Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brodski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brodski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 lutego 2014

Wenecka cisza w cieniu Brodskiego



                                                                                            Wenecję poznałam wcześniej niż Brodskiego. Tym sposobem mogłam odnaleźć moją, własną Serenissimę. Teraz wzbogacona lekturą Muratowa, Iwaszkiewicza, Karpińskiego, Szczucińskiego oraz najpiękniejszej książki o Wenecji (Znaku wodnego Josifa Brodskiego) nie potrafię rozdzielić mojej Wenecji od Wenecji znakomitych poprzedników, bowiem wrażenia się nakładają na siebie, wzajemnie przenikają i uzupełniają. Nie pamiętam, u którego z pisarzy przeczytałam, iż poznawał Ją czytając Znak wodny, a czytał siedząc przy nagrobku pisarza. Brodski pochowany został nieopodal miejsca, które ukochał tak bardzo, jego szczątki spoczęły na wyspie San Michele. Znałam tę wyspę i ten cmentarzyk już wcześniej, ale nie miałam pojęcia, że spoczął tutaj pisarz tak wielkiego formatu i człowiek o tak dużej wrażliwości.

Po raz pierwszy zwróciłam nań uwagę czytając Mistrza z Delf Zbigniewa Herberta. W książce znajduje się przepiękne, bardzo ciepłe wspomnienie pisarza (choć krótkie, to jednak zawierające spory ładunek treści i emocji). Potem trafiłam na cytat ze Znaku wodnego u innego z pisarzy. I tak potoczył się łańcuszek odwołań i skojarzeń.

Dziś Wenecja to dla mnie nie tylko wielkiej urody koronkowa architektura, nie tylko otaczająca miasto woda, gondole, mosty, tajemnicze zaułki, kolorowe szkło z Murano i wszechobecne maski, dziś Wenecja to także cień pisarza przemykający uliczkami cichego, spokojnego i pogrążonego w zimowym śnie miasta na wodzie.
Na cmentarz leżący na wyspie San Michele można się dostać, jak niemal wszędzie w Wenecji, jedynie drogą wodną; najwygodniej płynącym w kierunku Murano vaporetto. Kiedy zatrzaskuje się za mną metalowa barierka wodnego tramwaju znajduję się w innym świecie, zupełnie, jakbym przekroczywszy Styks napiła się wody z Lety i zapomniała o …. (mała modyfikacja mitu) teraźniejszości.

Jeszcze tylko przechodzę przez (sprawiające wrażenie ponurych, zimnych i obcych); wypielęgnowane aleje ze szpalerami cyprysów i stojącymi w równych rzędach nagrobkami, przyozdobionymi sztucznymi kwiatami, jeszcze tylko przechodzę przez odgradzający przeszłość od teraźniejszości zmurszały mur i wkraczam w inny świat, świat, w którym czas stanął w miejscu.

