Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk-moje miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk-moje miasto. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 lutego 2026

Spacery zimowe (i nie tylko)

Najbezpieczniejszy kawałek plaży pod samym molo- tak mi się wydawało, ale podejść bliżej się nie odważyłam

Zimę mamy piękną, stąd wielu zamieszcza na blogach relacje z zimowych spacerów. Trzeba uwiecznić to rzadkie zjawisko. Moje zdjęcia nie są wcale ani ładniejsze, ani czymkolwiek się wyróżniające, no ale są moje. Pomyślałam też, że przyda się taki przerywnik przed kolejną relacją z Florencji. Żeby nie było, że żyję wyłącznie w świecie sztuki, bujam w obłokach i zadzieram nosa 😊Lubię naturę i chyba nawet częściej bywam na jej łonie niż w murach katedr i galerii, ale nie potrafię o niej pisać ciekawie. Nie znając się na florze nie umiem  zidentyfikować mijanych drzew i roślinek, choć chętnie je uwieczniam. Czerpię dużą radość z obcowania z przyrodą. Tam odpoczywam, bo poza łapaniem widoczków pod powieki i uwiecznianiem ich telefonem mogę pozwolić sobie na całkowite odpłynięcie myślom i na zwyczajne trwanie tu i teraz. Uwielbiam, o czym wielokrotnie wspominałam wszelkie akweny wodne; od morza poczynając na strumykach kończąc. Ocean też lubię, choć rzadko mam okazję go oglądać. Z dużym sentymentem wspominam pobyt na przylądku Cabo da Rocca (Portugalia), gdzie znad klifów patrzyłam w bezkresną dal horyzontu.
Widok na ocean

Takie mnie wtedy ogarnęło uczucie – jakby to nazwać nieskrępowania, niczym nie ograniczenia, swobody. W Gdańsku najczęściej odwiedzanymi przeze mnie miejscami są Park Oliwski, o którym wspominałam kilkakrotnie (np. tu) a także spacer nad morzem w okolicach mola w Brzeżnie i  Parku Regana. Latem po dość długim spacerze chodzę na kawę do ulubionego hoteliku z widokiem na wodę. W przeciwieństwie do knajpek i kawiarenek panuje tam zawsze cisza i spokój, a widok rozmarza. Odkryłyśmy tę kawiarenkę przypadkiem podczas spaceru z siostrą. W zeszłym roku odkryłam też Park Reagana. Pomyśleć, że mimo, iż mieszkam w Gdańsku od urodzenia, a to dość długo, dopiero teraz znalazłam ten rozległy zielony teren. Ale jak mawiają lepiej późno niż wcale.
W Parku Reagana

Odkryłam tylko, dzięki zasłyszanej przypadkiem rozmowie dotyczącej zasadzenia 101 drzewek wiśni Kanzan właśnie w Parku Regana. Zachwycałam się kilkunastoma kwitnącymi na różowo wiśniami w Ogródku Japońskim, a co dopiero tylachna drzewek. Niestety w rozległym parku nieco pobłądziłam i drzewek nie znalazłam, poszukam w tym roku. Odkryłam natomiast bardzo ładne miejsce do wypoczynku, pełne zieleni, ławeczek, placyków dla dzieci, placów dla piesków, miejsc do ćwiczeń. Od tego czasu chętnie tam chadzam, starając się omijać je w weekendy i święta, kiedy bywają bardziej zatłoczone. Choć jest to tak rozległy teren, że zawsze można znaleźć trochę przestrzeni dla siebie.

W oliwski parku zimę

Jakiś czas temu udało mi się po raz pierwszy od dawna oglądać biały Park Oliwski. Był dość mroźny dzień, słoneczko pokazywało się od czasu do czasu, było jednak tak kapryśnie, że kiedy tylko, ja wyciągałam telefon dla zrobienia zdjęcia, a z powodu zimna chwilkę to trwało słoneczko natychmiast chowało się za chmurkę. Było to krótko po powrocie z Włoch, które rozpieszczały mnie piękną słoneczną pogodą więc spragniona byłam prawdziwej, od lat nie oglądanej zimy. Mogłam sobie przypomnieć, dlaczego przez długie lata lubiłam tę porę roku, a był czas, że twierdziłam, iż jest ona moją ulubioną, bo to w styczniu przyszłam na świat. Te białe ośnieżone drzewka wzdłuż alejek tworzące szpalery niczym orszak marynarzy w białych mundurach wyciągających kordziki na młodą parą.
Biała Aleja Rozkoszy

Kiedy patrzyłam na te białe alejki na myśl przychodziła mi także Ania z Zielonego Wzgórza i jej biała aleja rozkoszy (tamta co prawda była biała od kwitnących kwiatów jabłoni a może wiśni, a ta od ośnieżonych drzewek). Bardzo lubię patrzeć na te splątane gałęzie drzew tworzących kopułę na alejką – latem słońce przebijające się przez gałęzie tworzy fantastyczne wzory na ścieżce. No i to co lubię najbardziej, czyli stawy, a nad nimi pochylone drzewa, gałęzie zwisające nad wodą tworzące w jej tafli piękne odbicia. Białe czapy śniegu na kamieniach w wodzie tworzą ciekawą scenerię. A wszystkie parkowe rzeźby zyskały nową oprawę, szczególnie ciekawie prezentuje się kobieta czytająca książkę zatytułowaną Witaj smutku, jakby ubrana w spódniczkę, czapkę, narzutkę i mufkę. 
Witaj smutku? a może Witaj radości:)

Wczoraj, jak dotąd najzimniejszy dzień tej zimy w moim mieście (minus 19 stopni) naszła mnie nieprzeparta ochota wybrać się na spacer nad morze. Rozsądek podpowiadał, że nie jest to najmądrzejszy pomysł, bo od wody zawsze ciągnie chłodem, ale jak się baba uprze, to nie ma rady. No bo przecież wystarczy się ciepło ubrać na cebulkę i nasmarować twarz kremem (czego nigdy wcześniej nie robiłam, więc uważałam to i tak za spore ustępstwo z mojej strony). I poza rękawiczkami narciarskimi z jednym palcem wzięłam także drugą cieńszą parę. Tak uzbrojona pojechałam do Brzeżna. Ścieżka prowadząca nad morze okazała się dobrze odśnieżona i bezpieczna do spaceru (a nawet biegania, bo minęło mnie dwóch biegaczy i jeden rowerzysta).
Nie tylko dzieci się cieszą (Park Oliwski)

Tłumów nie było, wszak to dzień roboczy, ale parę osób zmierzało w tym samym kierunku. Wiedziałam, że molo będzie zamknięte, ale liczyłam na zejście na plażę. Pogoda byłą rześka, ale do wytrzymania, nie czułam szczypania w nos, nie marzły mi palce dłoni i stóp. Byłam bardzo zadowolona z mojego pomysłu wycieczki na plażę do czasu zejścia na plażę. Kiedy bezmyślnie dotarłam niemal do linii brzegowej zorientowałam się, że nie mogę się ruszyć, bo nogi rozjeżdżają mi się w cztery strony świata. Nie pomyślałam, że piasek w połączeniu ze śniegiem i wilgocią od morza zamieni się w lodowisko. Co prawda na łyżwach nie dało by się tam jeździć, podłoże było nierówne, pagórkowate, ale chodzić też nie bardzo było można. 
Molo w Brzeżnie (pale zdobiły białe skarpetki)

