwiskami trzech wielkich mistrzów pędzla (Moneta, Renoira i Delacroix) dotarła też do Gdańska. Nie mogłam odmówić sobie jej odwiedzenia, jestem bowiem kolekcjonerką obrazów mających jakikolwiek związek z impresjonizmem. Moją kolekcję całkiem pokaźnych rozmiarów przechowuję w miejscu niedostępnym szerszej publiczności tj. w pamięci i wspomnieniach, dzieląc się jej fragmentami sporadycznie na tej płaszczyźnie. 

Idąc na wystawę Normandia namalowana wiedziałam, iż nie zobaczę tam znanych dzieł malarzy, ich nazwiska są jedynie wabikiem dla przyciągnięcia publiczności. Niestety nasze rodzime zbiory nie dają nam prawie żadnej karty przetargowej do wymiany dzieł. Spodziewałam się zatem kilku szkiców, rysunków, czy mniej znanych obrazków. A jednak rzeczywistość przerosła jednak moje oczekiwania. Co prawda jedyny obraz Renoira był naprawdę kiepski, dwa Monety choć niezłe, nie były najbardziej reprezentatywne dla tego malarza i nie zachwycały, a Delacroix chyba przegapiłam (co jest o tyle dziwne, iż wystawa mieściła się w pięciu niewielkich salkach) ale niemal cała reszta obrazów (ponad osiemdziesiąt) była warta ze wszech miar obejrzenia.
Lebourg Rouen, Le pre aux loups
Obrazy powstały w latach 1790 do 1940 i stanowią zbiór dzieł pozyskanych z zarówno z prywatnych kolekcji, jak i publicznych instytucji. W przeważającej mierze są to obrazy nie znanych szerokiej publiczności twórców, może poza Camillem Corotem (ojczulkiem Corot, jak zwali go pieszczotliwie impresjoniści), czy Gustawem Coubertem. Ale jakie może mieć znaczenie dla oglądającego, który kocha impresje, niezależnie od tego czy namalował je Monet, czy Albert Lebourg (którego zauważyłam po raz pierwszy oglądając jego zimowe spojrzenie na paryską katedrę Notre Dame w Muzeum w Rouen). I choć może nie wszystkich twórców obrazów pokazanych na wystawie można nazwać impresjonistami to spora część pokazanych tu obrazów jest reprezentatywna dla tego nurtu. Skupienie się na pejzażu, ulotność chwili, niezwykła gra świateł (jakże inna od tej, którą portretowali holenderscy mistrzowie martwej natury), rozmyte kontury, przejrzystość tła (wręcz przezroczystość), powietrze mieniące się barwami, malowanie krótkimi pociągnięciami pędzla (kreski, plamki), pastele i pogoda nawet kiedy tematem płótna jest pochmurny, szary dzień. 
Boudin Wędkarze na brzegu morza

Spośród przedstawionych na wystawie trzech cyklów tematycznych uwiodły mnie te, w których tematem przewodnim była woda. Pierwszym bohaterem cyklu Na wybrzeżu jest człowiek na tle natury. Obrazy przedstawiają ludzi przy pracy żyjących zgodnie z rytmem przypływów i odpływów (Wędkarze na brzegu morza Eugene Buodin) i przybywających tu i burzących spokojne bytowanie mieszkańców turystów przywożących powiew wielkiego, nowoczesnego świata z jego modą, zwyczajami, rozrywkami i hałasem (Plaża w Dieppe Jacques-Emile Blanche czy Matka i dziecko w normandzkim porcie Berthe Morisot). Drugim z bohaterów jest żywioł morski w jego odsłonach dwóch odsłonach, głównie łagodnej, pozwalającej na spokojne dryfowanie po płaskiej niczym stół powierzchni wody (Ludovik Lepic Pejzaż morski) ale i rozszalałej pokazującej całą grozę natury (Pejzaż morski przy sztormowej pogodzie Gustave Coubert).
Lepic Pejzaż morski

W cyklu Nad Sekwaną jak łatwo się domyślić bohaterką jest najpiękniejsza z francuskich rzek. Urok rzeki i jej okolic w połączeniu ze wspaniałą architekturą inspirowały niejednego z artystów. Mnie oczywiście zaczarował wcześniej wspomniany Lebourg i jego obraz Rouen, Le pre aux lu Może to sentyment związany z miejscem poznania artysty spowodował, że obrazów tego 
malarza wyszukiwałam ze szczególnym zainteresowanie. 
Spośród cyklu Krajobrazy Normandii uwagę przykuwa obraz Chata kryta słomą w Fontaine –la- Mallet Emille Othon Friesz mający coś wspólnego z klimatem Czerwonych dachów Pissarra.
Friesz Chata kryta słomą w Fontaine-La- Mallet
Podczas każdej wystawy wyszukuję nowe nazwisko twórcy, którego impresje zrobiły na mnie największe wrażenie, tym razem miałabym duży problem, czy wybrać Lepica za jego Pejzaż morski (jakiż spokój tchnie z tego obrazu, jaka cisza – cisza, której tak nam dzisiaj brakuje- chciałoby się znaleźć na pokładzie jednej z tych łodzi żaglowych i płynąć w bezkres mórz zapominając o wszystkim co przyziemne i hałaśliwe), czy Eugene`a Boudina`a, uznawanego za prekursora impresjonizmu (podobno wzorował się na jego malarstwie Monet) za jego pejzaże z Trouville (Nabrzeże pod­czas przypływu w Trouville, Widok basenu portowego czy Odpływ przy zachodzie słońca). 