Nagrobek pisarza-poety nie trudno odnaleźć, wśród szeregu zaniedbanych, przewróconych, rozpadających się kamiennych płyt z zatartymi przez czas napisami, zwłaszcza, o ile dysponuje się pobraną przy wejściu mapką. Pośród wygrzewających się, na późno październikowym słońcu, jaszczurek to, jeden z niewielu, zadbany i nie zapomniany, pomnik pamięci. Przyozdobiony jest kwitnącym krzakiem róży oraz doniczkami kwiatów, z których najliczniejsze to wrzosy. Na obrzeżu leży skromnie samotna gałązka storczyka.
Krzak róży pnie się wysoko ku słońcu i przesłania napis na płycie (imię i nazwisko w dwóch wersjach językowych i daty, nic ponadto). To tutaj rzadki widok. W tej części cmentarza nagrobki rozpadają się ze starości i zaczynają przypominać ruiny zniszczonego pożogą miasta. Wędrówka pomiędzy nimi nasuwa myśl o rodzimej, pięknej tradycji, która zobowiązuje do dbania o nekropolie. Może przydałby się na San Michele jakiś komitet odbudowy dbający o to, aby przyszłe pokolenia także miały możność pokłonienia się szczątkom swych przodków, ale może to właśnie dzięki temu, że pozostawiono tu wszystko czasowi – to miejsce jest jedyne w swoim rodzaju. Tymczasem stare wypiera nowe i tuż obok powstają brzydkie blokowiska; półki na urny z prochami przyozdobione sztucznymi wytworami made in China, kamienne wieżowce zmarłych wznoszą się do wysokości kilkunastu metrów, do najwyżej położonych pięter trzeba by wspinać się po drabinie (tylko po co, skoro można wynająć firmę, która za opłatą przyniesie gałązkę sztucznego kwiecia i zapali elektryczną lampkę).
Staram się nie widzieć otaczającej mnie dewastacji, jaką poczynił upływ lat i jeszcze mocniej zamykam oczy na przejawy nowoczesności wyrażające się przewagą funkcjonalności nad estetyką i zatrzymuję przy pomniku pisarza. Wśród kwiatów leży mała wyrwana pośpiesznie z notesu (kalendarza?, jest tu nadruk dnia tygodnia martedi –środa) odręcznie zapisana kartka papieru (list? fragment wiersza?) zaczyna się od słów Caro Josif, oggi sono qui, dopo (miły (drogi) Josefie, dzisiaj jestem tu, potem-później..) Niestety dalszej treści nie jestem w stanie odczytać (oduczona od
ręcznego pisania nie potrafię już ani pisać, ani czytać takowego). Karteczkę chroni przed podmuchem wiatru kamyk. Czy ma on związek ze starą żydowską tradycją kładzenia kamieni, zmodyfikowaną na kładzenie kamyków na grobach swych zmarłych, czy to tylko zabezpieczenie pozostawionej wiadomości. Jakże wzrusza ta mała karteczka, jest potwierdzeniem tego, że pisarz wciąż żyje w naszej pamięci. Czytałam gdzieś, iż na nagrobku pisarza stała kiedyś skrzynka na listy i leżał długopis, aby każdy mógł pozostawić wiersz, list, poemat. Podczas moich odwiedzin po skrzyneczce i długopisie ani śladu. Żałuję, że sama nie mam przy sobie czegoś do pisania. Ale co mogłabym napisać do poety, którego podziwiam i który pozwolił odnaleźć własne wrażenia i odczucia w jego słowach. I który sprawił, że nieznana mi jeszcze Wenecja w grudniowej czy styczniowej aurze stanie się odtąd kolejnym, wielkim marzeniem.

Odwiedzających niewielu, panuje tu nieprzenikniona cisza i to wszechogarniające poczucie spokoju. Mnóstwo zieleni, wysypane żwirem alejki, kamienne posągi i rzeźby, baletki u tancerza Diagilewa i świeże kwiaty u Stawińskich - jak w starym, przepięknym ogrodzie.

Znam Wenecję w skwarze letniego popołudnia, gwarną, hałaśliwą, radosną, znam Wenecję kolorową i rozedrganą we wrześniowe poranki i październikowe wieczory. Brakuje mi Wenecji cichej, wyludnionej, nostalgicznej, pogrążonej w zadumie, a może nawet smutku. Jej namiastką jest właśnie ta część nekropolii na San Michele. Bo, jak mawiał rzymski poeta; letum non omnia finit (śmierć nie wszystko kończy).

wtorek, 28 stycznia 2014

Dyptyk petersburski Josif Brodski


Zeszyty Literackie Rok wydania 2003

Im niżej opada rtęć w termometrze, tym wygląd miasta staje się coraz bardziej fantastyczny. Dwadzieścia pięć stopni mrozu to już dość, ale temperatura nie przestaje się obniżać i jak gdyby uporawszy się z ludźmi, rzeką i budowlami, sięga teraz idei i pojęć abstrakcyjnych. Domy wzdłuż bulwaru, z płynącym nad ich dachami białym dymem, coraz bardziej przypominają zatrzymany pociąg: jego kierunek to wieczność. (str. 24)