W dodatku nad samą wodą zrobiło się przenikliwie zimno. A chcąc zrobić kilka zdjęć musiałam wyjąć ręce z ciepłych rękawiczek  i po jakiś dwóch minutach miałam wrażenie, że zaczynają mi zamarzać. Wtedy szybko (tzn. na tyle szybko na ile można posuwistym ślizgiem) doturlałam się do zejścia z plaży i podążyłam do hoteliku na kawą. Niestety hotel był nadal w remoncie, musiałam obejść się bez kawy. Pokonanie około trzech kilometrów (w obie strony) sprawiło, iż rozgrzałam się momentalnie. I mimo niezrealizowania moich planów (dłuższego spaceru po plaży czytaj ślizgawce) jestem z wyprawy zadowolona, nawdychałam się jodu, skorzystałam z naturalnej krioterapii, a to mam nadzieję będzie z pożytkiem dla zdrowia i urody :) 

Bałtyk jak widać jeszcze nie zamarł


Kawka z widokiem (kiedyś przyjdzie wiosna dla tych, co zimy już mają dość)- pomiędzy drzewami majaczy morze i nawet widać statki


wtorek, 11 listopada 2025

Rodzina Van den Blocke - dalszy ciąg opowieści o gdańskich artystach

Brama Wyżynna w Gdańsku Wilhelm van den Blocke
Jakiś czas temu zamieściłam wpis o Abrahamie van den Blocke, gdańskim Berninim - architekcie i rzeźbiarzu, który wykonywał zlecenia na zamówienie rajców i bogatych patrycjuszy. Nie sposób przejść przez miasto, aby nie natknąć się na któreś z jego dzieł. Abraham był najwybitniejszym z rodu, co nie znaczy, że jedynym.

Brama Wyżynna
Jego ojciec Wilhelm (Willem) van den Blocke jak podaje nasza skarbnica wiedzy (Gedanopedia) był kamieniarzem i rzeźbiarzem. Wywodził się z niderlandzkiej rodziny malarzy i rzeźbiarzy. Pierwsze szlify zdobywał w warsztacie ojca w Mechelen, później pracował w Królewcu na zlecenie książąt pruskich, a następnie króla Stefana Batorego. To dzięki monarszej protekcji mógł osiedlić się w Gdańsku i otrzymać prawo pobytu i wykonywania zawodu. Miał warsztat przy ulicy Tkackiej, w miejscu gdzie dziś znajduje się Wielka Zbrojownia. Nie miał zatem daleko do pracy przy Bramie Wyżynnej. Do dziś stanowi ona wizytówkę jego twórczej działalności w Gdańsku.

Herby na bramie Prus, Polski i Gdańska
Brama Wyżynna była dla Gdańska tym, czym była dla Krakowa Brama Floriańska. Tu miała swój początek droga królewska, tędy też wjeżdżali do grodu najznakomitsi goście. Mijano Katownię, Złotą Bramę i już było się na ulicy Długiej prowadzącej do Ratusza i Dworu Artusa. Bramę zwano dawniej Bramą Wysoką. Konieczność jej budowy wymusiło przesunięcie fortyfikacji miejskich poza Bramę Przednią (przebudowaną na Katownię). Projekt przypisywany był Hansowi Kramerowi (architektowi działającemu w Dreźnie, między innymi przy przebudowie zamku drezdeńskiego oraz w Gdańsku, jego dziełem jest między innymi Brama Zielona). Obudowa i zdobienia rzeźbiarskie są autorstwa Wilhelma van den Blocke. Najnowsze badania stwierdzają, że całość jest dziełem Wilhelma, a Kramer był twórcą jedynie części wewnętrznej bramy.

Matthaeus Deisch grafika wiek XVIII - ze strony 
W XVI wieku, kiedy bramę wybudowano obwarowana była fosą, a prowadził do niej zwodzony most. Fosę zasypano a most rozebrano pod koniec wieku XIX. Brama wielokrotnie była poddawana renowacji, czy naprawom. W czasie II wojny zniszczeniu uległ dach i kamieniarka. Po wojnie Bramę odbudowano w kształcie nadanym jej przez van den Blocke`a.

Mnie zawsze najbardziej zachwycały znajdujące się od strony zewnętrznej; trzy herby; Prus Królewskich trzymany przez jednorożce, Królestwa Polskiego trzymany przez anioły, a także herb Gdańska trzymany przez lwy. Na bramie złotymi literami uwieczniono datę wykonania dekoracji - jest to rok 1588. Znajdują się tam też trzy sentencje łacińskie. Są one bardzo mądre i mają stanowić dewizę postępowania mieszkańców i ich związki z państwem, ale najciekawszą jest ta, która jest też wyrazem poczucia humoru gdańszczan (a może jej twórcy). Otóż napis Podstawą wszystkich królestw jest sprawiedliwość i pobożność pisany po łacinie został podzielony na dwa wersy. Drugi wers brzmi Rum omnium fundamenta (czyli podstawą wszystkiego jest rum). W XVI wiecznym mieście portowym pijało się go sporo.

W XIX wieku dodano po wewnętrznej stronie bramy herb cesarstwa Niemieckiego podtrzymywany przez jakiś bożków, herosów. Miał to być wyraz przynależności miasta do Prus (wówczas zjednoczonych Niemiec). Ale to były już zupełnie inne Prusy.

Wśród gdańskich dzieł Wilhelma wskazuje się często nagrobek rodziny Kosów znajdujący się w Oliwskiej Katedrze. Nagrobek zamówiła Justyna Kos. Rodzina Kosów była drugą po rodzinie Konarskiech rodziną na Pomorzu, stąd miała ambicje zostać uwiecznioną. I to w nie byle jakiej lokalizacji. Katedra Oliwska wybrana została nie przypadkowo. Mikołaj Kos był donatorem klasztoru oliwskiego ofiarując wysoką sumę na odbudowę zniszczonych organów, a jego syn był opatem pelplińskim. Nagrobek pochodzi z przełomu XVI i XVII wieku. Przedstawia on małżeństwo Kosów z trzema synami, starszym w zbroi, młodszym przedwcześnie zmarłym i trzecim Feliksem-opatem pelplińskim. Jest przypuszczenie, iż owa trzecia postać została dodana z epitafium samego Feliksa Kosa.

Nagrobek Kosów w Katedrze Oliwskiej Wilhelma van den Blocke
Kolejnym dziełem Wilhelma może być epitafium Edwarda Blemke w kościele Najświętszej Marii Panny w Gdańsku. Może się wydawać że to tylko epitafium, dzieło niewielkiej wielkości i znaczenia. Tymczasem, jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jego wysokość wynosi 7,5 metra a szerokość niecałe 3 metry. To przecież prawie trzypiętrowy budynek, no wieżyczka. Składa się z kilku kondygnacji, a przez wszystkie przebiegają kolumny. Główną częścią epitafium stanowi zmartwychwstanie ciał z postaciami sprawiedliwości i roztropności po bokach. Poniżej znajduje się napis Śmierć zrównuje króla z biedakiem, jak wyschnięte nasiona rozwijają się, tak nasze ciała zmartwychwstaną. Kim zatem był Edward Blemke, którego uhonorowano w tak zacny sposób. Nie każdy może mieć tablicę w największej gdańskiej świątyni. Tablica głosi, iż był synem, mężem i ojcem 13 dzieci. W XVII wieku rodziny wielodzietne były częstym zjawiskiem, przy dużej śmiertelności dzieci nie wszystkie dożywały dorosłości. Ponadto przez cztery lata pełnił Edward Blemke funkcję ławnika i chyba to było powodem takiego zaszczytu.