Odbyłam piękną podróż do krainy łagodności. 
Nie ma tu może arcydzieł, nie ma dzieł wybitnych, ale są bardzo urokliwe obrazy o niezwykłej świeżości spojrzenia –prekursorskie odchodzące od odwzorowywania rzeczywistości ku przeczuwaniu tejże. 
Szkoda wielka, iż wystawa nie doczekała się katalogu. 
Wielbicielom dobrego malarstwa polecam. Wystawa potrwa do 18 września w Oliwskim Pałacu Opatów.
Ponieważ jakoś moich zdjęć nie oddaje uroku obrazów pozwolę sobie zamieścić kilka znalezionych w necie. 
Źródło zdjęcia

Courbet Pejzaż morski przy sztormowej pogodzie  źródło 


Boudin Trouville Nabrzeże podczas przypływu źródło
Lebourg Rouen, Le pre aux loups  źródło 
Kilka innych wpisów dotyczących bezpośrednio lub pośrednio impresjonistów 
Biografia Moneta (Claude i Camille),
Raj tuż za rogiem (trochę o Gauguin) 

Być może w najbliższym czasie będę jeszcze mniej aktywna w blogosferze z powodu zbliżającego się urlopu.

piątek, 12 sierpnia 2016

Królowie przeklęci Maurice Druon -tom czwarty i piąty


Prawo mężczyzn – tom czwarty opartej na prawdziwych wydarzeniach historycznych opowieści o naznaczonych klątwom Templariuszy potomkach Ludwika Kłótliwego przeczytałam dość dawno temu, jednak sięgnęłam po niego ponownie przed lekturą wylosowanego mi w stosikowym losowaniu u Anny tomu piątego (Wilczyca z Francji). Gdybym wcześniej spisała choćby krótką notkę nie byłoby potrzeby czytać po raz kolejny, a jednak dobrze się stało, bowiem, tom czwarty w mojej opinii to najlepsza (jak dotąd) część cyklu. I trochę na prośbę Ani o uzupełnianie linków z przeczytanych lektur, trochę dla siebie, abym przed lekturą tomu szóstego nie wracała ponownie do przeczytanej już książki zamieszczam tę notkę.
Prawo mężczyzn
Po nagłej śmierci Ludwika X, zwanego Kłótnikiem spór o regencję nad nienarodzonym potomkiem zatacza coraz szersze kręgi. Pretendentów do opieki na przyszłym królem Francji pojawia się spore grono; bracia i wujowie ojca oraz opiekunowie małoletnich potomków, którym krewni odmawiają prawa do tronu zarzucając nieprawe pochodzenie lub niewłaściwą płeć. Kiedy już wydaje się, iż przewagę zdobywa wuj Ludwika Karol Walezjusz na arenę wkracza jego brat Ludwika Filip de Poitiers, zwany Filipem V Długim, albo królem zamkniętych drzwi, bowiem w chwilach przełomowych zamyka swych przeciwników zmuszając ich tym samym do podjęcia jedynie słusznej decyzji. Mam wrażenie, że w żadnej z wcześniej przeczytanych części bohaterowie nie byli tak wyraziści. Filip V Długi to monarcha z charakterem, z jednej strony inteligentny i zdecydowany w przeciwieństwie do swojego brata, po którym wziął sukcesję, a z drugiej strony godzący się na nieetyczne działania w swoim otoczeniu za cenę zachowania tronu, czyli wytrawny polityk. Inne ciekawe postacie to kardynał Dueze - sprytny starzec, który pozorowaną słabością i uległością potrafi wywieść w pole uczestników konklawe, no i znana już czytelnikom serii hrabina Mahout, w której doprawdy trudno dopatrzyć się jakiejkolwiek ludzkiej cechy (bo to zła kobieta była).
Poza ciekawymi bohaterami największym atutem powieści jest świetnie pokazany mechanizm walki o władzę; budowanie sojuszy, więzienie przeciwników, zabójstwa, fałszywe oskarżenia, pomówienia, zdrady. A wszystko to w realiach epoki; wydarzenia, zwyczaje, postacie, stroje. Dzięki umiejętnościom autora dawna historia na chwilę ożywa, a jej bohaterowie stają się nam bliscy; niezależnie od tego, czy budzą odrazę, czy współczucie. 
Wilczyca z Francji Tom piąty nie zaciekawił mnie tak, jak jego poprzednik. Może dlatego, że następca Filipa V Karol IV Piękny był postacią mało wyrazistą. Filip rządził krótko i zmarł bez męskiego potomka. Wpadł w sidła własnej polityki, zgodnie z którą prawa do dziedziczenia tronu przypisywano wyłącznie mężczyznom (Filipa przeżyły tylko córki). Po przedwczesnej śmierci władcy na tron wstępuje człowiek słaby i nieudolny. Więcej charakteru przejawia jego siostra Izabela – wzgardzona przez (wolącego chłopców) męża króla Anglii Edwarda II. Wykorzystując rodzinną uroczystość przybywa do Francji na dwór brata szukając tutaj pomocy. Czy jednak rodzinne więzy mogą coś znaczyć, kiedy w grę wchodzą interesy różnych grup nacisku i czy zwana Wilczycą z Francji Izabela uwolni się od pogardzającego nią męża. Pozostawię te kwestie bez odpowiedzi.
Jedyny cytat, który sobie wynotowałam to myśl przypisana następcy angielskiego monarchy. Książę Edward wyraził zgodę na wyrok; ale rozważał i w milczeniu jął kształtować pogląd na zachowanie się ludzi wyznaczonych na wysokie urzędy. Słuchać, zanim się powie, dowiadywać się, nim się osądzi, rozumieć, nim postanowi i zawsze pamiętać, że w każdym tkwią równocześnie możliwości dla najlepszych i najgorszych czynów. 
Tom piąty przeczytałam w wydaniu Warszawskiego Wydawnictwa Literackiego Muza. Ma on w przeciwieństwie do tomów wydanych przez Wydawnictwo Otwarte całkiem ładną okładkę (przedstawiającą Damę z jednorożcem).

