Francuska kawiarenka literacka

wtorek, 3 marca 2026

Gdynia miasto z morza


Dar Pomorza

Gdynia towarzyszy mi od dziecka i o ile w latach młodości uważałam ją za niezwykle nowoczesne miasto do niedawna traktowałam nieco po macoszemu uważając, iż zastygła w wieku XX. Powstało wiele nowoczesnych dzielnic mieszkaniowych, a w okolicy skweru Kościuszki wyrosły szklane biurowce, jednak główna arteria – ulica Świętojańska sprawia wrażenie niezmiennej od lat pięćdziesięciu. Tyle, że pięćdziesiąt lat temu była ona synonimem luksusu. Marynarzowe, peweksy, baltona, cinkciarze, okno na świat. Stąd  (z Gdyni) wypływały statki na zachód, między innymi najbardziej znany pasażerski statek pływający do Ameryki – tss Stefan Batory (transatlantyk - następca ms Batorego).
Dziś marynarzowa nie budzi zazdrości, peweksów, balton i cinkciarzy już nie ma, a na zachód lata się samolotami.

Fontanna na skwerze Kościuszki

Pamiętam znajdujący się na początku ulicy Świętojańskiej sklep obuwniczy, w którym na wystawie stał ogromny but, Był tak duży, że mogłabym się w nim schować. Nie zrobiło by tego jednak wówczas żadne dziecko, bo wychowywało się nas w systemie zakazów i nakazów.
Przechodzenie obok  sklepu zawsze było (dla nas dzieciaków) sporą atrakcją. W czasach, kiedy nie było telefonów komórkowych, a w telewizji jeden lub dwa kanały, dzieci bawiły się na podwórku grając w gumę (dziewczyny) i kopiąc piłkę (chłopcy), albo jedni i drudzy grając w palanta lub w noża. Wtedy but o długości metra na sklepowej wystawie pobudzał  naszą wyobraźnię. 
Inną atrakcją była wizyta w Delicji, jednaj z najstarszych gdyńskich cukierni znajdującej się na ulicy 10 lutego. Na tej ulicy mieściła się też siedziba PLO (Polskich Linii Oceanicznych, czyli przedsiębiorstwa zatrudniającego marynarzy), a to nadawało jej prestiż. Otarcie się o pływających to otarcie się o wielki świat. Modne ciuchy, fryzury, wyższy status materialny dawał się tu wyczuć.

spacery po Bulwarze Nadmorskim

W Delicji sprzedawano na pewno wiele słodkości, ale najlepiej pamiętam galaretkę z bitą śmietaną i rodzynkami. W czasach sporej mizerii w strefie gastronomii do dobrego tonu należało wybranie się na krem sułtański, cytrynowy czy czekoladowy. Dziś można się tylko uśmiechać pod nosem na takie delicje w Delicji (mając piętnaście rodzajów serników, trzydzieści rodzajów eklerów, kilkanaście rodzajów pączków i …. można by tu wymieniać w nieskończoność komu dziś zaimponuje bita śmietana w pucharku).

A wówczas pięćdziesiąt lat temu odświętna kiecka u matki i u córki, galowy mundur u ojca i rodzina świętowała wizytę w modnej kawiarni. High life. Potem obowiązkowy spacer przez Skwer Kościuszki. Takie mam wspomnienia z okresu dzieciństwa.
Orłowo - plaża w drodze na Orłowski Klif

Potem były lata młodości i moje wizyty w Gdyni odbywały się głównie przy Dworcu Morskim, gdzie albo żegnałyśmy ojca wypływającego w morze albo towarzyszyłam tacie podczas wacht na statku. Dziś zapewne było by to nie do pomyślenia, wówczas nie było problemu z wprowadzeniem na statek osoby nie będącej członkiem załogi. Ależ byłam wtedy dumna, chodziłam z tatą mierzyć poziom oleju i zapisywałam go w notesie (nie pytajcie po co😊. W domu opowiadałam podekscytowana, "u nas na statku" (identyfikując się z miejscem pracy taty). Najmilej wspominałam dzień, kiedy po obiedzie na deser podano wiaderko z lodami i każdy mógł sobie nałożyć, ile chciał. Taka góra lodów to była radocha. 