Epitafium Edwarda Blemke na pierwszym planie Wilhelma van den Blocke

detal z epitafium Edwarda Blemke Wilhelma van den Blocke

Ale skoro piszę o rodzinach uwiecznionych przez mistrza Wilhelma wypada napisać słowo i o jego rodzinie. Dwukrotnie żonaty, ojciec siedmiorga dzieci, w tym wspomnianego wcześniej Abrahama oraz znanego malarza Isaaka. Dla mnie ciekawostkę stanowi fakt, iż dwie z jego córek (a miał ich trójkę) brały ślub w kościele Piotra i Pawła w Gdańsku, kościele, który był moim kościołem parafialnym.

Isaak van den Blocke to kolejny znany przedstawiciel rodziny. W przeciwieństwie do ojca i brata, którzy parali się rzeźbą i kamieniarką Isaak był malarzem i to nie byle jakim bo malarzem miejskim Gdańska działającym na rzec Rady Miasta, a zatem można powiedzieć, że działał w dziale propagandy. Tworzył obrazy o treści alegorycznej, mitologicznej i religijnej, a najważniejsza była ideologia. Większość odwiedzających gdański ratusz, a w nim Salę Czerwoną (najbardziej reprezentacyjne pomieszczenie - wielką salę rady) kojarzy imponujący wielkością a znajdujący się na sklepieniu obraz Apoteoza Gdańska. Na owalnym tle przedstawiono wizję miasta idealnego, wybranego przez boga i ludzi, zjednoczonego z Polską, a jednocześnie niezależnego i odrębnego. Panorama ujęta w łuku tryumfalnym mówi sama za siebie. Zero skromności. Ręka opatrzności bożej czuwa nad Ratuszem, dlatego decyzje Ratusza nie mogą być błędne. A jednocześnie Gdańsk to miasto dobrobytu. Pomyślność w handlu zapewnia żegluga, która sprawia, iż towary płyną tu szerokim strumieniem. 

Apoteoza Gdańska Isaak van den Blocke w Sali Czerwonej Ratusza

Obraz jest cenny dla Gdańska nie tyle z powodów ideologicznych, ale dlatego, iż ukazuje także zwykłe życie Gdańszczan; ich stroje,  ulicznych handlarzy, flisaków, muzykantów, a także panoramę miasta z jego głównymi wówczas budowlami usytuowanymi na szczycie tryumfalnego łuku. Widać tam między innymi Ratusz, kościół Mariacki a także na pierwszym planie Bramę Wyżynną, którą Gdańsk zawdzięczał w dużej mierze ojcu malarza.

Pokuta mieszkańców Niniwy Isaak van den Blocke (MNG)

Isaak malował sporo obrazów do kościołów. Ostatnio znalazłam wśród zbiorów Muzeum gdańskiego obraz Pokuta mieszkańców Niniwy. Pierwotnie znajdował się on w kościele św. Jana. Zgodnie z biblijną historią prorok Jonasz nawoływał mieszkańców Niniwy aby się nawrócili poprzez post i pokutę, aby uniknąć kary bożej. Na pierwszym planie widzimy mężczyzną pogrążonego w pokucie (modlitwie). W głębi najprawdopodobniej prorok przemawia do ludu.

Dwaj mniej sławni bracia Jakob i Dawid też mieli związki ze sztuką. Jakob van den Blocke był cieślą i budowniczym. Odbudowywał hełm wieży kościoła św. Katarzyny a także wzniósł nieistniejącą szkołę fechtunku (dziś w miejscu jej lokalizacji znajduje się Teatr Szekspirowski). Ponadto brał udział przy budowie czy odbudowie wielu świątyń i budynków miejskich. Zaś Dawid (Daniel) van den Blocke był malarzem. Nie był tak sławny jak bracia, jego prace obejmowały drobne zlecenia malowania detali, ścian, ram obrazów, prętów metalowych czy dachówek. Największych zleceniem było wykonanie polichromii prospektu organów w kościele Św. Jana (dziś znajduje się ona w kościele Najświętszej Marii Panny).

piątek, 8 sierpnia 2025

Pewien komentarz przyczyną ciekawego (dla mnie) odkrycia w zakresie historii edukacji (własnej i gdańskiej)

I LO w Gdańsku
Dziś wpis wspomnieniowy. No cóż latek przybywa coraz chętniej człowiek oddaje się wspomnieniom. Na co dzień chodząc po mieście zazwyczaj mijamy wiele budynków nie zwracając na nie uwagi. Nawet, jeśli zastanowi nas skąd się wzięły, jaka była ich historia zaraz o tym zapominamy. Teraz, będąc wolnym człowiekiem i mając sporo czasu wybrałam się pod pomnik trzech krzyży przy stoczni gdańskiej. Znajduje się tam budynek I liceum ogólnokształcącego. Zrobiłam zdjęcie mojej „starej budy” i wysłałam koleżance, która pozazdrościła urody budynku. Zerknęłam do gedanopedii (najlepszego źródła wiedzy o moim mieście) aby przypomnieć sobie historię budynku. Zapewne słyszałam ją kiedyś, ale jak wiele rzeczy uleciała z pamięci. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, iż losy mojej edukacji splotły się z losami jednej z najstarszych szkół średnich w Gdańsku i to dwukrotnie.
Budynek przy ul Wały Piastowskie 6 (kiedyś Placu Hanzy) od 1902 r. jest kolejną siedzibą Szkoły Realnej Św. Piotra i Pawła. Pierwsze wzmianki o tej szkole pochodzą z XV wieku (a dokładnie z 1436 r., kiedy to Rada Miejska powołała doń pierwszego stałego nauczyciela w miejsce wcześniej dochodzących). Szkoła mieściła się wówczas … i tu spotkała mnie kolejna niespodzianka przy kościele Św. Piotra i Pawła na Przedmieściu Gdańska w okolicy dzisiejszego Zaułka Ormiańskiego. Obecnie w pobliżu owego zaułka znajduje się Szkoła Podstawowa nr 67, do której uczęszczałam przez osiem lat. Tak więc moja edukacja splotła się z historią gdańskiej edukacji (że się tak patetycznie wyrażę). Zaczynałam ją nieopodal miejsca pierwszej siedziby jednej z najstarszych szkół średnich, a kontynuowałam w budynku będącym kolejną (ostatnią) siedzibą owej szkoły. Jeśli dodać do tego, że moja pierwsza praca to Muzeum Narodowe w Gdańsku – wcześniejsza siedziba Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego to powinnam być nieźle wyedukowana (mogłam chłonąć wiedzę przez skórę. To oczywiście żarty, ale to odkrycie nie wiedzieć czemu bardzo mnie uradowało).