W Petersburgu byłam tylko raz, nazywał się wówczas Leningradem, ja miałam pięć lat i miałam nieco ponad metr wzrostu. Niewiele zapamiętałam z kilku miesięcy pobytu, ale to co zapamiętałam to klimat miasta, który odnajduję w szkicu Brodskiego Przewodnik po przemianowanym mieście. Dla mnie były to wydrążone w śniegu tunele sięgające wysokości dorosłego człowieka, słońce iskrzące się w płatkach śniegu, skrzypienie pod butami i przejmujące zimno, które hartuje człowieka na długie lata. Pamiętam, że odbierałam je, jako piękne, bajkowe i trochę groźne miasto (z powodu monumentalności budowli). Te zamarznięte sople lodu, te piękne fontanny, to sprawiające wrażenie czystości miasto (dzięki bieli śniegu) robiło na dziecku wrażenie miasta z tysiąca i jednej nocy.
W Petersburgu wszystko może się zmienić prócz tutejszej pogody. I światła. To światło północne, blade i rozsiane; oko i pamięć nabierają w nim niezwykłej bystrości. (…) …chodzenie pod tym niebem. Po bulwarach z cynamonowego granitu, wzdłuż ogromnej szarej rzeki, już samo przez się poszerza życie i uczy dalekowzroczności. W ziarnistości granitowego bulwaru w pobliżu nieustannie płynącej wody jest coś, co nasyca stopy zmysłowym pragnieniem chodzenia. Wiatr znad morza, przesycony zapachem wodorostów, uleczył tu niemało serc przepełnionych kłamstwem, rozpaczą i poczuciem bezradności. Jeśli to sprzyja zniewoleniu, niewolnikowi można wybaczyć. W tym mieście jakoś łatwiej znieść samotność niż gdzie indziej, bo samo miasto jest samotne (str. 23)

Za czasów Piotra I ziściły się dążenia dynastii Romanowów; uzyskano dostęp do morza. Marzeniem cara, człowieka nie bojącego się wyzwań, wykształconego i otwartego na zachód, pozbawionego kompleksów niższości wobec Europy było wybudowanie miasta-portu; okna na Europę. Wyzwanie było tym trudniejsze, iż budowę należało przeprowadzić od podstaw, na podmokłym gruncie i na słabo zaludnionych terenach. Był władcą i to władcą absolutnym, więc wizja zbudowania miasta innego, niż dotąd istniejące, nie naśladującego, a stanowiącego wzór do naśladowania, potwierdzającego pozycję Rosji i nadającego ton Europie, zmieniła się w rzeczywistość. Cóż z tego, że wysokim kosztem, czy przyszłe pokolenia podziwiając pomniki przeszłości będą pamiętać o krzyżach na placu budowy.

"Kiedy tak się zdarza, że wizjoner jest w dodatku cesarzem, wówczas działa bez wszelkiej litości. Określenie metod, których używał Piotr, jako "przymusowe", byłoby zbyt delikatne. Opodatkował wszystko i wszystkich, chcąc zmusić swoich poddanych do podbijania nowych obszarów. Przy Piotrze poddani korony rosyjskiej mieli dość ograniczone możliwości: pobór do wojska albo odprawa na budowę Sankt-Petersburga, przy czym trudno orzec, co bardziej groziło śmiercią. Dziesiątki tysięcy poginęły bezimiennie w błotach newskiej delty, której wyspy zyskały sobie sławę nie lepszą niż współczesny Gułag. Z tą tylko różnicą, że w wieku osiemnastym wiedziałeś, że budujesz, i miałeś szansę, że otrzymasz ostatnie namaszczenie i drewniany krzyż na mogile. Zapewne Piotr nie mógł w inny sposób wykonać swojego planu. (….) Powszechne podporządkowanie wszystkiego i wszystkich, o które starał się Jeździec Spiżowy, zrodziło rosyjski totalitaryzm, którego owoce smakują niektórym lepiej niż nasiona. Masy wymagały decyzji na skalę masową, a Piotr ze względu na swoje wykształcenie i ze względu na historię Rosji nie był zdolny do niczego innego. Traktował ludzi zupełnie tak samo, jak ziemię, na której wznosił swoją przyszłą stolicę. (…)To miasto rzeczywiście wznosi się na kościach swoich budowniczych w tej samej mierze, co na wbitych przez nich słupach. (str. 8-9)

Petersburg, zaplanowany, jako nowy Amsterdam, dziś nazywany jest Wenecją północy. To zapewne wszechobecność wody spowodowała, iż tak ważne miejsce w sercu poety zajęła potem Wenecja, tutaj powracał wielokrotnie, co znamienne wyłącznie zimą i tutaj spoczął (Znak wodny).

