piątek, 8 lutego 2019

Wystawa Wyspiański w Muzeum Narodowym w Krakowie



Józio Feldman
I ciągle widzę ich twarze,
ustawnie w oczy ich patrzę -
ich nie ma - myślę i marzę,
widzę ich w duszy teatrze.

Teatr mój widzę ogromny,
wielkie powietrzne przestrzenie,
ludzie je pełnią i cienie,
ja jestem grze ich przytomny.                         
Z listu do Adama Chmiela


Wystawa była (trwała do 20 stycznia tego roku) ogromna. Wyeksponowanie tak dużej ilości prac artysty (katalogi podają liczbę 500) wymagało kilkunastu sal, zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż wiele z eksponatów było niezwykle przestrzenne (jak choćby kopie witraży). Wystawa prezentowała dorobek artysty wszechstronnego; obrazy, szkice, rysunki, meble, makatki, kostiumy teatralne, projekty architektoniczne, kopie witraży, fragmenty tekstów sztuk, listów, wierszy. Wystawa była  ciekawa poprzez swą różnorodność; poprzez prezentację nieznanych wcześniej (dla mnie) szkiców, rysunków, projektów, ale też prezentację tych pasteli, które pokochałam od pierwszego wejrzenia, a których oglądanie zawsze sprawia mi dużą przyjemność. Podobnie, jak czytanie fragmentów dzieł Wyspiańskiego, powszechnie znanych, a jakże w dzisiejszej lekturze pomijanych. A przecież tak wciąż aktualnych.
Z malarstwem Wyspiańskiego zetknęłam się jako dziecko. 
Helenka z wazonem i kwiatkami i śpiący Mietek
W poznańskim mieszkaniu babci wisiała reprodukcja portretu Józia Feldmana. Imaginowałam sobie wówczas, że to dziecko jest spokrewnione z naszą rodziną. Potem poznałam całą serię dziecięcych portretów wydaną w postaci pocztówek. Oglądanie ich było niczym oglądanie ilustracji do bajek i przyczynek do wymyślania sobie historyjek na temat przedstawianych tam dzieci. Ileż uczuć macierzyńskich budzą portreciki śpiących dzieci, które artysta portretował szczególnie chętnie. Pisałam kilkakrotnie o szczególnym sentymencie do Helenki, zwanej w moim domu Nunką, z uwagi na podobieństwo do mojej młodszej siostrzyczki. Jest to główka małej dziewczynki z nieco rozchylonymi ustami, lekko przymrużonymi oczami, rozgrzanymi (od poduszki?) policzkami, jakby wyrwana ze snu, już na jawie, a jeszcze może w krainie marzeń. Z tym charakterystycznym wyrazem smutku na twarzy, jaki mają dzieci długo pozujące do obrazu. Ten portret Helenki miałam okazję oglądać kilkanaście razy i za każdym kolejnym czułam się, jakbym spotkała bliskiego znajomego. Bo on wydaje się taki mój wśród tych innych należących do wszystkich odwiedzających.
Moja ukochana Helenka z portretami Mietka po bokach
Portretowe pastele Wyspiańskiego nigdy mnie nie zawiodły. Wywołują uczucia podobne do tych, jakie sprawiają dzieła impresjonistów. Choć jego modele nie mają uśmiechu na twarzy, bywają smutne lub poważne to ogólna wymowa obrazów bywa pogodna, a one same niosą powiew świeżości. Niezwykle lubię Wnętrze pracowni paryskiej (pewien nieład, tajemniczość, skromność, a jednocześnie pogodny nastrój), czy zamglony Ogród Luksemburski, albo Barki na Sekwanie.
Wnętrze pracowni paryskiej
Rodzime (głównie krakowskie) pejzaże są tak słowiańskie (jak Widok z pracowni na Kopiec Kościuszki, czy Poranek pod Wawelem), że chwytają za serce. 
Poranek pod Wawelem


