Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brown Dan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brown Dan. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 października 2014

Śladem Kodu da Vinci - Rosllyn


Kaplica w Rosslyn
Mimo, iż ostatnie książki Dana Browna coraz mniej zachwycają, stają się przewidywalne i powtarzają utarty schemat na zawsze we wspomnieniach pozostanie pierwsze wrażenie i emocje wywołane lekturą (moim zdaniem najlepszych w jego dorobku) dwóch powieści. Nie będę się powtarzać, że nie uważam ich za książki wybitne, ale mnie sprawiły dużą przyjemność. Dlaczego piszę tutaj. Czytanie Aniołów i demonów na Placu św. Piotra a  Kodu da Vinci w Ogrodach Tuleryjskich, wędrowanie śladami bohaterów i tych fikcyjnych i tych służących za pierwowzory zachowały się w mej pamięci, jako fantastyczne przeżycia. Odnośnie Aniołów i demonów pozostało przede mną jeszcze do zobaczenia Passetto i choć słyszałam, że są organizowane wycieczki sekretnym papieskim korytarzem to dotąd nie udało mi się tego potwierdzić. W poszukiwaniu Świętego Grala wędrowałam już śladami Langdona po Paryżu i Londynie,
Rosslyn Chapel -obraz z 1834 r. (Galeria w Rouen)
 
odwiedzenie Rosslyn było ukoronowaniem przygody z bohaterami Kodu da Vinci.
Pod starą Roslin Święty Graal czeka.
Ostrze i kielich pilnują wieka.
Taką tajemnicę skrywał krypteks, który miał naprowadzić poszukiwaczy na rozwiązanie zagadki, czyli miejsca spoczynku Marii Magdaleny.
Ufundowana w połowie XV wieku przez księcia Orkney Williama St. Clair (Sinclair) gotycka kaplica to miejsce niezwykłe. Jest niewielkich rozmiarów, wykopaliska sugerują, iż planowana była budowa o wiele większej świątyni, jednak po śmierci jej fundatora poprzestano na obecnym kształcie. Nie wiem, czy to na skutek sugestii będących konsekwencją lektury, co to całkiem od nich niezależnie kaplica wywarła na mnie niepowtarzalne wrażenie; aura tajemniczości, położenie z dala od uczęszczanych szlaków, symbolika znaków sprawiły, iż nie sposób pomylić jej z jakąkolwiek inną. Natomiast w sferze klimatu dostrzegam podobieństwo z londyńską Świątynią Temple. I znowu może zagrały tu skojarzenia książkowe, bo choć powstała na długo po zlikwidowaniu Zakonu postrzegana jest, jako świątynia związana z Templariuszami. Jej peryferyjne usytuowanie, bogactwo elementów zdobniczych o charakterze tajemnym, panujący tu klimat wszystko to powoduje, iż wchodząc do jej wnętrza zanurzamy się w świat magii, tajemnic, misteriów.
wnętrze kaplicy
Kaplica Rosslyn, często zwana Katedrą Kodów, znajduje się w Szkocji siedem mil na południe od Edynburga, gdzie kiedyś stała starożytna świątynia Mithraic. Zbudowana przez templariuszy w 1446 roku, kaplica jest pokryta oszałamiającą mozaiką symboli zapożyczonych z tradycji religii żydowskiej, chrześcijańskiej, egipskiej, masońskiej i pogańskiej.
Geograficznie kaplica leży dokładnie na linii południka, który przebiega przez Glastonbury. Ta długość geograficzna, zwana linią róży, w tradycji jest znacznikiem wyspy króla Artura, Avalonu. Uważana jest też za główny filar uświęconej geometrii Brytanii. To właśnie od tej opiewanej w legendach linii róży bierze swoją nazwę Rosslyn — której nazwa w pierwotnym kształcie brzmiała Roslin.
Tak o kaplicy pisze Dan Brown. Czy rzeczywiście rodzina St. Clair należała do Templariuszy - nie odnalazłam takiej informacji. Jednak mity bywają silniejsze niż rzeczywistość. Czy symbole ukryte w rzeźbach zapożyczone zostały z tradycji różnych religii także trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Jednak przyglądanie się rzeźbom w kaplicy jest jak studiowanie zaszyfrowanej przez średniowiecznych mnichów wiadomości. Zapewne błądzę, kiedy w rycerzu na koniu widzę ilustrację jej donatora, w Aniele z sercem w dłoniach personifikację miłości boskiej, a może ludzkiej, a w  postaci z rogami  Mojżesza -środkowe zdjęcie - (czy błąd odczytania tożsamy z błędem popełnionym przez Michała Anioła). Pytania się mnożą. Może wy patrząc na poniższe zdjęcia dojrzycie coś więcej. 
Najwięcej tu rzeźb Zielonych Ludzi (Green Man), czyli twarzy otoczonymi wyrastającymi zewsząd liścmi. Podświetlane od dołu sprawiają nieco upiorne wrażenie. Zgodnie z opisem ze strony Kaplicy mają symbolizować jedność pomiędzy człowiekiem i naturą. Wzrok przyciąga kolumna Czeladnika. Jak w każdej szanującej się świątyni, a tym bardziej w świątyni o konotacjach masońskich istnieje legenda tłumacząca powstanie tej kolumny. Czeladnik, który zaczął ją rzeźbić straciwszy wenę przerwał pracę i wyjechał w podróż w poszukiwaniu natchnienia. Kiedy wrócić zobaczył pracę dokończoną przez swego ucznia. To, co ukazało się jego oczom wzbudziło podziw, ale i zazdrość. W  ataku szału uderzył ucznia młotkiem i zabił na miejscu. Za karę jego wizerunek wyrzeźbiony po drugiej stronie kaplicy musi przyglądać się pracy ucznia.