niedziela, 7 sierpnia 2016

Zofia Tołstoj Pamiętniki, czyli znowu poległam w walce ze zwięzłością wpisu

Dodaj napis
Pamiętniki, podobnie, jak Dzienniki to nie jest lektura do szybkiego czytania, wymaga czasu, a czasami, jak w tym wypadku samozaparcia i dyscypliny. Gdyby nie to, iż książkę wypożyczyłam z biblioteki zapewne czytałabym ją jeszcze dłużej, a tak czytanie przeciągnęło się do dwóch miesięcy. Największą trudność sprawiały mi dość drobiazgowe opisywania porządku dnia rodziny Tołstojów, nazwiska gości, wymienianie potraw, rodzaje chorób domowników itp, itd. Jednakże, kiedy pominie się te monotonne opisy zdarzeń można uzyskać jakże ciekawy opis prawdziwego dramatu 48 lat nieudanego małżeństwa Tołstojów.

Pamiętniki zostały napisane przez kobietę inteligentną, niepozbawioną wrażliwości na sztukę, a jednocześnie twardo stąpającą po ziemi, niezależną, chorą z zazdrości i pełną obaw o odrzucenie, rozchwianą emocjonalnie i histeryczną. 
Zofia nie miała łatwego życia. Kiedy wyszła za mąż oczekiwała czułości, poczucia bezpieczeństwa, miłości bardziej partnerskiej niż cielesnej. A tymczasem została sprowadzona do roli gospodyni, asystentki, kochanki i maszynki do rodzenia dzieci. Urodziła ich trzynaścioro (jak podają jedne źródła), a może szesnaścioro, jak podają inne, z czego kilkoro umarło wcześnie.
Pierwsze nieporozumienia zaczęły się od dnia, w którym Aleksy dał przeczytać swój pamiętnik Zofii. Cała jego (męża) przeszłość jest dla mnie tak okropna, że wątpię, czy kiedykolwiek się z nią pogodzę. Chyba, że będę miała inne cele w życiu- dzieci, których tak pragnę, aby mieć całą przyszłość, abym mogła w swoich dzieciach widzieć tę czystość bez przeszłości, bez ohydy, bez wszystkiego, co teraz tak boli u męża. (Str. 16)
Kiedy nieco miesiąc po ślubie pisze, iż strasznie, strasznie smutno. Coraz bardziej zagłębia się w sobie. Mąż jest chory nie w humorze, nie kocha (Str. 18) można pomyśleć, iż początki zawsze są trudne, zwłaszcza dla młodej, niedoświadczonej panny. Niestety wpisy tego typu powtarzają się przez całe 48 lat małżeństwa i przez 430 stron pamiętników. Życie okazuje się pełnym złudzeń, niespełnionych oczekiwań, zawiedzionych nadziei, rozczarowań, kłótni, krzyków i łez. I to dla obojga. Życie Zofii jednak toczy się wokół Lowy (Lowa smutny, Lowa chory, Lowa spotyka się z przyjaciółmi, Lowa jedzie do duchoborców, Lowa jedził na welocypedzie, Lowa był na łyżwach, Lowa pisze, Lowa nie w humorze….) Lowa jest źródłem wszystkich trosk i zmartwień Zofii, ale i jej krótkich chwil radości i szczęścia. Lowa jest jej obłędem; nie potrafi żyć z nim, a tym bardziej nie potrafi żyć bez niego.
Jakże ciasny i mały byłby ten światek, w którym żyję, gdyby jego nie było. (Str. 21) Ale … nie da się połączyć naszych dwóch światów w jeden. (tamże). Przy takim człowieku można umrzeć ze szczęścia i z poniżenia. (Str. 22).
Odpychanie i przyciąganie. Ileż to razy Zofia wychodzi z domu i idzie przed siebie, aby nie wrócić (tak naprawdę to rozpaczliwie woła o pomoc), ile to razy robi mężowi i dzieciom karczemne awantury, ile razy wyjeżdża do Moskwy, aby postawić na swoim, aby sprowokować jego przyjazd. 
Chciałabym zabić się, uciec gdzieś, pokochać kogoś- wszystko byle nie żyć z człowiekiem, którego mimo wszystko całe życie za coś kochałam, choć teraz widzę, jak bardzo go idealizowałam, jak długo nie chciałam zrozumieć, że była w nim tylko zmysłowość… A teraz oczy mi się otworzyły, widzę że moje życie jest przegrane. – pisze 46 letnia kobieta (Str.78)