Mniejsze emocje wywołały projekty witrażowe, wolę oglądać je w miejscach, do których zostały stworzone (jak choćby Boga Ojca - Stań się w Kościele oo. Franciszkanów). Nie mniej szkice, rysunki czy projekty, które rozkładają dzieło na czynniki pierwsze pozwalają dostrzec więcej niezwykle pięknych detali, a także olbrzymią, wręcz tytaniczną pracę, jaką wykonał artysta, aby skomponować harmonijną całość. Można podziwiać tu bogactwo natury w postaci motywów roślinnych, które współtworzą witrażowe dzieła.
Motywy roślinne z projektu polichromii do kościoła oo. Franciszkanów.
Kolejny dział ekspozycji to projektowane przez Wyspiańskiego kostiumy, projekty scenografii do jego dramatów i portrety aktorek. Oglądam je z równym zainteresowaniem, jak kilka lat temu oglądałam w Kamienicy Szołayskich na wystawie poświęconej Wyspiańskiemu. Te poszarzałe, wyblakłe suknie, które kiedyś ubierały okryte legendą do dziś aktorki (jak choćby Modrzejewska) dziś przywołują w pamięci wiersz Szymborskiej Muzeum, z jego zakończeniem

Co do mnie, żyję, proszę wierzyć.
Mój wyścig z suknią nadał trwa.

Suknia, w której grała Modrzejewska
A jaki ona upór ma!
A jakby ona chciała przeżyć!


I coś mi się zdaje, że jestem z góry skazana w tym wyścigu na porażkę. Fragmenty dramatów, znajdujące się na ścianach wystawy, wzbudzają ochotę na powtórkę z lektury.
Po raz pierwszy oglądam słynne meble zrobione dla Boya- Żeleńskiego i przyznaję rację tym wszystkim, którzy mówili, że na meblach Wyspiańskiego nie dało się siedzieć. Niewątpliwie był to kłopotliwy prezent dla Tadeuszka.
Kanapa dla rodziny Żeleńskich

Wystawa nie była może odkrywcza, większość eksponatów na niej prezentowanych oglądałam wcześniej bądź to w Kamienicy Szołayskich, bądź w Muzeach Narodowych w Krakowie, Poznaniu, czy Warszawie, niemniej zgromadzenie tak wielu, tak różnorodnych dzieł sprawiło, iż warta była ona obejrzenia. Jako admiratorka sztuki Wyspiańskiego nie mogłam odmówić sobie przyjemności dwukrotnego jej odwiedzenia.
Autoportret Wyspiańskiego
Proszę wybaczyć jakość zdjęć, jestem marnym fotografem. 
Ten wpis zaczęłam tworzyć jeszcze w październiku po pierwszej wizycie na wystawie. Skończyłam dzisiaj dzięki zapaleniu zatok. 

10 komentarzy:

  1. Marzy mi się zobaczenie, jak wyglądał projekt wnętrz dla Żeleńskich, bo meble były tylko jednym z elementów. Podobno SW dopasował nawet kolor ścian i zasłonki, według opinii znawców b. zgrabnie i nowocześnie.
    Zastanawia mnie, czemu nie ustawiono monitorów, na których można byłoby obejrzeć fragmenty inscenizacji dramatów SW.
    Czy byłaś też na wystawie Kraków 1900? Ładnie dopełnia tę o Wyspiańskim.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście taki projekt były ciekawy. Same meble też są nowoczesne, jak na czasy, w który powstały, no ale nadają się bardziej do podziwiania, niż do siedzenia. Fragmenty inscenizacji to było by coś. Chętnie bym obejrzała. Czy dobrze pamiętam, że przed wejściem na wystawę były ilustracje tychże inscenizacji wraz z podanymi obsadami. Pamiętam swoje pierwsze Wesele. To była pierwsza sztuka, na jakiej byłam w teatrze. Miałam wtedy chyba z trzynaście może czternaście lat. Byłam jeszcze w podstawówce. Zabrała mnie ciotka z wujem. Jakże mi się to podobało. To było takie misterium, rodzaj święta. Do dziś tak traktuję wizytę w teatrze, może zbyt nabożnie trochę. Było to przedstawienie w Teatrze Wybrzeże. Ta rozświetlona chata, ten Stańczyk cały na czerwono, Wernyhora i chocholi taniec. Mało z tego wówczas zrozumiałam, ale oszołomił mnie spektakl.
    Oczywiście, że widziałam wystawę Kraków 1900. Podobała mi się równie mocno, a może i bardziej. Lubię takie zazębiające się wystawy. I ten sam afisz do odczytu Przybyszewskiego- zauważyłaś na pewno. Przy okazji obejrzałam jeszcze wystawę (malutką) o Czapskim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że mamy podobne wrażenia.;)
      Tak, były zdjęcia z inscenizacji w holu. Podoba mi się Twoje określenie "misterium" - "Wesele" można rzeczywiście tak odebrać, zwłaszcza podczas pierwszej wizyty w teatrze, na dodatek w tak młodym wieku. Nie pamiętam, kiedy i którą inscenizację sama widziałam najpierw, zakładam, że był to film Wajdy. I cieszę się, że nie trafiłam na inscenizację zrobioną po bożemu, bo ten dramat akurat aż się prosi o nowoczesny rys. Guciamal, czy oglądałaś może niedawno najnowsze "Wesele" w telewizji?
      Kraków 1900 dla mnie był ciekawszy, bo znalazłam tam sporo nowych dla mnie rzeczy. Fajnie pomyślana wystawa, duża. Tak, afisz do odczytu Przybyszewskiego wręcz rzucił mi się w oczy.;) Wystawa o Czapskim interesująca, o ile mówimy o tej w Pawilonie Czapskiego?