Kolumna Czeladnika
Green Man

Do Rosslyn, pomna informacji internetowych o walących (na fali popularności książki) tłumach udałam się wcześnie rano. Dzięki temu na miejsce dotarłam kilka minut przed otwarciem. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, iż jestem pierwszą tego dnia odwiedzającą i jednocześnie radość; mogłam spokojnie obejrzeć całą kaplicę, wejść do krypty, obfotografować świątynię wewnątrz, zanim pokazała się pierwsza tura zwiedzających). Dzięki tak wczesnym odwiedzinom obsługa okazała się dla mnie łaskawa i o zakazie fotografowania poinformowała mnie post factum. 
Rosslyn stała się teraz miejscem pielgrzymek poszukiwaczy tajemnic. Jedni twierdzili, że przyciąga ich tu potężne pole magnetyczne, inni, że przyjechali zbadać zbocze wzgórza i odnaleźć ukryte wejście do kamiennego skarbca, ale większość przyznawała, że jest tu po prostu po to, aby się przechadzać po okolicy, chłonąć atmosferę i próbować zrozumieć tradycję Świętego Graala.
Po sarkofagu ani śladu
Dzisiaj, jeśli do Rosslyn walą tłumy jest to zasługą pisarza, dzięki którego spiskowej teorii dziejów o Kaplicy usłyszały osoby, które wcześniej nie miały o niej pojęcia.
Po zejściu do krypty bezskutecznie poszukiwałam śladów Świętego Grala, bo choć rozum mówi jedno, to serce szepcze drugie; a może Tobie się uda; może odnajdziesz jakiś znak tajemny, może pokłonić się zdołasz przed Sarkofagiem Marii Magdaleny ukazanej w powieści w nader korzystnym świetle.
Chociaż już czytał sporo na temat zadziwiająco przemyślnej sztuki kamieniarskiej i płaskorzeźb pokrywających ściany Rosslyn, kiedy zobaczył to wszystko na własne oczy, wrażenie było przejmujące. Raj dla badaczy symboli — powiedział o kaplicy jeden ze współpracowników Langdona. Całą powierzchnię wewnętrznych ścian pokrywały symbole — chrześcijańskie krzyże, żydowskie gwiazdy Dawida, masońskie pieczęcie, krzyże templariuszy, rogi obfitości, piramidy, znaki astrologiczne, motywy roślin, warzyw, pentagramy i róże. Templariusze byli mistrzami kamieniarstwa, stawiali kościoły w całej Europie, ale Rosslyn uważano za najwspanialsze dzieło miłości i uwielbienia. Mistrzowie kamieniarstwa nie zostawili ani jednego kamienia bez rzeźby. Kaplica Rosslyn była świątynią wszystkich wyznań... Wszystkich tradycji... A przede wszystkim świątynią natury i Wielkiej Bogini.
To prawda, ilość rzeźb i elementów dekoracyjno - zdobniczych jest tu olbrzymia. Panie Brown właściwie należą się panu moje podziękowania, bo gdyby nie pana książki to nie odkryłabym tylu pasjonujących miejsc, a stara kaplica w Rosslyn z pewnością do nich należy.

wtorek, 6 maja 2014

Inferno Dana Browna (audiobook), czyli o tym, jak nie tylko profesor Langdon traci siły



