Francuska kawiarenka literacka

sobota, 25 kwietnia 2026

Werona po raz kolejny

 

Arena (fragment)

Kiedy mówiłam, że lecę do Werony natychmiast padały pytania, a czy ty już tam nie byłaś i to całkiem niedawno.
Zupełnie, jakby fakt przebywania w jakimś miejscu stanowił przeszkodę do ponownych odwiedzin. Owszem byłam  dwa lata temu przez półtora dnia i mimo, że udało mi się wiele zobaczyć to czułam niedosyt. Chciałam po prostu pobyć, posnuć się uliczkami, pozaglądać do świątyń, posiedzieć w kawiarenkach. Uśmiecham się na myśl o kawiarenkach, choć kocham Włochy to zawsze irytował mnie ich zwyczaj picia kawy przy barze, na stojąco, na szybko (jakże to sprzeczne z włoskim temperamentem powolnego delektowania się chwilą). Oczywiście są we Włoszech kawiarenki, w których można usiąść, ale kiedy nie zna się miejsca czasami upływa wiele czasu, zanim się trafi na tę odpowiadającą oczekiwaniom. A przy moim mieszczańskim upodobaniu do kawiarni w stylu austro-węgierskim nie jest łatwo. W Weronie jednak udało mi się trafić na sympatyczną lodziarnię-ciastkarnię, gdzie robiłam sobie przerwy w zwiedzaniu.
Zewnętrzny pierścień Areny
Pamiętam, iż pisząc dwa lata temu o Arenie (przypominającej rzymskie Koloseum) uświadomiłam sobie, że można było tam wejść na trybuny. Dlatego jednym z pierwszych pomysłów na Weronę, oczywiście poza tymi, o których wyżej, było jej odwiedzenie. Miałam nadzieję, że nie będzie takich tłumów, jak w Rzymie, gdzie do wejścia tłoczyły się kilometrowe kolejki (podczas styczniowego pobytu). Nie myliłam się. Może dlatego, iż wybrałam wczesną godzinę wejścia wchodziłam wraz z paroma osobami. W dodatku pogoda tego dnia była niesprzyjająca spacerom. Można powiedzieć, że miałam szczęście, iż nie urwało mi głowy, bo wiatr był niezwykle silny, a ja uparłam się, aby wejść na sam szczyt trybun i popatrzeć z góry na Piazza Bra. O amfiteatrze pisałam już poprzednio, ale wspomnę ponownie, że jest prawdopodobnie nieco starszy od rzymskiego Koloseum (pochodzi z tego samego I wieku, ale nieco wyprzedził w latach ten rzymski), jest drugim pod względem wielkości, kiedyś mieścił trzydzieści tysięcy widzów, dziś na widowni może zasiąść piętnaście. W czasach antycznych odbywały się tu walki gladiatorów i polowania na zwierzęta. Kiedy obchodziłam zewnętrzny pierścień budowli wyobrażałam sobie ryki zwierząt zamkniętych w podziemiach i niemal słyszałam krzyki na trybunach. Dziś ostały się dwie trybuny. Stojąc nad jedną z nich myślałam o imperatorze ze swoją świtą, który przygląda się walkom.
Arena - widok na scenę i widownię

Po wielu latach arena zmieniała charakter z krwawego widowiska na widowisko zaspokające bardziej wysublimowane potrzeby ludzkie; można tu było oglądać przedstawienia operowe. Tu debiutowała Maria Callas w roli Giocondy w operze Ponchillego (pan stworzył operę, której librettem jest Konrad Wallenrod Adama Mickiewicza. Nie jestem znawcą, ani miłośnikiem opery, ale nie wydaje mi się, aby opera była nadal wystawiana. Nosi ona tytuł Litwini). Głównym budulcem Areny (o kształcie elipsy)  jest beton i kamień (pamiętam, iż ktoś wyrażał zdziwienie, że istniał beton w tych czasach. Owszem istniał). Spełniłam swoje marzenie, obeszłam widownię na tyle, na ile było to możliwe, połowę odgradzały taśmy, a na samej scenie trwały prace budowlane. Nie przeszkadzało to w oglądaniu bardziej niż porywisty wiatr. Przysiadłam nawet na chwilkę na kamiennym murku pełniącym kiedyś rolę ław teatralnych. Nie było to zbyt wygodne miejsce. Być może arystokratyczne siedzenia miały miękkie poduszki, a może emocje związane z obserwowaną na arenie walką odwracały uwagę od braku komfortu. Część widowni wypełniają dziś plastikowe krzesełka. Choć może podczas odbywających się latem przedstawień operowych wszystkie siedzenia zaopatrzone są w krzesła. Kolejne marzenie obejrzenie spektaklu lub koncertu pod chmurką w upalny lipcowy czy sierpniowy wieczór wciąż przede mną.
W Ogrodzie Giustich