Kilka lat później ciotka Wanda po raz pierwszy zabrała mnie do teatru muzycznego. Będę jej za to wdzięczna do końca życia, bo wówczas narodziła się we mnie pasja (opętanie musicalowe), a życie stało się dzięki temu barwniejsze i bogatsze. Nie pamiętam, jaki  był ten pierwszy musical, ale załapałam bakcyla i tak mi zostało. Jak mi się coś spodoba to potrafię iść nawet kilkanaście razy na przedstawienie. Tak więc Gdynia dzisiaj kojarzy mi się głównie z Teatrem Muzycznym im. Baduszkowej. Przepięknie zmodernizowanym, z dużą ilością miejsca dla publiczności.

Orłowski klif

Potem na jakiś czas zamieszkałam w Gdyni przy ulicy Szczecińskiej. Mile wspominam ten czas, było to jedno z pierwszych samodzielnych mieszkań (poczucie wolności i swobody, świetny czas, prywatki, czy jak się potem mawiało domówki, wspólna nauka do egzaminów, muzyczne wieczorki z widokiem na las. Pamiętam taki psychodeliczny nastrój, kiedy przy dźwiękach muzyki do filmu Twain Peaks patrzyliśmy na szumiący za oknem las, gałęzie drzew poruszane wiatrem współgrały z niepokojącą muzyką). 
Od niedawna do skojarzeń musicalowych doszły filmowe. Znajdujące się obok Teatru Gdyńskie Centrum Filmowe kusi mnie i moje koleżanki filmami z cyklu Sztuka na ekranie. Każdy seans poprzedza wizyta w kawiarni i ploteczki. Po seansie przy ładnej pogodzie lubimy przejść się nadmorskim bulwarem do Wzgórza Św. Maksymiliana (dawniej Nowotki).

Ms Batory (zezłomowany w 1967 r.)- wystawa fotografii p. Zdanowskich

Z okazji stulecia miasta postanowiłam uczcić jubilatkę wizytą w Muzeum Miasta Gdyni a także spektaklem muzycznym Wanożnice (będącym częścią programu uświetniającego obchody miasta). W Muzeum obejrzałam wystawę fotografii Światło Gdyni Bolesławy i Edmunda Zdanowskich przedstawiającą miasto w latach 1945-1970 (od czasu odbudowy poprzez pierwsze lata powojenne, aż do lat, kiedy Gdynia stała się jednym z najnowocześniejszym miast w Polsce). Oglądając zdjęcia z ówczesnej plaży czy z Dni święta morza nie mogłam się nadziwić ilości znajdujących się tam ludzi. Narzekamy dzisiaj na zatłoczone aglomeracje, a wówczas wcale nie wyglądało to lepiej. Prawdę mówiąc nigdy nie odwiedzałam gdyńskiej plaży (było to dla mnie za daleko, my jeździliśmy na plażę gdańską na Stogach), ale w mojej pamięci nie ma takich tłumów. 
Gdynia plaża -lata 50-te -wystawa fotografii p. Zdanowskich

Sporo osób znajduje się też na zdjęciach z pierwszomajowego święta, choć to już nie dziwi; po pierwsze wiele osób wierzyło w nowo budowany ustrój, po drugie podpisywało się listę obecności u przedstawicieli zakładów pracy, więc nie można było sobie tak zwyczajnie nie przyjść, po trzecie rozdawano tam (z tego co pamiętam) kiełbasę i oranżadę. Zdjęcia przypomniały mi też Dni święta morza, które kiedyś obchodzono huczniej niż dzisiaj (choć tu mogę się mylić, bo dawno nie byłam na nabrzeżu i nie obserwowałam imprez towarzyszących Świętu Morza). Pamiętam Dni Morza odbywające się w Ustce, bo najczęściej w tym czasie (29 czerwca początek wakacji) tam przebywałam. W latach 70 tych fajerwerki były wydarzeniem sezonu, a defilady statków na redzie wspaniałym widowiskiem.
Pożegnanie Daru Pomorza - rok 1946 (zaskoczyła mnie obecność duchowieństwa na pokładzie w nowym socjalistycznym państwie. Ale to był początek transformacji ustrojowej, więc jeszcze duchowieństwo było akceptowane) - wystawa fotografii p. Zdanowskich