Sala map w Palazzo Vecchio
Swą słabość do dwóch najgłośniejszych książek Dana Browna prezentowałam nie raz. O jej powodach pisałam obszernie w recenzjach Kodu da Vinci oraz Aniołów i demonów. Czar prysł po drugim przeczytaniu Zaginionego symbolu. I to powinno być dla mnie ostrzeżeniem. Obiecałam sobie wówczas w celu pozostawienia miłych wspomnień do nowych książek pisarza nie sięgać. No, ale jak tu nie sięgnąć skoro najnowsza powieść za tło akcji obrała sobie dwa z miłych memu serc miast; Florencję i Wenecję, a znając styl pisania autora mogłam przypuszczać, iż nie obejdzie się bez nawiązania do świata sztuki.
Tym razem profesor Langdon trafia do Florencji, gdzie zostaje wmieszany w odszukanie miejsca ukrycia czegoś, co może wywołać na ziemi piekło porównywalne z tym, jakie przedstawia w Boskiej Komedii Dante. Pomocą w rozszyfrowaniu miejsca ukrycia groźnej zarazy będzie najgłośniejsze dzieło Dantego i powstała na jego podstawie Mapa piekieł Botticellego.
Tym, co mnie w powieściach Browna najbardziej fascynowało
Sala Pięciuset
(poza wartką i trzymającą w napięciu akcją) była umiejętność autora zainteresowania dziełami sztuki i ich twórcami oraz umożliwienie poznania  miejsc nieznanych (o czym pisałam poza wyżej wspomnianymi recenzjami, choćby tu czy tu).
Paradoksalnie w czytaniu Inferna znajomość tematu mi nie pomogła. Florencję i Wenecję znam dość dobrze, może dlatego wstawki z przewodnika turystycznego nie zaspakajały mojego apetytu poznawczego, a trochę rozczarowywały. Również informacje na temat Medyceuszy, Dantego, Machiavelego czy Botticellego niewiele wniosły nowego do stanu mojej wiedzy, a to co wydawało się czymś nowym, czy przeoczonym podczas lektury Commedia Divina (Najmroczniejsze czeluście piekieł zarezerwowane są dla tych, którzy zdecydowali się na neutralność w dobie kryzysu moralnego) okazało się być wymyślonym przez autora cytatem z Dantego. Nie jest to oczywiście zarzut w stosunku do autora, jego książka to  thriller apokaliptyczny, jak nazywają ten gatunek znawcy, czy powieść sensacyjna, jak ja bym to nazwała, a nie popularno-naukowa pozycja na temat sztuki i turystyki. Dlatego dla wielu osób przyjemnością będzie poznawanie miejsc i dzieł sztuki za pośrednictwem autora, mnie tym razem ta przyjemność ominęła. Okazuje się, że nadmiar wiedzy może być przeszkodą.
Casa di Dante
Kiedy padało hasło jakiegoś miejsca lub dzieła mój umysł wyprzedzał informacje, które chwilę później słyszałam z nagrania. Miejscami nawet korygowałam wywody profesora Langdona, który na skutek amnezji stracił całą swą bystrość, stąd zapewne pojawia się malujący na sztalugach pod florencką katedrą Michał Anioł.
Cieszący się moją sympatią profesor Langdon zaczynał coraz bardziej irytować, kiedy pozostawał w tyle za czytelnikiem w rozwiązywaniu logicznych zagadek, jak choćby odnalezienie znaczenia CATROVACER, które nawet przy miernej znajomości włoskiego odgadłam w ciągu paru sekund (to tak jakby napisać KAZNAJDZIESZU), czy miejsca ukrytego w XXV części Raju Dantego (wrócę poeta u chrzcielnego zdroju). Rozumiem, że sympatyczny pan profesor padł ofiarą amnezji, bo gdyby nie to, nie dał by się tak wodzić swojemu przeciwnikowi za nos. 
No i jak tu dogodzić czytelnikowi, raz chciałaby sam rozwiązywać zagadki, a za chwilę marudzi, że skoro sam je rozwiązuje to znaczy powieść nie spełnia oczekiwań. Na szczęście nie wszystkie sekrety udało mi się rozwiązać, więc i ja miałam trochę przyjemności z lektury.
Trzeba przyznać, iż tym razem autor mocno zagmatwał fabułę i do końca nie było wiadomo, kto jest kim.
Wykorzystanie po raz czwarty tego samego schematu wydaje się
Dante przed Santa Croche
być pomysłem dość ryzykownym. To, co zachwycało w przypadku Kodu da Vinci ledwie wystarcza w przypadku czwartej z kolei książki.
Muszę jednak przyznać, że czyta (słucha) się nieźle i szybko (mnie lektura zajęła półtora dnia), fabuła wciąga, choć nie wywołuje już tak dużych emocji, jak wcześniejsze książki. Stopniowanie napięcia, przerywanie opowieści w najciekawszym momencie, odniesienie do prawdziwych postaci, miejsc, osób i dzieł - wszystko to sprawia, że książka znajdzie swoich sympatyków. Niestety po świetnym początku, niezłym rozwinięciu zakończenie mocno rozczarowuje. 
Do Kodu Inferno bardzo daleko.
Czy polecam? Osobom nie obciążonym wiedzą na temat epoki, miasta i jego mieszkańców książka może się spodobać, mimo swej powtarzalności w powielaniu tego samego schematu, kiepskiego zakończenia oraz pewnej niepełnosprawności umysłowej głównego bohatera.

Jak dla mnie Dan Brown wzorem swego bohatera zaczął tracić siły. 

