Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herbert Zbigniew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herbert Zbigniew. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 grudnia 2018

Siena po raz pierwszy



Ilekroć pada pytanie, co powinno się zobaczyć w nowym miejscu przypomina mi się cytowany już wcześniej fragment Barbarzyńcy w ogrodzie Herberta. Jeśli kogoś bogowie uchronili od wycieczek, jeśli ma za mało pieniędzy lub za dużo charakteru, aby wynająć się przewodnikom, pierwsze godziny w nowym mieście należy poświęcić na łażenie wg zasady prosto, potem trzecia w lewo, znów prosto i trzecia w prawo. Można też jak sierpem rzucił. Systemów jest wiele i wszystkie dobre. Uliczka, którą idę, jest wąska, bystro spada, potem pnie się w górę, kamienny przeskok, chwila równowagi i znów ostry spadek. Łażę przeszło pół godziny i jeszcze nie natrafiłem na żaden zabytek. (str.71 Barbarzyńcy w ogrodzie. Wydawnictwo czytelnik rok 1964).
Bezwiednie skorzystałam z tej rady, kiedy wysiadając z pociągu w Sienie postanowiłam zrobić sobie mały spacer, aby dotrzeć do celu pielgrzymki – Il Duomo. Szłam blisko godzinę, meandrując uliczkami bez poboczy, aby po wspięciu się stromą - jak lizbońskie – uliczką trafić w końcu na architekturę noszącą ślady wieków średnich. Upał, zmęczenie, brak tchu, wszystko to znikło, jak tylko znalazłam się na szczycie. Gdyby ktoś mnie zapytał, co należałoby obejrzeć w Sienie nie umiałabym doradzić. Mnie przyzywała Katedra, której opisy czytałam choćby u Herberta czy Muratowa. (ale nie tylko. Tak wielu bardziej i mniej znanych podróżników wyrażało swój podziw dla tej gotyckiej świątyni, że pobudziło to ciekawość i stało się niespełnionym przez lata pragnieniem).
 Dodatkowym wabikiem było nazwisko Buonarrotiego. Zupełnie umknął mi z pamięci fakt, iż w pierwszych latach XVI wieku, kiedy rzeźbił Dawida raz Madonnę Brugijską ciążyło na nim zamówienie od kardynała Giovanni Piccolominiego (protektora artystów i uczonych). Dwanaście posągów apostołów dla sieneńskiej katedry. To mało intratne zamówienie załatwił mu Jacopo Galli. Irving Stone podaje w Udręce i ekstazie, iż początkowo miało to być piętnaście małych figurek kompletnie ubranych dostosowanych do nisz
Ambona Pisano
ołtarza, który wykonał Andrea Bregno. W 1503 r. wuj kardynała Francesco został papieżem, co oznacza, iż trudno było z kontraktu się nie wywiązać. Ten ołtarz nagrobny stanie się przekleństwem Michała Anioła na długie lata. Jeszcze zanim przyjdzie mu walczyć z Juliuszem II i jego krewnymi z powodu nieukończenia kaplicy nagrobnej papieża – wojownika będzie zmagał się z krewnymi z rodu Piccolominich.
Finalnie wyrzeźbił cztery postacie (świętych Piotra i Pawła oraz Grzegorza i Piusa). Może nie są to arcydzieła, ale moich zdaniem całkiem niezłe rzeźby. Zresztą, czy z rąk takiego geniusza mogło powstać coś niegodnego mistrza.
I choć dla mnie ten ołtarz już sam w sobie byłby wystarczającą zachętą do odwiedzenia katedry, to większość pielgrzymujących tutaj podróżników przybywa tu z zupełnie innego powodu.
Tym, co zwróciło moją uwagę, zaraz po wejściu, były kolumny z biało – czarnego marmuru. Sprawiały wrażenie znajomych, majaczyły w pamięci choćby pasiaste fasady marsylskiej katedry La Major, choć tamte oprócz bieli i czerni miały jeszcze pasy zielone. Te wyróżniały się majestatem i dostojeństwem, dwie podstawowe barwy dawały wrażenie elegancji i prostoty zarazem. I jak wspaniale konweniowały z otoczeniem, w tym przypadku przecudnej urody mozaikową posadzką czy niezwykle barwnymi freskami na ścianie ołtarzowej oraz przy wejściu do biblioteki Piccolominich. 

Mozaikowa posadzka

Mozaikowe arcydzieło na podłodze przedstawiające kilkadziesiąt obrazów scen biblijnych wykonane zostało przez liczne grono sieneńskich artystów. Artyści sieneńscy pracowali tu przez dwa stulecia […] w tego rodzaju pracy nie mogło być ani wspólnego zadania, ani jakiegoś ściśle określonego z góry planu, lecz mimo to osiągnięto tu zdumiewającą jednolitość. Taką jednolitość można było uzyskać tylko w Sienie, stanowiącej nigdzie więcej niespotykany przykład wierności tradycjom artystycznym. […] Chociaż nad tą posadzką pracowali niemal wszyscy wybitniejsi artyści Sieny, w znacznej mierze jest to jednak dzieło mniejszych mistrzów i zwykłych rzemieślników. (str. 62-63 Muratow Obrazy Włoch. Toskania i Umbria Zeszyty Literackie rok wydania 2010).
Spędziłam w tej świątyni mnóstwo czasu, ale nie mogło być inaczej. Każda wyczarowana na posadzce scenka to była odrębna całość, każda domagała się uwagi. I znowu mistrzostwo prostoty, przewaga bieli, czerni i barwy ceglanej daje efekt niezwykle ciekawej grafiki.
O ile posągi Michała Anioła po raz kolejny wzbogaciły moje prywatne zbiory Florentyńczyka, o tyle rzeźby Berniniego w Kaplicy Madonny del Voto skradły moje serce. Wydawało mi się, iż Św. Hieronim (najbardziej rozpowszechniony wizerunek ascety wszech czasów) i barok to dwa odległe od siebie bieguny, tymczasem okazuje się, iż można przedstawić postać tego świętego w bogato zdobionej scenerii nie odzierając jej z dostojeństwa i nie pozbawiając skromności. Jest ten Hieronim bogaty swoim ubóstwem, a skromna szata wydaje się królewskim odzieniem. Maria Magdalena przypomina mi La Veritę z rzymskiej Galerii Borghesse. Czyżby to miało oznaczać, że nawrócona
jawnogrzesznica to synonim prawdy. Nie, to zapewne tylko moje skojarzenie. Większość zwiedzających przyciąga dzieło Nicoli Pisano – Ambona. Bedeckerowy przewodnik po Sienie Bonechi poświęca jej zdecydowanie najwięcej miejsca spośród wystroju wnętrza Katedry. I nie ma w tym nic dziwnego, gdyż ambona prezentuje się niezwykle okazale. Marmurowa, ośmioboczna przestrzeń wsparta na kolumnach częściowo podtrzymywanych przez lwy z główną kolumną okoloną personifikacją sztuk sprawia wrażenie teatralnej dekoracji. A pamiętajmy, powstała w XIII wieku. O baroku nie śniło się jeszcze tamtejszym filozofom. Pisano wykazał się dużym nowatorstwem. Okalające ją postacie ze scen Sądu Ostatecznego, Ukrzyżowania czy Ucieczki do Egiptu wykazują się dużą ekspresją jak na owe czasy. Sama ambona sprawia wrażenie pięknie udekorowanego baldachimu, z tym, że tutaj to jego czasza służy do wygłaszania kazań, a nie jest osłoną znajdujących się poniżej ludzi.
 
