niedziela, 14 lutego 2016

Wystawy w Krakowie (fotografii Gisele Freund i zbiorów z kolekcji Feliksa Jasieńskiego)






Podczas krótkiego zimowego urlopu udało mi się odwiedzić trzy wystawy, zobaczyć dwa przedstawienia teatralne, uczestniczyć w kabarecie, pójść do kina na dwa filmy. Wyjazd bez odwiedzenia muzeów, teatru, kina, a także zwiedzania, czyli walorów poznawczo-estetycznych uważałabym za nudny i stratę czasu. 
Tak, mam świadomość tego, iż jestem w mniejszości; wstaję wcześnie rano, podczas, gdy wiele osób uważa, że urlop jest po to, aby się wyspać, jestem na chodzie przez kilka godzin dziennie, podczas, gdy większość najchętniej spędza urlop wygrzewając się na słoneczku, odwiedzam instytucje kultury i chadzam do miejsc, które większość uznałaby za nudę.
Wirginia Woolf
W Muzeum Narodowym w Krakowie trafiłam na ostatni dzień wystawy fotografii Gisele Freud. Nazwisko nieznane, gdyby nie chęć obejrzenia filmu (którego finalnie nie obejrzałam), Paryż był kobietą, wystawa ominęłaby mnie. Gisele Freud urodzona w Berlinie Niemka żydowskiego pochodzenia z chwilą dojścia do władzy Hitlera zdecydowała się pozostać we Francji. Przyjaźniąc się z właścicielką znanej paryskiej księgarni (Maison des Amis des Livres), wokół której w latach 20 i 30 XX wieku skupiała się literacka awangarda, Gisele miała możność poznania i fotografowania największych pisarzy ubiegłego wieku. 


Wystawa obejmowała 280 czarno-białych i barwnych (z przewagą tych pierwszych) fotografii takich sław jak; Jean Paul Sartre, James Joyce, Vladimir Nabokov, Virginia i Leonard Woolf, Walter Benjamin, Pablo Neruda, Jose Luis Borges, Frida Kahlo i Diego Rivera czy wielu innych. Poza fotografią portretową na wystawie znalazły się także zdjęcia z prywatnych spotkań pisarzy i ludzi sztuki, a także z Pierwszego Międzynarodowego Kongresu Pisarzy w Obronie Kultury w Paryżu w 1935 roku. Dla bibliofili szczególnie interesujące mogły okazać się zdjęcia z paryskiej biblioteki (z lat 1937 i 1950). Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale ściany z półkami pełnymi książek wywołują we mnie dobre emocje. Najbardziej
Evita
spodobały mi się zdjęcia z prywatnych apartamentów Evy Peron. Ach te półki dla odmiany pełne kapeluszy. Ponoć zdjęcia Evity wywołały one dyplomatyczny skandal. Okazało się iż warunki życia pierwszej damy znacznie odbiegały od warunków życia tych, których mamiła populistycznymi hasłami. Gisele Freud pisała, iż Dobry fotograf musi czytać twarz, jak książkę, musi wyłapać wszystko to, co znajduje się między wersami, musi czuć i rozumieć formę, aby oddać jej ducha przez światło i cień. Czy jej się to udało, czy udało się dotrzeć do wnętrza fotografowanych osób - nie mnie to oceniać (za mało znałam bohaterów fotografii). Uważam jednak, iż jej zdjęcia mają dużą wartość dokumentalną i choćby dlatego warto było je zobaczyć. Chętnych odsyłam do zdjęć na stronie. 
Wystawę odwiedziłam ostatniego dnia (wstęp darmowy), na salach (o godzinie otwarcia muzeum) ani jednego zwiedzającego. Pierwsi goście pojawili się, kiedy już wychodziłam. To jest zaleta wczesnego wstawania na urlopie. 
Obejrzawszy elitę intelektualną XIX wiecznego Paryża (i nie tylko) nie mogłam odmówić sobie przyjemności zajrzenia do młodopolan (Gierymski, Podkowiński, Weiss, Pankiewicz, że wymienię tylko parę nazwisk). Tym razem
"odkryłam" Dorożkę w deszczu Pankiewicza. Zdjęcie wyszło fatalnie, ale i sam obraz jest ciemny, jakby więcej ukrywał niż pokazywał. Jakiś czas temu odkryłam tego samego malarza Rynek Starego Miasta w Warszawie nocą, a jeszcze wcześniej Gierymskiego Operę paryską nocą, czyli kolejna słabość do obrazów nocy; są takie tajemnicze.
Rok temu w tym samym Muzeum na wystawie Olgi Boznańskiej zwróciłam uwagę na Widok z okna pracowni. Tym razem mogłam spokojnie go sobie kontemplować (stała wystawa nie przyciąga takich tłumów, jak wystawa czasowa, zwłaszcza w pierwszych dniach jej eksponowania). Boznańska znana jest raczej z portretów, tymczasem ja upatrzyłam sobie obraz, który tak jakoś skojarzył mi się z Plantami o świcie Wyspiańskiego. (czasami trudno zrozumieć, jakimi drogami chadzają nasze skojarzenia). Ponowne odwiedziny krakowskiej galerii były smakowitą ucztą dla duszy. Po której udałam się na ucztę kulinarną.