Po obejrzeniu wystawy udałam się do mojego ulubionego Teatru Muzycznego na dyplomowy spektakl studentów Studium Wokalnego – Wanożnice, czyli po kaszubsku Wędrowcy. Spektakl oparty jest na utworach Ola Walickiego z dwóch płyt Kaszebe I i Kaszebe II i opowiada o spotkaniu teraźniejszości z przeszłością podczas wędrówki po Kaszubskim lesie i wpływie historii na nasze życie. Część utworów wykonywana jest w języku kaszubskim. Przyznam, że zaskoczyłam sama siebie tym wyborem. Nigdy nie interesowałam się zagadnieniem regionalizmów, nie pasjonowały mnie Kaszuby jako takie z ich językiem, kulturą, tradycjami. Spektakl był ciekawy, a młodzi wykonawcy zapowiadają się na godnych następców dzisiejszych wokalistów Teatru Muzycznego. A ja poszerzyłam nieco swoje widzenie otoczenia i jego historii.
Najbardziej romantyczne widoki Gdyni kojarzymy z Orłowem i Klifem Orłowskim. Lubię spacery po molo czy brzegiem morza, zwłaszcza w dzień powszedni i poza sezonem, kiedy zdarzają się dni spokojne i niemal bezludne. Tam też znajduje się Domek Żeromskiego, w którym podobno pisał Wiatr od morza. Jakoś nie udało mi się przebrnąć przez tę książkę, ale może teraz po doświadczeniu z Wanożnicami sięgnę ponownie.

Przez fontannę (skwer Kościuszki lata 1955-1960)- wystawa fotografii p. Zdanowskich
Jeszcze z pomnikiem Wdzięczności Armii Radzieckiej zwanym Nataszą zdemontowanym w 1990 r.

Uroczyste obchody stulecia miasta Gdyni trwają cały rok, a najbardziej widowiskowa ich część miała miejsce 10 lutego, tj. w rocznicę otrzymania praw miejskich. Rok 2026  senat rzeczpospolitej ogłosił  rokiem Gdyni.

27 komentarzy:

  1. Ależ masz wspaniałe wspomnienia, choć czasy nie zawsze były ciekawe. Ważne, że mamy co wspominać. Byłam w Gdyni chyba tylko trzy razy, ale moje wspomnienia też są piękne. Lubię to miasto, od widokowych wzgórz do relaksującego morza. Fajny wpis!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, że mamy wspomnienia, chociaż znając nasze zainteresowania długo jeszcze będziemy je gromadzić, aby było z czego czerpać. Chyba muszę się wybrać do Orłowa, czytałam o jakimś nowym muzeum :), a przy okazji spacer nad morzem do Klifu

