piątek, 29 stycznia 2016

Kraków w pigułce

Już tu, a jeszcze tam. 
Nie zdążyłam dobrze wejść w miasto, a już zaczęłam tęsknić. Dopiero się przywitałam sycąc oczy widokiem krakowsko- paryskiego Teatru a już dopadła mnie nutka żalu, że za parę dni trzeba będzie miasto opuścić. 



Spacer pierwszy, drugi, trzeci …. nienasycenie. Wciąż i wciąż. Przychodzę i wychodzę (do hotelu). Chciałabym wykorzystać te kilka dni jak najpełniej, chciałabym być w kilku miejscach jednocześnie, a zarazem chciałabym się nie spieszyć, albo spieszyć się, ale powoli. Postanawiam nic nie planować i poza udziałem w teatralno-kabaretowych przedstawieniach, na  które bilety zakupiłam dużo wcześniej poddać się chwili. Truizmem jest stwierdzenie, iż Kraków najlepiej oglądać wcześnie rano lub późną nocą, ewentualnie, kiedy pada deszcz. Co zrobić, kiedy to prawda. Wtedy jest najspokojniej, najciszej, wtedy oddajemy się wyobrażeniom, marzeniom, fantasmagoriom. Swoją drogę to dziwne, że wciąż sobie coś imaginujemy (że jesteśmy tutaj, ale w przeszłości, że spotykamy kogoś, kogo już nie ma), tak jakby to tu i teraz nam nie wystarczało, jakbyśmy nie potrafili docenić tego tu i teraz, które jutro czy za miesiąc będzie dla nas bardziej rzeczywiste niż to co nas otacza. 
Zapełniamy te nasze szufladki pamięci na zapas, aby móc z nich w każdej chwili wydobyć odpowiedni obraz. 
Wschód słońca nad Wisłą 
Przed śniadaniem głodna widoków i spragniona tej ułudy szczęścia wyruszyłam w towarzystwie nieodłącznej siostry rozterki. Jest jeden wschód słońca i tyle miejsc, w których chciałabym przywitać ten dzień. Pijarską ruszam pod Teatr (biała bryła pięknie oświetlona czyni go jeszcze większym), mijam niepozorny Kościółek Św. Krzyża (do którego już później będę bezskutecznie usiłowała zajrzeć) i snuję się Szpitalną zaglądając w oczy antykwariatom. Szósta rano to dobra pora, jest rześko i ciemno. Prawie noc. Tajemniczo, poetycznie i zjawiskowo. Mijam bryłę kościoła Mariackiego i obok Żaczka przemykam na Rynek Główny, po którym snują się pojedynczy spieszący do pracy przechodnie.

Ulicą Grodzką obok Kościoła Wszystkich Świętych zauważam zmianę koloru nieba. Pochłonięta robieniem zdjęć mogłabym przegapić moment, kiedy  granatowy firmament staje się intensywnie niebieski, aby już za chwilę pod Zamkiem zblednąć. Wschód słońca witam ze Smokiem. Jego szyję otula szalik kibica. Ktoś zadał sobie sporo trudu, aby go tam umieścić. Chwilę obserwuję Wisłę i narodziny nowego dnia. Nieco zmarznięta wracam przez planty do hotelu na śniadanie. 

Kabaret w Piwnicy pod Baranami.
Zakup biletów i znowu jakaś obawa. Obawa przed rozczarowaniem, przed nieprzystawalnością mojego poczucia humoru i mojej wrażliwości do poczucia humoru i wrażliwości twórców /artystów. Jakże się myliłam. Od tej pory już zawsze będę się starała odwiedzić Piwnicę. Było inteligentnie, poetycko, zabawnie, groteskowo i nostalgicznie. To tylko parę przymiotników, ale jak oddać wzruszenie, radość i poczucie więzi, że oto są ludzie, którzy mają podobne do moich obawy, którzy nie godzą się z rzeczywistością i których orężem jest słowo. Ach jakże oni pięknie walczą tym słowem, bicz satyry smaga głupotę, miernotę, przekonanie o własnej nieomylności. Stańczyk, który chłoszcze bezmyślność jednych i uległość drugich to było coś wspaniałego. No i moje osobiste odkrycie - pani Dorota Ślęzak, która śpiewa jak anioł.

Właściwie przestało się dla mnie liczyć co, a ważne było, jak śpiewa. Jej głos zniewalał jak głos Syreny, mnie zniewolił na tyle, że zakupiłam płytę. Wróciłam tam następnego dnia, aby napić się zimowej herbatki i w spokoju obejrzeć lokal. Napis przed salą, w której króluje Ewa Demarczyk głosi Jesteśmy wysepką w morzu: bestialstwa, szarzyzny, głupoty, łajdactwa, cynizmu, nietolerancji i przemocy. Oddaje on to, czym dla Piotra Skrzyneckiego była Piwnica pod Baranami. Tym też stała się ona dla mnie. Do wizyty w Piwnicy jeszcze wrócę (choćby do fotorelacji)

Spacer śladami Ady i Talowskiego (a może powinnam napisać Talowskiego i Ady)

O architekcie po raz pierwszy przeczytałam u Ady. To właśnie ona przekazała mi tę pałeczkę, którą sama otrzymała od innego blogera. Czy ktoś ją przejmie ode mnie? Po wpisach na temat kamienic Talowskiego (na blogu Kraków i okolice) powinnam zamilknąć.


Napiszę jedynie, iż pozostaję pod urokiem stworzonych przez niego budynków i na pewno nie raz do nich wrócę. Będę też szukać kolejnych stworzonych przez niego „dzieł sztuki”. Dokładnie zlustrowawszy (choć to słowo ma dziś negatywne konotacje) kamienice na ulicy Retoryka i na ulicy Smoleńsk, udałam się na Karmelicką (kamienica pod Pająkiem) oraz na Cmentarz Rakowicki (w poszukiwaniu nagrobka pana Teodora). Niestety krakowski cmentarz nie posiada w przeciwieństwie do powązkowskiego tak dobrej informacji na temat miejsc pochówku najbardziej znanych obywateli. A zatem poszukiwanie nagrobka ze Sfinksem będzie kolejnym wyzwaniem. Nawiasem mówiąc jeśli ktoś potrafi przybliżyć w której części nekropolii można go znaleźć byłabym wdzięczna. 

Przepyszne obiady w Barze na Grodzkiej.

Wspominałam już kiedyś o nim, ale nic na to nie poradzę, że wszystko mi tam smakuje przeogromnie. Kiedy jem tam obiad to rozumiem co oznacza powiedzenie o trzęsących się uszach. Jest

smacznie, domowo i cenowo przystępnie. A do tego przesympatyczna i sprawna (szybka) obsługa. Mieści się dokładnie vis a vis Dedalusa. Najczęściej odwiedzam najpierw księgarnię, a potem z nową książką pod pachą siadam w barze. Jednak nie łudźcie się, że tu poczytacie. Jedzenie podają tak szybko, że nie zdążycie. 

Kawa z książką w Bonie

Kilka kroków dalej, na ulicy Kanoniczej mieści się księgarnio-kawiarnia Bona. Można tutaj przy filiżance ciepłego lub zimnego napoju (w zależności od potrzeb i pory roku) poczytać. To wspaniały pomysł, aby przez zakupem zapoznać się z książką, która wpadnie czytelnikowi w oko. Jest jednak pewne niebezpieczeństwo, kiedy zacznie się czytać, a książki się nie kupi pozostaje niedosyt. Jak w moim przypadku. 

Mogłabym mnożyć obrazy; spacery, galerie, teatry, świątynie, nekropolie, Wawel, kawiarnie, czy nawet kina. W Krakowie zwykłe wyjście do kina jest rodzajem święta, a nie tylko sposobem spędzenia wolnego czasu. Może dlatego, że wybieram tradycyjne, stare kina, a nie nowoczesne multipleksy, a może to genius loci. W Krakowie czytanie książek ma dodatkowy walor (uczucie bezkarności czytania - to że nie muszę nikogo (łącznie z sobą samą) okradać z czasu, jaki poświęcam na czytanie jest bezcenne).

Jak po każdej podróży żywię nadzieję, że uda mi się poświęcić choć parę wpisów miejscu tak bliskiemu memu sercu. 
A na koniec fotograficzna zagadka. Nie mam pojęcia, czy łatwa, czy trudna. Odgadłabym zapewne jedynie dlatego, że znajdowała się blisko mojego hotelu.
Nocą
w odbiciu szyby

niedziela, 17 stycznia 2016

Co znalazłam pod Choinką, czyli wpis zapchajdziura

Kiedy większość blogerów dzieliła się zdjęciami tego, co znalazła pod choinką, ja buszowałam na stronie internetowej księgarni, aby złożyć zamówienie. Mikołaj okazał się gościem z klasą (i kasą) i zgodnie z od lat składanym zamówieniem podarował mi bon upominkowy do tejże księgarni. I zaczęło się... osiołkowi w żłoby dano... i osiołek miał nie lada kłopot, bo i to kusi i tamto nęci. Najbardziej nęcił album obrazów  z serii Arcydzieła malarstwa. Ponieważ jednak cena takiego albumu skonsumowałaby wartość bonu, poszedł osiołek w tym roku na ilość i rozdzielił swoje zainteresowania pomiędzy czytaniem i słuchaniem. Oprócz biografii, które czytuję bardzo chętnie wybrałam kolejnego Remarque`a (po Nocy w Lizbonie zainteresowanie dla losów uciekinierów z pogrążonej w wojennej zawierusze Europy znacznie wzrosło). Ponadto w związku z moim ostatnim odkryciem płytoteka wzbogaciła się o dwie płyty Davida Garretta. Odkrycie świeże, choć zapewne poza mną dla wielu doskonale znane, skrzypek gra już trzecią dekadę. 

A może ktoś poza mną nie znał? Jest taka możliwość, bo kiedy rzucam nazwiskiem w rozmowie widzę pustkę w oczach rozmówców...

David teraz leci u mnie niemal non stop; pokochałam tę muzykę, a w dodatku idealnie nadaje się na podkład do czytania, bo nie odkrywa od lektury, a z dodatku z nią współgra.  
Nie wiem, jak to będzie z czytaniem nowych książek, kiedy w liczba nieprzeczytanych pozycji z własnej biblioteczki przekroczyła setkę, ale Beksińscy, Portret podwójny są już w czytaniu. 

niedziela, 10 stycznia 2016

Noc w Lizbonie Erich Maria Remarque

Rok wydania 1974 - tł. Aleksander Matuszyn 
Książek Remarqua przeczytałam kilka. Lubię jego prozę, za jej mroczny, niepokojący klimat, prosty, oszczędny język, choć muszę przyznać, że zdarzają mu się banalne wtręty, ale przymykam na nie oko. Remarque pisał o tym, co znał najlepiej. Był niemieckim uchodźcą który na skutek nagonki nazistowskich władz emigrował najpierw do Szwajcarii, potem za Ocean. 
Lizbona, oświetlony tysiącami świateł port to ostatni skrawek nadziei dla uciekinierów z Europy. Niestety już następnego dnia Lizbona ma się pogrążyć w ciemności; tego dnia odpłynie ostatni statek do Ameryki, ziemi obiecanej wszystkich wygnańców. 
Zdesperowany bohater, niemiecki uciekinier, przeciwnik totalitarnego systemu, chcąc uchronić życie (swoje i żony) poszukuje sposobu wyrwania się z ogarniętej wojną Europy i dostania się na statek, który przewiezie go za ocean. Niestety nie ma ani pieniędzy, ani dokumentów, a dostanie biletów graniczy z cudem. Kiedy przegrawszy ostatnie grosze w kasynie traci już wszelką nadzieję, spotyka mężczyznę, który proponuje przepustkę do życia (bilety na statek wraz z dokumentami); ma tylko jedną prośbę; potrzebuje towarzystwa na tę ostatnią noc, chce coś ocalić, coś niebagatelnego; pamięć o swojej żonie. Mężczyzna posługujący się cudzą tożsamością (Schwarz) w ciągu tej ostatniej nocy opowiada historię życia. Opowiada o tym, jak bezskutecznie poszukiwał azylu, opowiada o pobytach w więzieniach, obozach, ucieczkach, o tęsknocie do żony, niebezpiecznych powrotach i wreszcie o jej śmierci. Opowiada sugestywnie. Za wszelką cenę chce, aby jego opowieść wryła się mocno w pamięć jego współtowarzysza, bo wie, iż sam ją szybko zapomni. Miota się w domysłach, wątpliwościach, chce zostać zrozumiany i zrozumieć sam to co przeżył. Zastanawia się czy był kochany, czy tylko użyteczny, czy uszczęśliwił żonę, czy też ją zabił. 
… moja pamięć będzie usiłowała zniszczyć wspomnienie. Zostanie ono rozczłonkowane, rozdrobnione, zatarte i sfałszowane, a w końcu stanie się znośne i niebezpieczne. Już po kilku tygodniach nie potrafiłbym opowiedzieć panu, tego, co opowiedziałem panu dzisiejszej nocy. Dlatego właśnie zwróciłem się do pana, żeby pan mnie wysłuchał! Pan zachowa to niespaczone, ponieważ dla pana nie jest niebezpieczne. Musi się przecież gdzieś zachować…. 
Schwarz przeżywszy piekło będące udziałem wszystkich uchodźców z faszystowskich Niemiec staje się oschły i obojętny, tylko jedna rzecz trzyma go przy życiu; miłość do żony, której, jak się okazuje prawie wcale nie znał. Odkrywając kolejne jej tajemnice coraz bardziej oddala się od niej. Swoją opowieścią przytłacza słuchacza, który zgodnie z jego przekonaniem nie będzie się umiał wyzwolić z tej opowieści, zabierając obraz Ruth do Ameryki i wszędzie tam, gdzie się kiedykolwiek uda. 
Pogrążająca się w ciemnościach Lizbona 

Remarque podobnie, jak w innych powieściach nie szczędzi swoim bohaterom cierpień i traumy, ale też taki był los setek a może tysięcy podobnych Schwarcowi czy Ravikowi (z Łuku Triumfalnego). I opowiada te historie tak wzruszająco, iż stajemy się nie tylko ich obserwatorami, ale i współuczestnikami. To kolejna opowieść o samotności i wyobcowaniu, bo kto w ogarniętej wojną Europie wywołanej przez hitlerowskie Niemcy będzie współczuł uciekającym przed reżimem jego przeciwnikom. Autor potrafi fantastycznie oddać nastrój grozy, strachu, niepewności, beznadziei, nastrój, w jakim znajduje się osaczone przez polujących nań zwierzę, bo tak czuli się jego bohaterowie. 
Opowieść jest przejmująca i smutna, choć mimo wszystko niesie nadzieję. 
Momentami raził mnie język autora, ale podejrzewam, że to kwestia tłumaczenia, bowiem we wcześniej czytanych książkach Remarque nie miałam takich zastrzeżeń. Tutaj chwilami brzmiał chropawo i zmuszał do ponownego odczytania jakiegoś zdania czy dialogu. Nie mniej jednak to książka warta przeczytania. 
Niestety dzisiaj, w pogrążonej w ciemności Europie ta opowieść przejmuje chyba większą grozą niż jeszcze kilka lat temu.
Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Labirynt nad morzem Zbigniew Herbert

ruiny zamku w Knossos i nieautentyczne decorum
















Labirynt nad morzem to zbiór esejów, w których autor próbuje opisać/ uchwycić wrażenia z podróży do kolebki cywilizacji - podróży po Grecji. 
W Mistrzu z Delf autor nawiązując do podroży do Grecji napisał:
Wstałem późno, wsiadłem do nieodpowiedniego trolejbusu. Wylądowałem wreszcie na Akropolu, spocząłem na stopniach Partenonu, polazłem spojrzeniem po znanych mi budowlach i nic. Żadnego zachwytu, żadnego olśnienia ani nawet tej prostej satysfakcji, którą ma kupiec z Hamburga czy sekretarka z Bufalo - jestem tutaj. Jestem tutaj, ale mógłbym by równie dobrze gdzie indziej, w nic nie znaczącym miejscu. Zrezygnowany wlokę się do muzeum do moich kor i znowu nic. Widzę, ale nie czuję…

I choć nie ma ten cytat wiele wspólnego z wrażeniami autora z podróży po Grecji (mógł dotyczyć każdej innej) wydał mi się bardzo trafny; na wszystko musi przyjść właściwy czas, bo jeśli nań nie trafimy, to nawet najpiękniejsze doznania nie będą miały do nas dostępu.
W rozdziale pierwszym Labiryntu nad morzem padają podobne (do cytowanych wyżej) słowa.
Zawsze chciałem kochać, uwielbiać, padać na kolana i bić czołem przed wielkością, mimo, że nas przerasta i poraża, bo jaka byłaby to wielkość, gdyby nie przerastała i nie porażała. 
I co i nic. Bez wzruszenia i bez sympatii ….
Tym razem dotyczą one zbiorów Muzeum w Heraklionie. 
Jakże to Herbertowe, jakże to moje własne; odnaleźć tę wielkość, to piękno, jakiego szukamy we wszystkich zakątkach świata, odnaleźć i poczuć to wzruszenie, które ściska za gardło i sprawi, że oczy się spocą. 

Przez pierwszy – tytułowy esej było mi najciężej przebrnąć.

Knossos-pitony czy sarkofagi?
Z jednej strony zachwyca erudycją, misternym połączeniem historii z mitem, baśni z wiedzą archeologów, zachwytu z rozczarowaniem, a z drugiej przytłacza ilością historycznych informacji. Jest bardzo techniczny, naukowy, pełen detali. Co właściwie jest tyleż wadą co jego zaletą. A jednak może nieco nużyć. Zabrakło mi tu tak charakterystycznej dla Mistrza z Delf czy Martwej natury z wędzidłem prostoty. Sporo tu danych na temat Evansa (odkrywcy pałacu w Knossos), rozważań na temat wzajemnego wpływu cywilizacji minojskiej na grecką i odwrotnie, prób umiejscowienia w czasie ważnych wydarzeń historycznych, stawianie własnych tez, przywoływanie mitów, badanie związku zatopienia Atlantydy z upadkiem cywilizacji minojskiej, czy wreszcie pokłon złożony społeczności ludzi pędzących zwyczajne, uporządkowane i pozbawione wojen życie. I ogromny smutek wypływający z faktu przemijania.

Z całego zbioru najbardziej przemówiły do mnie eseje Duszyczka oraz Akropol. 
W pierwszym rozważa Herbert zdefiniowane przez Freuda poczucie winy towarzyszące każdemu podróżnikowi-odkrywcy. W drugim opisuje drogę, jaką przebyli on i Akropol, aby ich szlaki się przecięły. 
Freud tłumaczył poczucie winy wyrzutami sumienia względem najbliższych, którym nie dane było oglądać pięknych przedmiotów. 
Herbert stojąc na Akropolu "przywoływał dusze poległych kolegów, użalał się nad ich losem, …. i współczuł, że odebrana im została niewyczerpana wspaniałość świata”.

Nad zaginioną Atlantydą?
A skoro został wybrany na tego, któremu dane było zobaczyć postanowił sprostać wyborowi i ...zapomnieć o sobie, wysilić całą swoją wrażliwość i zdolność rozumienia, aby Akropol, katedry, Mona Lisa powtórzyły się w nim, na miarę oczywiście jego ograniczonego umysłu i serca. I żeby to, co z nich pojął, potrafił przekazać innym.

A kiedy jest znalazł się pod Akropolem (tą wymarzoną Arkadią) radość (i podziw) miesza się z litością. Litość nad Akropolem, którego nie oszczędziła historia; przechodzącym z rąk do rąk kolejnych okupantów, pełniącym role świątyni różnych wyznań, dworu, koszar czy haremu. Litość nad jego kruchością, pomimo wielkości. I radość, że „udało się zdążyć” zanim on i autor podzielą los wszystkich tworów ludzkich na ziemi. 
Jest w tej książce duża dawka empatii dla minionych pokoleń, które znikły pozornie bez śladu; zostały podbite, albo unicestwione przez żywioły, ale pozostawiły po sobie sztukę. Jest tu refleksja, nad nami, dziś będącymi, jutro być może zapomnianymi. Po nich zostały ruiny pałaców, gliniane naczynia, rzeźby nagrobne, freski na ścianach. Co zostanie po nas? - taka myśl kołacze mi po głowie, kiedy kończę czytać Labirynt nad morzem
Ona i jeszcze taki smutek ogromny. 
Autor chciał opisać (ocalić) widoki, które dane było mu oglądać, czy mu się to udało - oceńcie sami. 
Żałuję, iż nie znałam książki zwiedzając Heraklion (ruiny zamku w Knossos), Mykeny, przylądek Sounion czy Ateny, wówczas
Grecja to przede wszystkim słońce
moje oglądanie byłoby pełniejsze, wzbogacone wiedzą. Poznałam je konfrontując z własnymi wyobrażeniami i oczekiwaniami. Dla mnie podróż po Grecji była raczej spotkaniem z dawnymi mieszkańcami tych ziem, nawet, jeśli to spotkanie odbywało się za pośrednictwem pozostawionego przez nich dziedzictwa. 