I LO od strony pomnika Trzech Krzyży
Naukę podstaw zaczynałam w szkole, w której pracował krewny naszego gdańskiego rysownika i rytownika, jednego z najbardziej znanych w XVIII wieku ilustratora książek Daniela Chodowieckiego. Być może i sam Daniel pobierał tam nauki, choć nie znalazłam takiej informacji ani w gedanopedii, ani w biografii malarza, którą obecnie studiuję (jednak nie jest to wykluczone, skoro jego krewny był tam rektorem, a szkoła ta wraz ze szkołą mariacką i szkołą św. Jana były uważane za najlepsze gdańskie szkoły parafialne). Chodowiecki pochodził z dobrze sytuowanej kupieckiej rodziny mieszczańskiej przejawiającej różnorakie zainteresowania związane nie tylko z pomnażaniem kapitału.
Pierwszą pracę odbywałam w miejscu, w którym kształcił się ojciec naszej XVII wiecznej bałtyckiej syreny Konstancji Czirenberg (którą to Konstancję wychwalali znawcy muzyki w niemal całej Europie, a o której pisałam we wpisie o znanych Gdańszczankach). Co ważniejsze Gdańskie Gimnazjum Akademickie kończył także Jan Heweliusz, gdański astronom.

Szkoła Realna, której siedzibę przeniesiono do nowego budynku przy Placu Hanzy do wybuchu wojny była największą i najnowocześniejszą szkołą średnią na terenie ówczesnych Prus Wschodnich.

Pomnik Trzech Krzyży w sąsiedztwie I LO
Zerknęłam na listę absolwentów I LO w Gdańsku, aby sprawdzić, jak to dziś wygląda. Za moich czasów najlepszym Liceum gdańskim była trójka (słynna topolówka), ale i jedynka znajdowała się w czołówce. Otóż na owej liście absolwentów można znaleźć sporo znanych nazwisk (w świecie polityki, kultury, nauki) Mnie najbardziej zaciekawiło nazwisko księdza Niedałtowskiego z kościoła św. Jana. Jest to jeden z niewielu księży, których niezwykle szanuję z uwagi na wysoką kulturę osobistą, tolerancję, oraz erudycję. Bardzo lubię słuchać jego wykładów. A rozczuliło mnie, kiedy w wykładzie wspominał, iż za dzieciaka bawił się z kolegami w wojnę w będącym wówczas w ruinie kościele św. Jana wspominając jednocześnie kręcony w jego wnętrzach  film Kolumbowie.

Przylegająca do budynku I LO siedziba Biblioteki PAN
I tak mi się splotły szkoły i edukacja w jedną całość która miała miejsce w moim ukochanym mieście. Zawsze interesowała mnie ta ciągłość historii, ten przesuwający się łańcuch pokoleń. Przejmujemy pałeczkę w sztafecie, a potem przekazujemy ją dalej.

Nie sądzę, aby ktokolwiek zechciał się wybrać do Gdańska, po to aby oglądać XX wieczny (nawet jeśli ciekawy) budynek, który ważny jest jedynie dla nas absolwentów (w tym roku mija 80 lecie szkoły). Jednak w jej pobliżu znajdują się chętnie odwiedzane przez przyjeżdzających miejsca. Z okien szkoły widać pomnik trzech krzyży upamiętniający pomordowanych w 1970 roku stoczniowców. Stoi on przed wejściem do byłej stoczni gdańskiej (dawniej Lenina), tej, przez której płot skakał Lechu. Dziś przed Stocznią wybudowano Europejskie Centrum Solidarności, które moim rówieśnikom przypomina młode lata i wywołuje wzruszenia, a młodszym odwiedzającym pokazuje czasy jakże dla nich odległe (i oby tak pozostało). Bo choć my wspominamy je z łezką rozrzewnienia były to straszne czasy. 
Jeśli zatem wybierzecie się pod Stocznię może rzucicie okiem na ceglany, czerwony budynek stojący po drugiej stronie ulicy, bo i on ma swoją ciekawą historię. A jeśli pójdziecie ulicą wzdłuż ścian szkoły zobaczycie przylegający doń budynek Biblioteki Polskiej Akademii Nauk. Pochodzi z tego samego okresu, co szkoła. 

Ta gdańska instytucja korzeniami sięga XV wieku (ale o tym może innym razem).  Pierwsze zbiory biblioteki miejskiej w Gdańsku przechowywano w budynku klasztoru franciszkanów. Tym samym, w którym znajdowało się Gdańskie Gimnazjum Akademickie, a w którym obecnie mieści się muzeum Narodowe. Jak widać tu wszystko się ze sobą wiąże. 

Na krużgankach dawnego klasztoru franciszkanów

wtorek, 1 lipca 2025

Małe codzienne radości- spacer śladem znanych Gdańszczanek i moje skojarzenia z tym związane