 Przyznam się, iż gdyby wstęp do Biblioteki Piccolominich był dodatkowo płatny (wejście do Katedry jest płatne i wymaga dość długiego czekania w kolejce po bilety) myślę, że zrezygnowałabym z tej atrakcji. Ale nie był. Wiedząc, iż wnętrze salki zwanej biblioteką zdobią freski Pinturicchia, będącego nadwornym malarzem rodziny Borgiów, nie mogłam wykrzesać w sobie zainteresowania Biblioteką. Moje historyczne sympatie i antypatie chadzają dziwnymi ścieżkami. Otóż, o ile sama rodzina Borgiów budzi ciekawość, o tyle już praca dla nich degraduje w moich oczach artystę. Do dziś nie rozumiem, jak Leonardo mógł szukać zleceń u Cezara Borgii. Freski zdobiące wnętrze Biblioteki nie są oceniane zbyt wysoko wśród znawców; Muratow pisze, iż jaskrawe barwy sprawiają przykre wrażenie, a zwłaszcza nie wywołują w nas uczucia uroczystej wzniosłości – na którym- jak się zdaje zależało malarzowi. Mimo tych jaskrawych barw, nadmiaru złota i naturalnego, ze względu na temat przepychu Pinturicchio pozostaje tu bladym i przeciętnym prowincjuszem (str.62 Obrazy Włoch. Toskania i Umbria). 


Nie mniej jednak w tym dostojnym otoczeniu te bajecznie kolorowe freski, pełne pasteli, pogody i złota przypominające wczesnorenesansowe prace sprawiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Było to takie przełamanie dostojeństwa i elegancji świątyni pogodnym akcentem. Zapewne nie taki cel przyświecał malarzowi, ale mnie się spodobało. Mam słabość do tych niezwykle kolorowych scen biblijnych będących ilustracją dworskiego życia zlecających pracę patronów. Moją uwagę przykuł wzrok patrzącego na widza, odwróconego lekkim skrętem tułowia ku widowni, młodzieńca na koniu. Czy to autoportret samego Pinturicchia, jeśli tak to ujął sobie sporo lat. Nie da się zaprzeczyć, że jest jakiś magnetyzm w tym spojrzeniu. Powyższy wpis to tylko parę wrażeń z wizyty w Świątyni Najświętszej Marii Panny w Sienie. Nie wspomniałam o wyglądzie zewnętrznym Katedry, o posągach, rzeźbach, zdobieniach, popiersiach papieży, cesarzy, o architektach i budowniczych, absydzie, sklepieniu, kaplicach, o datach i cyfrach. Opisałam to, co zrobiło na mnie największe wrażenie i co chciałabym ocalić w pamięci. Zupełnie, jak pan Adam Szczuciński, których w swych włoskich miniaturach poświęca Sienie niecałe dwie stroniczki, a o katedrze pisze:
W niedokończonej katedrze podziwiałem piękną Eleonorę Portugalską na fresku Pinturicchia. Na posadzce kościoła sceny z Biblii, sybille. Rzeź niewiniątek przywodziła mi na myśl lekcje łaciny. (str. 48 Włoskie miniatury Adam Szczuciński. Zeszyty Literackie, rok wydania 2008).
A nawiązując do tytułu wpisu chcę wierzyć, iż dane mi będzie wrócić do Sieny, aby poznać też inne jej oblicze.