    OdpowiedzUsuń
  3. Też pamiętam tego buta na wystawie. Rozmawiałyśmy we Florencji o tym, że Gdynia nic się nie zmienia i pomimo upływu lat mam wrażenie, że tam czas stanął w miejscu. Ta fontanna na Skwerze Kościuszki to już w ogóle jest fenomen bo wygląda jak cztery dekady temu, nic się nie zmieniła chociaż przydałaby się mała renowacja. Dużym sentymentem darzę Delicje bo spędziłam tam mnóstwo fajnych chwil, najbliższe jednak mojemu sercu jest Wzgórze Nowotki, czyli obecne św. Maksymiliana. Przypomniała mi się jeszcze pizzeria na Świętojańskiej, którą uwielbiałam jako dziecko, stoły nakryte czerwonymi obrusami w kratkę, z tego samego materiału były również uszyte firanki. Wtedy wydawało mi się to bardzo gustowne a pizzeria dzięki temu wydawała się bardzo przytulna.
    Dla wielu fakt, że Gdynia nic się nie zmienia jest pewnie przygnębiający ale powiem Ci szczerze, że mnie to cieszy oraz otula nostalgią i spokojem. Gdynia to moje miasto.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję, że podzieliłaś się swoimi wspomnieniami. Wygląda że łączy nas wielki but i cukiernia- znaczy nasze wspomnienia. Ja pamiętam jeszcze restaurację na świętojańskiej Polonia, najpierw elegancką, potem relikt PRL-u, dziś unowocześnioną, jak widzę na stronie. Aż mam ochotę tam zajrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękne masz wspomnienia z dzieciństwa. Od razu nasuwa mi się pytanie, jakie wspomnienia będą mieć dzieci XXI wieku, skoro większość ciągle tylko w telefonach siedzi...? Dokąd zmierza ten świat? Naprawdę nie wiem. Cieszę się, że i ja wychowałam się jeszcze w erze sprzed ogólnodostępnego internetu, choć przyznaję, że rozwój technologii dał nam też sporo dobrego, jak chociażby możliwość prowadzenia blogów i poznawania ludzi o podobnych pasjach :) Cóż, wszystko ma swoje dobre i złe strony. Dla mnie Gdynia zawsze była nudna. Bo nie ma tam tak pięknej architektury jak w Gdańsku, brakuje jej też tej wyjątkowej atmosfery Sopotu. Ale na studiach pojechaliśmy kiedyś na zajęciach zwiedzić Gdynię i wtedy dopiero dostrzegłam ile tam jest historii i to jeszcze jakiej ważnej. Ostatnio też odkryłam ciekawostkę rodzinną związaną z Gdynią, a dokładniej ze statkiem transatlantyckim "Piłsudski", na którym to jako stewardesa pracowała jedna z ciotek mojego taty. Gdynia jest niesłusznie niedoceniania. A skoro obchodzi w tym roku tak ważny jubileusz, to może jest to dobry moment, żebym się tam któregoś dnia wybrała, jak będę w Polsce ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Internet to spore ułatwienie, ale też okrutny złodziej czasu i niestety narzędzie niebezpieczne w rękach osób nieodpowiedzialnych.
      Ja przyznaję, iż podobnie patrzyłam na Gdynię, trochę jako takie nudne miasto bez ciekawej architektury, tyle, że ja uwielbiam morze, a Gdynie zdaje się najlepiej dochodzić do morza wprost z miasta. W Gdańsku mamy głównie dojście Motławą- niezwykle piękne, bo otoczone Żurawiem i kamieniczkami, ale to tylko kanał, w Sopocie wspaniały deptak, czyli molo i Grand Hotel- pamiętający dawne czasy, ale tam też miasto nie dochodzi do morza. A w Gdyni one się stykają- moim zdaniem. Pisząc o wspomnieniach związanych z miastem całkiem zapomniałam o lekcjach tańca w Klubie Riwiera. Pewien młody człowiek nadepnął mi wówczas na palec tak niefortunnie, że zszedł mi paznokieć. Lekcje musiałam przerwać. A kto wie, może zrobiłabym karierę w tańcu towarzyskim :) Statek Piłsudski malował wspomniany przeze mnie Marian Mokwa. I jak się tak pogrzebie to widać, jak wiele rzeczy i spraw się zazębia. Jak wpadniesz do Gdyni daj znać, zapraszam na kawę (mamy taką ulubioną kafejkę niedaleko teatru muzycznego z ciastkami dla żywieniowych odmieńców - te bez glutenu, bez cukru, bez laktozy, bez..., ale jak wolisz takie normalne tradycyjne to też się coś znajdzie. Mój adres mailowy na pasku po lewej stronie- drugi kafelek od góry.

      Usuń
    2. Dziękuję za zaproszenie. Jak będę w okolicy, odezwę się ;)
      No masz rację z tym, że w Gdyni miasto i morze bezpośrednio się ze sobą stykają. Nigdy na to nie zwróciłam uwagi.

      Usuń
  6. PS. Na czym polega gra w noża? Bo tego to nie kojarzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie powinnam jej wspominać, bo wolałabym, aby moje dziecko, w tej chwili wnuczę nie bawiło się w nią. Przykładało się scyzoryk do każdego po kolei palca i robiąc w powietrzu salto wbijało w ziemię, potem do brody, do nosa, do czoła. Siedząc w kucki na ziemi, przegrywał ten, kto skusił, czyli, komu nożyk się w ziemię nie wbił. Ziemia musiała mieć odpowiednią twardość/miękkość, aby nóż wchodził jak w masło.