Dwadzieścia kilometrów biegu Newy w obrębie miasta, dzielącej się w samym jego środku na dwadzieścia pięć wielkich i małych odnóg, stwarza mu takie wodne lustro, że narcyzm staje się czymś nieuniknionym. Odbijając się co sekundę w tysiącach metrów kwadratowych płynnego srebrnego amalgamatu, miasto jak gdyby dosłownie jest stale fotografowane przez rzekę, a tak zdjęty metraż wpada do Zatoki Fińskiej, która w słoneczny dzień wygląda jak zbiornica tych oślepiających fotografii. Nic dziwnego, że niekiedy miasto sprawia wrażenie skrajnego egoisty, zajętego wyłącznie swoją własną powierzchownością. Z pewnością w takich miejscach bardziej zwraca się uwagę na fasady niż na wygląd sobie podobnych. Niewyczerpane, przyprawiające o zawrót głowy mnóstwo odbić tych pilastrów, kolumnad i portyków wskazuje naturę tego kamiennego narcyzmu, nasuwa myśl, że, przynajmniej w świecie nieożywionym, można traktować wodę jak skondensowany Czas.(str.12-13)
Kiedy Petersburg, jako kolebkę rewolucji przemianowano na Leningrad stał się on na szczęście pustą jej kolebką.

Wojna domowa szalała wokół niego i w całym kraju, straszliwe pęknięcie podzieliło naród na dwa wrogie obozy; ale tu nad brzegami Newy, po raz pierwszy od wieków, panował spokój, a trawa wyrastała ze szpar między płytami trotuarów i kamieniami bruku opustoszałych placów. Głód robił swoje, a razem z nim Czeka (dziewicza nazwa KGB), ale poza tym miasto zostało pozostawione samo sobie i swoim widziadłom. Jak długo kraj ze stolicą przywróconą w Moskwie staczał się ku przyrodzonemu sobie klaustro- i ksenofobicznemu stanowi, Petersburg nie mając gdzie się podziać, trwał nieruchomo w swoim kształcie miasta dziewiętnastowiecznego zupełnie jak gdyby pozował do fotografii. (str. 22)
Jedyną zmianą było wybudowanie na przemysłowych przedmieściach nowych budowli oraz polityka mieszkaniowa nakazująca do mieszkań ludzi bogatych dokwaterowywać biedotę. Znak wodny Brodskiego uznałam za najpiękniejszy obraz Wenecji, Przewodnik po przemianowanym mieście to portret miasta, który w sercach tych, którzy kiedykolwiek odwiedzili miasto wzbudzi nostalgię i chęć powrotu, zaś u tych, którzy nigdy tam nie byli zrodzi marzenie odbycia choćby krótkiego spaceru nad Newą.
Moje blogowe koleżanki pisząc (tutaj Imani i tu Kaye) o Dyptyku petersburskim oddały głos poecie ograniczając pisanie do zacytowanych fragmentów eseju. Myślę, że miały rację.

Nie potrafię napisać o swoich wrażeniach tak esencjonalnie i tak harmonijnie, zachowując proporcje w oddaniu odczuć zmysłowych i nie popadając w przesadę, jak czyni to Brodski pisząc o swoim mieście. Trudno wyobrazić sobie, jak na zaledwie dwudziestu paru stronach można napisać tyle o charakterze miasta, jego historii, klimacie, literaturze ("literatura rosyjska zrodziła się nad brzegami Newy" pisze Brodski), jak wyrazić tyle uczuć; tkliwości, miłości, ciepła, podziwu. I podobnie, jak w Znaku wodnym i tutaj zachwycam się prostotą i pięknem języka (ukłony w stronę tłumacza Pawła Hertza) oraz umiejętnością przekazania prozaicznej rzeczywistości w sposób poetycki i chwytający za serce.

W skład wydanego przez Zeszyty Literackiego Dyptyku petersburskiego wchodzi także esej W półtora pokoju. Jest to hołd złożony najbliższym; pełen uczucia obraz rodziców, których zmuszony był zostawić samych w półtorej pokoju, rodziców, którym nie mógł towarzyszyć w starości, chorobie, których nie dane mu było pożegnać. Próba ocalenia pamięci o przeszłości, gestów, spojrzeń, wypowiedzianych lata temu słów, zachowań, mimiki twarzy, zapamiętanych przedmiotów, zawsze wzrusza, a kiedy jest ona tak udana, jak w tym przypadku, mogę jedynie pochylić czoło przed umiejętnościami pisarza i wrażliwością człowieka.