Widok z okna pracowni
Nie przypuszczałam, że podczas styczniowego pobytu odwiedzę również Kamienicę Szołayskich (wszak Zawsze Młoda wyjechała na gościnne występy, nie planowałam wizyty w budynku przy ulicy Szczepańskiej). Idąc pod Teatr Stary zrobić zdjęcie popiersia Żeleńskiego zauważyłam plakat wystawy Niech żyje sztuka! Kolekcja Feliksa Jasieńskiego. Od Japonii do Europy. Rzeczy piękne i użyteczne. Jasieński był nie tylko krytykiem i propagatorem sztuki, ale przede wszystkim zasłynął, jako kolekcjoner i jeden z największych ofiarodawców bezcennej kolekcji dla krakowskiego Muzeum. Ofiarowane mu zbiory obejmowały malarstwo, grafikę, rzeźbę, przedmioty użytkowe, militaria, instrumenty muzyczne a także przedmioty sztuki ludowej.

O wielkości kolekcji niech świadczy fakt, że tylko wybrane eksponaty zajęły dziesięć sal wystawowych; pięć poświęconych malarstwu, rzeźbie i grafice polskiej (w tym między innymi; Malczewski, Pankiewicz, Podkowiński, Wyczółkowski, Wyspiański, Laszczka, Dunikowski), cztery malarstwu i grafice zachodnioeuropejskiej (tutaj z bardziej znanych nazwisk: Goya, Piranessi, Callot, Whistler), jedna sztuce Dalekiego Wschodu. 
Sporo na wystawie szkiców i rysunków. Jasieński mawiał, iż woli szkic od dzieła skończonego, bowiem w szkicu osobowość artysty gwałtownie wybucha, natchnienie, talent, aż iskrzą. Artysta tworzy będąc opętany jedyną myślą, myślą tworzenia, utrwalając swe marzenia, jak najszybciej. 
Mam takie szczęście, iż często zdarza mi się oglądać wystawę po kilka razy w różnych miejscach Europy, zupełnie, jakby jeździła za mną. I tak właśnie szkice i rysunki Goyi oglądałam po raz pierwszy w małym węgierskim miasteczku wieki temu, trzy lata temu w Paryżu, a teraz udało mi się obejrzeć ich sporą część w Krakowie. To całkiem miłe uczucie takie de ja vu. 
Przy okazji mam prośbę do czytelników, czy ktoś zna autora zamieszczonego 
obok zimowego pejzażu? Byłabym wdzięczna za pomoc w identyfikacji. W przypadku obrazów, które mają w sobie to coś, co sprawia, że z dziesiątków innych właśnie te chcę sfotografować, właśnie te chcę zapamiętać fotografuję także tabliczkę z nazwiskiem malarza (nie mając zaufania do własnej pamięci). Jednak w tym przypadku zdjęcie tabliczki z nazwiskiem okazało się zupełnie nieczytelne. Urzekła mnie prostota obrazu, jasność (światło), czystość, a zarazem swojskość i chęć znalezienia się wewnątrz tego pejzażu. 
Mam świadomość, iż moja relacja jest niezwykle pobieżna i po raz kolejny obiecuję sobie, iż do tematu wrócę (co zapewne nie nastąpi), ale człowiek lubi się łudzić. 
Wystawa w Kamienicy Szołayskich potrwa do 3 lipca tego roku. Warto obejrzeć.
Sama wróciłabym jeszcze po wcześniejszym zakupie porządniejszego aparatu fotograficznego, który robiłby zdjęcia choćby odrobinę lepszej jakości od tych, które robi obecny.