Zofia nie raz będzie pisać o zmarnowanym życiu, rozczarowaniu, braku miłości, zrozumienia, opieki ze strony męża. Nie raz też będzie pisała o myślach samobójczych. Jej usilna próba zwrócenia na siebie uwagi była niezwykle uciążliwa, a to wychodzi z domu i błąka się gdzieś po nocy, a to zasypia na ławce, a to snuje się w szlafroku po ulicy, a to skacze do stawu, ale przynajmniej do pewnego momentu robi to bardziej na pokaz, aby ukarać najbliższych, niż rzeczywiście chce się zabić. 
O mężu wyraża się najczęściej z podziwem zmieszanym z politowaniem. Zawsze to samo źródło wszystkiego; próżność i pragnienie coraz nowej sławy, żeby mówiono o nim jak najwięcej. I nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. (Str. 137) Zofia pod koniec życia drży z obawy, że jej obraz w oczach pokoleń nie będzie korzystny, że zostanie zapamiętana, jako kobieta uprzykrzająca życie mężowi, chora, niestabilna emocjonalnie, a przecież to dzięki niej on tworzył. 
Lew Nikołajewicz zawsze i wszędzie mówi i pisze o miłości, o służeniu Bogu i ludziom. Czytam i słucham tego zawsze ze zdumieniem. Od rana do późnej nocy całe życie Lwa Nikołajewicza upływa bez jakiegokolwiek osobistego stosunku, czy zainteresowania ludźmi. Wstaje, pije kawę, spaceruje lub kąpie się rano nikogo nie widząc; siada do pisania; jeździ na welocypedzie albo znów idzie się kąpać albo po prostu tak sobie; je obiad i idzie na dół czytać lub na tenis. Wieczór spędza u siebie w pokoju, tylko po kolacji siedzi trochę z nami, czytając gazety lub przeglądając różne ilustracje. Dzień w dzień to samo, egoistyczne życie bez miłości, bez zainteresowania rodziną, radościami i smutkami bliskich mu istot. Ta oziębłość mnie zmęczyła, zaczęłam szukać czegoś, aby wypełnić swoje życie duchowe, pokochałam muzykę, przede wszystkim odgadywanie tych wszystkich uczuć ludzkich, które w nią włożono; ale nie tylko nie znalazłam w domu zrozumienia, lecz zaciekle za to na mnie napadali- i oto znów utraciłam sens życia i zginając kark godzinami, po dziesięć razy przepisuję nudny artykuł o sztuce. (Str. 187) Potem list do gazet o pomoc dla duchoborców- on wiecznie pragnie szumu, rozgłosu, ryzyka. A ja nie wierzę w jego dobroć i miłość do ludzi. (Str. 191)
Zofia przepisuje, robi korektę artykułów, pism, szyje, sadzi drzewa, wciela w czyn idee męża pomocy biedakom- zajmuje się organizacją stołówek, zbieranie i rozdziałem pomocy finansowej, prowadzi korespondencję, zabiega o spotkanie z carem w sprawie zdjęcia zakazu publikacji jego dzieł, szarpie się o sprawy majątkowe, chce pozostawić spuściznę ojca dzieciom, pielęgnuje chorych członków rodziny, załatwia szkoły i prywatnych nauczycieli, nadzoruje całe gospodarstwo, szyje, oprawia fotografie. Nic dziwnego, że z wiekiem czuje się coraz bardziej zmęczona i niedoceniona. Jedyną jej radością- odskocznią staje się muzyka. Niestety mąż i rodzina nie podzielają jej pasji. 
W 1901 roku (czyli 9 lat przed śmiercią Lwa) pisze- Zbliża się coś potwornego, coś, co jest wprawdzie całkiem naturalne, ale zupełnie niespodziewane, kiedy się zbliża naprawdę- koniec życia. Koniec życia tego, który był dla mnie czymś więcej niż moje własne życie, bo żyłam właśnie życiem Lowoczki- męża i dzieci, które z nim miałam. Jeszcze nie pojmuję stanu mojego serca, jest skamieniałe: nie powinnam go słuchać chcąc zachować siłę i energię do pielęgnowania męża. (Str. 306)