      Usuń
    2. Dobrze pamietam tą grę i tez sie w nia bawiłam 😉

      Usuń
    3. Żałuję, że zapytałam :D I cieszę się, że nie kojarzyłam tej gry haha

      Usuń
  7. Bardzo ładna podróż sentymentalna do Gdyni w czasów dzieciństwa i młodości. Niedawno wysłuchałam na audiotece książki o jej powstawaniu, było to nadzwyczaj fascynujące, a na Planecie był świetny godzinny program na ten temat z mnóstwem starych zdjęć. Uwielbiam takie klimaty, ja Gdynię poznałam jako nastolatka, wtedy wydawała mi się super nowoczesnym miastem. Niestety nie cieszą mnie pobyty z powodu klimatu, który wybitnie mi nie odpowiada, czuję się okropnie i opuszcza mnie energia, bez względu na porę roku. Nad pełnym morzem jest nieźle, ale od Władysławowa w dół kompletna porażka, próbowałam z tym walczyć i cieszyć się tym co zatoka oferuje, ale to na nic, przewracam się o własne nogi. Z początku tego nie rozumiałam, oświeciła mnie lekarka w sanatorium, że w tej okolicy jest specyficzny mikroklimat i mam prawo tak reagować. Przesyłam uściski!

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja Gdynię doceniłam jako miasto, a nie poszczególne jej fragmenty dopiero obejrzawszy film reklamowy powstały na bazie książki Fleszerowej Muskat Tak trzymać- taka trylogia o czasach budowy portu, potem wojna i chyba czas powojenny. Uważam ją za najlepszą, obok Pozwólcie nam krzyczeć książki Fleszerowej. Pozostałe są ciekawe, często opisują życie marynarzy, czy rodzin marynarskich, ale tamte moim zdaniem są wybitne. Film jest nieco polukrowaną wersją książki, ale mnie się podobał. Po obejrzeniu filmu przeczytałam całą Trylogię, wiele się wówczas dowiedziałam o budowie miasta, obronie Gdyni, Helu, walczących harcerzach, o skomplikowanych losach mieszkańców, trochę tam też się Gdańsk przewijał. Z klimatem nie wygrasz, ja zdaje się nie powinnam chodzić w góry i nie chodzi o wspinaczkę, ale klimat ponoć mi nie służy (jako sercowcu), choć przyznam, że tego nie zweryfikowałam, a nawet wjeżdżając na Monte Bianco wzięłam na siebie ryzyko "zejścia" w związku z dużą wysokością. Było to lekkomyślne, ale czasami człowiek robi takie głupie rzeczy. Ponieważ jednak przeżyłam bez większych atrakcji zdrowotnych chyba nie jest tak źle ze mną w połączeniu z górami. Na szczęście jest tyle innych pięknych miejsc, że ty nie musisz nad morze, a ja w góry":)

    OdpowiedzUsuń

  9. Ja też oglądałam teraz parę filmów dokumentalnych na temat Gdyni, również o małżeństwie Zdanowskich oraz Fleszar- Muskatowej. Parę razy widziałam w telewizji serial o powstawaniu Gdyni z Małgorzatą Foremniak i Pawłem Domagałą gdy był jeszcze młodziutki i zabawny.
    Pięknie nawiązałaś do różnych epok w historii Gdyni. To bardzo ważne miasto dla całego kraju, powiem górnolotnie 👍 ja byłam tam na kolonii, o której ci kiedyś wspominałam i to był jedyny mój długi pobyt, chociaż tak dawno temu. Miasto mnie zachwycało, bo było duże. Potem byłam może dwa-trzy razy na krótko, zobaczyc te słynne klify.
    Uwielbiałam w młodości książki F-M i pamiętam do tej pory taką bohaterkę, która przed samą wojną kupowała różne kosztowne, a zbędne dekoracje do domu, a potem w czasie wojny żałowała , że za te pieniądze nie zrobiła wcześniej zapasów żywieniowych. Potem zmarla gdzieś w obozie pracy, chociaż miał jej pomóc zaprzyjaźniony Niemiec, ale było już za późno. Zawsze to sobie przypominam, gdy kupuję jakieś zbędne, a ładne rzeczy. Naprawdę. Takie na mnie wrażenie zrobiła ta książka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę, co za zbieżność, a ja nie znałam nazwiska Zdanowskich. Nie interesowałam się fotografią i jedynie znane mi nazwisko to Jan Bułhak. A okazuje się, że państwo Zdanowscy wywodzili się z jego szkoły.
      To miło, że czytałaś książki F-M i taki wpływ wywarły na Twoje zakupy:) Choć jak widać nie na tyle silny, aby powstrzymać przed zbędnymi zakupami:), każdy od czasu do czasu robi różne głupstwa :)
      Ja akurat tej książki nie pamiętam, może nie czytałam. Choć czytałam ich sporo.