Donice z cytrynami jeszcze schowane w pawilonach za szklaną osłoną (jest 26 marca)
Kolejnym miejscem, które chciałam odwiedzić był Ogród Giusti (Giardino Giusti). Ogród, do którego podczas poprzedniej wizyty nie udało mi się dotrzeć. Wejście łatwo przegapić, zwłaszcza kiedy posługuje się gps. Dwa lata temu stałam na środku ulicy pod zamkniętymi bramami kamienic, a lokalizator pokazywał mi, iż jestem w ogrodzie. Kręciłam się kilka razy tam i z powrotem, a że byłam bardzo zmęczona i zmarznięta (był luty) poddałam się. Tym razem postanowiłam szukać tak długo, aż znajdę. Wejście jest tak zakamuflowane, że omal go nie przegapiłam ponownie. Prawdę mówiąc nie robiłam sobie wielkich nadziei, bowiem jak dotąd włoskie parki czy ogrody mnie nie zachwycały (niezadbane, brakowało w nich ławeczek i było brudno). Jednak kiedy przeczytałam, kto je odwiedzał i kto się nimi zachwycał (Cosma Medyceusz, Mozart, Ruskin, cesarz Józef II z Habsburgów, Car Aleksander I) zapragnęłam je obejrzeć. I przyznaję, iż ten Ogród spełnił moje oczekiwania. Choć lubię ogrody w stylu angielskim (nieuporządkowane, swobodnie rosnące) to i ogrody w stylu francuskim (uporządkowane, symetryczne z przystrzyżonymi klombami w geometryczne wzory) mnie urzekają. Tutaj od wejścia witają pięknie przystrzyżone klomby, cyprysowe alejki, posągi bogiń. Jedno z wysmukłych drzew na pamiątkę zachwyconego ogrodem pisarza nazwano cyprysem Goethego (drzewko ma ponad 600 lat).
Ogród z tarasu
Ogród pochodzi z końca XVI wieku, powstał przy pałacu rodu Giustich. Rodzina  przeniosła się do Werony ze swego domu w Toskanii na początku XV wieku. Werona była wówczas  się znana z powodu barwienia wełny. Ten proceder zapewniał jej rozwój i bogactwo. Rodzina Giusti kupiła tu kawałek ziemi, na której postawiono fabrykę barwienia wełny. W wieku XVI (zapewne po znacznym wzbogaceniu się) wybudowano w miejscu dawnej fabryki pałac a wokół niego ogród. Inicjatorem był Agostino Giusti, uczony, pasjonujący się muzyką i malarstwem, utrzymujący kontakty z rodami panującymi; Medyceuszami i Habsburgami. Ogród jest przepiękny z labiryntem ścieżek, przystrzyżonymi klombami, mitologicznymi posągami, donicami z cytrynami, cyprysowymi alejkami, fontannami, dziko porośniętym wzgórzem z malowniczym maszkaronem na jego szczycie. I mimo, iż nie było tam wielu kwitnących kolorowo roślin to wspaniałe miejscem dla wypoczynku. Położony nieco na uboczu, ukryty za niepozorną fasadą może być oazą spokoju. I nawet brak ławeczek mi tutaj nie przeszkadzał. Ze wzgórza rozciąga się widok na panoramę miasta.
Maszkaron - dekoracja
Ponieważ zakupiłam kartę turystyczną miałam spory katalog ciekawych świątyń i galerii sztuki do wyboru, znacznie większy niż możliwości fizyczne i poznawcze. Nie lubię oglądać zbyt wielu miejsc, czy obrazów w ciągu dnia, bo jak mawiają więcej znaczy często mniej (a może odwrotnie). Zdolności przyswajania są ograniczone. W katalogu atrakcji znajdował się Dom Julii. Tzn. Dom, który został nazwany Domem Julii ze względów marketingowych. Był to jedyny obiekt, do którego poza posiadaniem karty turystycznej należało zarejestrować się na stronie na konkretną godzinę. Nie planowałam wchodzenia, ale jak już się zarejestrowałam (tak na wszelki wypadek, gdyby naszła mnie ochota) to pomyślałam, a czemu nie. Byłam ciekawa wnętrza XIII wiecznego budynku, w którym jak głosi legenda mieszkała rodzina Capuletich. Po przeprowadzonej restrukturyzacji  odtworzono lokale typowe dla czternastowiecznego wystroju domu dość zamożnego rodu. Najwięcej ludzi zgromadziło się w salonie, z którego jest wyjście na najbardziej znany weroński balkon. Większość odwiedzających nie zwraca uwagi na nic więcej poza wyjściem na balkon i zrobieniem sobie zdjęcia. Wystrój jest dość skromny, głównie obrazy (często przedstawiające wyobrażenia szekspirowskich bohaterów, a także obrazy o treści religijnej), gdzieniegdzie stoliczek, krzesełko, skrzynia, komódka, kominek, dzbanki. Najbardziej rozśmieszyło mnie duże łoże małżeńskie z białą pościelą. Zabrakło tylko…. (niech sobie każdy dopowie, czego) We wnętrzu posag Julii wyglądający jak kopia tego z wewnętrznego dziedzińca, tego, na którym pierś Julii aż błyszczy od dotyku turystów.
jedna z komnat w domu Julii