To dramat wszystkich kobiet, które nie potrafią żyć własnym życiem, a żyją życiem bliskich, czyniąc z tego ich życia piekło, choć przecież kochają tak mocno, że chyba mocniej nie można. I z tej miłości wyrządzają krzywdę i bliskim i sobie, może nawet sobie większą. Wciąż na coś czekają.
Ach, jakże wczoraj w nocy poczułam się samotna fizycznie i duchowo! Z Lwem Nikołajewiczem ułożyło się właśnie tak, jak przewidywałam; skoro tylko wskutek jego zgrzybiałości ustały (całkiem niedawno) jego stosunki z żoną jako kochanką, zamiast tego pojawiło się nie to, o czym na próżno marzyłam przez całe życie- spokojna, czuła przyjaźń- lecz zupełna pustka. (Str.. 309 (2.12.1901 r.)
Ostatnie lata ta wieczna szarpanina staje się jeszcze bardziej intensywna, niezrozumienie, żale i pretensje nasilają się, jakby z powodu świadomości upływu czasu i tego, że zostało go już tak niewiele. Jakby rozwiały się wszelkie złudzenia, że wzajemne stosunki małżonków ułożą się przynajmniej poprawnie. 
Może mnie ktoś spytać: Ależ na co tobie, kobiecie bez znaczenia, to umysłowe lub artystyczne życie [Zofia próbowała swych sił w pisaniu, grała na fortepianie, czytała]? Na to pytanie tak mogę odpowiedzieć: nie wiem na co, lecz wiecznie dławić, aby służyć materialnie geniuszowi- jest bardzo ciężko. Choćby się nie wiem, jak kochało tego człowieka, lecz wiecznie rodzić, karmić, szyć, dysponować obiady, robić okłady i lewatywy, tępo siedzieć w milczeniu i oczekiwać, aż zażądają materialnych usług- to męczarnia… (str.322)
Jest w moim mężu coś niedostępnego memu rozumowi. Powinnam pamiętać i zrozumieć, że jego zadaniem jest pouczanie ludzi, pisanie, głoszenie idei. Życie nasze i wszystkich bliskich winno służyć temu celowi i dlatego jego życie powinno być jak najlepiej zorganizowane. Trzeba przymykać oczy na wszystkie kompromisy, niekonsekwencje, sprzeczności i widzieć w Lwie Nikołajewiczu wielkiego pisarza, kaznodzieję i nauczyciela. (Str. 335) Zofia nie potrafiła pogodzić się z tymi niekonsekwencjami pomiędzy głoszonymi ideami a prowadzonym życiem.
W części IV Dzienników (rok 1910) oprócz wpisów Zofii przywołano wpisy z pamiętnika Lwa Nikołajewicza. Jedno zdarzenie i dwa spojrzenia, a ty czytelniku sam dokonaj oceny. Widać postępującą chorobę Zofii - niezrównoważenie. I tę straszną obawę o to, jaką pozostanie w pamięci pokoleń, o niesprawiedliwy osąd. I jeszcze większa szarpanina o Pamiętniki Lwa Nikołajewicza. Niedowierzanie, podejrzenia, spiskowe teorie, brak logiki, zaprzeczanie samej sobie, histeryczna przesada. I chyba najciekawsza część Pamiętników.
Dlaczego zatem spędziła z nim 48 lat. Może odpowiedzią będzie to co napisała będąc już stateczną ponad pięćdziesięcioletnią kobietą.
Cóż jest ciekawego w życiu Lwa Nikołajewicza? Co ciekawego w życiu Sergiusza Iwanowicza? Kocha się ich nie dla nich samych, nie za ich życie i powierzchowność, lecz za to bezkresne, głębokie marzenie, z którego wypływa ich twórczość i które lubimy wyczuwać w nich i idealizować. 
Po przeczytaniu pamiętników nie umiem powiedzieć, czy polubiłam Zofię, były momenty, że mnie irytowała, ale były też takie, kiedy budziła współczucie. Na pewno była ciekawą i złożoną osobowością. A jej zdanie na temat twórczości i życia męża często pokrywało się z moim.