To spotkanie było radością. 
Może dziś, kiedy bagaż doświadczeń jest większy (inny) niż dziesięć lat temu i mnie ogarnąłby przede wszystkim smutek i zaduma nad przemijaniem. 
Jedno jest pewne, żaden nawet najdokładniejszy i najpiękniejszy opis nie odda tego, co można zobaczyć, poczuć czy dotknąć, nie odda barwy, zapachu, chropowatości kamienia. I o tym też pisze autor. 
Jeśli polecę do Grecji ponownie zabiorę ze sobą Labirynt nad morzem. Poprawka - Kiedy polecę do Grecji ponownie ...
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.
Niestety nie mogę zamieścić zdjęć z wycieczki po Grecji kontynentalnej (było to w czasie przed cyfrówką), więc jedynie Kreta.

piątek, 1 stycznia 2016

Na dobry początek


Koniec jednego roku i początek drugiego to okres podsumowań i planów. Co do pierwszego ... no cóż, nie był to mój najlepszy rok. 
Wypracowane latami poczucie wewnętrznego spokoju zostało zachwiane, a dziecięca radość życia przytłumiona. Być może to pośpiech (tempo życia) i zachłanność spowodowały, iż zabrakło czasu na to, co najważniejsze. 
Mniej czasu poświęcałam aktywności blogowej, mniej na opisywanie tego, z czego czerpię energię do dalszego funkcjonowania.  Ukazało się o ponad połowę mniej wpisów niż w roku poprzednim, a zamieszczone wpisy i tak stanowiły jedną czwartą tych z pierwszego roku działania bloga. I sama nie wiem, czy to zmęczenie czy utrata chęci.
Ale, że we wszystkim można odnaleźć coś dobrego, to teraz może być tylko lepiej (wierzę w to, a wiara przecież przenosi góry).

Plany... tych nie robię od kilku lat, bowiem nigdy nie udało mi się ich zrealizować. No może poza jednym. Otóż Nowy Rok zaczynam od kilku lat noworocznym spacerem. Spacer królewskim traktem w mroźny, styczniowy poranek dodaje mi energii i pozytywnie nastraja na kolejny rok. Gdańszczanie o tej porze odsypiają sylwestrowe szaleństwa, jest cicho, spokojnie, niemal bezludnie. Ręce prawie przymarzły mi dziś do aparatu, ale buzia się uśmiechała na sam widok, tych świetnie znanych obrazków. Obrazków, które wydawały się dzisiaj bardziej moje, niż zwykle. 

Właściwie nie czynię postanowień, ale... może uda mi się zrobić wyjątek. Natrafiłam ostatnio na cytat z Gogola, który okazał się właściwy w danym momencie, co sprawiło, że chciałabym zawrzeć z nim bliższą znajomość. 
Ludzie ograniczeni, a przy tym fanatycy, stanowią plagę ludzkości. Biada państwu, w którym tacy ludzie mają władzę. Są nietolerancyjni i pozbawieni wszelkich skrupułów. Uważają, że cały świat kłamie, a tylko oni mówią prawdę.
Ponadto ponieważ w niedługim czasie planuję odwiedzić Kraków i sprawdzając repertuar teatrów zastanawiałam się, czy warto pójść na Historię filozofii po góralsku zajrzałam do cytatów ks. Józefa  Tischnera.
Re­ligia jest dla mądrych. A jak ktoś jest głupi i jak chce być głupi, nie po­winien do te­go używać re­ligii, nie po­winien re­ligią swo­jej głupo­ty zasłaniać. 
I nie mogłam się oprzeć, aby nie zacytować jeszcze jednego:
Są dwa pun­kty ot­warcia się na Bo­ga: jed­ni pot­rze­bują do te­go nieszczęścia, in­ni - prze­ciw­nie - sma­ku szczęścia. Pier­wsi szu­kają Pa­na Bo­ga, aby wy­rato­wał ich z op­resji, drudzy - aby Go sławić, wy­razić Mu wdzięczność za wspa­niałość is­tnienia. Wiel­ka teolo­gia wy­ras­ta z te­go dru­giego mo­tywu - jest teolo­gią wdzięczności. 

I tego wszystkim życzę, nie tylko na Nowy Rok, odnalezienia wspaniałości istnienia.