komnata sypialna

Kiedy ludzie się tłoczą, aby zrobić zdjęcie posągu Julii ja stoję na chwilowo pustym balkonie

kopia posągu Julii w Domu Julii
Nieopodal via Cappello, przy której umiejscowiono Dom Julii znajduje się najładniejszy z werońskich placów (w moim mniemaniu) Piazza delle Erbe (Plac Ziół). Oczywiście Piazza Bra z majestatyczną Areną jest niezwykle ciekawy i widowiskowy, ale Plac Ziół ma taki swoisty klimat, jest mniejszy, co sprawia, że znajdująca się wokół niego architektura jest bardziej dostrzegalna. Spacerowałam nim codziennie i to wielokrotnie. I uwaga, ja narzekająca na jarmarczne budy z chińszczyzną byłam w siódmym niebie kiedy mogłam oglądać kramiki z pamiątkami (zapewne również made in China). Jednak mam ogromną słabość do tych porcelitowych malowanych w owoce naczynek (miseczki, podstawki, talerzyki, kubeczki, a szczególnie te w cytrynki czy papryczki zawsze powodują rozterki typu kupić, nie kupić, a jak potem to przewieźć). Kończy się na tym, że zwycięża rozsądek, ale ile ścieżek  wydeptałam wokół kramików to moje. No i szkło weneckie, które wiadomo z tym z Murano nie ma tutaj nic wspólnego, ale do którego mam również ogromną słabość i w tym przypadku uległam pokusie zakupie podróbki. Kiedy jest się na Piazza della Erbe nie wiadomo gdzie patrzeć, tyle tam ciekawych obiektów.
Piazza Erbe wieczorem z Wieżą Lambertich

Domus Mercato na Piazza Erbe (ach te jaskółcze ogonki tak charakterystyczne dla Werony)

Jednym z najbardziej malowniczych jest Wieża Lambertich, najwyższa w mieście; liczy ponad osiemdziesiąt metrów wysokości, posiada ośmiokątną dzwonnicę z oryginalnymi dzwonami z wieku piętnastego. Jej wznoszenie rozpoczęto w XII wieku. Wieża przylega do Pallazzo della Ragione. Na jej szczycie znajduje się punkt widokowy na najciekawsze atrakcje Werony, jak choćby Piazza della Erbe i Piazza dei Signori. Na wieżę można wejść (nie podam ilości schodów, bo wspinaczka nie jest moją domeną) albo wjechać windą (przy budynkach o wysokości osiemdziesięciu metrów będzie to odpowiednik około dwudziestu piętrowego wieżowca).
Widok z Wieży Lambertich na Piazza Erbe