niedziela, 17 lipca 2016

Smakowanie Krakowa inaczej, czyli wycieczka z dziećmi

Kraków to po Warszawie miejsce, do którego wracam najczęściej. Tyle, że odwiedziny Warszawy często mają charakter zawodowy lub obywatelski. A odwiedziny Krakowa to ładowanie akumulatorów. Tym razem zaprosiłam na wycieczkę do tego najpiękniejszego, moim zdaniem, miasta w Polsce siostrzeńców. Zwiedzanie z dziećmi to, jak każdy rodzic wie, zupełnie inna bajka, choć z bajką niewiele miewa wspólnego. Z góry było wiadomym, iż odpuścić należy sobie; muzea, świątynie, wystawy. Czy zatem jest sens ciągnąć dzieci przez całą Polskę. Chyba tak. Już sama podróż Pendolino, mimo, że nie pierwsza w ich życiu wzbudziła emocje.

W ciągu pierwszego dnia udało nam się zobaczyć prawie wszystko, o czym dzieci słyszały w szkole. Najpierw był Barbakan; tu najciekawszą okazała się otaczająca go fosa, a chęć zbiegnięcia do niej była powstrzymywana, jedynie z obawy narażenia się na gniew ciotki. 
Następnie Brama Floriańska (tę minęliśmy bez emocji), nie wzbudziły jej nawet niezwykle kolorowe obrazy na murach wokół Bramy. O wiele większe zainteresowanie wywołał szyld Pub Restauracja Pod złotą pipą, co do którego orzeczono, iż zapewne przyczynia się do zwiększenia dzietności. No proszę – taki prosty sposób zamiast wydawania milionów. 
Obowiązkowym punktem odwiedzin okazał się kościół Mariacki. Tu wyrażono życzenie obejrzenia Ołtarza (bo Pani w szkole mówiła, że największy, czy najładniejszy w Europie - chwała Pani) oraz zdziwienie, iż za każdą czynność należy osobno zapłacić; wejście do części dla turystów, możliwość fotografowania, wejście na wieżę. Chłopcy pytali, czy za oddychanie w Krakowie też trzeba płacić i zrezygnowali z wieży. Fakt, iż dostali naklejki umożliwiające fotografowanie sprawił, iż poczuli się ważni i z przejęciem robili zdjęcia Ołtarza Wita Stwosza.
Wydarzeniem była wizyta na Wawelu i to nie z powodu odwiedzin w Katedrze; żadne gadanie ciotki o tym, jak ważne to miejsce dla historii Polski, że koronacje, chrzty, śluby i pogrzeby królewskie, że Wawel to polski Rzym nie wywarły najmniejszego wrażenia. Najbardziej atrakcyjną okazała się wizyta na wieży Dzwonów, skąd można podziwiać panoramę miasta (byliśmy w Centrum Dzwonów, gdzie był taki duży dzwon, którego nie można było uruchomić i kilka małych, którymi dzwoniliśmy - opowiadali z przejęciem rodzicom). Tym dużym Dzwonem był oczywiście Dzwon Zygmunta. Z ciekawością obejrzeli grobowce w Krypcie Królewskiej. Może uda mi się zarazić ich pasją odwiedzania nekropolii. Wchodząc na wawelski dziedziniec stwierdzili, iż widzieli go na jakimś filmie, co okazało się dodatkowym atutem wycieczki. Chłopcy odnaleźli wejście do Smoczej Groty, czym byli niezwykle podekscytowani, bowiem ciotce przez tyle pobytów na Wawelu nie udało się tego dokonać (prawdę powiedziawszy nie bardzo go szukała).
Gwoździem programu okazała się  możliwość zbiegnięcia z Wawelskiego wzgórza. Nie wiem, czy nie czuli się wówczas, jak średniowieczni rycerze po zdobyciu warownego grodu. W każdym razie na ich twarzach malowała się radość.
Kolejnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do Kopalni Soli w Wieliczce. Tutaj najciekawszym  okazało się zlizywanie soli ze ścian korytarzowych (ponoć całkiem bezpieczne pod względem higieny) oraz powrót na powierzchnię autentyczną górniczą windą (taką metalową klatką w zupełnej ciemności i ścisku, któremu to wyjazdowi towarzyszyły głośne piski zwiedzających). Po wyjściu stwierdzili, iż fajna też była też ta duża kaplica (Kaplica Świętej Kingi cała z soli z wieloma rzeźbami, w tym wspaniałą repliką Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci zachwyca chyba wszystkich odwiedzających Kopalnię). Szliśmy trasą turystyczną, która trwała około dwóch godzin i wydaje mi się, że wybieranie dłuższej trasy z dziećmi mija się z celem, gdyż wychodząc stwierdzili, że wycieczka była fajna, ale męcząca. Słówko fajny królowało we wszystkich odmianach.
Kolejnym, ciekawym punktem wycieczki był Ogród Doświadczeń Lema. Jest to taki odpowiednik warszawskiego Centrum Nauki Kopernik, tyle, że na świeżym powietrzu. Może nieco mniej atrakcyjny, ale na pewno wart odwiedzenia. Dobrze też przygotować sobie parę złotych więcej na dokupienie dodatkowo płatnych atrakcji. Dzieci były zachwycone toczącą się kulą, w której jak chomiki wspinały się na górę (coś w rodzaju zorbingu). No i koniecznie należy zabrać ze sobą coś do picia, gdyż po wszystkich szaleństwach w rodzaju trampolin i toczących się kul pragnienie się nasila. Na miejscu jest sklepik, ale usytuowany w pobliżu wejścia, więc nie zawsze chce się wracać. No i ceny, jak wiadomo w każdym takim miejscu są dużo wyższe.
Dobrym sposobem spędzania wolnego czasu były także spacery Plantami. Jest tam sporo zieleni, dużo ławeczek, dzieci mogą się wybiegać, a ciocia pospacerować lub pomaszerować. 