40 komentarzy:

  1. Jak Ty pięknie potrafisz pisać o sztuce. Co do obrazu to jest to "Sad w zimie" Józefa Czajkowskiego.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. A jak ty pięknie komplementujesz. Dziękuję za pomoc w identyfikacji obrazu, tym sposobem poznaję kolejnego nieznanego mi wcześniej malarza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potwierdzam pięknie piszesz o sztuce :)

      Usuń
    2. Potwierdzam pięknie piszesz o sztuce :)

      Usuń
    3. Wiem od dawna, że wspaniale piszesz o swoich podróżach, sztuce.
      Serdecznie pozdrawiam:)

      Usuń
    4. czy widzisz, jak się czerwienię? :)

      Usuń
  3. Przeczytałem z ciekawością.
    Będąc co parę lat w kraju, zawsze odwiedzam Kraków i moje ścieżki tam są jednak podobne do Twoich. Zatrzymuję się zwykle w okolicach Rynku, skąd wszędzie jest blisko - robię więc obchód po okolicznych wystawach, antykwariatach i księgarniach, idę do teatru, kina (zwykle nad Piwnicą pod Baranami)...
    Bardzo lubię polskie malarstwo drugiej połowy XIX wieku oraz przełomu XIX i XX wieku, więc obowiązkowo zaglądam do Muzeum Czartoryskich, gdzie zgromadzono jego imponującą kolekcję (po wielu latach kolekcja ta wróciła do Sukiennic).
    Dziękuję za ciekawą relację i gratuluję kulturalnego "zacięcia" urlopowego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło wiedzieć, że są jeszcze inni odmieńcy:) Piwnicę pod Baranami odwiedziłam w tym roku po raz pierwszy i już wiem, że dołączy do stałego punktu pobytu w Krakowie. Byłam oczarowana, dawno już nie czułam się tak dobrze w przybytku - było nie było- sztuki. Też lubię malarstwo z przełomu wieków i polskie i europejskie i gdziekolwiek jestem kolekcjonuję sobie w postaci kartek-reprodukcji, zdjęć, wspomnień :) Zacięcie u mnie przyszło z wiekiem, choć zawsze lubiłam teatr czy kabaret, to muzea i wystawy zaczęłam odwiedzać systematycznie od jakiejś dekady.

      Usuń
  4. Miałaś wspaniały urlop, zazdroszczę zwłaszcza wystawy fotografii, sama bym ją chętnie obejrzała. Bardzo ciekawa relacja, przeczytałam ją z wielką przyjemnością. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tej wystawie usłyszałam, że mało nowatorska, fakt nie ma tam może arcydzieł fotografii, ale jak wspomniałam potraktowałam ją dokumentalnie i poznawczo i poszerzyłam wiedzę, a to lubię. Cieszę się, że choć kilka osób zainteresowałam wpisem.

      Usuń
    2. Ja też z tego względu chciałabym zobaczyć te zdjęcia. W Portofino w Castello Brown jest bogata kolekcja zdjęć z lat 50 tych znanych osób jakie odwiedziły tę miejscowość. Żadne acydzieła, ale świetny dokument tamtej epoki, która mnie osobiście bardzo interesuje więc oglądałam zachłannie.

      Usuń
    3. U mnie to jak napisałam był przypadek, ale szczęśliwy przypadek. Idąc nie do końca wiedziałam co zobaczę. Jak pisałam nastawiałam się na film, ale okazało się, że jak zwykle ja- byłam o dużo za wcześnie.

      Usuń
  5. Ja również wcześnie wstaję na urlopie - szkoda dnia, a żeby się wyspać, trzeba po prostu się wcześnie położyć :-). Zwiedzać lubię także, niegdyś maniacko, dziś staram się zachować równowagę między szwendaniem się po muzeach i oglądaniem zabytków, a beztroskim wypoczynkiem. Chętnie obejrzałabym te zbiory malarstwa, XIX i początek XX wieku to stanowczo coś dla mnie. Uwielbiam Wyspiańskiego, Podkowińskiego, ciągle odkładam porządne zapoznanie się z twórczością Malczewskiego (cudowne barwy, no i ten Słowacki!), a ostatnio zaintrygował mnie Pankiewicz. Może wreszcie zmobilizuję się do przeczytania posiadanych albumików (kolekcja "Przekroju"), bo poprzestałam na oględzinach i się kurzą na półce... ;-(

    OdpowiedzUsuń
  6. I ja od zachłannego poznawania, niemal z padaniem na pysk i łażenia po dziesięć - dwanaście godzin po galeriach, świątyniach, doszłam do zasady złotego środka i przeplatam poznawanie z odpoczywaniem (knajpki, parki, ogrody, szwendanie się, książka:) I mnie wpadł w oko Pankiewicz. Zresztą powoli poznaję polskich malarzy, do tej pory bardziej interesowało mnie malarstwo francuskie, czy angielskie, teraz odkrywam naszych:) I właśnie wczoraj pomyślałam, że przydałaby się jakaś baza danych dot. polskich malarzy tego okresu. Kupiłam jakiś czas temu albumik Gierymscy i podobnie, jak u Ciebie leży na półce.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie marnujesz nigdy czasu na wyjazdach. I potrafisz sobie narzucić dyscyplinę a to już duża sztuka. Ale dzięki temu i my Twoi czytelnicy czujemy się jakbyśmy tam byli.
    Wystawą w Kamienicy u Szołayskich mnie zainteresowałaś.....muszę koniecznie namówić córkę byśmy się tam wybrały w którąś wiosenną niedzielę.
    A teraz muszę powrócić do swoich albumów.