sobota, 8 marca 2014

Londyńskie odkrycia - Opactwo Westminsterskie


Potężna świątynia imponuje zarówno rozmiarem, jak i dostojeństwem, jakie kamieniom nadaje patyna czasów. Masywna bryła z noszącą ślady wieków fasadą, dzięki licznym ozdobnym wieżyczkom i ażurowym dekoracjom mimo całej swej przysadzistości sprawia wrażenie lekkości. Pierwsze wow powoduje rozmiar. Choć widziałam nie jedną katedrę, to zawsze każda kolejna zadziwia tym człowieczym dążeniem sięgnięcia gwiazd. Tą pychą i arogancją połączonymi z nadzieją i ufnością, że tym razem uda się stworzyć rzecz bardziej okazałą, bardziej imponującą, bardziej godną dzieła dziecka bożego. Nieodmiennie wprawiają mnie w rodzaj nabożnego podziwu bryły katedr. Dzisiejszy kształt został nadany świątyni w XIII wieku, w czasach, kiedy o anglikanizmie nikomu się nawet nie śniło. Z chwilą ogłoszenia się Henryka VIII  głową kościoła katolickiego benedyktyńskie opactwo zostało przejęte przez monarchię. Wskrzeszone na krótką chwilę przez Marię I Tudor (zwaną Krwawą Mary) zlikwidowała ostatecznie Elżbieta I Tutor (przyrodnia siostra Mari I). 
W Opactwie Westminsterskim, w grobach lub w relikwiarzach, leżą prochy trzech tysięcy osób. Gigantyczne wnętrza wypełniają doczesne szczątki królów, polityków, naukowców, poetów i muzyków. Ich groby, upchnięte w każdej najmniejszej niszy i w każdym zakamarku, na skali przepychu sytuują się od prawdziwie królewskich mauzoleów — jak mauzoleum królowej Elżbiety I, której sarkofag pod baldachimem mieści się w jej prywatnej kaplicy — do najskromniejszych metalowych płyt, na których wieki i stopy przechodniów zatarły wyrzeźbione napisy i tylko wyobraźnia podpowiada, czyje szczątki mogłyby leżeć w krypcie. Zaprojektowanego w stylu wielkich katedr Amiens, Chartres i Canterbury Opactwa Westminsterskiego nie uważa się ani za katedrę, ani za kościół parafialny. Nosi ono miano royal peculiar, miejsca kultu podległego tylko monarsze. Od dnia koronacji Wilhelma Zdobywcy w Boże Narodzenie 1066 roku mury tego przepięknego sanktuarium były świadkiem niezliczonych ceremonii królewskich i uroczystości państwowych — od kanonizacji Edwarda Wyznawcy do ślubu księcia Andrzeja i Sary Ferguson, pogrzebów Henryka V, królowej Elżbiety I i lady Diany.*
Nawet osoby zupełnie obojętne na spuściznę wieków, mylące dynastię Tudorów z dynastią Stuartów, a Yorków z Lancasterami, chętnie zobaczą, miejsce, w którym koronowano miłościwie panującą Brytyjczykom Elżbietę II i w którym odbyła się ceremonia zaślubin księcia Williama z Lady Kate Middelton. Kolegiata Św. Piotra znana lepiej, jako Opactwo Westminsterskie to jedna z największych anglikańskich świątyń. Tutaj koronowani byli niemal wszyscy monarchowie Anglii, począwszy od Wilhelma Zdobywcy (1066 r.) a na Elżbiecie II (1953 r.) skończywszy. Opactwo jest jednym z kilku narodowych Panteonów. Pochowano tutaj większość monarchów (w tym dwie antagonistki Elżbietę I Tudor – Królową Dziewicę i Marię Stuart). Pochowano także sporo ludzi nauki (Newton, Darwin) i sztuki (Chaucer, Dickens, Kypling, Händel). 


Rzeźby i ozdoby zdobiące mury katedry w pierwszej chwili nie rzucają się w oczy. Dopiero wieczorne światła wydobywają z mroku i pozwalają dostrzec całą różnorodność architektonicznych detali i ozdób fasady. Wejście do środa, w przeciwieństwie do wielu świątyń znajduje się z boku, a nie od frontu. Portal nad drzwiami prowadzącymi do środka nie jest imponujący, prawdę powiedziawszy omal go nie przegapiłam. Wizytę w świątyni odbyłam w pochmurne popołudnie. Odwiedzających nie było wielu, jednak nie poczułam ciszy, którą spodziewałam się tu zastać. Przechodząc przez próg bazyliki, (…) poczuł, jakby świat zewnętrzny ulotnił się i nagle zapadła cisza. Nie docierają tu odgłosy ruchu ulicznego. Nie słychać deszczu. Tylko ogłuszająca cisza, która odbijała się od ścian katedry, jakby stare mury szeptały coś do siebie. (..) wznieśli oczy w górę, gdzie otchłań katedry zdawała się eksplodować ku niebu. Kolumny z szarego kamienia pięły się w górę jak potężne sekwoje, wyginały wdzięcznie nad oszałamiającymi przestrzeniami, po czym spływały z powrotem w dół do kamiennej podłogi. Przed nimi rozpościerała się szeroka aleja północnego ramienia transeptu jak głęboki kanion otoczony z dwóch stron skałami z witrażowych okien.  W słoneczne dni na podłodze katedry można było zobaczyć pryzmatyczną układankę ze światła. Dzisiaj deszcz i ciemność nasycały tę potężną przestrzeń aurą niesamowitości, która i tak, z natury rzeczy, panowała w tej krypcie. (…) .. nie widział ani tłumów, ani pełgających świateł wpadających przez witraże, widział jedynie bezkresne przestrzenie kamiennej podłogi i puste, zanurzone w cieniu boczne ołtarze.**

Dzięki mapce i audio przewodnikowi mogłam  poruszać się w rozległym labiryncie zakamarków, kaplic, komnat, nisz bez przeszkód. Ilość znajdujących się wewnątrz pamiątek, nagrobków, tablic, rzeźb, posągów jest imponująca. Nie będę opisywała ich wszystkich, zatrzymam się na kilku, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Będąc na świeżo po lekturze Marii Stuart Stefana Zweiga z ciekawością obejrzałam miejsce spoczynku obu zwalczających się królowych. Angielska i szkocka w jednym spoczęły domu, choć po przeciwnych stronach kaplicy ołtarzowej. Po lewej w towarzystwie przyrodniej siostry Blooody Mary leży w okazałym grobowcu Elżbieta, po prawej w niemniej okazałym, aczkolwiek nieco skromniejszym pochował Marię Stuart syn Jakub (następca zmarłej bezdzietnie Królowej Dziewicy). I to nie tyle ozdoby, czy rozmiar grobowców zwracają na siebie uwagę (choć, jak to w przypadku monarszych sarkofagów bywa są imponujące), co właśnie refleksja na temat tego, jaki epilog czeka wszystkie ziemskie spory, epilog godzący ze sobą katolików z protestantami, panujących z poddanymi, zwycięzców z przegranymi.
Pomiędzy miejscami spoczynku królowych, które weszły nie tylko na karty historii, ale i literatury znajduje się Lady Chapel, kaplica Marii Panny wybudowana za czasów Henryka VII. Kto raz ją odwiedził ten chyba nigdy nie zapomni jej przepięknego wachlarzowego sklepienia, charakterystycznego dla późnego angielskiego gotyku. Sklepienie wygląda jak zamieszkałe przez gromady koralowców, albo pokryte koronkową serwetą. Wprost nie można od niego wzroku oderwać.
No i wreszcie miejsce pielgrzymek wielbicieli twórczości Dana Browna; Grobowiec Newtona.
Grób składa się z masywnego sarkofagu z czarnego marmuru, na którym sylwetka sir Isaaca Newtona w klasycznym stroju Wspiera się dumnie o stos jego dzieł — Divinity, Chronology, Optics i Philosophiae naturalis principia mathematica. U stóp Newtona stoją dwa uskrzydlone cherubinki, trzymające w rękach zwój pergaminu. Za postacią wspartego o stos książek Newtona wznosi się surowa piramida.***
Zwieńczeniem piramidy jest postać kobieca w zwiewnej szacie (muza, natchnienie, śmierć?), którą nieco przysłania niezwykle dekoracyjny, pełen barw i detali marmurowy baldachim. Jednak tym co przyciąga tutaj wielbicieli "sensownych tworów słownych" (jak zdefiniowała literaturę Stefania Skwarczyńska) jest Zakątek Poetów, czyli miejsce, w którym pochowano lub co najmniej upamiętniono marmurową tablicą największych angielskich poetów i pisarzy (Szekspir, Blake, Keats, Byron)
Nie sposób przeoczyć znajdującego się w nawie głównej Grobu Nieznanego Żołnierza, czyli wielkiej czarnej, marmurowej płyty ku czci poległych za króla i ojczyznę.   Wygląda on bardzo brytyjsko, co oznacza, iż czerwień kwiatów stanowiących jego obramowanie daje ostro po oczach. 
Krzesło koronacyjne z 1301 r., na którym koronowano niemal wszystkich królów Anglii nie sprawia wrażenia zbyt wygodnego, aczkolwiek świadomość tak znacznej ilości koronowanych głów, które je zaszczyciły swoją osobą budzi respekt. 
Opactwo jest pełne królów i królowych, diuków i książąt. Światło pada na złote diademy i złoto nadal kryje się w fałdach uroczystych szat. Czerwienie i żółcie nadal zdobią herby i lwy, i jednorożce. Ale pełno tu także innych potężniejszych królów. Tu są umarli poeci, nadal zamyśleni, nadal rozważający, nadal kwestionujący sens istnienia „Życie to żart-po tamtej stronie podejrzenie/ Miałem, że sąd to mylny. Widzę, po tej, że nie” śmieje się Gay. Chaucer, Spenser, Dryden i reszta wydają się słuchać, wytężając wszystkie zmysły, podczas, gdy gładko wygolony duchowny w czerwono-białych szatach jak spod igły intonuje po raz milionowy nakazy Biblii.****


Zdjęcia mojego autorstwa, te z wewnątrz zrobione z pamiątkowych kartek (w środku obowiązywał zakaz fotografowania)
Cytaty od 1 do 3 pochodzą z książki Dana Browna Kod da Vinci 
Cytat 4 - str. 47 Widoki Londynu Wirginia Woolf  Wydawnictwo Prószyński i Spółka rok wydania 2009

środa, 12 czerwca 2013

Hurtownia książek: biografia Wiktorii, Zaginiony symbol i Tajemnica królewstwa


Jej wysokość królowa Wiktoria Carolly Erickson, czyli co pozostało z lektury 
Mam zgryz. Lubię książki historyczne, lubię też biografie. Za tę zabrałam się po ostatniej wpadce z epoką wiktoriańską, kiedy to powieści Jane Austin umiejscowiłam w epoce królowej Wiktorii. Książkę przeczytałam miesiąc temu, a w głowie pustka. Autorka rzetelnie przygotowała się do pisania; sięgając do źródeł. Spora część cytatów dotyczy korespondencji samej Wiktorii oraz osób z jej otoczenia. To czyni książkę bardziej interesującą i żywą. Jednakże napisana jest ona w sposób (moim zdaniem) mało pasjonujący. Sama Wiktoria jawi się, jako osoba zapatrzona w siebie, chimeryczna o zmiennych nastrojach, z jednej strony brzydząca się kłamstwem, a z drugiej strony nieszczera wobec siebie samej. Czytając fragmenty listów odnoszę wrażenie, jakby pisząc je kierowała się autocenzurą; brzmią bowiem sztucznie i nienaturalnie. Niezbyt sympatyczny okres dzieciństwa Wiktoria wspomina i rozpamiętuje niemal przez całe życie, dopiero, kiedy sama zostaje matką nawiązuje nieco serdeczniejsze stosunki z babką swoich dzieci. Jednak w konfrontacji ze swoimi poprzednikami Wiktoria jawi się, jako dobra i mądra władczyni.