Każde dziecko, choć w różnym stopniu, łaknie dorosłości i nie może doczekać się, kiedy w końcu opuści dom- to gniazdo, to więzienie. Wyrwać się! Ku prawdziwemu życiu! Ku szerokiemu światu. Ku samodzielności. To życzenie spełnia się w końcu. I przez jakiś czas istnieją tylko nowe horyzonty, absorbujące budowanie własnego gniazda, urządzanie własnej rzeczywistości. Potem pewnego dnia, gdy człowiek opanuje już nową rzeczywistość i osiągnie samodzielność, raptem przychodzi wiadomość, że stare gniazdo zniknęło, a ci którym zawdzięcza życie, umarli. Tego dnia czuje się jak skutek nagle pozbawiony przyczyny. Strata jest tak ogromna, że aż niezrozumiała. Umysł, spustoszony przez cios, doznaje skurczu, co jeszcze bardziej potęguje klęskę. Pojmujemy, że młodzieńczą pogonią za samodzielnością, ucieczką z gniazda, uczyniliśmy się bezbronnymi. Źle się stało, ale możemy obarczać winą naturalny porządek rzeczy. (str.51).

Kiedy czytam o rodzicach Josifa to wydaje mi się, że widzę ich na tej ograniczonej przestrzeni, tak bezbronnych w swym osamotnieniu,  pogodzonych z losem, którego nie mogą i nie chcą zmienić. 

Lubili operowe arie, tenory i gwiazdy filmowe czasów swojej młodości. Malarstwo nie interesowało ich zbytnio, mieli pojęcie o sztuce „klasycznej”, lubili rozwiązywać krzyżówki i byli zakłopotani i zaniepokojeni moimi próbami literackimi. Uważali, że postępuję niesłusznie, martwili się moją sytuacją, ale popierali mnie w miarę swoich możliwości, gdyż byłem ich dzieckiem. Później, gdy udało mi się tu i tam coś wydrukować, byli zadowoleni, a nawet dumni; ale wiem, że gdybym okazał się zwyczajnym grafomanem i próby moje zakończyły się niepowodzeniem, ich stosunek do mnie byłby taki sam. Kochali mnie bardziej niż siebie samego i prawdopodobnie w ogóle by nie zrozumieli mojego poczucia winy w stosunku do nich. Najważniejsze, że był chleb na stole, czysta odzież i dobre zdrowie. To były dla nich synonimy miłości, i lepsze były one niż moje. (str. 72-73)

                                                                              Źródło zdjęcia

Gdybym miała porównać Dyptyk ze Znakiem wodnym postawiłabym między nimi znak równości, oba są napisane pięknym językiem, pełne poezji, są wyrazem wrażliwości i umiejętności ich twórcy.

Moja ocena - oczywiście nie może być inna, jak 6/6. 


piątek, 12 kwietnia 2013

Znak wodny Josif Brodski (najpiękniejsza książka o Wenecji)


Wenecja - kiedy myślę Wenecja twarz mi się sama uśmiecha i robi mi się błogo, jakbym słuchała przepięknej muzyki, której opowiedzieć nie sposób. Aby pokochać trzeba poczuć.  Kiedy chcę napisać o mojej Wenecji nabieram powietrza i milknę. Jak można opisać komuś miejsce, które jest dla nas tak ważne, tak piękne, tak inne, niż wszystko co się dotąd oglądało. Jak opisać Wenecję nie popadając w ckliwość, czułostkowość, egzaltację, koncentrowanie się na zewnętrzności. Jak oddać duszę miasta tak, aby druga osoba zobaczyła ją zamkniętymi oczami. Jak zarazić drugiego człowieka ciężką chorobą tęsknoty za miejscem nieznanym. Jeśli komuś mogło się to udać - to tylko Brodskiemu.

Każde słowo, każde zdanie to wyznanie miłości. Wyznanie liryczne, szczere i bezwstydne. I nieważne, że być może nieodwzajemnione.

Miłość jest uczuciem bezinteresownym, jednokierunkową ulicą. To dlatego można kochać miasta, architekturę samą w sobie, muzykę, nieżyjących poetów albo, przy pewnym szczególnym usposobieniu, jakąś istotę boską. Miłość jest bowiem czymś, co się dzieje pomiędzy odbiciem a odbitym przedmiotem.