      Usuń
    2. Tak się składa, że ten film o Zdanowskich oglądałam w tamtym tygodniu chyba, na Kulturze lub Historii i dlatego pamiętam 👍 tytułu książki F-M nie pamiętam. Długa była. Te główna bohaterka była bardzo ładną kobietą i pamiętam, że ten Niemiec, chyba znajomy z dawnych czasów, miał ją uratować z obozu pracy, ale przyszedł za późno czy jej nie poznał. Bardzo wzruszyła mnie wtedy ta powieść. Po wielu latach, na pewno po studiach sięgnęłam do pisarki jeszcze raz, ale już wtedy te książki wydawały mi się naiwne. Wrażliwość licealistki była zupełnie inna. Podobnie było z książkami o ruchu oporu we Francji pt Niebieski rower. Też zamarzyło mi się wrócić do nich. Ale dosłownie po kilku stronach odłożyłam. Przewidywalna narracja i prostolinijne słownictwo nie mogło już wzbudzać mojej ciekawości.

      Usuń
    3. Ja chętnie wrócę do trylogii o Gdyni i jej mieszkańcach, aby skonfrontować wrażenia i sprawdzić czy ta pozycja oparła się próbie czasu, inne jej książki te powojenne już mnie tak nie interesują. A może to Łucka była to piękną kobietą- teraz jestem jeszcze bardziej tego ciekawa

      Usuń
  10. Miło było poczytać Twoje wspomnienia związane z czasami młodości i Gdynią. Byliśmy zaledwie dwa razy, więc niewiele tej Gdyni poznałem. Natomiast dziecięce zabawy widać niezależnie od miejsca były podobne. U nas chłopcy grali też w palanta i tenisa stołowego, a ja trenowałem kolarstwo. W tym roku Asia uparła się na Gdańsk, więc pewnie i do Gdyni zawitamy. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Gdybyście mieli czas i ochotę daj znać, może jakaś wspólna kawka w Gdańsku, albo Gdyni? Adres mailowy znasz :) Cieszę się, że Asia robi plany podróżnicze, to znaczy, że zdrowotnie idzie ku dobremu

    OdpowiedzUsuń
  12. Jakie masz przepiękne wspomnienia. Jak zawsze czytało się rewelacyjnie. Na tym jednym razie nie zakończę. Jestem tego pewna.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Jako dziecko i nastolatka jeździłam na wakacje do Kołobrzegu i takie jak na zdjęciu plaże stamtąd pamiętam, ale nie przypominam sobie żebym dłużej niż pięć minut mogła usiedzieć na piasku.
    Grałam w te same gry palanta, klasy, skakanki, dwa ognie... w noża grali chłopcy... Ciekawe to były czasy, kreatywne, pełne pomysłów...bezpieczne...

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja na plaży siedziałam po to tylko, aby wskoczyć do wody i się w niej pluskać. Zawsze miałam spalone ramiona, bo tylko one wystawały znad wody. Nie lubiłam się opalać, nudziło mnie to i tak mi zostało do dziś. U nas dziewczyny też grały w noża, może chciały dorównać chłopakom :) Pamiętam, że nieźle mi to wychodziło. Dziś nie dałabym dzieciakowi scyzoryka, choć nim raczej trudno się było skaleczyć, ale jakby tak odskoczył od powierzchni i wbił się np w nogę byłoby niewesoło. Tyle, że wtedy o takich rzeczach się chyba nie myślało. Na rowerach jeździło się bez kasków i było mniej wypadków niż dzisiaj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chłopaki mieli tak zwane koziki, a o kaskach rowerowych nikt nawet nie słyszał :)

