Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Murdoch Iris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Murdoch Iris. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 grudnia 2015

Czarny książę Iris Murdoch

Wydawnictwo Muza 1995
Wciągająca swymi mackami rzeczywistość pozostawia coraz mniej czasu na to co dla mnie ważne, to bez czego czuję niedosyt istnienia. Może to zbyt duże słowa, ale co tam. W rzeczywistości, w której słowa powszednieją i tracą na znaczeniu, czuję się usprawiedliwiona. Czytam mniej, a jeszcze mniej opisuję rzeczywistość, co sprawia, że umyka mi i lektura i to wszystko, co pozwala na zachowanie dystansu i zdrowia psychicznego. Martwi mnie to, iż tak wiele spraw rozpływa się w mgle niepamięci. 


Dlatego tym bardziej cieszą lektury, które mimo upływu czasu pozostawiają trwały ślad we wspomnieniach.
Książkę Iris Murdoch przeczytałam w bardzo miłych okolicznościach, bowiem w trakcie wrześniowego urlopu (spędzanego po części w Londynie, co dodało dodatkowego smaczku lekturze, której akcja tam właśnie się toczy). 
Bohater opowieści Bradley Pearson, urzędnik podatkowy to niespełniony literat, który rezygnuje z pracy, aby mieć czas na realizację tego, co całe życie odkładał na później; stworzenie powieści życia. Bradley ma wysokie aspiracje, nie chce pisać, jak jego przyjaciel Arnold, książek poczytnych, acz niedopracowanych. W momencie, kiedy wreszcie udaje mu się stworzyć idealne warunki do pisania (rezygnacja z pracy daje nieograniczoną ilość czasu, a wymarzona samotnia nad morzem - zapewnia miejsce do pracy) na przeszkodzie staje najpierw niezdecydowanie bohatera, który nie potrafi podjąć decyzji w żadnej życiowej sprawie, potem- podejmowanie decyzji pod wpływem emocji. 
W chwili, w której spakowany ma wyjechać do swej samotni dzwoni telefon, który uruchamia całą lawinę wydarzeń. Bohater zostaje wplątany w szereg dziwacznych relacji damsko-męskich. Pojawiają się; była żona przejawiająca chęć powrotu, siostra, miotająca się pomiędzy odejściem od męża a powrotem doń, szwagier - pozbawiony uprawnień lekarskich, przyjaciel - twórca poczytnych książek, jego znudzona, marząca o romansie żona oraz ich, rozchwiana emocjonalnie nastoletnia córka. I nagle normalne relacje międzyludzkie zamieniają się w ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń; przyjaciele stają się wrogami, a małżonkowie przeciwnikami.
W tej powieści uderzyło mnie to, że wszyscy ze sobą rozmawiają, a tak naprawdę nikt nikogo nie słucha, bo każdy wie lepiej niż jego rozmówca, czego potrzebuje druga osoba. Oni mówią do siebie, ale równie dobrze mogliby wcale się nie odzywać, bowiem nikt nikomu nie wierzy. Sporą rolę odgrywają też listy, które do siebie piszą, pokładając nadzieję, w tym, iż słowo pisane będzie miało większą moc i przekona respondenta o czystości intencji piszącego. Pomiędzy tymi ludźmi panuje temperatura zbliżona do zera, choć z drugiej strony, aż buzuje od emocji. 
