poniedziałek, 26 marca 2012

Wpis, którego nie będziecie czytać, czyli Les Mis po raz trzeci

Wiem, że niewiele osób podziela moje muzyczne zainteresowania, wiem, że jak tylko przeczytacie, że piszę znowu o musicalu, w dodatku, znowu o tym samym musicalu, nawet nie zaczniecie czytać. Nic nie szkodzi. Napiszę z czysto grafomańskiej potrzeby opisania swych wrażeń, aby za jakiś czas do wpisu powrócić i poczuć choć cząstkę tej radości, jaka była moim udziałem. 
Wybrałam się po raz trzeci i chyba niestety ostatni. Jak to okrutnie i smutno zarazem brzmi, żal ściska serce na myśl, że nie zobaczę już więcej, że nie przeżyję, nie będę współuczestniczyć.
Kiedy decydowałam się na kolejny - trzeci raz nie miałam świadomości bliskiego pożegnania z tytułem (12 maja). Wybrałam się, aby zabrać na spektakl moje dwie matki (chrzestną i rodzoną), ponieważ obie lubią musicale. 
Gdybym miała zabrać na bezludną wyspę jedną, jedyną rzecz, to wybaczcie wszyscy maniacy czytania, ale ja wybrałabym mój ukochany musical. Mogę go słuchać na okrągło. Wiem, że to dla was rzecz zupełnie niezrozumiała, ale ja mogę napisać tylko, że żal mi wszystkich osób, które nie mogą poczuć takich emocji.
Wybrałam się po raz trzeci i niepokoiłam się trochę, czy spektakl spełni oczekiwania moich gości. Wybrałam się po raz trzeci i zastanawiałam się, czy i mnie zachwyci ponownie (potrójnie???). Nie wiem, czy to wymiar „ostateczności”, czy szczególny nastrój sobotniego spektaklu spowodował, że ten trzeci raz był niezapomniany. Kim mam być (Janusz Kruciński - partia Jana Valjeana)
Od pierwszego akordu wpadłam w pewien rodzaj transu, który powodował, że siedziałam na wdechu, do przerwy nie poruszyłam się ani razu, a bywalcy wiedzą, jak niewygodne są krzesełka Romy. Dałam się porwać muzyce na tyle, że ja już nie tylko siedziałam na widowni, byłam na scenie, za kulisami, w XIX wiecznej Francji, stałam się muzyką, słowem i dźwiękiem. Dałam się też porwać fabule, którą przecież znam już na pamięć. I nadal wzruszała mnie ciężka dola bohaterów, rozśmieszały gagi Tenardierów i żarty kolegów z zakochanego Mariusa, wzburzała nędza biedoty, sympatyzowałam ze studenckim zrywem i połykałam łzy na zakończenie. 
No i znowu podkochiwałam się w głosie Łukasza, vel inspektora Javerta. Teatr Roma moim zdaniem ma szczęście do utalentowanych piosenkarzy-aktorów. A ja ponownie miałam ogromną przyjemność słuchać i oglądać Janusza Krucińskiego (Jan Valjeana), Edyty Krzemień (Fantine), Ewy Lachowicz (Eponine), no i ….tu -uwaga- fanfary … Łukasza Dziedzica (Javerta). Łukasz w pieśni Samobójstwo Javerta
Ponadto okazało się, iż jedna z moich matek oszalała uwielbieniem dla musicalu, tym szaleństwem, które i mnie nie jest obce. Jak to miło sprawiać radość innym i rozbudzać ich pasje. A wiem, że tego rodzaju emocje są nieporównywalne z czymkolwiek innym. Ja to nazywam może troszkę nazbyt egzaltowanie i patetycznie - zobaczyć taki musical i czegóż trzeba więcej. A kiedy wychodzi się z teatru i chciałoby się zaraz natychmiast wrócić doń z powrotem, kiedy wracając do hotelu chce się nadal słuchać muzyki z przedstawienia, to wybacz Panie, ale to jest mój RAJ.
Ponadto, co niezwykle cieszy; widownia doceniła spektakl, reagowała żywiołowo, często nagradzała brawami, a na koniec owacje na stojąco towarzyszyły aktorom już od pierwszych ukłonów. Często zdarza się bowiem, iż widownia, jakby ołów miała w siedzeniu i zanim zwłoki swoje podniesie, to mija dobrych kilka minut. 
W Romie bywam (jak na Gdańszczankę) dość często i muszę przyznać, iż to był dopiero drugi raz, kiedy poczułam, że widownia została uwiedziona przez aktorów, nie wiem, jak to nazwać, ale odniosłam wrażenie, że zaiskrzyło między sceną a widownią. Dotychczsas to ja byłam uwodzona i dziwiłam się, jak inni mogą tego nie odczuwać. 
Może ktoś powie, że były koszmarne kolejki do damskiej toalety, że krzesła powodowały cierpnięcie nie tylko nóg, że był tłok do szatni, że było duszno, suche powietrze – i będzie miał rację, to wszystko prawda, ale jakie to ma znaczenie. Kiedy ja chciałabym jeszcze jeden taki dzień przeżyć, chociaż jeden Jeszcze dzień (pieśń na finał I aktu)

16 komentarzy:

  1. Przeczytałam ;-P
    Podziwiam Twoją pasję.
    Pozdrawiam wiosennie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również ślę wiosenne pozdrowienia i życzę pasji o podobnej sile natężenia, bo daje to potężnego kopa:) i uskrzydla. Pięknie pisze o tym Daniel poniżej