Przy poprzednim wpisie napisałam, iż podczas lektury nie robię notatek, rzadko używam karteczek samoprzylepnych. Dziś zaledwie stu stronicowa książeczka mieni się kolorami niczym upstrzony - kolorowy jeż. Niemal każde zdanie wydawało mi się godnym uwagi, zapamiętania, ocalenia. Niemal każde chciałabym nosić przy sobie codziennie, jak lek na gorsze chwile. Niemal każde zdanie mogłoby być moim zdaniem, gdybym umiała myśli ująć w słowa.

Brodski spędzał w Wenecji przez siedemnaście lat każde Boże Narodzenie i część mglistego stycznia. To symptomatyczne, że osoba, o duszy poety, która w dodatku tak kochała wodę spędzała  tutaj tę właśnie porę roku. Pytany przez znajomych dlaczego zimą odwiedza Wenecję nie potrafił dać im satysfakcjonującej odpowiedzi. Trudno wytłumaczyć komuś, kto chce racjonalnych argumentów, dlaczego taki urok ma dla nas miejsce wyludnione, ciche, spokojne, zamglone, czy nawet deszczowe. Trudno wytłumaczyć tęsknotę rwącą duszę, tęsknotę za ciszą nocy, w której słychać plusk wody prutej dnem gondoli, lekkie uderzenia fal o nadbrzeża kanałów, pojedyncze kroki na kamiennym mostku, uderzenia skrzydeł ptaka przysiadającego na marmurowej dekoracji pallazzo.

Jak to miasto wygląda w zimie? Chciałem im opowiedzieć o acqua alta; o rozmaitych odcieniach szarości za oknem, gdy siedzi się przy śniadaniu w hotelu, mając wokół ciszę i poranną kredową bladość twarzy par w podróży poślubnej; o gołębiach, których ukryte ciągoty architektoniczne każą im nadawać dodatkowy akcent każdemu łukowi i gzymsowi miejscowego baroku, o samotnym pomniku Francesco Queriniego i jego dwóch psów eskimoskich, rzeźbionych w kamieniu z Istrii o bieli podobnej pewniej do tej, którą widział tuż przed skonaniem w czasie swojej feralnej wyprawy do bieguna północnego, a teraz słuchającym szumu zawsze zielonych drzew w Giardini w towarzystwie Wagnera i Carducciego; o wróblu śmiałku, przycupniętym na kołyszącym się falach ostrzu gondoli, ze zmąconą przez sirocco, mokrą nieskończonością w tle. Nie - pomyślałem sobie, patrząc na ich zblazowane, choć w tej chwili zaciekawione twarze- to nic nie da.

Nigdy nie przyjeżdżał tutaj latem, kiepsko tolerował upał, nie cierpiał widoku i zapachu roznegliżowanych tłumów.

Odziane w szorty stada, zwłaszcza te rżące w języku niemieckim, działają mi na nerwy; tym, że ich- czyjakolwiek- anatomia tak dalece ustępuje anatomii kolumn, pilastrów i posągów; oraz tym, co ich ruchliwość- i wszystko, co ją napędza- usiłuje narzucić stabilności marmurów. Należę chyba do ludzi, którzy przedkładają wybór ponad chaotyczny przepływ, a kamień jest zawsze wyborem; w tym mieście nawet najlepiej zbudowane ciało powinna moim zdaniem przesłaniać jakaś tkanina, choćby z tego względu, że ciało się rusza. Odzież to być może jedyna dostępna forma uznania wobec wyboru, jakiego dokonał marmur.  
Autor potrafi doskonale namalować obraz miejsca. A jest to pełen poezji malowany słowem obraz najlepszego impresjonisty. Już pierwsze zdania przenoszą do baru  przy stacji Venezia Santa Lucia. Już rodzi się to radosne, podniecające oczekiwanie na spotkanie z miłością życia. I już wystarczyłoby zamknąć oczy...

Brodski w Znaku Wodnym maluje nam podobiznę miasta, które niczym na obrazach Poussina stanowi jego wyobrażenie Raju.

Tymczasem pragnę zapewnić, że choć jestem przybyszem z północy – moje wyobrażenie raju nie jest bynajmniej zależne od pogody czy temperatury. W gruncie rzeczy najchętniej wyrzuciłbym zeń wszystkich mieszkańców, a i samą wieczność też. Ryzykując oskarżenie o moralne zepsucie, wyznaję, że dla mnie Raj to zjawisko czysto wizualne, ma więcej do czynienia z Claude`em Lorrainem niż z wiarą i istnieje jedynie w sposób przybliżony. W wymienionych konkurencjach akurat to miasto jest najbliższym współzawodnikiem Raju. Ponieważ nie będę miał nigdy podstaw do porównania ich ze sobą- mogę przyznać sobie prawo do arbitralnego doboru kryteriów.