niedziela, 26 czerwca 2016

Krajobraz zimowy z łyżwiarzami Avercamp – czyli coś dla ochłody na upalny dzień

                                                              obraz w większej rozdzielczości 
Avercampa poznałam dzięki Mistrzowi z Delf Herberta. Podczas wizyty w Rijksmuseum w Amsterdamie podziwiałam obrazy przedstawiające martwą naturę, oglądałam rubaszne scenki rodzajowe Pietera de Hoocha czy Jana Steena, kontemplowałam dzieła Rembrandta van Rijn (z Nocną strażą na czele), chłonęłam obrazy Vermeera, ale tym, którego zakupiłam reprodukcję był właśnie Avercamp, a ściślej jego Krajobraz zimowy z łyżwiarzami. Dlaczego? Ponieważ nie stawia on patrzącemu żadnych wymagań, nie zmusza do analiz, nie wymaga znajomości techniki, zasad perspektywy geometrycznej, logiki zaludniania przestrzeni, a stanowi prostą afirmację życia. Pozwala na czystą przyjemność obserwacji całej rzeszy ludzkich postaci i ich zachowań. Na zamarzniętej tafli lodu spotykają się młodzi i starzy, biedni i bogaci, nie brak tu także zwierząt. Ludzie się ślizgają, bawią, rozmawiają, są przewożeni na saniach, łodziach, płozach, bądź wykonują codzienne zajęcia. Patrząc na obraz nie dopadają patrzącego żadne egzystencjalne lęki.
fragment obrazu
Avercamp nie snuje refleksji nad przemijalnością życia, on podziwia jego trwanie. Jego obrazy odwołują się do dziecięcej radości życia, są połączeniem tego co zwyczajne, codzienne z tym co bajkowe, są powrotem do krainy przeszłości, kiedy to życie zdaje się jednym wielkim placem zabaw. I choć to może wydawać się naiwne, większość z nas z radością przeniosłaby się do krainy dzieciństwa, kiedy największą troską była obawa, czy jutro spadnie śnieg, a mama puści na sanki. Znajdująca się w głębi  budowla wygląda niczym pałac z lodowych tafli, a przylegająca do niej z ośnieżonym dachem przypomina ciasto z lukrową polewą. Realizmu dodają znajdujący się na pierwszym planie kamienny, brązowy dom, okrągły budynek browaru o barwie bursztynu oraz szmaragdowy gmach kościoła. Kolory użyte przez artystę przypominają kolory kamieni szlachetnych, a formy ich przejrzystość. Mimo, iż obraz przedstawia pejzaż zimowy i przeważają tu różne odcienie bieli, to nie brakuje wyrazistych kolorów. Obraz aż tętni życiem. Oprócz estetycznej przyjemności z patrzenia można popuścić wodze wyobraźni, tyleż tu epizodów malarskich, wystarczy wybrać jeden i dopisać doń całą historię; o grupce zamożnych obywatelu, którzy debatują nad przyjęciem w ratuszu, o zamożnej acz wiekowej starszej damie, która wybrała się z córką i wnuczką na przejażdżkę łódką/saniami pod lodzie, o odbywającej schadzkę parze kochanków, czy o kobiecie w chustce na głowie wracającej z koszem wiktuałów z rynku.
fragment obrazu
Herbert o malarstwie Holendra pisze; Kolor Avercapma jest zawsze ścisły, zdefiniowany, jasno określony, dźwięczny, substancjonalny, twardy i świetlisty zarazem jak kość słoniowa, szlachetne kamienie, barwne opalizujące szkła. Powierzchnia płócien jest pstra, ale ta kolorystyczna swoboda i rozrzutność palety, a także nagromadzenie szczegółów nie niszczą jedności nastroju i tonu. Po czym zastanawia się Jak to jest, że te obrazy, kipiące od niepohamowanej narracji, w których panuje beztroski nieład rzeczy, są dla naszych oczu jednorodne, wewnętrznie spójne, harmonijne, chociaż wymykają się wszelkim geometrycznym schematom. Str. 46 Mistrza z Delf Wydawnictwo Zeszyty literackie, rok 2008)
I co by nie mówić (tu pozwolę sobie na małą metaforę) patrzenie na ten krajobraz jest jak szklanka zimnej wody podczas upalnego dnia. 
I powtórzę cytowany już na blogu fragment z Mistrza z Delf Avercamp przyjmuje, że świat jest dobry i godny zamieszkania, jego małe postacie na tle rozległej panoramy oddane są z czułą dokładnością miniaturzysty, bez cienia sarkazmu czy ironii. Obca mu jest medytacja wielkiego Flamanda [Bruegla] nad przemijaniem, obojętnością przyrody, znikomością egzystencji. I w tej zgodzie na to, co istnieje, w naiwnej, spontanicznej akceptacji rzeczywistości jest Avecamp arcyholenderski. (str.45)
fragment obrazu
Obraz namalowany przez Hendrcka Avercampa w 1608 roku na płótnie o wymiarach 77,3 cm na 131,9 cm znajduje się w Rijksmuseum w Amsterdamie. 

Jeden z komentarzy przypomniał mi, iż pisząc o tym obrazie myślałam też o tekście utworu Brela Flamandowie, który pięknie śpiewa Michał Bajor.
Flamandowie tańczą milcząc wciąż
Przy niedzieli tańczą Flamandowie
Nie pogadasz z nimi w tańcu, bo
Flamandowie nierozmowni są
Tańczą, bo dwadzieścia mają lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że miast o staropanieństwo drżeć
Trzeba za mąż iść i dzieci mieć
Tak rodzice przykazali im
Belfer w szkole i na mszy w klasztorze
Ojciec przeor przez kadzideł dym
Tak nauczał i dlatego może 
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Obcy jest im w tańcu słodki dreszcz
Gdy w niedzielę tańczą Flamandowie
Gdy Flamandów trochę znasz, to wiesz
Obcy jest im jakikolwiek dreszcz
Tańczą, gdy trzydzieści mają lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że ich życie swój osiąga cel
Rosną dzieci i na piwko chmiel
Ich rodzice z dumy puchną aż
Belfer w szkole i na mszy w klasztorze
Ojciec przeor rozjaśniwszy twarz
Puchnie z dumy i dlatego może 
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Tańczą przy niedzieli milcząc wciąż 
Bez uśmiechu tańczą Flamandowie
Bo kto zna ich, co tu kryć
Nie do śmiechu jest Flamandem być
Tańczą mając siedemdziesiąt lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że ich życie osiągnęło cel
Rosną wnuki i na piwko chmiel
Cali w czerni jak rodzice ich 
Belfer w szkole i jak mnich w klasztorze
Do podziału w testamentach swych
Mają sporo i dlatego może 
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Flamandowie tańczą milcząc wciąż
Przy niedzieli tańczą Flamandowie
Mają twarze bez kropelki krwi
Kto ich zna ten rację przyzna mi
Tańczą, bo skończyli już sto lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że się ma prawnuki że ho ho
I że nóżki jeszcze żwawe są
W tańcu płyną do rodziców swych 
I do belfra, co ich beształ w szatni
Do przeora, co rozgrzeszał ich
Płyną, gdy już może raz ostatni
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak



poniedziałek, 4 stycznia 2016

Labirynt nad morzem Zbigniew Herbert

ruiny zamku w Knossos i nieautentyczne decorum
















Labirynt nad morzem to zbiór esejów, w których autor próbuje opisać/ uchwycić wrażenia z podróży do kolebki cywilizacji - podróży po Grecji. 
W Mistrzu z Delf autor nawiązując do podroży do Grecji napisał:
Wstałem późno, wsiadłem do nieodpowiedniego trolejbusu. Wylądowałem wreszcie na Akropolu, spocząłem na stopniach Partenonu, polazłem spojrzeniem po znanych mi budowlach i nic. Żadnego zachwytu, żadnego olśnienia ani nawet tej prostej satysfakcji, którą ma kupiec z Hamburga czy sekretarka z Bufalo - jestem tutaj. Jestem tutaj, ale mógłbym by równie dobrze gdzie indziej, w nic nie znaczącym miejscu. Zrezygnowany wlokę się do muzeum do moich kor i znowu nic. Widzę, ale nie czuję…

I choć nie ma ten cytat wiele wspólnego z wrażeniami autora z podróży po Grecji (mógł dotyczyć każdej innej) wydał mi się bardzo trafny; na wszystko musi przyjść właściwy czas, bo jeśli nań nie trafimy, to nawet najpiękniejsze doznania nie będą miały do nas dostępu.
W rozdziale pierwszym Labiryntu nad morzem padają podobne (do cytowanych wyżej) słowa.
Zawsze chciałem kochać, uwielbiać, padać na kolana i bić czołem przed wielkością, mimo, że nas przerasta i poraża, bo jaka byłaby to wielkość, gdyby nie przerastała i nie porażała. 
I co i nic. Bez wzruszenia i bez sympatii ….
Tym razem dotyczą one zbiorów Muzeum w Heraklionie. 
Jakże to Herbertowe, jakże to moje własne; odnaleźć tę wielkość, to piękno, jakiego szukamy we wszystkich zakątkach świata, odnaleźć i poczuć to wzruszenie, które ściska za gardło i sprawi, że oczy się spocą. 

Przez pierwszy – tytułowy esej było mi najciężej przebrnąć.

Knossos-pitony czy sarkofagi?
Z jednej strony zachwyca erudycją, misternym połączeniem historii z mitem, baśni z wiedzą archeologów, zachwytu z rozczarowaniem, a z drugiej przytłacza ilością historycznych informacji. Jest bardzo techniczny, naukowy, pełen detali. Co właściwie jest tyleż wadą co jego zaletą. A jednak może nieco nużyć. Zabrakło mi tu tak charakterystycznej dla Mistrza z Delf czy Martwej natury z wędzidłem prostoty. Sporo tu danych na temat Evansa (odkrywcy pałacu w Knossos), rozważań na temat wzajemnego wpływu cywilizacji minojskiej na grecką i odwrotnie, prób umiejscowienia w czasie ważnych wydarzeń historycznych, stawianie własnych tez, przywoływanie mitów, badanie związku zatopienia Atlantydy z upadkiem cywilizacji minojskiej, czy wreszcie pokłon złożony społeczności ludzi pędzących zwyczajne, uporządkowane i pozbawione wojen życie. I ogromny smutek wypływający z faktu przemijania.

Z całego zbioru najbardziej przemówiły do mnie eseje Duszyczka oraz Akropol. 
W pierwszym rozważa Herbert zdefiniowane przez Freuda poczucie winy towarzyszące każdemu podróżnikowi-odkrywcy. W drugim opisuje drogę, jaką przebyli on i Akropol, aby ich szlaki się przecięły. 
Freud tłumaczył poczucie winy wyrzutami sumienia względem najbliższych, którym nie dane było oglądać pięknych przedmiotów. 
Herbert stojąc na Akropolu "przywoływał dusze poległych kolegów, użalał się nad ich losem, …. i współczuł, że odebrana im została niewyczerpana wspaniałość świata”.

Nad zaginioną Atlantydą?
A skoro został wybrany na tego, któremu dane było zobaczyć postanowił sprostać wyborowi i ...zapomnieć o sobie, wysilić całą swoją wrażliwość i zdolność rozumienia, aby Akropol, katedry, Mona Lisa powtórzyły się w nim, na miarę oczywiście jego ograniczonego umysłu i serca. I żeby to, co z nich pojął, potrafił przekazać innym.

A kiedy jest znalazł się pod Akropolem (tą wymarzoną Arkadią) radość (i podziw) miesza się z litością. Litość nad Akropolem, którego nie oszczędziła historia; przechodzącym z rąk do rąk kolejnych okupantów, pełniącym role świątyni różnych wyznań, dworu, koszar czy haremu. Litość nad jego kruchością, pomimo wielkości. I radość, że „udało się zdążyć” zanim on i autor podzielą los wszystkich tworów ludzkich na ziemi. 
Jest w tej książce duża dawka empatii dla minionych pokoleń, które znikły pozornie bez śladu; zostały podbite, albo unicestwione przez żywioły, ale pozostawiły po sobie sztukę. Jest tu refleksja, nad nami, dziś będącymi, jutro być może zapomnianymi. Po nich zostały ruiny pałaców, gliniane naczynia, rzeźby nagrobne, freski na ścianach. Co zostanie po nas? - taka myśl kołacze mi po głowie, kiedy kończę czytać Labirynt nad morzem
Ona i jeszcze taki smutek ogromny. 
Autor chciał opisać (ocalić) widoki, które dane było mu oglądać, czy mu się to udało - oceńcie sami. 
Żałuję, iż nie znałam książki zwiedzając Heraklion (ruiny zamku w Knossos), Mykeny, przylądek Sounion czy Ateny, wówczas
Grecja to przede wszystkim słońce
moje oglądanie byłoby pełniejsze, wzbogacone wiedzą. Poznałam je konfrontując z własnymi wyobrażeniami i oczekiwaniami. Dla mnie podróż po Grecji była raczej spotkaniem z dawnymi mieszkańcami tych ziem, nawet, jeśli to spotkanie odbywało się za pośrednictwem pozostawionego przez nich dziedzictwa. 

To spotkanie było radością. 
Może dziś, kiedy bagaż doświadczeń jest większy (inny) niż dziesięć lat temu i mnie ogarnąłby przede wszystkim smutek i zaduma nad przemijaniem. 
Jedno jest pewne, żaden nawet najdokładniejszy i najpiękniejszy opis nie odda tego, co można zobaczyć, poczuć czy dotknąć, nie odda barwy, zapachu, chropowatości kamienia. I o tym też pisze autor. 
Jeśli polecę do Grecji ponownie zabiorę ze sobą Labirynt nad morzem. Poprawka - Kiedy polecę do Grecji ponownie ...
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.
Niestety nie mogę zamieścić zdjęć z wycieczki po Grecji kontynentalnej (było to w czasie przed cyfrówką), więc jedynie Kreta.

wtorek, 3 grudnia 2013

Martwa natura z wędzidłem Zbigniew Herbert, czyli piękno zwykłych przedmiotów



I znowu nie po kolei, najpierw przeczytałam część II cyklu, czyli Barbarzyńcę w ogrodzie, potem Martwą naturę z wędzidłem – część III, a Labirynt nad morzem dopiero ku mnie zmierza. W moim prywatnym rankingu dzieł Herbertowskich na pierwszym miejscu znalazł się Mistrz z Delf.

Tym, co najbardziej cenię w literaturze jest połączenie prostoty przekazu, talentu twórcy z elementem uczuciowym. Lubię, jak czytanie nie tylko wzbogaca mnie w zasób wiedzy, ale też porusza emocjonalnie, a także kiedy książka jest odbiciem stanu duszy nie tylko piszącego, ale i po trochę odbiciem stanu mojej duszy, bowiem lubię się w niej przejrzeć, jak w zwierciadle.

Martwa natura z wędzidłem dała mi tę możliwość. Bohaterem tej książki jest Holandia i jej mieszkańcy w złotym okresie; z krajobrazem, sztuką, przywarami i charakterem zamieszkujących ją ludzi. Holandia to królestwo rzeczy; twardo stąpający po ziemi jej obywatele nie ulegali wielkim uniesieniom, patriotycznym zrywom, duchowym rozterkom, skupiali się na tu i teraz, a dla potwierdzenia swej realności otaczali się przedmiotami, a jakby im tego było mało życzyli sobie, aby przedmioty te utrwalać na płótnie. Stąd mnogość obrazów o tematyce tak prozaicznej jak patery z owocami, stoły pełne mięsiwa, wazony z kwiatami, krowy na łące, leśne pejzaże. Żadnych niedopowiedzeń, żadnej symboliki, wszystko wprost, wierne odbicie rzeczywistości. W Holandii obrazy były wszędzie.

Dzieła sztuki znajdowały się nie tylko w domach bogatych mieszczan, ale również w przeróżnych sklepach, lokalach, ba nawet w rzemieślniczych warsztatach, a także na ulicach i placach.[…] (Pewien podróżnik) widział na dorocznym jarmarku w Rotterdamie ogromną ilość obrazów. A przecież w innych krajach były to przedmioty zbytku, na jakie mogli sobie pozwolić tylko ludzie zamożni. […] Malarstwo w Holandii było wszechobecne. Wydaje się, że artyści starali się powiększyć widzialny świat swojej małej ojczyzny, pomnożyć rzeczywistość przez tysiące, dziesiątki tysięcy płócien, na których utrwalano wybrzeża morskie, rozlewiska, wydmy, kanały, rozległe horyzonty i widoki miast.

Herbert podziwia zdolności holenderskich artystów. Pisze o ich obrazach, iż „osoby, rzeczy, krajobrazy wydają się, jak żywe, nie tylko łudząco podobne, ależ tożsame z modelem. Ręka wyciąga się instynktownie, pragnąc wyzwolić z ram uśpione egzystencje. Dawni mistrzowie apelowali nie tylko do oka - ale budzili inne zmysły- smak, węch, dotyk, słuch nawet. Więc obcując z ich dziełami, odczuwamy najzupełniej fizycznie-kwaśny smak żelaza, zimną gładkość szkła, łaskotanie brzoskwini i welurów, łagodne ciepło glinianych dzbanów, suche oczy proroków, bukiet starych ksiąg, powiew nadciągającej burzy”. Kiedy to czytam nie wiem, czy to zaleta mistrzów palety, czy może Herberta, że mam przed oczami, że widzę i czuję opisywane przedmioty. Trzeba nie lada talentu i wrażliwości, aby pisząc o obrazach pisać tak namacalnie, tak malarsko, że nawet nie widząc dzieła można je zobaczyć, dotknąć ich struktury, poczuć zapach znajdujących się tam owoców czy kwiatów. I myślę, że to harmonijne połączenie obu tych umiejętności sprawia, że zwykłe przedmioty nabierają nowego blasku. Przedmioty namalowane i opisane potwierdzają istnienie tych, którym służyły. Zupełnie, jakby poprzez rzeczy utrwalona została ludzka egzystencja. Krótkie rozdziały poświęcone trzem mniej znanym malarzom (Van Goyen, Terborch, Torrentius) przedstawiają ich dzieła poprzez biografie, a te opisane są tak ciekawie, iż czytelnik zagłębia się w życie człowieka sprzed pięciu wieków niczym w opowieść o życiu kogoś bliskiego nie mogąc doczekać się końca lektury. Te życiorysy to mini scenariusze filmowe. Najciekawiej prezentuje się Torrentius (nazwany „Orfeuszem martwej natury” malarz, którego Martwa natura z wędzidłem posłużyła za tytuł książki); otoczony aurą tajemniczości i skandalu, urodziwy elegant i birbant, korzystał z życia garściami, w towarzystwie wesołej kompanii urządzał huczne i często nieobyczajne uczty, igrał z ogniem prowadząc niebezpieczne dysputy na tematy filozoficzno-religijne. Prawdopodobnie należał do różokrzyżowców. Niestety miał pecha, albo też padał ofiarą spisku, gdyż został oskarżony o bezbożność i naruszanie norm obyczajowych a także oddawanie się nielegalnym praktykom, co w do gruntu tolerancyjnej Holandii było nie do pojęcia. Po najbardziej mrocznym i dziwacznym postępowaniu sądowym, użyciu środków przymusu fizycznego (na które jakimś cudem był odporny) został skazany na dwadzieścia lat więzienia. Nie pomogła nawet interwencja namiestnika Holandii. Malarz został zwolniony dopiero dzięki wstawiennictwu króla Anglii Karola I, zwolniony pod warunkiem opłacenia kosztów procesu, natychmiastowego opuszczenia kraju i zapewnienia, iż nigdy nie wróci do Holandii. Malarz wyjeżdża do Anglii i po dwunastu latach ….. wraca do Holandii, gdzie zostaje poddany kolejnemu procesowi i torturom. Złamany umiera dwa lata po powrocie.
Zachwyca umiejętność opisywania w sposób arcyciekawy tematów, który nie wydają się być pasjonującymi. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę czytać i to czytać z zainteresowaniem rozdziały poświęcone warunkom naturalnym Holandii, historii, handlowi obrazami (źródłom utrzymania malarzy), czy szaleństwu, w jakie popadli ci tak rozsądni i rzeczowi ludzie, czyli tulipanomanii (holenderskiej grze hazardowej, w której stawką były z jednej strony cebulki nowych odmian kwiatów a z drugiej fortuna, powodzenie lub bankructwo) - nie uwierzyłabym.

To dzięki tej wiedzy, dzięki zrozumieniu świata, w jakim funkcjonowali mieszkańcy Holandii można zrozumieć ich stosunek do sztuki.

„[Wolność] była dla Holendrów czymś prostym, jak oddychanie, patrzenie, dotykanie przedmiotów. Nie trzeba jej było definiować ani upiększać. Dlatego w ich sztuce nie ma podziału na to, co wielkie i małe, ważne i nieistotne, podniosłe i pospolite.”


I tak, jak dla malarza ważne jest każde odwzorowanie rzeczywistości, tak dla Herberta ważne jest wszystko, czy to jednostkowy los entomologa, lichwiarza czy kupca bławatnego czy historia bitwy pod Lejdą. Wszystko ma takie samo znaczenie, bo wszystko świadczy o otaczającym jego bohaterów - świecie.

Dla przykładu o Martwej natrze z wędzidłem pisze Herbert:

… ma formę koła lekko spłaszczonego na „biegunach” i sprawia wrażenie nieznacznie wklęsłego zwierciadła. Za sprawą lustra przedmioty nabierają spotęgowanej, nabrzmiałej realności. Wyrwane z otoczenia, które mąci ich spokój, wiodą życie majestatyczne i samowolne. Nasze codzienne, praktyczne oko zamazuje kontury, dostrzega tylko mętne, splątane smugi światła. Malarstwo zaprasza do kontemplacji rzeczy wzgardzonych, jednostkowych, odbiera im banalną przypadkowość- i oto zwykły kielich znaczy więcej niż znaczy, jakby był suma wszystkich kielichów- esencją gatunku.

Poza kilkoma krótkimi formami zbiór zawiera dziesięć szkiców zwanych apokryfami. I choć każda z tych krótkich form jest równie ciekawa mnie spodobały się najbardziej Epilog i List.

W Epilogu Herbert przedstawia historię życia pewnego kupca bławatnego, sześćdziesiąt lat mieści się na kilku stronach. A sposób opisu, celny wybór właściwych fragmentów biografii, parę słów, którymi umiejętnie podkreśla cechy charakteru bohatera, sprawiają, że ten żyjący kilka wieków wcześniej obcy nam człowiek staje się kimś bliskim, zagłębiamy się w jego dzieje z oczekiwaniem na puentę, w przekonaniu, że przecież wszystko dzieje się w jakimś celu, że zaraz nastąpi spektakularny finał, zaskoczenie, tymczasem nie dzieje się nic, życie toczy się zgodnie ze zwykłą koleją dziejów, aż wypełni się do końca i aż „zasłonią wszystkie lustra w domu i odwrócą wszystkie obrazy do ścian, aby wizerunek dziewczyny czytającej list, okrętów na pełnym morzu, wieśniaków tańczących pod wysokim dębem nie zatrzymywał w drodze tego, który wędruje ku światom niewyobrażalnym.”  List przedstawia znaleziony w początku ubiegłego wieku pod okładką książki list, którego autorstwo przypisuje się Vermeerowi. Nie ma ostatecznych dowodów, nie można wykluczyć fałszerstwa, jednak poszlaki są bardzo przekonywujące. Jest to list malarza do przyjaciela, naukowca napisany pod wpływem dyskusji, jaką odbyli krótko wcześniej dotyczącej wyższości nauki nad sztuką.

„Pojąłem, co chciałeś (…) wyrazić, że my artyści utrwalamy pozory, życie cieni, kłamliwą powierzchnię świata, a nie mamy odwagi dotrzeć do istoty rzeczy. Jesteśmy by tak rzec, rzemieślnikami pracującymi w materii złudy, gdy Ty i Tobie podobni- jesteście mistrzami prawdy”

Po krócej opowiastce o chińskim cesarzu, który zabronił uprawiania sztuki, jako dziedziny bezużytecznej i nikomu niepotrzebnej, a wręcz szkodliwej oraz przedkładał naukę nad inne dziedziny życia, a starzejąc się zapragnął zostać unieśmiertelniony dzięki odkryciom naukowym, czego nie zdołali mu zapewnić hojnie wspomagani dotacjami naukowcy autor listu (Vermeer?) puentuje;