      Usuń
    2. To moje pierwsze Wesele było chyba takie bardziej tradycyjne. I teraz jak sprawdzałam lata kiedy grali wyszło mi, że miałam wówczas 12 lat. Kiedy dziś patrzę na moich 13 l3 letnich siostrzeńców i ich kompletny brak zainteresowania teatrem to wydaje mi się, że nie dzieli nas parędziesiąt lat, a cała epoka świetlna. :( Oczywiście doskonale znam film Wajdy, mam go na płytce i czasami oglądam sobie. Co za obsada. Chciałam się wybrać na Wesele w reż. Klaty, ale tam dostać bilety to marzenie ściętej głowy. Za późno przyuważyłam, że byli w Gdyni, bo też biletów brak. Czytałam natomiast o nowym bardzo dobrym (tak stoi w recenzji) przedstawieniu Klaty - Trojanki w Wybrzeżu. Chciałam iść, tylko że miejsca są nienumerowane- dziwne. To jak to? mam polować na miejsce? podobnie, jak Ty lubię pierwsze rzędy. Wesela w telewizji nie oglądałam. Nawet wiedziałam, że będzie, ale mam przekorną naturę, bo nie oglądam jak jest, tylko, muszę mieć w danej chwili na oglądanie nastrój i ochotę.
      Wystawa w Pawilonie Czapskiego. Ładne otoczenie tego pawilonu. Posiedziałam sobie chwilę w kawiarence z ładnym widoczkiem na zieleń.

      Usuń
  3. Małgosiu, czekałam na ten post.Masz rację, że widziałyśmy wiele eksponatów na wcześniejszych wystawach w Kamienicy Szołayskich czy w Muzeum Narodowym w Krakowie.
    Stałam w ogromnym pomieszczeniu "Strącone anioły"i z podziwem patrzyłam na obrazy mleczy, dziewanny, słoneczniki i przypomniała mi się Ada, gdy pisała o Zielniku Wyspiańskiego.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Często myślę o Adzie. Wiele jej wpisów zapadło mi w pamięć, jak ten o Zielniku, czy o wystawie w Kamienicy Szołayskich, na której znajdował się obraz Wyspiańskiego Chochoły, czy o Muzeum Mehoffera. Jakże żałuję, że sobie ich nie skopiowałam, aby od czasu do czasu zajrzeć. Dziś nie mam dostępu do bloga, ani kontaktu z Adą. A prowadziłam najpiękniejszego bloga o Krakowie i wszystkim co się z Krakowem wiązało.

    OdpowiedzUsuń
  5. Taka wystawa powinna być cały czas dostępna. Wybierałam się na nią, ale do Krakowa mam daleko i nie było kiedy...

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytałam ostatnio, że jest pomysł, aby stworzyć odrębny gmach jako filię MNK poświęcony wyłącznie Wyspiańskiemu. Tyle, że pewnie trzeba będzie na to trochę poczekać.

    OdpowiedzUsuń
  7. Miałam okazję zobaczyć jeden z obrazów Wyspiańskiego w Lubelskim Muzeum Zamkowym.To bardzo ciekawy artysta.
    Pozdrawiam:)*

    OdpowiedzUsuń
  8. W Lublinie jeszcze nie byłam, ale jak dotrę nie omieszkam zajrzeć. Takie niespodziewane odkrycia są wspaniałe. Pamiętam, jak w Białymstoku odkryłam Witkacego.

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).