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To był kolejny, owocny urlop. Czas wypełniony po brzegi.
      Podobnie jak Ty, nie lubię długo wylegiwać się na urlopie.
      Zawsze wstaję skoro świt bo nawet o świcie świat wygląda ciekawie a nawet tajemniczo i też można wiele zobaczyć.
      Serdecznie pozdrawiam:)

      Usuń
    2. Czyli jest nas więcej - zapaleńców, albo jak kto woli odmieńców. Nie wiem czemu, ale potrzebuję czasami potwierdzenia, że choć jestem w mniejszości, to nie jestem jedyna. :)

      Usuń
    3. natano- można to nazywać dyscypliną, ale to mój sposób na urlop, bo tylko taki sposób spędzania czasu daje mi radość i poczucie dobrego wykorzystania wolnego czasu. Leżenie na plaży czy wylegiwanie się w łóżku - strasznie mnie nudzi. W łóżku leżę, jak jestem chora:)

      Usuń
  8. Bardzo lubię (jak wiesz) Twoje krakowskie wrażenia, lubię to, jak piszesz o sztuce, wystawach, muzeach - dlatego ten wpis jest dla mnie podwójnie cenny.
    Tyle tutaj dla mnie ciekawych śladów, że gdybym chciała odnieść się do każdego... nawet Twoja cierpliwość mogłaby się wyczerpać :)
    Postaram się tedy lakonicznie:
    1. moje "rozumienie" czy może odczuwanie malarstwa zakończyło się bodaj na epoce przełomu wieków, a może międzywojnia, dale poruszam się prawie po omacku; nie jest to powód do chluby, ale tym bardziej cieszę się, gdy znajdę w tym jakąś pokrewną duszę, anachroniczną;
    2. nokturny! "Dorożka w deszczu" Pankiewicza, też zwróciłam na nią uwagę. I jeszcze Szczygliński, może pamiętasz kilka obrazków z "Zawsze Młodej", w sali "Mit miasta", bardzo interesujące. A on sam to również ciekawa postać i miłośniczce literatury pewnie znana przez romans z Marią Dąbrowską;
    3. Czajkowski jako pejzażysta, jego czucie koloru, rozumienie pejzażu - bardzo cenię. Niestety, zawsze mylą mi się dwaj bracia, Józef bodaj bardziej jest znany. Tak czy inaczej mistrzem pejzażu i charakterystycznej małej formy będzie dla mnie zawsze Jan Stanisławski (pomijając oczywiście Wyspiańskiego, który zawsze będzie dla mnie osobny);
    4. pozwolę sobie na sprostowanie małej literówki w tej części, gdzie piszesz o paryskiej księgarni mojej imienniczki ;) Adrienne Monnier, lata świetności to oczywiście 20 i 30 XX wieku, przepraszam za drobiazgowość, wiem, że to wynika z tekstu. Ta księgarnia to jeden z ważniejszych punktów na mapie "mojego" literackiego Paryża, któż tam nie bywał! "Moi" surrealiści, którzy tam właśnie nawiązywali jakieś pierwsze kontakty z literackim światem - Breton, Aragon, Elouard, Crevel. Starsze pokolenie - Valéry, Gide; oraz oczywiście Amerykanie w Paryżu - Hemingway, Francis Scott Fitzgerald, Gertrude Stein. Właścicielka księgarni kierowała jednocześnie wydawnictwem i to właśnie u Adrienne Monnier pojawił się pierwszy francuski przekład Ulissesa Joyce'a...
    5. Przepraszam za powyższą dygresję!
    6. Kolekcję Jasieńskiego odwiedzę czym prędzej (już od dawna się wybieram, a ciągle coś na przeszkodzie). To Jasieński zachęcił Wyspiańskiego do malowania słynnych później widoków z okna pracowni, gdy już wyjście w plener uniemożliwiała choroba... i zachwycał się nimi, właśnie ich szkicowością, ich ledwie zarysowaną, zasugerowaną przestrzenią, zmiennością światła, barw. Kolekcjoner zakupił kilka Kopców do swojego Musée, wybrawszy „dzieła najtęższe i najbardziej się nastrojem różniące. A więc dzień szary, cichy; dzień słoneczny, mroźny; zadymka”, gdzie „kopca, toru kolejowego – ani śladu; papier, poplamiony pastelem. Wielkie nic… a dla mnie zadymka zadymek”.
    7. "Idąc pod Teatr Stary zrobić zdjęcie popiersia Boya (w związku z moimi poszukiwaniami dokonań Talowskiego..." - to już chyba pora późna albo zmęczenie - proszę, wyjaśnij! Na Placu Szczepańskim jest popiersie Boya? I jak się z tym wiąże Talowski? Wypadłam z obiegu, naprawdę ;)
    Dobrej nocy!