Okienko Panienki z okienka
Bardzo lubię spacery po mieście. Oczywiście niezwykle przyjemny jest kontakt z naturą, dlatego z chęcią wypuszczam się na spacery brzegiem morza, pobrzeżem Motławy, odwiedzam parki i skwerki. Jednak od czasu do czasu potrzebuję odmiany i lubię przejść się uliczkami mojego pięknego miasta. Dla urozmaicenia robię spacery tematyczne. Wtedy spacer jest nie tylko przyjemnością, ale i dostarcza wielu ciekawostek, a ja cieszę się jak dziecko, iż dowiedziałam się czegoś nowego (inna kwestia na jak długo zapamiętam ową wiedzę). O wiele lepiej przyswajam informacje, które sama wyszukam w czeluściach internetu, czy książkach niż te, które ktoś mi przekazuje. Choć bywają wyjątki (moje koleżanki blogerki Czara, Holly i Bee opowiadały tak interesujące historyjki pokazując mi swoje miasta, że sporo z tych opowieści utkwiło mi w pamięci (jak choćby historia Susa Valadon matki Maurice Utrillo, którą Czara opowiadała mi na Montmartrze).
Ostatnio pisałam o spacerze śladami gdańskiego Berniniego (czyli Abrahama van den Blocke. Za jakiś czas napiszę o Willemie i Izaaku), ale dziś chciałabym wspomnieć o najsłynniejszych (moim zdaniem) Gdańszczankach i powędrować ich śladem.
Inspiracją do poszukiwań było opowiadanie koleżanki, która podczas jednego ze spacerów z przewodnikiem usłyszała, iż wśród licznych znanych Gdańszczan znalazła się zaledwie jedna kobieta, błogosławiona Dorota z Mątowów. Może ten nimb błogosławieństwa miał wyrównać nieliczną reprezentację pań wśród znakomitych mieszkańców Gdańska, ale bardziej prawdopodobne, iż przewodnik nie zadał sobie trudu wyszukania informacji, albo też uległ stereotypowemu myśleniu, iż panowie są bardziej reprezentatywną grupą każdej społeczności.
No, ale niech będzie i Błogosławiona Dorota z Mątowów. Ta bardzo uduchowiona kobieta, chciała poświęcić swe życie służbie Bogu, została jednak (zdaje się, że przez brata) zmuszona do wyjścia za mąż. Być może małżeństwo było bardziej opłacalne dla męskich krewnych, niż pójście do zakonu. Dorota urodziła kilkoro dzieci, z których większość pomarła. Były to czasy zarazy (1373 i 1382 r.). Była ona fanatyczką religijną, a utrata dzieci jeszcze spotęgowała jej religijność. Mąż nie akceptował jej duchowych potrzeb i siłą próbował zmienić małżonkę. Po złożeniu przez Dorotę ślubów czystości mąż mocno ją pobił. Jednak w trakcie leczenia żony jego zachowanie się zmieniło i nawet pojechał z nią na dwie pielgrzymki. 
Tablica pamiątkowa (Długa 64)
Dla mnie o wiele ważniejsze niż to, że Dorota była stygmatyczką i żarliwą katoliczką było to, że stała się pierwowzorem Aldony w Konradzie Wallenrodzie Mickiewicza, a także to, że opisał ją Ginter Grass w powieści Turbot (jako niezbyt dobrą żonę, matkę, sąsiadkę, fanatyczkę religijną, ale też pierwszą kobietę sprzeciwiającą się zastanemu porządkowi, takiemu, w którym kobieta musi podporządkować się woli ojca, czy męża, w tym przypadku brata). Moim zdaniem nie jest to może najbardziej reprezentatywny przykład znanej Gdańszczanki, no ale jeśli stała się ona inspiracją literatów i jedną z „pierwszych feministek” (choć pewnie nigdy nie zgodziłaby się na takie określenie) to możemy się chwalić taką Gdańszczanką.
W miejscu, gdzie kiedyś mieszkała Dorota z rodziną dziś znajduje się sklep jubilerski. Ponieważ nie jestem wielbicielką biżuterii, posiadam jej niewiele a noszę sporadycznie korale ze szkła z Murano owego sklepiku nigdy nie odwiedziłam. Za to zaraz obok znajduje się kawiarnia popularnej sieci, do której swego czasu chadzałam na śniadania, aby miło rozpocząć dzień z widokiem na drogę królewską. 
Kamienica Czirenbergów Długa 29
Konstancja Czirenberg Skoro jesteśmy na ulicy Długiej to w kamienicy pod numerem 29, tej, której fasadę (z napisem Pro invidia- czyli ku zazdrości)  zaprojektował sam Abraham van den Blocke - mieszkała na przełomie wieków XVI i XVII rodzina burmistrza gdańskiego i burgrabiego królewskiego Jahanna Czirenberga (Zierenberga) i Anny z Kerlów. On kształcił się w Gdańskim Gimnazjum Akademickim znajdującym się przy ul. Toruńskiej, dzisiejszej siedzibie Muzeum Narodowego. Była to szkoła o wyższym poziomie niż Gimnazjum i niższym niż Uniwersytet. Przyszły burmistrz Gdański studiował w Krakowie i w Lipsku. Poza kamienicą na Długiej był właścicielem rezydencji parkowej na Oruni, która przeżywała wówczas okres świetności (dziś znajduje się tam Park Oruński). Państwo Czirenbergowie byli kalwinami, niezwykle zamożnymi kalwinami. Urodzoną w 1605 r. córkę Konstancję wykształcono ponad ówczesne zwyczaje, była ona biegła w sztukach plastycznych, muzycznych, hafcie, znała języki obce (niemiecki, polski, łacinę, francuski i włoski, a być może i szwedzki). Grałą na różnych instrumentach i przepięknie śpiewała. Nazywano ją bałtycką syreną, a jej występy uświetniały wizyty królów z dynastii Wazów (Jana III i Władysława IV). To prawdopodobnie królewskim opowieściom zawdzięczała Konstancja rozgłos za granicą. Została ona opisana w wydanej wówczas antologii utworów muzycznych – Kwiaty najznakomitszych mężów – wydanej w Mediolanie z dedykacją dla Konstancji Czirenberg z Gdańska (a miała wówczas zaledwie 21 lat). Wyszła za mąż za ławnika (późniejszego rajcę, sędziego i królewskiego burgrabiego), miała trójkę dzieci, zmarła w czasie zarazy w wieku 48 lat.
Park Oruński dawna posiadłość Czirenbergów

Pochowana została w kościele Najświętszej Marii Panny, obok męża, jednej z dwóch poprzednich jego żon i dwóch wspólnych córek. Rodzinie Czirenbergów poświęcone jest epitafium znajdujące się w kościele Mariackim będące również dziełem Abrahama van den Blocke.

Epitafium poświęcone rodzinie Czirenbergów Autorstwa Abrahama V.d.Blocke (na kolumnie po lewej stronie transeptu)
Dziś w kamienicy pod numerem 29 znajduje się sklep z pamiątkami. Z oczywistych względów nie kupuję sobie pamiątek z Gdańska, ale zdarza mi się zajrzeć do środka, kiedy na przykład mam chwilkę czasu przed spotkaniem z koleżanką i wchodzę, aby zerknąć, co moje miasto oferuje turystom. Zazwyczaj to samo, co każde inne miasto w kraju, czyli tzw. durnostrojki, albo zbieracze kurzu. Sama będąc na wakacjach najchętniej kupuję widokówki bądź koszulki pamiątkowe (w swojej kolekcji mam kilka koszulek z podobizną Leonardo czy człowieka wirtuwiańskiego, tudzież z gargulcami z Notre Dame, bo uważam, że są bardzo dobrej jakości). 
W parku Oruńskim mimo bliskości mojego wcześniejszego miejsca zamieszkania byłam w zeszłym roku po raz pierwszy, zaś kościół Mariacki odwiedzam co najmniej raz w tygodniu, a to nie z powodu mojej żarliwości religijnej (jestem ateistką), ale uwielbienia historii i piękna jego wnętrza (zewnętrza także).
Katarzyna Elżbieta Koopman Heweliusz 
Ta urodzona w 1647 roku kobieta była córką gdańskiego zamożnego kupca z Amsterdamu. Została ochrzczona w kościele Najświętszej Marii Panny. Otrzymała staranne wykształcenie, biegle mówiła po łacinie i angielsku, miała szerokie zainteresowania naukowe. W wieku 16 lat wyszła za mąż za 52 letniego Heweliusza (zostając jego drugą żoną). Ponoć sama mu zaproponowała małżeństwo. Ślub wzięli w kościele św. Katarzyny. 
Kościół Św. Katarzyny (tu została ochrzczona,
wzięła ślub i tu została pochowana 

Mimo dużej różnicy wieku małżeństwo było udane, Katarzyna urodziła mu czworo dzieci (pierworodny syn zmarł w dzieciństwie), prowadziła gospodarstwo domowe, zajmowała się prowadzeniem należących do męża browarów, a jednocześnie pomagała mu w badaniach naukowych (prowadziła wraz z nim obserwacje, pomagała w projektowaniu obserwatorium, wspierała męża po pożarze, który zniszczył instrumenty i księgi). Mieszkali w kamienicy, którą Heweliusz otrzymał w posagu za pierwszą żonę przy ul. Korzennej 53-54. Na dachach kamienic zorganizowane zostało przez Heweliusza obserwatorium astronomiczne. Następnie Heweliusz otrzymał w spadku po ojcu kamienicę przy Korzennej 55. Kamienice te dziś nie istnieją, a stoi na ich miejscu pomnik Jana Heweliusza.
Katarzyna prowadziła korespondencję z uczonymi, a pod koniec życia męża opiekowała się nim. Po śmierci męża otrzymała od króla Jana III Sobieskiego fundusze na kontynuowanie przerwanych badań, opracowała pozostawione przez niego materiały, w których dokonywała wielu korekt i własnych obliczeń i wydała katalog gwiazd. Przeżyła męża o 6 lat i została pochowana obok niego w kościele Św. Katarzyny. Była pierwszą w Polsce i jedną z pierwszych na świecie kobiet astronomów. Uczczono ją nazwaniem jednego z kraterów na Wenus Corpman (od ang. wersji jej nazwiska), a też nazwaniem planetoidy Koopman.
Pomnik Jana Heweliusza stoi w miejscu, gdzie znajdowały się jego kamienice, w których mieszkał wraz z drugą żoną Elżbietą (Korzenna 53-55)

