niedziela, 7 maja 2017

Majówka pod koniec kwietnia- część 2, czyli mój pierwszy pobyt w Kazimierzu




Drewniana zabudowa w Kazimierzu


Ruiny zamku w Kazimierzu
W nawiązaniu do części 1 wpisu kontynuuję krótkie wrażenia z wycieczki po kraju. Tak, byłam w Kazimierzu po raz pierwszy i myślę, że nie ostatni, choć podróż nie była komfortowa. Autobus z Warszawy do Kazimierza  jedzie dłużej, niż pociąg z Gdańska do stolicy; jednak urok miasteczka jest w stanie zrekompensować tę niedogodność. 
Wybrałam okres poza sezonem i poza weekendem i to był bardzo dobry wybór, nie musiałam bowiem dzielić swego zachwytu z tłumem turystów, a jak wiadomo każdy prawdziwy podróżnik bywa egoistą i lubi zawłaszczać dla siebie widoki. Z wiekiem coraz rzadziej jakieś miejsce jest w stanie przekonać mnie do siebie; człowiek sporo już doświadczył i niestety traci dziecięcą radość i umiejętność zachwycania się każdą nową rzeczą, bo każda wydaje się jakby znajoma, już wcześniej oglądana. Tymczasem Kazimierz (i jak się potem okazało także kolejne odwiedzone miasteczko) skradł moje serce od pierwszego spojrzenia. Spodobała mi się architektura, krajobraz, klimat. Możliwe, że też przypadek odegrał swą rolę. Przyjechałam wiosennego, słonecznego dnia. Kolejne dwa dni padał deszcz i było dość ponuro. Tak więc, gdybym przyjechała dzień później mogłabym odnieść zupełnie inne wrażenie. 
Zdobienia  pilastrami fasady FARY
Pierwszą budowlą, jaka rzuciła mi się w oczy była Fara (kościół pod wezwaniem Św. Jana Chrzciciela i Bartłomieja Apostoła), świątynia nieopodal Rynku, która stanowi jeden z najbardziej malowniczych widoków miasteczka, choć trzeba przyznać, że Kazimierz ma takich widoków sporo; od romantycznych ruin zamkowych na wzgórzu, poprzez renesansowe kamieniczki, drewnianą zabudowę aż do lessowych wąwozów i nabrzeża Wisły. 
Nie wiem, czy sprawił to nadmiar wolnego czasu, czy też architektura tego miasteczka ma taki specyficzny urok, ale niemal każda mijana kamieniczka, każda budowla przyzywała spojrzenie i sprawiała chęć uwiecznienia. Wcale nie dziwię się, że Kazimierz jest Mekką artystów- malarzy, a galerie obrazów znajdują się niemal na każdym kroku. 
Fara jest najstarszą świątynią w Kazimierzu Dolnym ufundowaną przez Kazimierza Wielkiego, zbudowaną w stylu gotyckim i rozbudowaną w stylu lubelskiego renesansu pod kierunkiem włoskiego architekta Jakuba Balina. Wzrok przyciągają szczyty świątyni, zdobienia fasady pilastrami i bogatą ornamentyką. 
Jeśli mowa o ornamentyce to nie sposób przejść obojętnie obok
Kamienice Przybyłów
późnorenesansowych kamienic Mikołaja i Krzysztofa Przybyłów, które łączą cechy renesansu z manierystyczną dekoracją, wpływy niderlandzkie i włoskie z miejscową tradycją budowania. Obie mają identyczną zabudowę; podcienia z arkadami, niezwykle bogato zdobione płaskorzeźbami ludzi, zwierząt, ornamentów roślinnych, wątków obyczajowych, mitologicznych, religijnych fasady (wśród których wyróżniają się święci patroni fundatorów) oraz zwieńczenia dachu pięknymi attykami. 
Ale jeśli chodzi o piękne attyki to Kamienica Przybyłów nie dorównuje kamienicy Celejowskiej (w której mieści się jeden z oddziałów Muzeum Nadwiślańskiego). W trzech zwieńczeniach dachu umieszczono naturalnej postaci figury Jana Chrzciciela, Chrystusa, Matki Boskiej i Św. Bartłomieja. Pod attykami znajduje się rząd nisz wykończonych pięknymi elementami dekoracyjnymi w kształcie muszli. 
Kamienica Celejowska
Kazimierz to nie tylko wspaniała przyciągająca wzrok architektura (poza tą renesansową, także wzorowana na niej dwudziestowieczna nie mniej ciekawa), to przede wszystkim niezwykły klimat, który nadają mu niezliczonej ilości galerie sztuki. 
Co kawałek przyzywają wzrok witryny z różnokolorowymi figurkami rzeźb tudzież wystawione przed frontami budynków obrazy dzisiejszych mistrzów. Kiedy dodać do tego pstrokate straganiki z pamiątkami; wśród których przeważa w różnych postaciach kogut z Kazimierza (od ceramicznego, glinianego, szklanego po ten jadalny z ciasta drożdżowego) oraz kuszące bogato ilustrowanym menu witryny knajpek to mamy obraz
jedna z licznych galerii
miasteczka, któremu nie sposób się oprzeć. Mogę sobie jedynie wyobrazić najazd Hunów, który mógłby skutecznie ostudzić zapał podróżnika do odwiedzenia tego miejsca. Na szczęście pod koniec kwietnia było tu cicho i spokojnie. Dzięki temu miałam niepowtarzalną okazję przejścia wąwozami: korzeniowym i Plebanka zupełnie sama, co niosło ze sobą pewien dreszczyk emocji. Niewielu też turystów towarzyszyło mi podczas spaceru bulwarem nad Wisłą. Padający nieprzerwanie podczas dwóch kolejnych dni deszcz nieco pomieszał plany (nie udało mi się na przykład dojść do Domu Kuncewiczów, czy na cmentarz żydowski). Spacery zapłakanymi uliczkami miasteczka przerywane małym co nieco w kazimierskich knajpkach miały jednak swój urok. A romantyczno-rusycystyczny pokoik hotelowy stanowił doskonałą oprawę niespiesznej lektury przy kieliszku wina.
Korzeniowy wąwóz oraz bulwar nad Wisłą