Plusy: Fragmenty listów, fotografie, wzbogacenie wiedzy na temat epoki.

Minusy: mało pasjonujący styl, w jakim napisana została książka.

Moja ocena 4-/6*

Zaginiony symbol, czyli panie Brown czuję się rozczarowana

Ci, którzy tu zaglądają znają moją słabość do Dana Browna (o której pisałam tu i tu), aczkolwiek nie ślepe zapatrzenie w autora (o czym pisałam tu) wiedzą, iż chętnie i bez wstydu przyznaję się do znajomości z książkami pisarza. Na Zaginiony symbol czekałam z niecierpliwością, a nawet zamówiłam go w przedsprzedaży. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że byłam świeżo po rzymskich wakacjach, których częścią była wycieczka śladami Berniniego i jego aniołów. Nie oczekiwałam literatury wybitnej, ale miłego spędzenia czasu i może kolejnych impulsów w kierunku sztuki. Po pierwszym czytaniu książka, choć bez ekstazy, ale spodobała mi się. Co prawda ilość absurdów i naciąganych teorii przekracza dopuszczalne normy, ale powodowało to raczej zadziwienie nad „kreatywnością” autora niż irytację. Niedawno sięgnęłam po raz drugi i to był błąd, bowiem ledwie dobrnęłam do końca. Książka zaczęła mnie nudzić, a nawet irytować; powtarzalnością stosowanego schematu oraz absurdalnością pewnych rozwiązań a także nadmiarem filozoficznych pseudo-mądrości. To, co było ciekawe (dla mnie) w dwóch wcześniejszych lekturach tutaj nie przemawiało, a to co miało być wartością dodaną (pierwiastki związane ze światem sztuki) okazało się nie dość inspirujące do dalszych poszukiwań. Reasumując nie ciągnie mnie do czytania nowej książki autora. Obawiając się, iż moja sympatia przerodzić mogłaby się w znużenie wolę pozostawić sobie miłe wspomnienia Aniołów i Kodu. I jeśli cokolwiek byłoby w stanie nakłonić mnie do dalszej lektury byłby to fakt założenia konta przez anonimowego blogera jedynie po to, aby odwieść mnie od przeczytania Inferno.

Moja ocena- po pierwszym czytaniu przyznałabym 4+/6, dzisiaj jedynie 3/6, a co byłoby dalej wolę nie sprawdzać.

Mika Waltari, Tajemnica Królestwa (audiobook), czyli, o tym, jak za dużo może znudzić
Jak daleko pamięcią sięgam to Mika Watari jawi mi się jako guru, któremu rodzina winna składać pokorne podziękowania, bowiem jego książka Egipcjanin Sinuhe była pierwszą książką, którą moja siostra, będąc dzieckiem (osoba, która nie przeczytała wcześniej żadnej książki w całości) przeczytała od deski do deski.

Lektura ta miała dalej idące konsekwencje w postaci wzięcia udziału w wykopkach archeologicznych. Od tej pory nazwisko autora budziło moją ciekawość, choć jak dotąd nie udało mi się przeczytać ani jednej jego pozycji.

Tajemnica królestwa opisuje poszukiwanie DROGI przez pierwszych chrześcijan. Narratorem jest rzymski patrycjusz Marek Mezencjusz, który poszukuje sensu życia studiując zawarte w świętych księgach przepowiednie i proroctwa o mającym się pojawić Proroku i Zbawcy ludzkości. Znudzony monotonią życia oraz kapryśną kochanką wyrusza w podróż do Aleksandrii, skąd wiedziony pojawiającymi się pogłoskami o nowej sekcie religijnej udaje się do Jerozolimy, do której przybywa, aby zostać świadkiem ukrzyżowania Chrystusa. Od tej chwili Marek rozpoczyna swe poszukiwania dążąc śladami Jezusa i jego uczniów.

Plusy; ukazanie środowiska współczesnych Jezusowi w całej gamie ich słabości i ułomności; ludzi zagubionych, przestraszonych, nieufnych, zadufanych w sobie, wywyższających się, ludzi, co do których odnosi się wrażenie, iż słuchając pięknych nauk Jezusa nic (albo też niewiele) z nich nie zrozumieli. Na tym tle poszukujący drogi odtrąceni przez uczniów Jezusa cudzoziemcy, kobiety, grzesznicy sprawiają wrażenie mądrzejszych, dojrzalszych, wrażliwszych. Charakterystyka pierwszych chrześcijan jest bardziej uniwersalną charakterystyką tych kręgów społecznych, które uzurpują sobie prawo do boskiej nieomylności.

Minusy: zbytnia ilość ewangelicznych czytań, przypowieści, nauk Chrystusa. Czytając czułam się, jakbym uczestniczyła w nigdy niekończącej się mszy świętej. Nawet najpiękniejsza przypowieść staje się nużąca, jeśli towarzyszy je kilkadziesiąt innych. A kiedy jeszcze czytelnik zna je wszystkie na pamięć to znużenie jest tym większe. Gdyby autor podarował sobie nadmiar ewangelicznych cytatów, a skupił się na przeżyciach, rozterkach bohaterów książka zyskałaby na wartości.

Moja ocena 3/6 (o książce pisała też ostatnio tu - książkozaur)
* Po raz kolejny wyjaśniam, iż moja ocena jest oceną stanu podobania się, a nie oceną wartości książki, co uzasadniam tutaj.

sobota, 10 listopada 2012

Anioły i demony Dan Brown


Sonia Draga 2009, 560 stron

Ci, którzy czasami zaglądają na ten blog znają moją słabość do autora. Z powodów, o których pisałam między innymi tutaj czytanie jego książek jest dla mnie doskonałą formą rozrywki. Nie przepadam za powieściami tego typu; kryminał, thriller, sensacja, ale książki Browna to dla mnie coś więcej niż tylko sensacja (i to nie sensacja w sensie chęci wywołania skandalu). Dzięki lekturze Kodu i Aniołów odwiedziny w Rzymie i Paryżu zyskały dodatkowe wrażenia. Książki tego autora odbieram także przez pryzmat odniesień do dzieł sztuki i artystów, którzy w jego powieściach grają niepoślednią rolę. Nie zamierzam nikogo przekonywać, że książki Dana Browna są wybitne czy genialne, bo nie są. Ale, jakie to ma znaczenie. Z założenia tego typu książki mają dostarczać zabawy. Na darmo szukać by w nich ciekawych postaci czy pogłębionych studiów psychologicznych.  

Mnie poza odniesieniami w kierunku historii i sztuki zachwyca intrygująca fabuła, szybkie tempo, niespodziewane zwroty akcji. Jest w niej to, co w książce sensacyjnej niezbędne; budowanie napięcia, przerywanie w najciekawszym miejscu akcji, aby za chwilę zacząć kolejny wątek, który z takim samym żalem trzeba będzie zaraz pożegnać, odkrywanie nowych kart i już zaraz zacieranie śladów. Lektura wciągnęła mnie bez reszty. A ukończenie jej czytania na Placu Świętego Piotra było jednym z przyjemniejszych doznań w trakcie wycieczki do Rzymu trzy lata temu. Zapewne na odbiór książki wpłynął też fakt, iż po raz pierwszy usłyszałam o niej od przewodniczki podczas wycieczki po Włoszech w zamku w Casercie (zdjęcie fragmentu schodów z posągiem lwa z Caserty powyżej), w którym kręcono część watykańskich scen filmu. Tak więc wszelkie okoliczności towarzyszące sprzyjały lekturze. 


Obok Ołtarz Berniniego w Bazylice Św. Piotra - widok z kopuły. I nie przeszkadza mi wcale, że po kilku książkach Browna lektura staje się coraz bardziej przewidywalna, że nieprawdopodobieństwa gonią nieprawdopodobieństwa (szczytem nagromadzenia absurdów jest Zaginiony symbol), a najmniej podejrzany okazuje się najbardziej winnym. I nie szukam w książkach Browna prawd objawionych, nie doszukuję się drugiego dna, nie zachwycam głębią przemyśleń. A już na pewno nie traktuję książki, jako ataku na kościół, wiarę, uczucia religijne. Jak już pisałam w poście na temat Kodu da Vinci; słabą byłaby wiara, gdyby wyznawcy Chrystusa wzięli fikcję za coś więcej niż tylko fikcja, np. za próbę ataku na kościół, tylko dlatego, że negatywnym bohaterem uczynił Brown jednego z duchownych, czy to że w jego książce kościół zataja prawdę. Czasami (zależy w odniesieniu do jakich faktów) jest to moim zdaniem słuszna decyzja, nie wszyscy gotowi są na poznanie prawdy. To, że włoska policja oraz światowe media nie poczytały książki Browna za atak na butę i nieudolność pierwszych oraz brak moralności i zasad drugich tylko dobrze o nich świadczy.     
Obok occullus w Panteonie 
Ale, o czym są Anioły i demony?
Kiedy w Rzymie odbywa się konklawe po śmierci postępowego i cieszącego się sympatią Papieża i w tajemniczy sposób zostają uprowadzeni czterej preferiti (cieszący się największym poparciem do Piotrowego tronu kardynałowie) w CERN-ie (ośrodku naukowo-badawczym w Genewie) zostaje zamordowany katolicki ksiądz i naukowiec ojciec Vetra prowadzący badania nad możliwością naukowego wyjaśnienia przyczyn powstania wszechświata, przyczyn, które byłyby zgodne z biblijną wersją genezis. Jednocześnie z instytutu ginie pojemnik z antymaterią (cząsteczki o ładunku przeciwnym do cząsteczek materii, których zetknięcie z materią powoduje promieniowanie elektromagnetyczne). Jego niewłaściwe przechowywanie może spowodować wybuch o potężnej sile rażenia. Dziwne symbole na ciele zmarłego sprowadzają do CERN-u znanego profesora symbolistę Roberta Langdona, który odkrywa powiązania pomiędzy sprawcą zbrodni a dawno nieistniejącym bractwem iluminatów. 