(...) obawiam się, że Ty i Tobie podobni wyruszacie na niebezpieczną wyprawę, która przynieść może ludzkości nie tylko korzyści, ale także wielkie niedające się naprawić szkody. Czy nie zauważyłeś, że im bardziej środki, narzędzia obserwacji doskonalą się, tym bardziej cele stają się odległe i nieuchwytne. Z każdym nowym odkryciem otwiera się nowa otchłań. Jesteśmy coraz bardziej samotni w tajemniczej pustce wszechświata. (….) Zarzucasz mi zapewne, że nasza sztuka nie rozwiązuje żadnej zagadki przyrody. Naszym zadaniem nie jest rozwiązywanie zagadek, ale uświadomienie ich sobie, pochylenie głowy przed nimi, a także przygotowanie oczu na nieustający zachwyt i zdziwienie. Jeśli jednak koniecznie zależy Tobie na wynalazkach, to powiem, że jestem dumny z tego, iż udało mi się zestawić pewien szczególnie intensywny rodzaj kobaltu ze świetlistą , cytrynową żółcią, jak również zanotować refleks światła, które pada przez grube szkło na szarą ścianę (…). Jeśli dobrze rozumiem moje zadanie, polega ono na godzeniu człowieka z otaczającą rzeczywistością, dlatego ja i moi cechowi bracia powtarzamy nieskończoną ilość razy niebo i obłoki, portrety miast i ludzi - cały ten kramarski kosmos, bo w nim czujemy się bezpieczni i szczęśliwi (…). Będziemy uprawiali nadal nasz archaiczny proceder, będziemy mówili światu słowa pojednania, mówili o radości z odnalezionej harmonii, o wiecznym pragnieniu odwzajemnionej miłości.”

Nie wiem, czy to rzeczywiście Vermeer był autorem listu, ale podpisuję się pod nim obiema rękoma, choć moja profesja nie ma nic wspólnego ze sztuką, to przecież uprawiam sztukę życia, w której szukam harmonii, piękna, ładu i poczucia bezpieczeństwa.

Herbert w Martwej naturze udowodnił po raz kolejny, że jest mistrzem słowa, magikiem, który potrafi coś zwykłego i prozaicznego przemienić w coś niezwykłego, w czym dorównuje holenderskim mistrzom pędzla.

Mam tylko jedną uwagę do wydanej przez Zeszyty Literackie pozycji – brak tłumaczenia cytatów z języków obcych.
Na plus wydawnictwu bardzo ładna okładka (reprodukcja obrazu Pantofle Samuela van Hoogstratena.

Moja ocena książki 5,5/6

piątek, 24 sierpnia 2012

Barbarzyńca w ogrodzie Zbigniew Herbert


Wydawnictwo Czytelnik 1964 r., 265 stron
Tylko takie miasta są coś warte, w których można się zgubić (str.101).

Po lekturze Mistrza z Delf moje oczekiwania w stosunku do prozy Herberta były wysokie. Myślę, że rozpoczęcie znajomości od książki, która oczarowała niesie ryzyko rozczarowania na przyszłość.
Barbarzyńca w ogrodzie to zbiór esejów o podróży marzeń, jaką odbył autor ponad pół wieku temu; podróży geograficznej po Francji i Włoszech i podróży historycznej po epokach i stylach. I znowu podobnie, jak w Mistrzu z Delf książkę cechuje duża różnorodność opowiadanych historii; wędrujemy z autorem od jaskini w Lascaux, poprzez ruiny w Paestrum, pola Arles, katedrę w Orvieto, muzea i świątynie w Sienie, Chartres aż do małych rozsianych wokół Paryża miasteczek, od czasów prehistorycznych, poprzez średniowiecze, renesans po współczesność. Z pozoru brakuje tu klucza, który spajałby opowiadane historie. Raz poznajemy historię odwiedzanego miejsca, innym razem szukamy świadków, którzy mogliby nam coś opowiedzieć o Van Goghu, za chwilę odwiedzamy gotycką katedrę, wysłuchujemy mowy obrończej w sprawie zakonu Templariuszy, aby zaraz zachwycać się obrazami ukochanego malarza (Piero della Francesca). A wszystko to przeplatane wizytami w jadłodajniach, degustacjami wina oraz obserwacją otoczenia.

Gdyby ktoś chciał potraktować Barbarzyńcę w ogrodzie, jak przewodnik będzie zawiedziony, bowiem Herbert nie wytycza szlaków zwiedzania, nie wskazuje, co trzeba obejrzeć, a co można sobie podarować, to przecież zależy od indywidualnych preferencji. Autor podkreśla, iż znajomość z miejscem powinno się rozpocząć od przysłowiowego pójścia tam, gdzie oczy/nogi poniosą, aby potem trafić do celu wędrówki.

Jeśli kogoś Bogowie uchronili od wycieczek, jeśli ma za mało pieniędzy lub za dużo charakteru, aby wynająć się przewodnikom, pierwsze godziny w nowym mieście należy poświecić na łażenie według zasady prosto, potem trzecia na lewo, znów prosto i trzecia w prawo (str. 71).

Wiele razy autor punktuje różnice pomiędzy włoskim, a francuskim podejściem do życia, kultury i sztuki, jak choćby w tak prozaicznej sprawie jak kulinaria.

Potrawa ta jak wiadomo (spagetti), podawana jest jako entree, stanowi więc wstęp do właściwego posiłku. Francuzi zaczynają od podniecających przystawek, Włosi postępują rozsądniej, zgodnie z naturą swojej wyśmienitej kuchni, która jest chłopska, solidna i pożywna. Filozofia gustu polega na tym, że naprzód należy zaspokoi głód,a potem dopiero myśleć o wrażeniach smakowych (str. 91).
Obok Maesta Duccia - obraz, który wywarł spore wrażenie na poecie źródło zdjęcia
Najbardziej podobał mi się rozdział "Kamień z katedry", w którym autor przy okazji wizyty w Chartres snuje rozważania dość nietypowe, rozważania dotyczące bardziej sfery materialnej, niż duchowej.
Może więc warto zamiast pisać o witrażach, które modulują światło i o tajemniczych chimerach, dumających nad otchłanią wieków, pomyśleć, jak ten kamień zawędrował tutaj w górę. A zatem o robotnikach-muratorach, kamieniarzach i architektach i nie o tym, co się działo w ich duszy, kiedy wznosili katedrę, ale jakich używali materiałów, narzędzi i sposobów, a także ile zarabiali. Zamiar skromny, jakby buchalter pisał o gotyku, ale średniowiecze uczy także skromności (str. 118).