I pomyśleć, że można zakochać się w miejscu nie znając go wcale. Jakaś przypadkowa powieść, zdjęcie bazyliki, kilka sepiowych widokówek, makatka z Palazzo Ducale oraz miniaturowa gondola z podróży do Chin. To wystarczyło, aby w poecie rozbudzić tęsknotę - marzenie, które kilka lat później zaowocowało spełnieniem.
W książce Ponte Rialto, Bazylika San Marco i Santa Maria della Salute czy Canale Grande są ledwie wspomniane, jakby mimochodem, przelotnie, a nikt nie może wątpić, że one tam są namacalne i  realnie. Są jak przykryte oparem mgły. Są za to drobiazgi, szczegóły, detale, które budują klimat i niepowtarzalność miejsca. Jest całe kamienne dekorum w postaci cherubinów, maszkar, lwów, ażurów budowli, jest cała galeria mostków, no co najważniejsze jest wszechobecna i wszechogarniająca wszystko woda. Bez wody nie byłoby tego miasta, choć może to ona będzie przyczyną jego zagłady, ona w połączeniu z niszczycielską i bezmyślną polityką człowieka. Ale dziś woda jest życiodajna, ożywcza i oczyszczająca, choć nikt nie zaryzykowałby ani kąpieli ani tym bardziej jej picia. Woda jest lustrem, w którym odbija się każdy i w którym każdy może się przejrzeć.

Woda rywalizując z firmamentem – ma w dzień odcień błotnistej zieleni, a w nocy jest smoliście czarna. … Wygląda właściwie, jak zapis nutowy muzyki odgrywanej dla nas bezustannie w rytmie przypływów, partytura, gdzie pięciolinie kanałów pociągnięte są niezliczonymi kreskami taktowymi mostów, pocętkowane nutami odbitych okien i legatowymi łukami architektonicznych zwieńczeń, że już nie wspomnę o wiolinowo wygiętych szyjach gondoli. Całe miasto przypomina szczególnie w nocy, gigantyczną orkiestrę, z oświetlonymi przyćmionym światłem pulpitami pallazzi, z wzburzonym chórem fal, z sopranem gwiazdy-primadonny na wysokim niebie.

Znak wodny jest pełen nostalgii. Doskonale rozumiem tę nieuleczalną tęsknotę za miejscem ukochanym, tęsknotę, której nawet chwilowy pobyt nie jest w stanie wyleczyć, on ją jedynie może podleczyć.

Łzę można w tym mieście uronić z kilku różnych okazji. Jeśli założyć, że piękno jest taką dystrybucją światła, która najbardziej odpowiada naszej siatkówce, łza jest formą przyznania się do niemożności zatrzymania przez siatkówkę - a także przez samą łzę - tego piękna na stałe.

Piękna opowieść o kochaniu. Harmonijne połączenie poezji z prozą. Pierwsze akapity przyniosły zaskoczenie; książka napisana jest wymagającym skupienia językiem, momentami prostym, momentami bardziej wyrafinowanym, momentami metaforycznym. Dostrojenie się zajęło mi chwilkę, a wtedy mogłam już w pełni rozkoszować się bogactwem zarówno treści jak i formy. Pozostaję pod wrażeniem osobowości i erudycji poety, ale przede wszystkim wrażliwości na piękno i odwagi w odsłanianiu uczuć. 

Książka została bardzo ładnie wydana przez wydawnictwo Znak. Wydawca uzupełnił ją tekstami wierszy Laguna i Strofy weneckie oraz liryczno-nostalgicznymi zdjęciami Wenecji w zimowej aurze (są pełne tajemniczości, nieco mroczne, jakże inne od tych znanych z tysięcy widokówek). Przekładu tekstu dokonał Stanisław Barańczak.


Moje marzenie o Wenecji udało się zrealizować (o czym pisałam tu), jednak nigdy nie miałam szczęścia odwiedzić jej zimą.  
Pierwsze zdjęcie przedstawia widok nocą z mostu Rialto, drugie widok na Wyspę umarłych - San Michele, na której pochowano Josifa Brodskiego.