Clou wycieczki okazały się lody, bo ... takich smaków i tylu rodzajów lodów to nigdzie nie ma. Osobiście bym polemizowała, ale każdy może mieć swoje odczucia, a tym razem to zdanie dzieci było najważniejsze. To dla nich była ta wycieczka i to one miały być zadowolone. Fajnie (powtórzę za dziećmi) jest mieć takie kulinarne skojarzenia związane z danym miejscem. Mnie Kraków jak dotąd kojarzył się z pysznymi plackami ziemniaczanymi w Barze Grodzkim. (niestety ostatnio nie były tak smaczne).
Reasumując polecam Kraków także na wycieczkę z dziećmi, bo myślę, że i one odnajdą tam coś dla siebie. Jedynym minusem pobytu były tłumy odwiedzających, ale i my byliśmy częścią tych tłumów.
Jest fajnie

niedziela, 26 czerwca 2016

Krajobraz zimowy z łyżwiarzami Avercamp – czyli coś dla ochłody na upalny dzień

                                                              obraz w większej rozdzielczości 
Avercampa poznałam dzięki Mistrzowi z Delf Herberta. Podczas wizyty w Rijksmuseum w Amsterdamie podziwiałam obrazy przedstawiające martwą naturę, oglądałam rubaszne scenki rodzajowe Pietera de Hoocha czy Jana Steena, kontemplowałam dzieła Rembrandta van Rijn (z Nocną strażą na czele), chłonęłam obrazy Vermeera, ale tym, którego zakupiłam reprodukcję był właśnie Avercamp, a ściślej jego Krajobraz zimowy z łyżwiarzami. Dlaczego? Ponieważ nie stawia on patrzącemu żadnych wymagań, nie zmusza do analiz, nie wymaga znajomości techniki, zasad perspektywy geometrycznej, logiki zaludniania przestrzeni, a stanowi prostą afirmację życia. Pozwala na czystą przyjemność obserwacji całej rzeszy ludzkich postaci i ich zachowań. Na zamarzniętej tafli lodu spotykają się młodzi i starzy, biedni i bogaci, nie brak tu także zwierząt. Ludzie się ślizgają, bawią, rozmawiają, są przewożeni na saniach, łodziach, płozach, bądź wykonują codzienne zajęcia. Patrząc na obraz nie dopadają patrzącego żadne egzystencjalne lęki.
fragment obrazu
Avercamp nie snuje refleksji nad przemijalnością życia, on podziwia jego trwanie. Jego obrazy odwołują się do dziecięcej radości życia, są połączeniem tego co zwyczajne, codzienne z tym co bajkowe, są powrotem do krainy przeszłości, kiedy to życie zdaje się jednym wielkim placem zabaw. I choć to może wydawać się naiwne, większość z nas z radością przeniosłaby się do krainy dzieciństwa, kiedy największą troską była obawa, czy jutro spadnie śnieg, a mama puści na sanki. Znajdująca się w głębi  budowla wygląda niczym pałac z lodowych tafli, a przylegająca do niej z ośnieżonym dachem przypomina ciasto z lukrową polewą. Realizmu dodają znajdujący się na pierwszym planie kamienny, brązowy dom, okrągły budynek browaru o barwie bursztynu oraz szmaragdowy gmach kościoła. Kolory użyte przez artystę przypominają kolory kamieni szlachetnych, a formy ich przejrzystość. Mimo, iż obraz przedstawia pejzaż zimowy i przeważają tu różne odcienie bieli, to nie brakuje wyrazistych kolorów. Obraz aż tętni życiem. Oprócz estetycznej przyjemności z patrzenia można popuścić wodze wyobraźni, tyleż tu epizodów malarskich, wystarczy wybrać jeden i dopisać doń całą historię; o grupce zamożnych obywatelu, którzy debatują nad przyjęciem w ratuszu, o zamożnej acz wiekowej starszej damie, która wybrała się z córką i wnuczką na przejażdżkę łódką/saniami pod lodzie, o odbywającej schadzkę parze kochanków, czy o kobiecie w chustce na głowie wracającej z koszem wiktuałów z rynku.
fragment obrazu