Płyta nagrobna rodziny Heweliusza (Hevelcke)
Kościół Św. Katarzyny także lubię odwiedzać dość często, choćby po to, aby popatrzeć na wspaniałe obraz ołtarzowy Antona Mollera Ukrzyżowanie czy Ostatnią Wieczerzę na predelli ołtarza z leżącymi przy stole apostołami (jednym z niewielu przedstawień rzeczywistego przebiegu wieczerzy w tamtych czasach- na leżąco), albo znowu pozachwycać się cudownym drewnianym XVI wiecznym baptysterium. Często też przechodzę w miejscu gdzie stały dawniej kamienice Jana Heweliusza. Nie jestem wielbicielką pomników, natomiast ten stojący przed Ratuszem Staromiejskim autorstwa Jana Szczypka wyjątkowo przypadł mi do gustu, zresztą chyba nie tylko mnie, jest on częstym obiektem fotografowania (niezwykle wdzięcznym), podobnie, jak znajdująca się opodal mapa nieba na fasadzie budynku stojącego vis a vis pomnika.
Joanna Henrieta Schopenhauer

Joanna Schopenhauer
Urodzona w Gdańsku w 1766 r. w domu pod Żółwiem (Św. Ducha 111) również była córką kupca. Także odebrała staranne wykształcenie. Poślubiła bogatego gdańskiego kupca Schopenhauera. Była matką znanego filozofa Artura Schopenchauera oraz urodzonej w Hamburgu córki Adeli (pisarki). Sama również była literatką. Wraz z mężem odwiedziła Hanower, Brukselę, Paryż i Londyn (w podróży poślubnej). Mąż cierpiał na depresję, prowadził rozpustny tryb życia i prawdopodobnie umarł śmiercią samobójczą. Mieszkała w rezydencjach męża (Gdańsku na Polankach i dworze dzierżawionym w Sztutowie). Po I rozbiorze Polski nie chcąc zostać poddanymi króla pruskiego opuścili Gdańsk udając się do Hamburga, a następnie podróżując po całej Europie. Po śmierci męża osiadła w 1806 r. w Weimarze, gdzie prowadziła salon literacko-artystyczny- miejsce spotkań ludzi z całej Europy. Była bliską przyjaciółką Goethego. Pod koniec życia zaczęła pisać wspomnienia z lat dzieciństwa i młodości spędzonych w Gdańsku. Niedokończony pamiętnik Gdańskie wspomnienia młodości opublikowała jej córka.
Środkowa kamienica to kamienica pod żółwiem

Kiedy czytam wspomnienia Joanny tak dobrze ją rozumiem, bo odczuwam to samo, tę wdzięczność, jaką żywię do losu, iż dane mi było urodzić się w mieście mającym dostęp do morza. 
Zazwyczaj zbyt późno spostrzegamy wszystko, czym nas natura szczodrze obdarza. Wielką korzyścią dla mnie było to, że ujrzałam światło dzienne nad brzegiem morza, jak rzec by można, przed jego obliczem. ..... Czym dla Szwajcara Alpy z korzennym zapachem ziół, tym dla nas urodzonych nad brzegiem morza, jego świeży powiew, widok wiecznie poruszającej się, niezmierzonej przestrzeni i niemilknący szum fal. Z dala od morza nie opuszcza nas tęsknota. Nie zastąpi go nam żadna rzeka świata; ani Ren z rajsko pięknym brzegiem, ani Dunaj, ani Tamiza czy Łaba z wielkimi, wspaniale wpływającymi okrętami morskimi i sięgającym nieba lasem masztów w portach. Gdy byłam dzieckiem, wydawało mi się czymś niesłychanym, że mogą istnieć ludzie, którzy morza nie widzieli. Później odczuwałam współczucie dla Berlińczyków i innych obcych przybywających do Gdańska i odwiedzających moich rodziców z okazji wielkich czterotygodniowych jarmarków dominikańskich (str. 53-54)
Dziś co prawda odczuwam współczucie dla nas Gdańszczan, kiedy tylko pomyślę o Jarmarku Dominikańskim, ale to niestety znak czasów, w których miasta takie jak Gdańsk przyciągają dziesiątki tysięcy turystów.
O ulicy Świętego Ducha pisałam tutaj. Odwiedzam ją równie często, jak Mariacką, a może nawet chętniej, bo przynajmniej do niedawna była mniej oblegana przez turystów. Niestety od czasów, kiedy stoją tu jarmarczne budy od końca lipca do połowy sierpnia lepiej omijać ją z daleka. 
Jadwiga Łuszczewska, lepiej
znana jako Deotyma
Jadwiga Łuszczewska W Gdańsku spędziła krótkie wakacje (jako 24 latka), co zaowocowało późniejszą powieścią Panienka z okienka. Opisała w niej dzieje miłości Hedwigi, przybranej córki gdańskiego rzemieślnika do marynarza królewskiej floty wojennej Kazimierza. Owa nadobna Hedwinia (w filmowej ekranizacji grana przez Polę Raksę) mieszkała w kamienicy zwanej Bursztynowym Domem (przy ul. Długi Targ 43). Za czasów mego dzieciństwa była to dla nas jedna z najważniejszych powieści związanych z Gdańskiem. Przeczytana w dorosłości uznana została przeze mnie za sentymentalną ramotkę. Nie mniej Panienka z okienka była swego czasu symbolem Gdańska, jak w Poznaniu są koziołki. O określonej godzinie (chyba 13, ale głowy nie dam) nadobna panienka (wybrana w drodze castingu) ukazywała się w oknie przy ul. Długi Targ 43. Od kilku już lat zaprzestano owej atrakcji.

Stanisława Przybyszewska
Stanisława Przybyszewska
– urodzona w 1901 r. nieślubna córka Stanisława Przybyszewskiego i malarki Anieli Pająkówny (o której pisałam tutaj) zamieszkała w Gdańsku w wieku 22 lat i mieszkała tu do śmierci. Do Gdańska przyjechała w związku z wyjściem za mąż za malarza Jana Panieńskiego przeniesionego do Gimnazjum Polskiego w Gdańsku przy ul. Augustyńskiego 1. Znajdował się tam barak, w którym Stasia mieszkała do śmierci. Jej mąż zmarł dwa lata po przeniesieniu do Gdańska. Przybyszewska po śmierci męża starała się o posadę w Gimnazjum Polskim, ale jej nie dostała. Utrzymywała się z korepetycji i dzięki wsparciu rodziny. Zaczęła pisać. Tutaj napisała swoje najważniejsze dramaty, w tym Sprawę Dantona (zekranizowaną przez Wajdę). Zmarła z biedy i uzależnienia od morfiny.
Przy (dzisiejszej ul Augustyńskiego 1) mieściło się Gimnazjum Polskie uruchomione (tu ciekawostka) dzięki staraniom Stanisława Przybyszewskiego, który organizował zbiórki pieniężne na remont budynku. Budynek wzniesiony w trakcie I wojny Światowej jako koszary wojskowe służył od 1922 r. jako szkoła. Za czasów mojej młodości znajdowało się tam Technikum, potem Centrum Kształcenia Ustawicznego a od 2014 r. mieści się tu jedna z siedzib Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego, którą z racji kontaktów zawodowych często odwiedzałam. W 1977 r. na głazie przy dawnym Gimnazjum Polskim odsłonięto tablicę poświęconą Stanisławie Przybyszewskiej.