Obok Santa Maria del Popolo późnym wieczorem Okazuje się, iż morderca Vetry ukrył niebezpieczny pojemnik gdzieś na terenie Watykanu, aby w ten sposób wypełnić starodawną przepowiednię iluminatów i zemścić się na kościele za liczne prześladowania, jakich ofiarami padło wielu światłych ludzi. Według profesora Langdona odkrycie, dzięki ukrytych w dziełach sztuki znakach, ścieżki oświecenia mogłoby doprowadzić do złapania mordercy, uratowania preferiti i zapobieżenia tragedii. I jak to często w tego typu powieściach bywa Langdon i pomagająca mu adoptowana córka Vetry mają na to zadanie jedynie parę godzin, w trakcie których przemierzają Rzym wzdłuż i wszerz docierając do jego najpiękniejszych i najbardziej sekretnych zakątków; od pomieszczeń gwardii szwajcarskiej, gabinetu papieża, biblioteki watykańskiej, Panteonu, kościoła Santa Maria del Popolo, Piazza san Pietro, kościoła Santa Maria Della Victoria, Piazza Navona poprzez most aniołów do Castel Saint Angelo, Passeto aż do pomieszczeń pałacu watykańskiego.

Kim są anioły? Gdyby patrzeć na to dosłownie anioły to dzieła sztuki Gian Lorenzo Berniniego, które stanowią wyznaczniki na ścieżce oświecenia i doprowadzają profesora do odkrycia zagadki. Anioł z kaplicy Chiggich (Habakup i anioł), anioł z kaplicy powstałej na zamówienie kardynała Cornaro (Ekstaza Św. Teresy) Anioł Pokoju z fontanny Czterech Rzek (zdjęcie fontanny obok), archanioł z Zamku Anioła.

Gdyby spojrzeć szerzej anioły to pierwiastek dobra, demony to pierwiastek zła, które tkwią w bohaterach powieści niezależnie od ich światopoglądów. Ale nie doszukiwałabym się tu głębszych treści. Wszak to tylko zabawa.

No i inspiracja do poszukiwań. Podróżniczych i edukacyjnych.
Lubię tropić małe i większe niezgodności. Przede wszystkim zadziwiło mnie usytuowanie Kościoła Santa Maria Della Victoria przy Piazza Bernini, kiedy naprawdę znajduje się on w zupełnie innej części Rzymu, usytuowanie czterech filarów na ścieżce oświecenia w kwadracie, czy na planie krzyża, de facto nie tworzą one kwadratu i nie znajdują się się na planie krzyża, przypisanie autorstwa strojów szwajcarskich gwardzistów Michałowi Aniołowi (jakkolwiek dwie pierwsze niezgodności były wymogiem fabuły, dla tej trzeciej trudno mi znaleźć uzasadnienie). Dziwną wydaje się reakcja profesora, który odkrywa swój błąd i spod Panteonu kieruje poszukiwania do Kościoła Santa Maria del Popolo, wówczas na potwierdzenie prawidłowości wyboru wskazuje znajdujący się przed świątynią obelisk. Tymczasem przed Panteonem również znajduje się obelisk, natomiast brak obelisku przed kościołem Santa Maria della Victoria - miejscu zamordowania trzeciej ofiary. Zgodnie z XVI wiecznym wierszem znacznikami na ścieżce oświecenia miały być anioły, które krzyżem cię prowadzą. Drugim znacznikiem na ścieżce jest płaskorzeźba znajdująca się na Placu Św. Piotra, na którym wiatr zachodni wskazuje kierunek kolejnego znaku, czyli nie anioł. Preferiti mieli zostać złożeni na ołtarzach nauki, czyli w czterech kościołach, tymczasem ostatni znacznik i miejsce zbrodni to fontanna Czterech rzek na Piazza Navona. W końcu historyczne nieścisłości – Galileusz, którego Brown postawił na czele iluminatów żył na przełomie XVI i XVII wieku, datowana jako początek wojny pomiędzy iluminatami a kościołem La purga miała mieć miejsce w  1668 roku, natomiast bractwa iluminatów powstały dopiero w XVIII wieku. To tylko kilka nieścisłości, które udało mi się  wyłapać. Trudno jest mi odnieść się do kwestii naukowych związanych z postępem prac nad antymaterią.

Natomiast niekwestionowanym odkryciem związanym z lekturą jest Bernini i jego twórczość (obok kolumnada Berniniego na placu Św. Piotra- czyż nie jest wspaniała?). Od chwili lektury udało mi się obejrzeć wiele z jego dzieł, a sama postać genialnego rzeźbiarza wzbudziła spore zainteresowanie.No i wzbogaciła się troszkę moja wiedza na temat watykańskich obrzędów i ceremoniału.

Na podstawie książki powstał film, który dość znacznie różni się od książki, wyjątkowo -moim zdaniem- na korzyść filmu. Książka bowiem zawiera takie nagromadzenie nieprawdopodobieństw (choć Zaginiony Symbol ma ich jeszcze więcej), że może i śmieszyć i denerwować niektórych czytelników. Film pomija zupełnie wątek sprzedajności mediów oraz wyjaśnienia, kim był ojciec kamerlinga.

Wpis w ramach wyzwania anielskiego oraz książki z półki.