Poznajemy więc zarówno sposób wydobywania budulca i jego transportu, umiejętności robotników, rolę pierwszych architektów, sposoby strzeżenia planów budowy, rodzaje podpisów budowniczych, a także nieoficjalnych sponsorów świątyń i rodzaje środka płatniczego. A wiedza ta mówi nam wiele o epoce, wiele więcej niż sama przepiękna katedra. Nawiasem mówiąc zachwytu nad gotykiem nie podzielali nasi przodkowie, styl ten przez wieki był nienawidzony i potępiany "wszędzie pełno okien, rozet i iglic, kamienie zdają się tak powycinane, jak karton; wszystko jest dziurawe, wszystko wisi w powietrzu" (str.118), tak cytował za jednym z nieprzyjaciół gotyku Herbert. A skutkiem tego potępienia było zniszczenie ogromnej ilości przepięknych świątyń. 
W buchalterii średniowiecznej obowiązywała romantyczna zasada mierzenia sił na zamiary. (Str. 119)

Zdziwiło mnie, iż te ogromne, masywne i "trwałe" budowle wznoszone były na tak kruchych fundamentach: jak brak fachowców-budowniczych, brak planów budowy, no i brak środków, co skutkowało dużą ilością katastrof budowlanych, z których najbardziej spektakularna miała miejsce w Beauvais, gdzie znajduje się najwyższa z gotyckich katedr w Europie.

Obok kopuła katedry w Sienie (nieszczególnie nieudana, jak pisze Herbert) źródło zdjęcia

Przy ogromnej erudycji autora zdziwiła mnie trafność obserwacji, kiedy czytam poniższe scenki, czuję się tak, jakbym właśnie siedziała na jednej z głównych uliczek któregokolwiek z włoskich miast i patrzyła na nie oczami autora.
Passeggiata. Jeśli powiem, że to jest spacer, nie wyjaśnię nic. W każdym włoskim mieście wieczór zapełnia tłum mieszkańców, przechadzających się godzinę, czy dwie, tam i z powrotem, po niewielkiej przestrzeni. Przypomina to próbę statystów w monstrualnej operze. Starsi demonstrują swoją żywotność i weryfikują dyplomy; Buona sera, dottore, Buona sera, avvocato. Dziewczęta i chłopcy chodzą osobno. Porozumiewają się tylko oczami, stąd oczy stają się duże i czarne i wyraziste; deklamują sonety miłosne, miotają płomienie, skarżą się, przeklinają. (Str.85)

Zjadłem dwie takie porcje i zamawiam trzecią. Właścicielka małej trattorii jest wyraźnie wzruszona. Mówi, że jestem gentile. Potem pyta o narodowość i dowiedziawszy się, że jestem polacco, woła z niekłamanym entuzjazmem: bravo! Wzywa też na świadka tego historycznego zdarzenia zaspanego męża i grubą córkę. Wszyscy oni stwierdzają, że Polacy są molto gentile e inteligenti. Jeszcze chwila, a będę musiał zatańczyć zbójnickiego i zaśpiewać arię z kurantem. (Str.85)

Nie mogło też zabraknąć uwag na temat turystów, którzy niczym stado baranów jadą bez przygotowania, zdają się na przewodników, a potem patrzą nic nie widząc.

Przewodnicy krzykliwie poganiają stada turystów. Spoceni farmerzy z dalekiego kraju filmują każdy kawałek muru, który wskazuje objaśniacz, i posłusznie wpadają w ekstazę dotykając kamieni sprzed wieków. Nie mają zupełnie czasu na oglądanie, tak bardzo pochłonięci są fabrykowaniem namiastek. Włochy zobaczą wtedy, gdy będą u siebie, kolorowe, ruchome obrazy, które nie będą w niczym odpowiadały rzeczywistości. Nikt nie ma ochoty studiować rzeczy bezpośrednio. Mechaniczne oko niezmordowanie płodzi cienkie jak błona wzruszenia. (str.99)


Obok Narodzenie Pierro della Francesca źródło zdjęcia
Niektóre ze esejów były dla mnie cięższe do przebrnięcia, inne czytałam z dużym zainteresowaniem. Zniechęcały mnie te, w których opowieść historyczna brała górę nad opowieściami o sztuce.
Książka zawiera sporo informacji dotyczących odwiedzonych przez pisarza miejsc, informacji, których trudno byłoby szukać w przewodnikach, poza informacjami z zakresu historii są tam też informacje na temat wyglądu świątyń, a ich opis jest tak bogaty, ze można tylko pozazdrościć autorowi bystrości spostrzeżeń i umiejętności opisu. Książka to też opis wrażeń, jakie na autorze wywarły obrazy Signorelliego, Duccia, Fra Angelico. I mimo, iż opisywanych miejsc (w większości) nie znam, podobnie, jak opisywanych obrazów to czytałam książkę z zainteresowaniem, no może troszkę zabrakło mi tu tej pasji, z jaką pisał Herbert o sztuce i świecie w pierwszej jego - czytanej przeze mnie książce.
Barbarzyńca w ogrodzie nie wywarł na mnie tak dużego wrażenia, jak Mistrz z Delf (ocena 6/6), co nie oznacza, jakobym miała zamiar się poddać.

Moja ocena 4,5/6
Znowu chochlik robi mi psikusa nie pozwalającego wyrównać wielkości czcionki :( Próbowałam przepisywać tekst dwukrotnie, ale poddaję się. Dzięki Lirael troszkę sobie poprawiłam wygląd wpisu.