Głaz przy ul. Augustyńskiego 1 upamiętniający Stanisławę Przybyszewską

Niemiecko brzmiące nazwiska niektórych Gdańszczanek świadczą o wielonarodowościowym charakterze miasta.
Gdybyście znali inne znane Gdańszczanki (nie te współczesne, ale te wcześniejsze) chętnie i ja je poznam. 

sobota, 24 maja 2025

Abraham van den Blocke, czyli nasz rodzimy Bernini - ciąg dalszy gdańskich spacerów


Wielka Zbrojownia
Na początek mała dygresja. Chyba potrzebuję urlopu od emerytury. Prowadzę tak aktywne życie, że zaczyna mi brakować czasu na to co nazywa się dolce far niente. Kalendarz wypełniony na dwa tygodnie naprzód, sztuką jest się z kimś umówić. Ostatnio musiałam wybierać pomiędzy spotkaniem klubu dyskusyjnego w bibliotece, kuratorskim oprowadzaniem po wystawie w Oliwie, a wykładem z serii Memlingowskiej w Muzeum Narodowym. Wybrałam to ostatnie. I zostałam wynagrodzona nie tylko ciekawą prelekcją na temat tkanin szat anielskich u Memlinga z możliwością obejrzenia kilku XVI wiecznych wyrobów (bez pośrednictwa szklanej gabloty). Aksamit podbity jedwabiem – brzmi tak fantastycznie, że kusi, aby dotknąć. Dodatkowo otrzymałam w prezencie książkę. To tak na marginesie po kolejnym zapytaniu pracującej koleżanki, a co ty właściwie robisz całe dnie. No nudzę się proszę pani, nudzę.
Fontanna Neptuna, zwana niegdyś Studnią Neptuna
Jednym z rodzajów mojej aktywności są spacery. Czasami  połączone ze spotkaniami z przyjaciółkami, czasami odbywane solo. Jedne i drugie równie ciekawe. Nagle po kilkudziesięciu latach człowiek łapie się na tym, iż nie bardzo zna własne miasto. Tylu miejsc, jakie odwiedziłam w przeciągu dwóch ostatnich lat (niektóre po raz pierwszy) nie odwiedziłam w całym wcześniejszym życiu. Być może pracując byłam za bardzo skupiona na robocie i nie potrafiłam prawidłowo gospodarować czasem, ale raczej bywało tak, że praca wysysała wszelkie soki życiowe i wróciwszy do domu czekał ból głowy, zmęczenie i marzenie o weekendzie, który mijał zbyt szybko i nerwowo, bo w perspektywie czekał powrót do stresującej pracy. Kiedyś myślałam, iż to moja zbyt słaba konstrukcja psychofizyczna, dziś słyszę to samo z ust jeszcze pracujących koleżanek. I cóż - uśmiecham się wówczas, bo to by znaczyło, że wszystko ze mną było w porządku, to jedynie system pracy jest nie w porządku.
Część główna ołtarza w kościele Św. Jana Chrzest w Jordanie
Bardzo lubię owe spacery; niespieszne i odkrywcze. Van den Blocków poznałam za sprawą wizyty w kościele Św. Jana. Wróciwszy do domu zaczęłam szukać informacji i ze zdumieniem odkryłam, iż była to bardzo znana na przełomie XVI i XVII wieku niderlandzka rodzina artystów. Jeśli idzie o popularność Abrahama van den Blocke można by nazwać gdańskim odpowiednikiem Berniniego. Większość najbardziej znanych miejskich budowli nosi piętno jego pomysłu (czasami był to projekt, czasami dekoracje, a bywało, że i wykonawstwo). Van den Blockowie pochodzili z Mechelen (dzisiejsza Belgia). Abraham uczył się w warsztacie ojca Willema, nauki pobierał też u gdańskiego budowniczego Van Obberghena. Po dwunastu latach od osiedlenia otrzymał obywatelstwo gdańskie. W wieku dwudziestu pięciu lat został mistrzem cechu murarzy i rzeźbiarzy. Piął się dość szybo po szczeblach kariery, wkrótce otrzymał urząd rzeźbiarza miasta Gdańska, a nieco później głównego budowniczego miejskiego (po śmierci van Obberghena). Uważany był za reprezentanta manieryzmu niderlandzkiego. XVII wieczna architektura Gdańska pozostaje pod jego wpływem. Niemal każda ważniejsza budowla świecka była wznoszona lub zdobiona przy jego udziale (Złota Brama, Wielka Zbrojownia, Dwór Artusa, Studnia Neptuna, Złota Kamieniczka, Ołtarz w kościele Św. Jana, liczne epitafia i nagrobki). Był trzykrotnie żonaty, miał czternaścioro dzieci. Jego warsztat najpierw mieścił się przy ul. Węglarskiej, potem niedaleko Wieży Więziennej (prestiżowa lokalizacji tuż przy drodze królewskiej). Zmarł kilka dni po swoim ojcu i został pochowany w kościele Mariackim w północnej nawie (płyty nagrobnej nie udało mi się odnaleźć). Warsztat przejął jeden z uczniów van den Blocków żeniąc się z wdową po Abrahamie (z domu Kramer). Żadne z jego dzieci nie uzyskało takiej sławy, jak ojciec, stryjek Izaak, czy dziadek Willem.
Przez Złotą Bramę na Długą
Kiedy idzie się uliczkami miasta co chwila można spotkać się z którymś z dzieł Abrahama. Zaczynając od Drogi Królewskiej natrafiamy na Złotą Bramę. Znajdująca się tutaj w I poł. XIV wieku Brama nazywana była Długouliczną (od ulicy Długiej, na którą prowadzi). Można jeszcze tamtą bramę oglądać na obrazie Antona Mollera z 1601 r. Grosz czynszowy (w Ratuszu Miasta Gdańska). Twórcą nowej bramy powstałej na początku XVII wieku był Abraham. Z powodu zdobiących ją złoceń została nazwana Złotą Bramą. Ma dwie kondygnacje i przypomina Tryumfalny. Rzeżby posągi stojące na jej szczycie powstały już po śmieci projektanta, podobnie, jak łacińskie inskrypcje, z których najbardziej podoba mi się znajdująca się od strony ulicy Długiej Zgodą małe państwa wzrastają, niezgodą duże upadają. Po przejściu ulicy Długiej, która o paradoksie mierzy zaledwie około trzystu metrów dochodzimy do
Złota Brama od strony Długiej
Studni Neptuna. Dzisiaj jest to fontanna, wówczas studnia. Takie drewniane studnie znajdowały się niemal na każdej ulicy, bo to one drewnianymi (co dla mnie niepojęte) rurami doprowadzały wodę. 
W I poł. XVII wieku zastąpiono ją nową kamienną studnią udekorowaną posągiem króla mórz Neptuna. Zaprojektował ją Abraham na zlecenie Rady Miejskiej. On też wykonał kamienne elementy czaszy i obudowy. Posąg Neptuna odlał w brązie Piotr Husen. Całość zmontowano dopiero po śmierci architekta. 
Golas zdjęcie nocne