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak ja lubię twoje dłuuugie komentarze, dowiaduję się z nich tyle ciekawych rzeczy, których nie znalazłabym gdzieś indziej. Najpierw wyjaśnienie; 1. oczywiście że że miał być wiek XX (literówka), 2) skąd mi się wzięło to popiersie Boya na Teatrze Starym przypisane Talowskiemu - chyba działałam z zasadą myśl szybko i działaj szybko (zamiast myśl wolno, działaj szybko), albo nie myśl wiele, działaj od razu. Przyznaję, iż o Teodorze dowiedziałam się od ciebie, potem jeszcze czytałam na kilku blogach. Otóż będąc już na miejscu pomyślałam, że chętnie zobaczyłabym co stworzył, więc nie mając pod ręką innych źródeł informacji sięgnęłam do internetu i tam (nie wiem, gdzie, bo dziś nie mogę odnaleźć) wyczytałam, że popiersie Boya na fasadzie Teatru Stu jest autorstwa Talowskiego. Trochę mnie to zdziwiło, ale jak wspomniałam nie miałam wiedzy dostatecznej aby informację zweryfikować. Powinnam była to zrobić po powrocie. Tak więc zaraz sprostuję obie informacje (literówkę i efekt bezmyślnego zaufania do internetu). I dziękuję Ci za to zapytanie, bo w przeciwnym razie mój wpis mógłby być mylący dla kolejnych osób. I nie dziwię się, że jako wielbicielka T.T musiałaś sprawę wyjaśnić. :) Pamiętam, jak kiedyś jeden z blogerów przypisał autorstwo fontanny di Trevi Berniniemu, co mnie zdziwiło, bo byłam pewna, iż to nie Gian Lorenzo był jej pomysłodawcą, ale pewność czasami ulega zachwianiu:) tak więc raz jeszcze dziękuję i napiszę, to samo co napisał mi wówczas tamten bloger, uwielbiam, kiedy ktoś czyta uważnie moje wpisy, a nawet poprawia mnie. I ja uwielbiam. Co do pozostałej części komentarza: 1. jeśli twoje odczuwanie sztuki kończy się na okresie międzywojennym, to ja nawet do tego etapu dziejów nie dotarłam :) 2. Ja dopiero (w moim wieku?) odkrywam polskich malarzy. Szczygliński? może i obrazy widziałam, ale nie zwróciłam uwagi na nazwisko, albo po prostu nie zapamiętałam, bo zdjęcie nie wyszło, lub wyszło niewyraźnie. Zaraz zajrzę na stronkę obrazów malarza. Romans z Dąbrowską- czy to nie o nim pisała Sz. w Dziennikach. Jeśli tak, to nie rozszyfrowałam nazwiska. 3. Czajkowskich - było dwóch? No proszę do niedawna nie miałam pojęcia nawet o jednym. Nawiasem mówiąc zakupiłam dziś albumik z polskimi impresjonistami, aby się troszkę podszkolić.Stanisławskiego oglądałam w MNW i MNK. Piękne. 4. I tu także dziękuję za wzbogacenie mojej wiedzy. Czytałam ostatnio Dwa życia książkę o Gertrudzie Stein i jej partnerce, być może tam wspomniano o księgarni, ale przez książkę było mi trudno przebrnąć z powodu dużej liczby cytatów ze Stein, które jak dla mnie są niestrawne. 5. Nie przepraszaj, Tylko poproszę częściej i więcej takich dygresji. Dowiaduję się z nich sporo i rozbudzasz mój apetyt na więcej. A przy okazji, czy możesz polecić coś przystępnego na temat Talowskiego? 6. Oglądając Jasieńskiego pomyślałam o Tobie i o tym, że jak obejrzysz, to zamieścisz fotorelację, z której dowiem się więcej niż wiem w tej chwili. Dobrego dnia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgodnie z dewizą T.T. "długo myśl, prędko czyń" z kamienicy przy Retoryki 15 napisałam powyższą epistołę, szkoda tylko, że myśli trochę chaotyczne :)
      Jako żywo nie mogę sobie przypomnieć innego popiersia Boya, jak to, które jest na Plantach - następnym razem, gdy będę nieopodal placu Szczepańskiego przyglądnę się dokładniej, ale i tak niemożliwe, żeby to było dzieło T.T. (choćby daty śmierci o tym świadczą - T. umiera w 1910r., Boy wtedy jest raptem 10 lat po studiach i pracuje jako lekarz, jego działalność literacka czy przekłady to późniejszy czas).
      Nie mam niestety żadnych publikacji o Talowskim (tzn. wyłącznie jemu poświęconych), czytałam tylko to, co jest dostępne w internecie i jakieś oderwane wzmianki w czytanych przeze mnie cracovianach, książkach o architekturze Krakowa (np. J. Purchla). Pisałam o nim - czy raczej o jego realizacjach - opierając się właśnie na w.w. oraz na podstawie jakiejś mojej ogólnej wiedzy (o architekturze tego czasu), obserwacji, porównania stylów, tylko takie impresje.
      Wtedy miałam do dyspozycji następującą bibliografię (z której i tak nie znam dotąd najważniejszych pozycji):
      http://talowski.prv.pl/bibliografia.html
      Natomiast szukając dziś odpowiedzi na Twoje pytanie zauważyłam, że powstała nowa i bardzo wartościowa strona poświęcona Talowskiemu:
      http://talowski.pl/slusarz/?page=home
      dopiero zaczęłam ją przeglądać, ale jest świetna! Kto wie, czy nie ma powiązania z tym filmem, który jakiś czas temu zrealizowano - ktoś miał fantazję wyruszyć w Polskę śladami T.T. i nakręcić o tym film. Czyli jest tak jak zwykle - moje marzenia realizują inni ;)
      Eh, nie popadając w melancholię dziękuję za wyrozumiałość dla moich belferskich zapędów oraz życzliwość i miłą rozmowę :)

      Usuń
    2. Nie dość, że nie doczytałam, to jeszcze pomyliłam Żeleńskiego ojca i syna :( głowę pod kołdrę wkładam i posypuję popiołem. Zdecydowanie T.T miał rację, aby długo myśleć, zanim się uczyni. Dziękuję za informacje na temat źródeł. Zajrzałam na stronkę, świetna. Obejrzałam filmik. Teraz rozumiem, o co chodziło w komentarzu u Ciebie dotyczącym osła na kamienicy z osłem na Retoryka 9, na filmie widać, jak wyglądał wcześniej. I nawet znalazłam powiązanie Żeleńskiego z Talowskim, tyle, że Władysława, nie Boya i to nie ojca Boya. Zaprojektował on (T.T) Pałacyk Żeleńskich w Grodkowicach. A podróżowanie szlakiem lubianego rzeźbiarza, architekta, malarza (jego obrazów) to coś co bardzo lubię. Tylko że podróżuję etapami, nigdy nie udało mi się poświęcić jednego urlopu na jednego artystę, bowiem ich dzieła są rozprzestrzenione w wielu miejscach. Jak widać na filmie obejrzenie dzieł T.T też zajęłoby sporo czasu. Czasami marzyłoby mi się takie muzeum, w którym znajdowałyby się wszystkie dzieła malarza, coś na kształt muzeum Van Gogha w Amsterdamie (ach co to były za cudne święta spędzone w towarzystwie Vincenta:)aż mi się buzia śmieje).

      Usuń

  10. Już wspomniałam (pod wpisem o Krakowie), ale co tam powtórzę, cudowne wystawy:).Mam pytanie, w którym tomie Dąbrowska wspomina o romansie ze Szczyglińskim, czyli chyba właśnie Sz, czytałam Dzienniki w całości i często podczytytuję fragmenty i w ogóle nie kojarzę tego wątku!A bardzo mnie zaciekawił. Podobnie jak Ada polecam malarstwo Stanisławskiego, ja uwielbiam. Malował zwykłe, wydawałoby się mało ciekawe krajobrazy, ale w taki sposób, że najzwyklejsze pola, czy łąki stają się niezwykłe.Poza tym to niezwykle cudowna, barwna postać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że Dąbrowska opisała ten romans raczej w swojej powieści "Przygody człowieka myślącego", czytałam to już wiele lat temu, ale takie odnoszę wrażenie - młody człowiek, wojskowy o prawicowych poglądach (i właśnie kwestie światopoglądu ostatecznie ich podzieliły, to znaczy protagonistów powieści, bo nie wiem, jak to było u Dąbrowskiej). Dzienniki czytałam jeszcze w wersji okrojonej i na tyle dawno, że nie mogę się wypowiedzieć, nie pamiętam...
      Nareszcie znalazłam kogoś, kto podziela moją pasję dla "wielkiego malarza małych obrazków"! Bodiaków na 55 sposobów uchwyconych, stodół w Pustowarni... Ogromnie się cieszę! Pamiętam jak specjalnie odwiedziłam Kamienicę Szołayskich po raz już nie wiem który - było zwiedzanie z kuratorem wystawy, panią Urszulą Kozakowską-Zauchą. Co tu dużo mówić, miło mi :)

      Usuń
    2. Nie pamiętam, w którym tomie, nawet nie jestem pewna, czy inicjał nazwiska dotyczył Sz. Może chodziło o inny romans. Jak znajdę chwilę wolnego i zajrzę do Dzienników, to dam znać. Choć przejrzenie pięciu tomów to spore wyzwanie. Coś mi się w pamięci majaczy, ale nie chciałabym zabrnąć znowu w ślepy zaułek. Stanisławskiego muszę sobie odświeżyć przypomnieć).