I na Piazza Signoni (te czarne ślady to druty krat)

Piętnastowieczne dzwony na wieży (jedyny pochmurny dzień podczas mojej wycieczki przytrafił się w Weronie)
Wieża Lamberti i Schody la Scala della Ragione prowadzące do Galerii Sztuki Współczesnej

Wychodząc z Torre Lamberti odwiedziłam Palazzo della Ragione (zwane też Palazzo del Comune) – czyli dawny Ratusz, który dziś mieści Galerię Sztuki Współczesnej. Przed odwiedzinami w galeriach zawsze sprawdzam, jaki rodzaj zbiorów można tu znaleźć. Tutaj dzieło reklamujące galerię okazało się dla mnie absolutnym must see. Był to obraz  Francesco Hayeza – malarza, którego odkryłam na własne potrzeby dość niedawno (w Mediolańskiej Pinakotece), malarza, o którym po raz pierwszy czytałam z dekadę temu u Herberta. Jego najbardziej znanym jego obrazem jest Pocałunek, który przyjęto też za reklamę Werony, jako wizję miłości Romea i Julii. Reprodukcja tego obrazu na tle miasta zdobi większość pocztówek z Werony. 
W zbiorach Galerii Współczesnej znajduje się inny obraz malarza- Medytacja. Przykuł on moją uwagę od pierwszego wejrzenia. Kobieca postać z obnażoną piersią o niezwykłym smutku w oczach, jest w nim tyle rozczarowania, taka głębia żalu, że to spojrzenie niemal prześladuje, nawet, kiedy już na nas nie patrzy. Jakby takie memento. Ale i godność pokonanego. 
Melancholia Francesco Hayez

Tematyka obrazu nawiązuje do niepowodzenia z okresu Risorgimento w 1948 r., którego malarz doświadczył osobiście. 
Przy Placu Ziół znajduje się też kolejna z galerii sztuki, a mieści się ona w Palazzo Maffei. Jest to nietypowa galeria, o której chciałabym napisać w odrębnym wpisie. 
W tej chwili napiszę jedynie, że jest jak jajko niespodzianka, gdzie wchodząc do Sali nie wiesz na co trafisz, bo antyk miesza się z renesansem, sztuką wieku XIX a także sztuką nowoczesną, coś na co być może nie zwróciłabym najmniejszej uwagi w muzeum tematycznym wśród zbiorów o podobnej datacji tutaj w tym nieoczywistym towarzystwie okazuje się ciekawe i inspirujące bądź zainspirowane innym dziełem. Wspaniale pokazuje to uniwersalizm sztuki i jej wzajemne przenikanie, a w ostatniej Sali sztuka ożywa na ogromnych ekranie, a widz patrząc na film próbuje odgadnąć co było jego inspiracją.
Palazzo Maffei z kolumną Lwa Św. Marka i wieżą Gardello

O Piazza Erbe pisałam we wpisie, o zachwycających freskach na Domu Mazzantich, o kolumnie z weneckim lwem, Torre del Gardello, kolumnach rynkowych, Domus Mercatorum. A przecież wystarczy przejść kawałek dalej, aby wejść na Piazza Signoria z posągiem Dantego i okalającymi go palazzi (ucząc się włoskiego ze zdziwieniem dowiedziałam się, że palazzo oznacza budynek, nie pałac), choć te budynki równie dobrze mogłyby być pałacami z tymi charakterystycznymi zwieńczeniami w postaci jaskółczego ogona (krenelaż). Wzrok jeszcze nie obejmie wszystkich cudowności Placu Signiorii a już biegnie ku strzelistym nagrobkom Scaligerów zwieńczonych posągami konnymi członków rodu. Gotyckie baldachimy wsparte na kolumnach, pod którymi stoją tumby z prochami książąt były inspiracją dla malarzy. Piękny obraz przedstawiający jeden z grobowców można oglądać w Galerii Sztuki Współczesnej w Weronie, inny będący dziełem Aleksandra Gierymskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie. Zachwycił on na wystawie w Pałacu Opatów moją koleżankę, na tyle, że prosiła o zdjęcie oryginału, co z przyjemnością uczyniłam.
Jeden z nagrobków Scaligerów przy świątyni Santa Maria Antica


Angelo Dall`Oca Bianca -malarz XIX wieczny (średniowieczny nokturn) 

Aleksander Gierymski



Mam ogromny problem z opisem wrażeń, bo nie chcąc pisać o każdym z obiektów, każdym z miejsc encyklopedycznych czy monograficznych wpisów obawiam się, że jedynie ślizgam się po powierzchni rzeczy. Jest tak wiele fantastycznych miejsc w Weronie, że mogłabym zrobić kilka jeśli nie kilkanaście wpisów na jej temat, a przecież dopiero co wróciłam z kolejnej podróży (tym razem Wrocław, Legnica i krótki wypad do Złotoryi), a za chwilę kolejna.

A świątynie, z których odwiedziłam zaledwie trzy - już chciałam napisać o tej, która była tegorocznym odkryciem, ale, jak tu nie wspomnieć i o katedrze, która może skrywa ogromne bogactwo, a jedynie w porównaniu z dwoma innymi wydaje się nieco mniej interesująca. Choć gdyby odwiedziła tylko ją byłabym i wówczas pod dużym wrażeniem i formy architektonicznej i zdobiących ściany fresków i baptysterium i pozostałości pierwotnej świątyni. Może uda się jeszcze przynajmniej dwa wpisy przygotować, albo materiał będzie czekał na czas, kiedy częstotliwość wyjazdów będzie mniejsza.
A dziś jeszcze tradycyjnie parę zdjęć z Werony, niech one mówią same za siebie
Pomnik Dantego na Piazza Signori



Katedra 

Kościół San Fermo Maggiore


Bazylika San Zeno Maggiore (odkrycie tegoroczne) może fasada nie zachwyca, ale detale wykończenia i wnętrze absolutnie cudowne. Ta romańska świątynia wprawiła mnie w zachwyt absolutny)



Drzwi z brązu XI-XIII w. ( a zatem pochodzące z okresu zbliżonego dla wykonania drzwi katedry w Gnieźnie)


Freski naścienne (a mnie zachwyciły te kolumny przeplatane niczym wstążeczka)



I szybko wychodzę na dziedziniec bo utknę tu na długo

To czas na ciacho, aby nie utknąć w kościołach i galeriach (ciastko nazywa się maritozzo i jest to słodka bułeczka przełożona bitą śmietaną z czekoladowym logo cukierni. Zamawiając oczywiście przekręciłam nazwę, jak to ja mam w zwyczaju i poprosiłam torta marocino czyli ciasto marociono- szkopuł w tym, że marocino to napój kawowy więc pani długo dopytywała, o co mi chodzi- bo nie ma takiego ciastka. Z pomocą przyszła domyślna klienta. Na przyszłość robiłam zdjęcie ciastka i pokazywałam)


tej nazwy już nie przekręciłam (ulubiona Gelateria Iginio Massari, ale wbrew nazwie też kawiarnia)

15 komentarzy:

