Po raz pierwszy zwróciłam nań uwagę czytając Mistrza z Delf Zbigniewa Herberta. W książce znajduje się przepiękne, bardzo ciepłe wspomnienie pisarza (choć krótkie, to jednak zawierające spory ładunek treści i emocji). Potem trafiłam na cytat ze Znaku wodnego u innego z pisarzy. I tak potoczył się łańcuszek odwołań i skojarzeń.
Dziś Wenecja to dla mnie nie tylko wielkiej urody koronkowa architektura, nie tylko otaczająca miasto woda, gondole, mosty, tajemnicze zaułki, kolorowe szkło z Murano i wszechobecne maski, dziś Wenecja to także cień pisarza przemykający uliczkami cichego, spokojnego i pogrążonego w zimowym śnie miasta na wodzie.
Na cmentarz leżący na wyspie San Michele można się dostać, jak niemal wszędzie w Wenecji, jedynie drogą wodną; najwygodniej płynącym w kierunku Murano vaporetto. Kiedy zatrzaskuje się za mną metalowa barierka wodnego tramwaju znajduję się w innym świecie, zupełnie, jakbym przekroczywszy Styks napiła się wody z Lety i zapomniała o …. (mała modyfikacja mitu) teraźniejszości.
Jeszcze tylko przechodzę przez (sprawiające wrażenie ponurych, zimnych i obcych); wypielęgnowane aleje ze szpalerami cyprysów i stojącymi w równych rzędach nagrobkami, przyozdobionymi sztucznymi kwiatami, jeszcze tylko przechodzę przez odgradzający przeszłość od teraźniejszości zmurszały mur i wkraczam w inny świat, świat, w którym czas stanął w miejscu.
Nagrobek pisarza-poety nie trudno odnaleźć, wśród szeregu zaniedbanych, przewróconych, rozpadających się kamiennych płyt z zatartymi przez czas napisami, zwłaszcza, o ile dysponuje się pobraną przy wejściu mapką. Pośród wygrzewających się, na późno październikowym słońcu, jaszczurek to, jeden z niewielu, zadbany i nie zapomniany, pomnik pamięci. Przyozdobiony jest kwitnącym krzakiem róży oraz doniczkami kwiatów, z których najliczniejsze to wrzosy. Na obrzeżu leży skromnie samotna gałązka storczyka.
Krzak róży pnie się wysoko ku słońcu i przesłania napis na płycie (imię i nazwisko w dwóch wersjach językowych i daty, nic ponadto). To tutaj rzadki widok. W tej części cmentarza nagrobki rozpadają się ze starości i zaczynają przypominać ruiny zniszczonego pożogą miasta. Wędrówka pomiędzy nimi nasuwa myśl o rodzimej, pięknej tradycji, która zobowiązuje do dbania o nekropolie. Może przydałby się na San Michele jakiś komitet odbudowy dbający o to, aby przyszłe pokolenia także miały możność pokłonienia się szczątkom swych przodków, ale może to właśnie dzięki temu, że pozostawiono tu wszystko czasowi – to miejsce jest jedyne w swoim rodzaju. Tymczasem stare wypiera nowe i tuż obok powstają brzydkie blokowiska; półki na urny z prochami przyozdobione sztucznymi wytworami made in China, kamienne wieżowce zmarłych wznoszą się do wysokości kilkunastu metrów, do najwyżej położonych pięter trzeba by wspinać się po drabinie (tylko po co, skoro można wynająć firmę, która za opłatą przyniesie gałązkę sztucznego kwiecia i zapali elektryczną lampkę).
Staram się nie widzieć otaczającej mnie dewastacji, jaką poczynił upływ lat i jeszcze mocniej zamykam oczy na przejawy nowoczesności wyrażające się przewagą funkcjonalności nad estetyką i zatrzymuję przy pomniku pisarza. Wśród kwiatów leży mała wyrwana pośpiesznie z notesu (kalendarza?, jest tu nadruk dnia tygodnia martedi –środa) odręcznie zapisana kartka papieru (list? fragment wiersza?) zaczyna się od słów Caro Josif, oggi sono qui, dopo (miły (drogi) Josefie, dzisiaj jestem tu, potem-później..) Niestety dalszej treści nie jestem w stanie odczytać (oduczona od
ręcznego pisania nie potrafię już ani pisać, ani czytać takowego). Karteczkę chroni przed podmuchem wiatru kamyk. Czy ma on związek ze starą żydowską tradycją kładzenia kamieni, zmodyfikowaną na kładzenie kamyków na grobach swych zmarłych, czy to tylko zabezpieczenie pozostawionej wiadomości. Jakże wzrusza ta mała karteczka, jest potwierdzeniem tego, że pisarz wciąż żyje w naszej pamięci. Czytałam gdzieś, iż na nagrobku pisarza stała kiedyś skrzynka na listy i leżał długopis, aby każdy mógł pozostawić wiersz, list, poemat. Podczas moich odwiedzin po skrzyneczce i długopisie ani śladu. Żałuję, że sama nie mam przy sobie czegoś do pisania. Ale co mogłabym napisać do poety, którego podziwiam i który pozwolił odnaleźć własne wrażenia i odczucia w jego słowach. I który sprawił, że nieznana mi jeszcze Wenecja w grudniowej czy styczniowej aurze stanie się odtąd kolejnym, wielkim marzeniem.
Odwiedzających niewielu, panuje tu nieprzenikniona cisza i to wszechogarniające poczucie spokoju. Mnóstwo zieleni, wysypane żwirem alejki, kamienne posągi i rzeźby, baletki u tancerza Diagilewa i świeże kwiaty u Stawińskich - jak w starym, przepięknym ogrodzie.