      Usuń
  15. Piękny i bardzo nostalgiczny wpis 😊 Czytając go, miałam wrażenie jakbym spacerowała razem z Tobą po dawnych ulicach Gdyni – od Świętojańskiej, przez Skwer Kościuszki, aż po bulwar i Orłowo. Takie wspomnienia mają niesamowitą wartość, bo pokazują miasto nie tylko jako miejsce na mapie, ale jako kawałek czyjegoś życia.
    Bardzo podobały mi się te obrazy z dzieciństwa – ogromny but na wystawie, galaretka z bitą śmietaną w Delicji czy duma z wizyt na statku u taty. To właśnie takie drobiazgi najlepiej oddają klimat tamtych czasów. No i jeszcze musicalowa pasja z Teatru Muzycznego – piękna historia!
    Aż ma się ochotę znów pojechać do Gdyni, pospacerować bulwarem i spojrzeć na to miasto trochę Twoimi oczami – przez pryzmat wspomnień i historii. Dzięki za tę podróż w czasie 😊

    OdpowiedzUsuń
  16. Nasze wspomnienia też tworzą klimat miejsca, nie tylko architektura i sztuka. Czytam (matko, jak długo, ale wciąż czytam - bo dawkuję sobie po trochu) Iwaszkiewicza Podróże do Włoch i choć często zachwyca mnie wspominanie różnych obrazów i wrażeń, jakie wywarły, sądy na temat sztuki, jakże mi bliskie, to czasami są to jakieś prozaiczne z pozoru wspomnienia spotkań z ludźmi, rozważania na temat własnych opowiadań, które się tam tworzyły, jakaś postać historyczna, której ślady tam pan Jarosław odnajduje. Bo życie nasze to nie tylko wzloty, ale i upadki, a też codzienność. A propos musicalowej pasji wczoraj obejrzałam Quo vadis i wyszłam tak zachwycona, że od razu zakupiłam bilety na jesienny spektakl. I pomyśleć, że pierwszy spektakl reżyserowany przez pana Kościelniaka mocno mnie rozczarował, a teraz każdy kolejny zachwyca coraz bardziej.

    OdpowiedzUsuń
  17. Gosia, kiedy Ty mieszkałaś na Szczecińskiej? Na mojej ukochanej ulicy wpadającej prostopadle na nomen omen dla mnie Tatrzańską, skąd był piękny widok na Hel przy dobrej pogodzie? Coś jak przez mgłę mi się kojarzy, że po studiach🤔Dziś Gdynia jest moim ukochanym miastem ale tylko do Warszawskiej i Śląskiej, bo to był mój rejon rodzinny. A że tamtej Gdyni śródmiejskiej już nie ma, to tak naprawdę nie jest już moje miasto. Tamto z czasów dzieciństwa ogólniaka i studiów pozostało w cudownych wspomnieniach. I dobrze, że je mamy. Dziś od nowa muszę się uczyć Gdyni, chyba czas wybrać się na bulwar jak będzie bezwietrznie, może znów to poczuję☘️🌹

    OdpowiedzUsuń
  18. To było jakoś w początkach mojej pracy -jakiś rok przed otrzymaniem mieszkania na Oruni, a zatem początek lat dziewięćdziesiątych (robiliśmy wówczas jakieś dokształcanie zawodowe i uczyłyśmy się do egzaminów). Ty wówczas mieszkałaś już w Słupsku. Zupełnie nie kojarzę, abyśmy się spotykały, kiedy przyjeżdżałaś do Gdyni. Może zresztą nie przyjeżdżałaś, bo małe dziecko absorbowało. Przez lata Gdynia była mi obojętna, ale od czasu, kiedy zaczęły się z nią na nowo tworzyć wspomnienia moich spotkań z dziewczynami polubiłam na nowo. Odżyły też dawne wspomnienia. A stulecie miasta stało się okazją, aby spojrzeć na nią z sentymentem. Tak, masz rację, na nowo uczę się Gdyni, aby za parę lat wracać do nowotworzonych wspomnień

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).