Herbert o malarstwie Holendra pisze; Kolor Avercapma jest zawsze ścisły, zdefiniowany, jasno określony, dźwięczny, substancjonalny, twardy i świetlisty zarazem jak kość słoniowa, szlachetne kamienie, barwne opalizujące szkła. Powierzchnia płócien jest pstra, ale ta kolorystyczna swoboda i rozrzutność palety, a także nagromadzenie szczegółów nie niszczą jedności nastroju i tonu. Po czym zastanawia się Jak to jest, że te obrazy, kipiące od niepohamowanej narracji, w których panuje beztroski nieład rzeczy, są dla naszych oczu jednorodne, wewnętrznie spójne, harmonijne, chociaż wymykają się wszelkim geometrycznym schematom. Str. 46 Mistrza z Delf Wydawnictwo Zeszyty literackie, rok 2008)
I co by nie mówić (tu pozwolę sobie na małą metaforę) patrzenie na ten krajobraz jest jak szklanka zimnej wody podczas upalnego dnia. 
I powtórzę cytowany już na blogu fragment z Mistrza z Delf Avercamp przyjmuje, że świat jest dobry i godny zamieszkania, jego małe postacie na tle rozległej panoramy oddane są z czułą dokładnością miniaturzysty, bez cienia sarkazmu czy ironii. Obca mu jest medytacja wielkiego Flamanda [Bruegla] nad przemijaniem, obojętnością przyrody, znikomością egzystencji. I w tej zgodzie na to, co istnieje, w naiwnej, spontanicznej akceptacji rzeczywistości jest Avecamp arcyholenderski. (str.45)
fragment obrazu
Obraz namalowany przez Hendrcka Avercampa w 1608 roku na płótnie o wymiarach 77,3 cm na 131,9 cm znajduje się w Rijksmuseum w Amsterdamie. 

Jeden z komentarzy przypomniał mi, iż pisząc o tym obrazie myślałam też o tekście utworu Brela Flamandowie, który pięknie śpiewa Michał Bajor.
Flamandowie tańczą milcząc wciąż
Przy niedzieli tańczą Flamandowie
Nie pogadasz z nimi w tańcu, bo
Flamandowie nierozmowni są
Tańczą, bo dwadzieścia mają lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że miast o staropanieństwo drżeć
Trzeba za mąż iść i dzieci mieć
Tak rodzice przykazali im
Belfer w szkole i na mszy w klasztorze
Ojciec przeor przez kadzideł dym
Tak nauczał i dlatego może 
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Obcy jest im w tańcu słodki dreszcz
Gdy w niedzielę tańczą Flamandowie
Gdy Flamandów trochę znasz, to wiesz
Obcy jest im jakikolwiek dreszcz
Tańczą, gdy trzydzieści mają lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że ich życie swój osiąga cel
Rosną dzieci i na piwko chmiel
Ich rodzice z dumy puchną aż
Belfer w szkole i na mszy w klasztorze
Ojciec przeor rozjaśniwszy twarz
Puchnie z dumy i dlatego może 
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Tańczą przy niedzieli milcząc wciąż 
Bez uśmiechu tańczą Flamandowie
Bo kto zna ich, co tu kryć
Nie do śmiechu jest Flamandem być
Tańczą mając siedemdziesiąt lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że ich życie osiągnęło cel
Rosną wnuki i na piwko chmiel
Cali w czerni jak rodzice ich 
Belfer w szkole i jak mnich w klasztorze
Do podziału w testamentach swych
Mają sporo i dlatego może 
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Flamandowie tańczą milcząc wciąż
Przy niedzieli tańczą Flamandowie
Mają twarze bez kropelki krwi
Kto ich zna ten rację przyzna mi
Tańczą, bo skończyli już sto lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że się ma prawnuki że ho ho
I że nóżki jeszcze żwawe są
W tańcu płyną do rodziców swych 
I do belfra, co ich beształ w szatni
Do przeora, co rozgrzeszał ich
Płyną, gdy już może raz ostatni
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak