niedziela, 22 maja 2016

Życie jest cudem, czyli o radości z podróży ... służbowej


.. dusi mnie nadmiar pism, druków, książek. ..wszystko to, nie mieszcząc się już na półkach, leży na stołach, na podłodze, wszędzie. Myśl nie może się poruszać, nie może oddychać. Jestem jak Pompeja pod deszczem popiołów; nie chcę ich pomnażać. Kiedy zdarza mi się otworzyć którąś z nowych książek, zdaje mi się niemal zawsze, że tę odrobinę prawdy i nowości, można by wyrazić krócej- albo też nie mówić wcale. Dlatego też, kiedy mnie samemu przychodzi ochota na pisanie, waham się i zapytuję siebie; czy naprawdę warto to powiedzieć? Czy inni nie powiedzieli tego przede mną? Czy ja sam tego już nie powiedziałem? I milknę …
Ten cytat z Dzienników Gide`a wytłumaczy może lepiej niż ostatni wpis ciszę na blogu. Ktoś napisał o ociężałości umysłowej, ktoś inny o niemocy twórczej, a ja napisałabym jeszcze o świadomości tego, że wszystko co ważne zostało już powiedziane, a my tylko łudzimy się, że uda się powiedzieć to inaczej, ale czy lepiej? A z drugiej strony jest w nas potrzeba dzielenia się z innymi własnym widzeniem świata, nawet jeśli nasi przodkowie wypowiedzieli już cały alfabet słów a w swoich przekazach zawarli całą gamę wzruszeń. 
Codzienność spowodowała, iż zapomniałam, jak bardzo potrzeba mi wyrwania się z czterech ścian i popatrzenia na świat z innej perspektywy. 
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mi się połączyć służbowy wyjazd z radością odkrywcy. Po odrobieniu pańszczyzny w postaci przejrzenia setki papierków i zapisania kilkudziesięciu stron różnych dyrdymałów (bardzo ważnych, istotnych, twórczych, a jakże) mogłam oddać się temu, co lubię najbardziej. W przeciągu tygodnia udało mi;
Obejrzeć sztukę Kamień w Teatrze Współczesnym. Gdyby nie
napisała o tym przedstawieniu Kasia z Mojej pasieki byłoby dla mnie pustym dźwiękiem. Nie znałam ani sztuki, ani autora. Rzecz dzieje się w Niemczech na przestrzeni kilkudziesięciu lat (od 1935 do 1993 roku). Trzy kobiety odgrywają podwójne (a nawet potrójne role). Rodzinna historia o bohaterstwie dziadka Wolfganga, który miał uratować żydowską rodzinę przed zagładą okazuje się fikcją, którą zbudowała sobie Babcia Witha, aby życie było prostsze, a może bardziej znośne. Karmione rodzinnym przekazem córka i wnuczka nie potrafią pogodzić się z bolesną przeszłością. Sztuka mówi o zakłamywaniu przeszłości przez jednych oraz o ciężkim radzeniu sobie z niewygodną prawdą przez drugich. Piękną recenzję można znaleźć u Kasi. Ja dodać mogę tylko, iż jestem pod wrażeniem kunsztu aktorskiego pań, które płynnie przechodziły od jednej roli do drugiej w rozsypanych w czasie scenach. Niezła sztuka i fantastycznie zagrana. Teatr, jakiego rzadko ostatnio doświadczam. A widownia zapełniona zaledwie w połowie. Czy to oznaka tego, iż rośnie zapotrzebowanie na sztuki lekkie, łatwe i przyjemne (zbyt lekkostrawne). Mam nadzieję, że nie. Sztuka jest trudna (zarówno w swej wymowie, jak i w odbiorze, bo trzeba skupienia, aby nadążyć z przeskokami w czasie), ale godna ze wszech miar polecenia wymagającemu widzowi. 
Obejrzeć Pana Jowialskiego w Teatrze Polonia. Jeśli ktoś nie ma ochoty na myślenie w teatrze, roztrząsanie moralnych dylematów, potrzebuje odprężenia, a jednocześnie nie przepada za papką w rodzaju Goło i wesoło, czy Mayday to Pan Jowialski spełni jego oczekiwania. Sztuka to na pierwszy rzut oka ramotka; prosta fabuła z przerysowanymi postaciami. Jednak jak się jej bliżej przyjrzeć to fantastyczny przekrój ludzkich charakterów. Pan Jowialski (Marian Opania) sypiący przysłowiami, skłonny do żartów i krotochwili to inteligentny obserwator rzeczywistości, który dostrzega więcej niż by się mogło wydawać, pani Jowialska (Magdalena Zawadzka) potulna małżonka, nieśmiało ganiąca męża za skłonność do figli, szambelan Jowialski (syn w/w) safandułowaty małżonek, nie mający własnego zdania, żyjący w świecie swoich zainteresowań ptaszkami, pani Szambelanowa (Krystyna Janda) nie znosząca sprzeciwu żona powtarzająca do znudzenia historyjki o swym pierwszym mężu. Główną zaletą przedstawienia była fantastyczna gra aktorska. Widać, iż aktorzy sami bawią się doskonale odgrywając role z dystansem do własnych postaci i z humorem. Grający rolę szambelana pan Malajkat tak wczuł się w postać, iż rozbawił nie tylko publikę, ale i aktorów. Może to nieprofesjonalne, kiedy aktor jest „ugotowany”, ale jakże sympatyczne i zabawne. Nie miałam pojęcia, jak wiele znanych do dziś przysłów i powiedzonek pochodzi z tej sztuki Fredry. Uśmiałam się setnie, a ze mną cała widownia. A jeszcze do niedawna wydawało mi się, że dobrej komedii w teatrze już nie zobaczę. 
Uczestniczyć w spektaklu Lekcja historii – piosenki Jacka
Kaczmarskiego w teatrze Ateneum. Lekcja historii to zestaw utworów poświęconych refleksjom nad kilkoma znanymi obrazami, a zarazem opowieść o fascynacji malarstwem. Komentarz do dzieł malarskich dowodzi niezwykłej erudycji i talentu do przekształcenia swoich obserwacji w utwory poetyckie. Dla ułatwienia zrozumienia tekstu wykonanie każdego utworu poprzedzono prezentacją obrazu oraz komentarzem narratorskim wygłoszonym przez pana Piotra Fronczewskiego. Jeśli do tego wszystkiego dodać rewelacyjne wykonanie utworów (Jacek Bończyk, Julia Konarska, Wojtek Brzeziński i Wojtek Michalak) i doskonałą akustykę małej sceny to mamy dzieło doskonałe. Słuchałam całą sobą, robiło mi się ciepło na sercu i chciałam, aby to trwało i trwało. Podczas wykonywania utworu Autoportret Witkacego musiałam powstrzymywać się, aby nie nucić wraz z wykonawcą. Nie potrafiłabym wskazać jednego utworu, który najbardziej chwycił za serce, ale wyróżniłabym Rejtan, czyli raport ambasadora (inspirowany obrazami Matejki) -rzecz o przeszłości, a jakby o dniu dzisiejszym, Krzyk (inspirowany obrazem Muncha) – wykonany tak przejmująco, tak plastycznie, że aż ciarki przechodziły po plecach i wspomniany Autoportret Witkacego – który wciąż mam w głowie. Spektakl uświadamia, jak różnie odbieramy świat, jak inaczej patrzymy na te same rzeczy, jak czasami nie potrafimy dostrzec tego co oczywiste, a także mówi o tym, ile uniwersalizmu jest w malarstwie, poezji i muzyce. A połączenie tych trzech sztuk to potrojenie doznań estetycznych. To była prawdziwa uczta duchowa. Osoba towarzysząca mi po wyjściu
 z teatru skomentowała: jaki ten świat jest popieprzony, nienawidzę tego świata, ja zaś odpowiedziałam - a ja go kocham, bo są na nim ludzie, którzy potrafią pokazać jak jest piękny tworząc takie dzieła. 

Rozkoszować się niedzielnym porankiem na dachu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. O ogrodach na dachu biblioteki słyszałam od dawna, ale po raz pierwszy udało mi się je obejrzeć. Teraz żałuję, iż zrobiłam to tak późno, ale z drugiej strony może gdybym odwiedziła je w innym czasie wrażenia nie byłyby tak … ożywcze i niezapomniane. To może banalnie zabrzmi (mam świadomość tego, że wiele rzeczy na tym blogu brzmi banalnie), ale tam poczułam, że jestem szczęśliwa. Tzn. wiem o tym od dawna (od zawsze?) i cieszę się życiem, mimo okresów zniechęcenia i rozczarowania ostatnimi czasy. Jednak to był taki moment. Początek nowego dnia, słoneczny i ciepły, śpiew ptaków, zapach wiosny, spokój, cisza, miasto leżące u moich stóp, oczy nasycone widokiem Wisły i zieleni i wyrywające się z ust nutki jakiejś piosenki. Tak – złapałam się na tym, że śpiewam. I wtedy właśnie uświadomiłam sobie po raz nie wiem, już który, że życie jest cudem. Po wspaniałych doznaniach estetycznych udałam się na filiżankę kawy w knajpce o wdzięcznie brzmiącej nazwie Nadwiślański Świt. Tak, gdybym po raz pierwszy odwiedziła ogrody na dachu BUW w pochmurny dzień, gdyby ogrody były zaludnione masą krzykliwych turystów, wtedy wspomnienia odnotowałyby fakt zaliczenia kolejnej atrakcji. A tak buzia mi się śmieje, czuję ciepło na sercu, a wspomnienie tamtego poranka zamykam w szufladce pamięci, jako antidotum na gorsze chwile.

A to tylko kilka wrażeń, których było dużo więcej, a które powiązane w całość sprawiły, że wyjazd służbowy po raz pierwszy w życiu stał się miłym wspomnieniem. Niespieszne poranki (oni tam zaczynają pracę o dziewiątej- nie rozumiem, jak można tak marnotrawić czas, ale ja dzięki temu zyskałam możliwość niespiesznej celebracji posiłków i spacerów o świcie), wędrówki nad Wisłą i mniej zaludnionymi uliczkami miasta, spotkania ze znajomymi. 
A wydawało mi się, że służbowa podróż i radość to pojęcia nawzajem się wykluczające. 
Miałam tu jeszcze napisać o wrażeniach z wcześniejszego weekendowego wypadu do stolicy (obejrzenia Kordiana w Narodowym oraz ponownej wizyty w Muzeum Historii Żydów Polskich), ale wpis i tak zrobił się bardzo obszerny, więc zrobię to (taką mam nadzieję) w jednym z kolejnych postów.

Zdjęć podczas przedstawień teatralnych robić nie można więc wpis zilustrowałam zdjęciami z Ogrodów BUW.



niedziela, 15 maja 2016

Jak poległam na lekturze Anioła zagłady i słów kilka na temat nieobecności

Od czasu, kiedy przystąpiłam do wyzwania stosikowe losowanie u Anny, czyli od marca 2012 roku nie zdarzyło mi się, abym nie przeczytała wylosowanej w zabawie lektury. Z niektórymi szło mi nieco ciężej, wrażeń z kilku nie zdążyłam zapisać z różnych (najczęściej nie związanych z lekturą) powodów, ale po raz pierwszy nie udało mi się przebrnąć przez pierwsze dwadzieścia stron książki. Zdaję sobie sprawę, że nie można się wypowiadać na temat czegoś, czego się nie poznało, bo byłoby to nieuczciwe w stosunku do twórcy i jego pracy. Być może książka nie trafiła w swój czas, być może byłam za bardzo rozkojarzona, zmęczona, zestresowana, powodów mogło być wiele. 
Poległam na stylu, który niezmiernie mnie drażnił. Podkreśliłam sobie kilka zdań, które czytało mi się szczególnie ciężko. Jeśli w Was nie wywołają sprzeciwu – to sięgnięcie po tę książkę, aby sami wyrobić sobie zdanie na jej temat.
Westchnąłem, w oczekiwaniu na ciche kroki i bezszelestne zakradanie się do mojego pokoju, gdzie miało leżeć śpiące dziecko, nic nie wiedzące, co dzieje się za ścianą, naiwne, głupie i kruche, a leżał przygnieciony niepojętymi ciężarami doświadczeń młodej duszy, dławiący w sobie delikatne piękno wzruszenia, zagubiony i roztrzęsiony, nie mogący się skupić, nieoczekiwanie na swój sposób dojrzały Tristan, nagle przygotowany przez dyskretne mroki kosmosu i niebiańskie moce do spotkania z zagadką śmierci. 
Było to takie nagłe, nielogiczne, niepojęte, że patrzyłem teraz na ojca jak na przechylającą się w moją stronę olbrzymią, kamienną górę, która zwali się zaraz na mnie, przygniecie i roztrzaska za karę, że takie bluźnierstwa wyrwały się z mojej piersi. 
… odpowiedziałem, jakbym mu wlał do mózgu jad sączącej się z mojego języka trucizny..
Żeby zaś dobrze widzieć trupa, który milczy i nigdy się już nie odezwie, trzeba wyjąć z głęboko ukrytych w nas zapasów patrzenia i widzenie specjalne, zamknięte w nas na trzy spusty drugie oczy, schowane na czarną godzinę. 
Generalnie nie mam nic przeciwko metaforom, zdaniom podrzędnie złożonym, czy też rozbudowanym, jednak tutaj raziły mnie one. Chodzi o książkę Anioł zagłady pana Stanisława Sroczyńskiego. Gdyby komuś spodobały się zacytowane tutaj fragmenty chętnie sprezentuję mu książkę.
Nie było mnie tutaj przez dłuższą chwilę. Zawładnęły mną obowiązki rodzinne oraz zawirowania w pracy, które sprawiły, iż to co dotąd chociaż wyniszczające zbyt szybkim tempem było raczej stabilne, teraz stało się niepewne i frustrujące. 
Dystansu nabrałam dzięki podróży. Taka zmiana otoczenia i oderwanie się od trosk dnia codziennego potrafi zdziałać cuda. A jeśli przy okazji udaje się jeszcze urozmaicić monotonię dnia codziennego poznawaniem nowych miejsc i uczestniczeniem w niezwykłych wydarzeniach (kulturalnych i nie tylko) to można znowu powiedzieć ... trwaj chwilo… 
Czy już wróciłam na dobre? Czas pokaże.