Golas za dnia
Studnia stoi przed Dworem Artusa. Oba (studnia i dwór) należą obok (Żurawia) do najbardziej rozpoznawalnych gdańskich widoków. Dwór Artusa był miejscem spotkań kupców i ośrodkiem życia towarzyskiego. Był siedzibą bractw cechów, które gromadziły elitę miasta. Dwór wzniesiono w połowie XIV wieku. Wielokrotnie był przebudowywany, jednak czasy rozkwitu przypadają na wieki XVI i XVII. To co dziś oglądamy to fasada stworzona przez Abrahama van den Blocke. Budynek ozdobiono posągami starożytnych bohaterów, alegoriami siły, sprawiedliwości, na szczycie posągiem Fortuny. Po obu stronach portalu umieszczono popiersia Zygmunta III Wazy, jego syna Władysława. 
Dwór Artusa (ten biały budynek z flagą Gdańska)

Dwór Artusa w zimowym anturażu
Kilkanaście metrów dalej znajduje się Złota kamienica. I ona jest zaprojektowana i wybudowana przez Abrahama. Nazwana Złotą od złotych dekoracji, które ją bogato zdobiły, albo też Domem Steffensa (jednego z jej kolejnych mieszkańców). Wzniesiona została na zamówienie ówczesnego burmistrza Gdańska Hansa Speymanna, którego nazwisko wiąże się z innym dziełem Van den Blocka (o czym poniżej). Na szczycie dachu znajduje się posąg, który mnie przypominał posąg Chrystusa pasterza, ale jak się okazuje z opisu w wielkiej Księdze miasta Gdańska jest to posąg bogini Fortuny. Na szczycie attyki znajdują się posągi Kleopatry, Edypa, Achilessa i Antygony, a poniżej popiersia znanych postaci, jak Solon, Scypion Afrykański, czy nawet król Zygmunt III Waza. Niżej znajdują się pędy winorośli i militaria wojenne. Nad portalem uosobienie miłosierdzia posąg przedstawiający matkę z dzieckiem na ręku.
Złota kamieniczka Długi Targ 41
Figura miłosierdzia nad portalem oraz wojenne militaria
Wszystkie wyżej wspomniane budowle mają oczywiście swój urok, są rozpoznawalne i niewątpliwie piękne. Mnie jednak najbardziej podoba się Wielka Zbrojownia, czyli Arsenał. Jej projekt pochodzi najprawdopodobniej od budowniczego miasta i mistrza Abrahama samego Van Obberghena. Abraham zatrudniony był przy wznoszeniu Zbrojowni oraz dekoracji (zwłaszcza jej wschodniej części wychodzącej na ulicę Piwną) - tej bardziej dekoracyjnej. Oczywiście biały piaskowiec który był często wykorzystywany przez Abrahama jest niezwykle eleganckim materiałem budowlanym, tym niemniej mnie bardzo podoba się połączenie czerwonej cegły z przeplatającymi ją pasami białego kamienia. Czy był to pomysł mistrza czy ucznia nie mam pojęcia, ale według mnie bardzo dobry. Dekoracje fasady podkreślają militarny charakter budynku; medaliony z głowami wojowników, kule armatnie, posąg bogini Minerwy tudzież Pallas Ateny (bogini słusznej wojny i sztuki. Nawiasem mówiąc jak można być boginią czegoś co niszczy i czegoś co buduje i tworzy jednocześnie. No skoro jest widać można). A swoją drogą bardzo właściwa patronka dla arsenału, jak i dla Akademii Sztuk Pięknych, która dziś jest mieści się na wyższych kondygnacjach budowli. Znajdująca się przed fasadą studzienka także jest autorstwa Abrahama. 
Studzienka przed Zbrojownią z Minerwą powyżej

Minerwa na Zbrojowni

Ozdobne rzygacze na budynku zbrojowni
Herb Gdańska na Zbrojowni

Zbrojownia w pełnej krasie
Skoro już znajdujemy się na ulicy Piwnej należy wejść do Kościoła Mariackiego. Znajduje się tam nagrobek powstały w warsztacie Abrahama. Jest to nagrobek rodziny Bahrów. Jest to niesamowite, iż w kościele Mariackim pozwolono na postawienie tak okazałego nagrobka jednemu z gdańskich rodów. Jak zauważycie w świątyni nie ma innych nagrobków. Ja przynajmniej ich nie znalazłam. Zarówno gdańszczanie, jak i władze duchowne nie chciały wyrazić zgody na stawianie komukolwiek nagrobka w świątyni, a tym samym wyróżnianie go w ten sposób. Kim byli Bahrowie? Otóż byli to teściowie burmistrza Speymanna. Bahr był bankierem, faktorem królów, udzielał im pożyczek, pośredniczył w transakcjach dworu, uzyskał z rąk króla szlachectwo (czyli taki nasz gdański Medyceusz XVII wieczny), pani Bahr urodziła dziewięcioro dzieci i była zacną niewiastą, jak wynika z inskrypcji nagrobnej. Burmistrz Speymann (także kolekcjoner dzieł sztuki, książek i militariów) postawił sobie za punkt honoru upamiętnienie teściów w tak godnym miejscu i to poprzez warsztat najbardziej wówczas rozpoznawalnego mistrza Abrahama van den Blocke. 
Nagrobek Bahrów w Kościele Mariackim


Początkowe opory przeciwko wyrażeniu zgody zostały usunięte dzięki ówczesnemu zwyczajowi przeganiania bydła poprzez transept kościoła. Miejsce, w którym stanął nagrobek uważano za mało godne i o niewielkiej wartości materialnej stąd odsprzedano je za niewielkie pieniądze. Początkowo też nie wyrażano zgody na tak imponującej wielkości nagrobek, jednak za wstawiennictwem szwagra burmistrza – członka Rady Miejskiej i na to wyrażono zgodę. Informacje te wyczytałam w artykule pani Marii Sadurskiej na stronie gdańskiej strefy prestiżu. Przyznam, iż to, że przez jeden z najstarszych kościołów przeganiano bydło niezmiernie mnie zdumiał. Abraham będący autorem i wykonawcą projektu nadał mu cechy renesansowe nawiązujące do sztuki antyku. Para małżonków klęczy z twarzami zwróconymi ku sobie. Nagrobek nie zawiera szczątków upamiętnionych, oni, jak kilka tysięcy gdańszczan sprzed wieków zostali pochowani pod płytą nagrobną pod posadzką kościoła. Podobno Abraham wzorował się na innym pomniku nagrobnym będącym dziełem jego ojca Willema- nagrobku rodziny Kos znajdującym się w Katedrze Oliwskiej.
Ołtarz główny w kościele Św. Jana


Ostatnim dziełem Abrahama, o którym chciałam wspomnieć jest Ołtarz Główny w kościele Św. Jana. To od niego zaczęło się moje zainteresowanie rodziną van den Blocków. Wspominałam o nim we wpisie poświęconym kościołowi Św. Jana.
Początkowo planowałam napisać tutaj jeszcze o Willemie i Izaaku. Jednak wpis i tak zrobił się bardzo obszerny więc dziś poprzestanę na Abrahamie, gdańskim Berninim.
Nieopodal kościoła Św. Jana znajduje się Eklerownia, jedna z moich ulubionych gdańskich cukierenko-kawiarenek, gdzie jak poziom cukru jest w normie mogę pozwolić sobie na takie szaleństwo.
  A jeśli cukier przekracza normę to chociaż kawusia i widok na gablotkę z eklerami