      Usuń
  11. Dziękuję za odpowiedź, nie rób sobie kłopotu, mam Dzienniki, więc postaram się poszukać, tym bardziej, że jak pisze Ada, może opis tego romansu jest tylko w powieści "Przygody człowieka myślącego".Ja niestety tej powieści nie czytałam, zaczęłam, ale jakoś mi nie podeszła...może spróbuję jeszcze raz, z twórczości Dąbrowskiej znam i uwielbiam Dzienniki i Noce i dnie, polecam przy okazji wizytę w domu pisarki na Polnej, są tam oryginalne meble i można obejrzeć miniaturowe obrazki, które malowała pisarka.

    Ado, bardzo się cieszę, że dzielimy wspólną pasję do Stanisławskiego, ale nie tylko. Bardzo lubię i od dawna czytam Twój blog i wiem, że dzielimy jeszcze przynajmniej dwie pasje, do pana W. i Krakowa.Gdybym tylko miała odpowiednie fundusze to wydałabym album z Twoimi zdjęciami i postawiła obok albumów Hartwiga i Hermanowicza, bo ja też właśnie taki Kraków lubię najbardziej.Wspaniale, ze mogłaś być na oprowadzaniu przez panią Kozakowską - Zauchą, mam jej album wydany przez Bosza i nie muszę mówić, że często zaglądam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maju, nawet nie wiesz, jak miło mi to słyszeć! Prawdę mówiąc żyję w przekonaniu, że czyta mnie niewielka garstka blogowych znajomych, którzy czasem coś mi napiszą, żeby mi nie było przykro :) a tutaj taka niespodzianka! Miłośniczka Krakowa, fotografów moich ulubionych i jeszcze Stanisławskiego! Zapraszam z przyjemnością i... zostaw czasem jakieś słówko jak będziesz miała chęć. to naprawdę mobilizuje (i przeciwdziała moim częstym blogowym kryzysom ;) bo najczęściej myślę nad sensem tego pisania, czy to taka sztuka dla sztuki, czy komentarze z grzeczności/ sympatii etc etc.
      Album jest absolutnie wspaniały i wracam do niego jak najczęściej, takie podróże w wyobraźni :)

      Usuń
  12. Tak jak wspomniałam wyżej, romans, o którym wspomina w Dziennikach mógł dotyczyć innej osoby, poza tym wspomniała o nim dość lakonicznie. Chciałam przeczytać Przygody... chyba z racji tego, iż nasza polonistka kazała nam nazwać zeszyty mianem Rękopis człowieka myślącego:) Nie wiem, czemu po nią nie sięgnęłam wcześniej. Ale tak to jest, kiedy chęci/apetyt ogromny a możliwości (czasowe) ograniczone. Uwielbiam Noce i dnie, Dzienniki zaczęłam czytać biblioteczne, ale po dwóch tomach i braku kolejnych w bibliotece musiałam nabyć całość. Na Polnej byłam o czym nawet wspominałam kiedyś na blogu http://guciamal.blogspot.com/2014/05/z-wizyta-u-marii-dabrowskiej-warszawa.html podobnie, jak o Dąbrowskiej i jej Dziennikach (oznaczonych mianem Dąbrowska Maria:)zakładka na dole strony.
    Dzięki Adzie lepiej poznaję Kraków, uwielbiam jej bloga. Jej zawdzięczam wiele ciekawych tropów (Dom-Muzeum Mehofera, spacery nad Wisłą, kamienice Talowskiego, powrót na wystawę Zawsze Młoda i wiele innych).

    OdpowiedzUsuń
  13. ojej przegapiłam Twój wpis o muzeum na Polnej, a przecież czytam Twoje wpisy od zawsze..., no ja Adzie też wiele krakowskich miejsc zawdzięczam, te które wymieniłaś i jeszcze spacery na kopce. A z powieścią Przygody człowieka myślącego to, pamiętasz pewnie z Dzienników, sama Dąbrowska miała problem, ciągle nie była z niej zadowolona i tak ciężko szło jej pisanie. Piękne wspomnienie z czasów szkolnych i ci poloniści:)mój mawiał, jak ktoś coś źle mówił -mów do mnie jeszcze za taką rozmową tęskniłem lata...