Poniżej - romantyczny pokoik hotelowy



Studzienka na Rynku Kazimierskim

środa, 3 maja 2017

Majówka pod koniec kwietnia- część 1 Na wystawie japońskich drzeworytów w MNW

Ponieważ nie cierpię tłumów na majówkę wybrałam się w ostatnim tygodniu kwietnia. I był to bardzo dobry pomysł. Pogoda co prawda nie dopisała, ale jak czas pokazał i dziś nie jest cieplej. Na osiem dni poza domem trafiły mi się zaledwie dwa dni deszczowe, co jest całkiem dobrym wynikiem. Kiedy się do tego doda słońce i pozytywne nastawienie to czegóż trzeba więcej.
W Warszawie, która miała być stacją wypadową do Kazimierza, udało mi się zajrzeć do kilku teatrów i na wystawę, której poświęcę ten wpis.
Podróż do Edo Japońskie drzeworyty ukiyo-e z kolekcji Jerzego Leskowicza to wystawa w Muzeum Narodowym trwająca od 25 lutego do 7 maja br. Ze sztuką japońską miałam dotychczas niewielki kontakt. Parę obrazów inspirowanych japońszczyzną u Van Gogha oglądanych w amsterdamskim muzeum, trochę zbiorów z kolekcji Jasieńskiego na wystawie w Kamienicy Szołajskich w Krakowie i trochę japońszczyzny w wystrojach wnętrz zafascynowanych
krajem kwitnącej wiśni artystów (jako pierwszy na myśl przychodzi mi Dom Wiktora Hugo przy Placu Vosges w Paryżu). I zapewne gdyby nie fascynacja Bee sztuką Japonii kolekcję omiotłabym jedynie spojrzeniem, a w pamięci pozostałyby jedynie kolorowe plamy i wrażenie baśniowości. Te niewielkich rozmiarów drzeworyty to małe dziełka sztuki. Na ponad trzystu ekspozycjach ich autorzy (rzuciły mi się w oczy często powtarzające się nazwiska Katsushika Hokusai czy Utagawa Hiroshige) w sposób niezwykle precyzyjny malują otaczający ich świat. Są one zachwycające w swej prostocie, a jednocześnie niezwykle kunsztownie przedstawiają człowieka przy codziennych życiowych zajęciach. Znajdują się tam całe cykle tematyczne (szczególną uwagę zwraca cykl dotyczący podróżowania - kilkadziesiąt drzeworytów zatytułowanych nazwami odwiedzanych Stacji, a zamiast europejskich kawiarni nocą pojawiają się Herbaciarnie). Odbitki pokazują człowieka przy pracy, zabawie, w trakcie podróży, w chwili wypoczynku, podczas odprawiania kultu religijnego. Są tam także wizerunki znanych aktorów, sławnych gejsz, bohaterów
narodowych. Drzeworyty są źródłem wiedzy o życiu Japończyków pod koniec XVIII stulecia i pierwszej połowy XIX wieku. Na wystawie pokazano także sposób powstawania tego gatunku sztuki; było to niezwykle pracochłonne i wymagające współpracy kilku osób zajęcie. Więcej informacji znajduje się pod linkiem Japońskie drzeworyty ukiyo-e Przewodnik po wystawie w MNW
Wielka szkoda, iż moje zdjęcia są tak kiepskiej jakości i nie oddają uroku tych małych klejnocików. 
Wystawa jest ładnie wyeksponowana w pomieszczeniach, które przedzielają ścianki (parawany) a ich oglądaniu towarzyszy stonowana muzyka.
Masowy napływ drzeworytów japońskich spowodował wzrost zainteresowania sztuką wschodu, co odbiło się w twórczości takich malarzy, jak Manet, Whistler, Monet, Van Gogh, Gauguin, Picasso, czy wielu polskich malarzy.

Wystawę odwiedziłam w niedzielę wraz z całym mnóstwem innych zwiedzających, co świadczy, iż cieszy się ona dużym zainteresowaniem. Potrwa ona jeszcze do 7 maja.

Znowu miałam dłuższą przerwę, nie będę nawet zaklinać rzeczywistości, że to się zmieni. Czas pokaże. Do końca miesiąca żyjemy w zawieszeniu w pracy (czy ją nadal mamy, a jeśli tak, to na jakich warunkach) - więc na razie jest trochę nerwowo.