      Usuń
  2. Jesteś niesamowita, Gosiu. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bogusiu, gdyby dziś ktoś mi powiedział, masz tu bilet na samolot- jutro jest przedstawienie- poleciałabym bez wahania, tyle, że już bez jednej z mam :)

      Usuń
  3. Oczywiście, że przeczytałam! I powiem Ci, że ja bym bardzo chciała przejawiać do czegoś takie zamiłowanie, jak Ty do tego musicalu :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ono u mnie w takim natężeniu objawiło się parę lat temu. Wcześniej też lubiłam musicale, ale wydawało mi się, że jak już obejrzałam kilka razy (napisałam, że Nędzników oglądałam trzeci raz, a to nie prawda, bo teraz przypomniałam sobie, że oglądałam w Gdyni kilkanaście lat temu kilka razy wydaje mi się, że ze cztery :)) to jakoś nie wypada więcej... hmmm dziwna byłam, teraz z wiekiem wzrosła odwaga wyrażania uczuc. Dlatego może i Ciebie coś tak uwiedzie.

      Usuń
  4. Gosiu, przeczytałam i jestem pod wrażeniem takiej pięknej pasji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moniko i vive versa- twoje podróżnicze zamiłowanie dorównuje chyba mojemu musicalowemu :)

      Usuń
  5. Mieć pasję jest ważniejsze, niż to co ją wzbudza pod warunkiem, że pasja wzbogaca i uwzniośla, zamiast niszczyć. Trzy razy, pięć razy, dziesięć razy, znam takich co widzieli jeden musical 350 razy i wciąż doznają tej emocji, która zostawia w nich piękny ślad. W sztuce, bez względu na to czy jest ona wysoka, średnia czy masowa czy jeszcze inna chodzi o to samo - dać człowiekowi coś, co pozwoli mu poczuć się lepiej. Pokazać kawałek jego samego, by czuł, że jego świat wewnętrzny też ma swoje odbicie. Skoro twarz potrzebuje odbicia w lustrze, by mieć pewność, że istnieje, to i wnętrze potrzebuje wiedzieć, że żyje... Jedynie w sztuce nasze wnętrze może odbijać się najtrafniej...
    (No, czasem jeszcze w gabinecie psychologa tak się dzieje, co też służy lepszej jakości życia i przeżycia):-) :-)
    Oczywiście, że między wierszami Małgosiu - taka skaza zawodowa :-)
    gratuluję udanego weekendu :-)
    serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Danielu dziękuję za profesjonalny komentarz. Tak właśnie to odczuwałam, choć nie umiałabym tego opisać słowami. Dlatego tak bardzo cieszy mnie, kiedy spotykam podobnych pasjonatów, wtedy czuję pewien rodzaj więzi, to odbicie naszego wewnętrznego świata, tego specyficznego rodzaju wrażliwości, u jednych na muzykę, u innych na książki, jeszcze u innych na architekturę, a najogólniej mówiąc na sztukę. Dla mnie udział w tego rodzaju spektaklu to też rodzaj katarsis dla tego co odczytałeś między wierszami. Niezły jesteś. Może jakieś wirtualne sesje terapeutyczne?

      Usuń
  6. Ja też przeczytałam :) Kocham musicale, uwielbiam "Nędzników" i koniecznie muszę kiedyś zobaczyć. Jak tylko będę miała szansę, lecę pierwsza po bilety!

    OdpowiedzUsuń
  7. Cieszę się bardzo, że ujawniasz swe musicalowe fascynacje :) Ja również uwielbiam Nędzników. Jeśli lubisz musicale to zapraszam do zakładki musicalowej, gdzie opisuję swoje musicalowe spotkania. Nędzników w Warszawie niedługo kończą grac, ale może w innych miastach wystawią. Polecam Londyn :) choc to doznanie jeszcze przede mną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, Londyn na razie zdecydowanie poza moim zasięgiem :) I Warszawa niestety też. Nawet do Gdyni ciężko się wybrać, bo synek jeszcze malutki i nie potrafię go na 3 czy 4 godziny zostawić. Ledwo odkryłam teatr muzyczny i już musiałam przerwę sobie zrobić :( I widziałam na razie tylko "Skrzypka na dachu", "Francesco" i "Piękną i Bestię" (trzeba trzymać poziom :p). Ale co tam, jeszcze będzie czas nadrobić.

      Usuń
  8. Ja odnoszę wrażenie, że czasami dalej mi do Gdyni niż do Warszawy - w sensie repertuarowym. Chciałabym jednak obejrzeć Shreka z powodu li tylko Łukasza D. Malutki synek stanowi na pewno rekompensatę za wszystkie nieobejrzane spektakle. A może jeszcze kiedyś do Gdyni zawitają Nędznicy. Wszak historia lubi się powtarzać- oglądałam Skrzypka na dachu lata temu i oglądałam niedawno, oglądałam Jezus Christ Super star lata temu z Piekarczykiem (lider TSA) i Małgorzatą Ostrowską w rolach głównych i oglądałam kilka lat temu z Damianem Aleksandrem w roli Jezusa, może i Nędznicy powrócą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że wrócą, bo wtedy na głowie stanę, żeby pójść!

      Oczywiście, że synek jest wspaniałą rekompensatą :D

      Usuń
  9. A może i synek już dorośnie na tyle, aby ci towarzyszyć. Ostatnio byłam na Skrzypku z synkiem mojej koleżanki (miał wówczas około sześciu lat i wykazywał żywe zainteresowanie, momentami nawet za żywe:)pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).