Czytając, czułam się tak, jakbym oglądała sztukę, której aktorzy odgrywają swe role, farsowe, groteskowe, dziwaczne, a jednak intrygujące. 
Akcja powieści wciąga, ale to nie ona jest najważniejszą jej zaletą. To ciekawe portrety psychologiczne bohaterów stanowią o jej zalecie. Ciekawe tym bardziej, iż choć odmalowani bardzo dokładnie, mimo wszystko wymykają się ocenom i tak do końca nie wiemy, jacy są. Zwłaszcza cztery posłowia, w których w rolę narratorów wcielają się pozostali bohaterowie powieści, wywracają do góry nogami wyobrażenia i obraz, jaki sobie wytworzyliśmy w trakcie lektury. Nie wiemy, kto kłamał, a kto mówił prawdę. Żaden z bohaterów powieści nie budzi sympatii, a jednak naszkicowani zostali niezwykle sugestywnie. 
Podobnie, jak w innych powieściach Murdoch, momentami przeszkadzał mi nadmiar filozofowania, jaki prezentował Bradley, choć niektóre jego wywody na temat życia, czy sztuki były niezwykle ciekawe.
Jako osoba, dla której muzyka odgrywa w życiu bardzo dużą rolę nie mogłam przeoczyć poniższej wypowiedzi Bradleya.
Bywa, że muzyka mnie wzrusza, trafia do mnie, że mi zadaje tortury. Dociera do mnie, można by powiedzieć, jak złowieszcze mamrotanie, które-podejrzewam, w jakiś przerażający sposób dotyczy tylko mojej osoby. Kiedy byłem młodszy słuchałem muzyki z premedytacją, ogłuszając się bezładnymi emocjami i wmawiając w siebie, że oto przeżywam rzeczy wielkie. Zimny to ogień, prawdziwa przyjemność czerpania ze sztuki. Nie chcę poddawać w wątpliwość, że istnieją ludzie- chociaż jest ich mniej niż można sądzić z wypowiedzi naszych samozwańczych ekspertów- którzy czerpią czystą i matematycznie klarowną radość z tej mieszaniny dźwięków. Mogę powiedzieć tylko jedno „muzyka” była dla mnie sposobnością do osobistych rojeń, przepływem gorących, pogmatwanych wzruszeń, mierzwą mojego mózgu, nagle ujawnioną w dźwiękach. Str. 317 Czarny Książę (Muza S.A rok wydania 1995)
Nieprzypadkowo w dialogach i rozważaniach bohatera pojawiają się nawiązania do szekspirowskich dramatów, w których bohaterami targają emocje, a ich tragizm wynika z podejmowania niewłaściwych decyzji będących wynikiem ulegania namiętnościom. 
Są chwile raju, za które warto płacić tysiącami lat piekła, a przynajmniej tak nam się zdaje, tylko, że w danym momencie nie zawsze jesteśmy tego świadomi. Ja byłem w pełni świadomy. Wiedziałem, że nawet gdyby miało się to skończyć ruiną świata, dobiłem korzystnego targu. Str. 332-333 Czarny Książę (j.w)