  1. Aj Werona...byłam dwa razy ale już bardzo dawno ponad 30 lat temu i Ty spowodowałaś to ,że wspomienia wróciły, Piazza della Erbe...bardzo iłe miejsce , na niej moja koleżanka trochę się podchmieliła kieliszkiem grappy, ja nie pijam nic alkoholowego, ale kawe jak najbardziej i przypomniałaś mi, ze ten dziwny dla mnie zwyczaj picia jej na stojąco i to przy ladzie skończył się dla mnie nieprzyjemnie, poprosiłam o kawę i z filiżaneczką usiadłam przy stoliku i nagle usłyszałam nieprzyjemny krzyk, pan właściciel obwieścił mi, że nie mogę tam sobie przysiąść a jeżeli już to trzeba dopłacić i to znacznie,,do dziś pamiętam moje zniesmaczenie i brak sympatii do Włochów.
    Oczywiście Julię poszłam odwiedzić i tę wyświechtaną pierś zauważyłam, arena zrobiła na mnie wrażenie a w jakimś parku byłam i była tam ławeczka, bo do dziś pamiętam dość obszerną cialem ciemnoskórą kobietę, która sobie na niej smacznie spała i pamiętam, że nawet upamietniłam tę scenę zdjęciem ale wtedy jeszcze nie pisałam bloga i zdjęcie pewnie zostało w Wenezueli :(
    Ciasteczko i kawa i dla mnie musi być w każdej podróży...u mnie zaczyna się czas na podróze z bratem, będą ciasteczka i kawy..oboje to uwiebiamy...pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też pamiętam swoje zdziwienie, kiedy ktoś mi powiedział, że są dwie ceny jedna za picie przy barze, inna za picie i jedzenie przy stoliku. I też się kiedyś zapomniałam, nie uprzedzając iż chcę usiąść i potem nerwowo siedziałam oczekując reakcji (gotowa dopłacić)- nie znałam wówczas na tyle języka, aby to zakomunikować. Potem nauczyłam się mówić al tavolo (przy stole) składając zamówienie. Kiedyś ta różnica w cenie była spora, dziś jest dużo mniejsza, a w niektórych miejscach jej nie ma, jakby Włosi się trochę dostosowali do turystów, którzy bywają głównym źródłem ich dochodów.
      Życzę smacznych ciasteczek i dobrej kawy w podróżach:)

      Usuń
  2. Byliśmy w Weronie tylko kilka godzin, zdecydowanie za krótko, by zobaczyć wszystkie atrakcje tego miasta. Był to okres naszych wycieczek objazdowych. Jednak mieliśmy okazję zachwycić się zarówno grobowcami rodu Scaligerich jak i Piazza del Signori. Jednak największe wrażenie zrobił Piazza delle Erbe (plac ziół) i oczywiście Arena. Niestety nie byliśmy wewnątrz i bardzo się cieszę, że je pokazałaś. Podobnie jak Ty marzymy o obejrzeniu spektaklu operowego w tym miejscu. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja, jak wspomniałam nie jestem może wielbicielką opery, ale już potrafię z zainteresowaniem od czasu do czasu jakąś obejrzeć, no ale w takim otoczeniu to na pewno odbiera się inaczej.
      A czas objazdówek choć przez nas nieco krytykowany - dał nam możliwość rozeznania się i dla mnie stał się pewnym drogowskazem, gdzie podróżuję chętniej, a gdzie mniej chętnie, choć generalnie, gdyby nieograniczone siły i środki to podróżowałabym wszędzie.

      Usuń
    2. Dzisiaj czekała na nas niespodzianka w postaci pięknej kartki z Legnicy. Byliśmy kilka lat temu i nie kupiliśmy sobie na pamiątkę, więc teraz już mamy. Dziękujemy bardzo :)

      Usuń
    3. Krajowe kartki przychodzą nieco szybciej :)

      Usuń
  3. Czytam o Weronie coraz więcej i coraz bardziej wiem, że muszę tam pojechać. Dzięki Ci za piękny wpis z mnóstwem inspiracji. Obraz Melancholia robi rzeczywiście niezwykłe wrażenie:)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Weronę mogę polecić bez wahania. Są miejsca, które mogą przypaść do gustu lub nie, ale Werona raczej należy do pewniaków. Choć pierwsza wycieczka do Werony (na kilka godzin) dla mnie przypadła w jakimś dziwnym okresie (niesprzyjającym miastu) i nie to abym była rozczarowana, ale nie byłam tak zachwycona jak inni. Do dziś nie rozumiem dlaczego. Dlatego czasem też warto dać miastu drugą szansę, albo sobie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam takie „powroty bez pośpiechu” – dokładnie o to chodzi w podróżowaniu! 😊 Widać, że tym razem naprawdę poczułaś Weronę, a nie tylko ją „odhaczyłaś”.
    Arena bez tłumów to już w ogóle luksus, a Ogród Giusti brzmi jak totalne odkrycie – aż się chce tam posiedzieć i nic nie robić. No i te Twoje dylematy przy straganach… znam aż za dobrze 😄
    Świetnie się to czyta – aż człowiek ma ochotę znowu wrócić do tego samego miejsca, tylko trochę wolniej 👍