    OdpowiedzUsuń
  14. Nic nie szkodzi. Ja muszę sięgnąć do archiwum u Ady i wyłuskać zwłaszcza wpisy o muzeach, wystawach, spacerach po mieście. Tak Dąbrowskiej źle szło pisanie, nie miała tyle pasji co wcześniej, pamiętam, że jak o tym czytałam, to porównywałam się (co za zuchwalstwo) do pisarki, kiedy kiepsko mi się pisało na bloga. Moja łacinniczka mawiała szeptem do mnie mów - zwłaszcza do kolegów :) a pani była niezwykle wiekowa i był to taki żarcik (podejrzewam, że nie słyszała zbyt dobrze). Dobrej nocy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Archiwum jeszcze niestety niekompletne, strasznie mozolna praca z przywracaniem postów (zachowały się bez zdjęć i powinnam odnajdywać odpowiednie zdjęcia gdzieś wśród setek folderów na dysku zewnętrznym i dopasować do właściwego wpisu... znasz mnie dobrze i wiesz jak odkładam na później tę pracę ;) Wolę chyba napisać coś na nowo, zobaczyć niektóre wystawy raz jeszcze, napisać to jeszcze raz z dzisiejszej perspektywy. Dziękuję za dobre słowo, chyba nic mnie tak nie cieszy, jak świadomość, że to moje pisanie przydaje się komuś w jakiś wymierny i konkretny sposób.

      Usuń
    2. Oj, rozumiem to świetnie, bo i ja, choć moje archiwum zdecydowanie uboższe wciąż w wielkim nieładzie. Udało mi się uporządkować dwa miasta (Paryż i Gdańsk). Zabieram się za Kraków, a gdzie cała reszta, a gdzie czas. Nie powinnaś mieć żadnych wątpliwości, że Twoje pisanie jest nam potrzebne. Nam wiernym czytelnikom. A to, że się tyle od Ciebie dowiedziałam to nie czce komplementy, jeno najprawdziwsza prawda. I może powinno być mi wstyd za moją niewiedzę, i jest mi wstyd, ale z drugiej strony lepiej się przyznać, że czegoś się nie wie, niż ukrywać to przed innymi, albo co gorsza przed sobą samą.

      Usuń
  15. oh mój Kraków... dwa lata tam nie byłam, przydałoby się wreszcie pojechać :) my tez wolimy podczas urlopu cos robic, a nie tylko lezec - od tego lezenia to czlowiek bardziej zmeczony niz sie wydaje..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się tak wydaje. Nie wiem, skąd jesteście, ale skoro kończyłaś UJ to może gdzieś blisko Krakowa, a zresztą dziś jakoś bliżej nam do siebie, odkąd wreszcie mamy koniec remontów na kolei. Nawet ode mnie tylko pięć godzin z haczykiem, czyli krócej niż jeszcze jakiś czas temu do Warszwy

      Usuń
  16. Znalazłam! w pierwszym tomie Dzienników powojennych czytamy" ponieważ Szczygliński był w 1916 roku moim kochankiem, a jest w istocie i niesłusznie zapomniany, myślę, że trzeba choć tu zostawić jego wspomnienie." I dalej pisarka bardzo ciepło go wspomina. Był uczniem Stanisławskiego i jak pisze Dąbrowska był przez mistrza ceniony. Pozdrawiam serdecznie. m.

    OdpowiedzUsuń
  17. Czyli ten inicjał, który pamiętam dotyczył kogo innego. Z którego roku masz wydanie Dzienników? Ja z 1988 r.

    OdpowiedzUsuń
  18. Do kina i teatru chodzę dość regularnie, ale kabaretu Ci zazdroszczę. Jakoś nie mogę znaleźć blisko mojej miejscowości.

    OdpowiedzUsuń
  19. W mojej miejscowości było sporo występów kabaretowych, lecz jakoś ich humor mnie nie śmieszył. Może czasy były kiepskie dla kabaretu. Lecz teraz odnoszę wrażenie że kabaret wraca do formy sprzed ćwierć wieku; staje się bardziej wysublimowany, inteligentny (przestaje odnosić się do najprostszych instynktów i skojarzeń o przysłowiowej d.m) Ale to tylko takie moje wyobrażenia - może niesłuszne, bo budowane na wiedzy szczęśliwej, fragmentarycznej, telewizji nie oglądam już prawie wcale, jedynie czasami w internecie coś mi się rzuci w oczy. A Kabaret w Piwnicy pod baranami był dla mnie powrotem w dobre rejony humoru, poezji, satyry i polit-kabaretu. Niezły był też kabaret w Teatrze Stu (zwłaszcza pan Trela był fantastyczny w filozoficznych rozważaniach ks. Tischnera).

    OdpowiedzUsuń
  20. Mam 5 tomów z 1988 i 4 tomy dzienników powojennych z 1997

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).