środa, 20 listopada 2013

Czas aniołów Iris Murdoch


Po pozytywnej recenzji u Kasi (Moja pasieka) miałam przekonanie, że książka nie powinna mnie rozczarować. I nie myliłam się. Było to pierwsze spotkanie z prozą Iris Murdoch, ale na pewno nie ostatnie.
Zarówno miejsce akcji (zamykające się niemal wyłącznie w granicach plebani londyńskiej parafii położonej przy zrujnowanej świątyni), czas (zima, której oprócz mrozu i śniegu towarzyszą opary mgieł), jak i zamknięci w sobie i w murach domostwa bohaterowie, kreują mroczną, tajemniczą i niepokojącą atmosferę. Właściwie od pierwszej strony wiadomo, iż bohaterów czeka coś bardzo nieprzyjemnego. Czytając miałam wrażenie, jakbym oglądała teatralny dramat.
Mieszkańcy plebanii tworzą ciekawe zbiorowisko niejednoznacznych postaci, powiązanych więzami krwi, wzajemnych zależności oraz chorych relacji. Akcja toczy się wokół stroniącego od ludzi pastora Karela, który wygłaszanymi tezami na temat nieistnienia Boga odwraca (świadomie bądź nie) uwagę od skrywanych, wstydliwych (?), amoralnych, paskudnych sekretów. Czy pastor, który z ambony zadaje parafianom pytanie "A co będzie, jeśli wam powiem, że Boga nie ma?" oczekuje odpowiedzi, pomocy, pragnie wzbudzić zainteresowanie, czy też liczy na to, że zszokowani wierni skupią się na kwestiach natury filozoficzno-moralnej, a nie na jego osobie, a może tak naprawdę nie obchodzi go wcale, co myślą inni, skoro on odkrył, że nie ma Boga, a skoro nie ma Boga to nie ma też moralności, nie ma Dobra i Zła. Bezwzględny i okrutny pastor uzależnia od siebie najbliższe otoczenie, wywierając na mieszkające z nim kobiety jakiś niesprecyzowany czar, urok (?), przymus, które sprawiają, iż zarówno córka, jak i bratanica i gosposia postępują zgodnie z jego życzeniami, a te są nieludzkie, krzywdzące, a nawet przestępcze. W kręgu zależności od pastora pozostają głównie kobiety (choć nie da się ukryć, że jego szatańskie oddziaływanie odnosi wpływ także na brata pastora Marka).
Pozbawiona urody i talentu, niekochana przez Karela córka Muriel zajmuje się pisaniem wierszy i opieką nad chorą kuzynką. Piękna, eteryczna, pełna powabu, częściowo sparaliżowana bratanica pastora, (czas pokaże, jakie więzy pokrewieństwa łączą ją z bohaterami dramatu), Elżbieta popada w coraz większą apatię, jest bezwolna i obojętna na wszystko co wokół niej i co z jej udziałem dzieje. I najciekawsza z trzech kobiecych bohaterek; ciepła, budząca macierzyńskie uczucia i sympatię czytelnika, Pattie, czarnoskóra służąca o trudnej przeszłości i braku widoków na przyszłość, kochanka Karela, broniąca doń skutecznie dostępu licznym parafianom.
Postacie są ciekawe i wyraziste, i choć Elżbieta wydaje się nijaka, to czas pokazuje, iż jej apatia i bezwolność mogą być uzasadnione okolicznościami.
Cała akcja rozciąga się na przestrzeni kilku dni i właściwie to nie ona jest tu najważniejsza, jest jedynie tłem dla ukazania rozważań na temat toksycznych relacji międzyludzkich, wzajemnych zależności, różnic pokoleniowych, wpływu warunków zewnętrznych na psychikę człowieka, istnienia moralności / niemoralności w świecie, w którym ludzie nie wierzą w Boga.
Czyta się lekko (dzięki ciekawym, zwięzłym i trafnym opisom oraz sporej ilości dialogów), choć treści w niej prezentowane lekkie nie są.
A zasadnicze pytanie czy moralność w świecie, w którym Bóg nie istnieje jest możliwa – pozostaje bez odpowiedzi, bowiem każdy z bohaterów prezentuje inny pogląd (pastor Karel oddaje się rozpaczy i szaleństwu, nurza się w bluźnierczych praktykach), jego brat Marek uzasadnia, iż należy postępować zgodnie z zasadą „carpe diem”, syn rosyjskiego emigranta próbuje uchodzić za cynika bez zasad, który zarówno z Bogiem, jak i bez Boga nie widzi potrzeby posiadania sumienia i przejmowania się jego wyrzutami, jego ojciec szuka ratunku w miłości, tyle, że ona nie przynosi szczęśliwego finału.
Autorka w sposób odważny (powieść powstała w latach 60-tych ubiegłego wieku) i bardzo subtelny podejmuje drażliwe i kontrowersyjne tematy wykorzystywania seksualnego, przy czym dotykając ich nie popada w bulwarowość, czy sensację.
Czas aniołów stawia wiele pytań, nie dając odpowiedzi, a tym samym zmusza do przemyśleń. Lektura pozostawia pewien niepokój i zamęt.

Moja ocena- 4+/6