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To luksus mieć taką możliwość niespiesznego powrotu, bo z drugiej strony rozumiem niepohamowaną chęć poznawczą i ograniczoną ilość czasu osób pracujących, kiedy trzeba wybierać. Arenę udało mi się odwiedzić rzeczywiście z niewielką ilością ludzi (może z uwagi na wczesną porę i nienajlepszą pogodę, a może w Weronie większe zainteresowanie budzi Dom Julii i jej wypolerowana od dotykania pierś:) W Ogrodach też nie było tłumów, a ten dzień już był znacznie przyjemniejszy pogodowo, ale jednodniowy turysta raczej ma małe szanse aby tu dotrzeć.

      Usuń
  6. Podobnie niektórzy dziwią się, jeśli ktoś powraca do książki, którą już czytał. A przecież powroty do znanych już wcześniej miejsc czy książek są najczęściej bardzo przyjemne. Zresztą zawsze można zauważyć szczegóły, które przeoczyło się wcześniej. A wpis jest bardzo ciekawy. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, często zdarza mi się wracać do książek już przeczytanych, jeśli wzbudziły moją sympatię, przez co poznaję mniej książek, niżbym mogła, a z drugiej strony poznaję lepiej te inne i lepiej je pamiętam. Wczoraj po kolejnej wizycie w Teatrze Muzycznym na Mistrzu i Małgorzacie nabrałam ochoty na kolejną powtórkę jednej z moich ulubionych książek.

      Usuń
  7. Ja też lubię jeździć w te same miejsca, jak w piosence Wodeckiego. Wspaniale przypomniałaś nam Weronę, lepiej niż przewodnik. Piazza rzeczywiście pełna straganów i kupiłam tam pamiątki dla wnucząt 🤣 Ja byłam wtedy na wycieczce po krajach niemieckojęzycznych i gdy zajechaliśmy do Werony to mieliśmy przewodnika włoskiego, który mówił po niemiecku, a pilotka tłumaczyła. Szybko odłączyłam się od grupy i sama sobie chodziłam z koleżanką. A z tą Julią to lekka przesada, takie tam tłumy.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ciekawa jestem co jej kupiłaś, bo chyba nie naczynko:) Jako poliglotka miałaś ten komfort, że nie musiałaś chodzić za parasolką przewodnika, choć facet to raczej nie nosi parasolki :)
    Dom Julii jest oblegany jak największa atrakcja miejska, bo też zdecydowana większość turystów nie będzie ci opowiadać, że była na przykład w Bazylice San Zeno Maggiore - fantastycznej romańskiej świątyni, czy w galerii sztuki w Palazzo Maffei, a właśnie pochwali się wizytą na dziedzińcu czy na balkonie. Swoją drogą sympatycznie jest podróżować szlakiem literackich bohaterów, choć mam obawy, czy choć połowa z tych pragnących uwiecznić się na balkonie przeczytała dzieło Wiliama.

    OdpowiedzUsuń
  9. Kupiłam dla wnucząt na pewno ołówki w kolorze włoskiej flagi i na końcu z główką Pinokia, magnesy z domem Julii jednak, bo najbardziej się to kojarzy, podkładki na myszkę, zawsze też kupuje takie ściereczki-obrusiki. To mój standard zakupowy. 😃 a koleżanką poszłyśmy na lunch naprzeciwko Areny i robiłyśmy sobie zdjęcia z aperolem. a Przypomniało mi się że jeszcze kupiłam limoncelle, ale chyba nie na tym placu tylko gdzieś po drodze do restauracji w normalnym sklepie.
    Byłyśmy jeszcze wtedy w Sirmione/ czy ja dobrze pamiętam nazwę?/ nad jeziorem Garda. Tam było bardzo wakacyjnie.👏👍

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).